Zawodowy rollercoaster

51
8451
wyświetleń

Jedyne, czego można być w życiu pewnym, to zmiana“. Ten cytat jak ulał pasuje do naszego stylu życia i stali czytelnicy chyba już dawno przyzwyczaili się do tego, że u nas się dzieje. Ale ilości i skali zmian, jakich doświadczyliśmy w ostatnich miesiącach my sami byśmy nie przewidzieli, a w najlepszym przypadku – uznalibyśmy, że i rok to za mało, żeby tego wszystkiego doświadczyć.

Ale zanim przejdę do konkretów, chciałbym podziękować Magdzie i Mateuszowi za to, że stworzyli nam warunki do tego, żeby napisać ten wpis. Otóż powstał on podczas kolejnej wymiany domów, która zawsze oznacza zmianę lokalizacji, klimatu, codziennej rutyny. Mimo, że grupa “home exchange” którą próbowałem zainicjować nie wypaliła, to kolejne wymiany są tylko kwestią chęci i już z kilkoma osobami z bloga zrealizowaliśmy odpoczynek w takiej formie. W tak szczególnym okresie jak teraz całość jest chyba jeszcze bardziej atrakcyjna i sami widzimy spory ruch w interesie. Dlatego zachęcam do poczytania o pomyśle “wakacji za darmo”, o którym pisałem już wielokrotnie i który nadal serdecznie polecamy! Nie zamierzam po raz kolejny próbować rozkręcać grupy, ale jeśli dysponujesz ciekawą miejscówką i chciałbyś spędzić trochę czasu nad morzem (a dokładniej: w Gdańsku), zapraszam do kontaktu mailowego.

Długo nie mogłem się zdecydować, jak mocno cofać się w czasie w związku z tym, że przez 4 miesiące na blogu nie działo się nic. Spróbujemy więc po kolei – na tyle skrótowo, na ile można, chociaż jeśli mnie trochę znacie – i tak będzie przydługo 😉Na moment ostatniej publikacji (początek stycznia, kiedy również wymienialiśmy się domami) plan był prosty (co nie znaczy, że łatwy 😉): powoli, konsekwentnie pracować jak do tej pory i w ciągu ~3 lat dobić do 3-4 dodatkowych mieszkań na wynajem w kredycie, próbując jeszcze gdzieś “upchnąć” budowę domu. Całość była na tyle ambitna, że w pozostałych obszarach życia już nie chcieliśmy majstrować, bo groziło to wykolejeniem z torów. Wiedzieliśmy, że ciężka praca i cierpliwość zrobi swoje i za kilka lat spojrzymy wstecz i stwierdzimy “zrobiliśmy to”. W końcu konkretna, ambitna wizja samego siebie za kilka lat to podstawia, dzięki której wystarczy włączyć autopilota i po prostu realizować śmiały plan, prawda? Jak się przekonaliśmy, niekoniecznie…

Bo owszem – plan planem i trzeba wiedzieć, w jakim kierunku wiosłować swoją łódeczką, ale życie czasami daje nam szanse, które nie są do końca spójne z tym, co zaplanowaliśmy. Jeśli je dostrzeżemy (co wcale nie jest łatwe!) i z nich skorzystamy (to jeszcze trudniejsze!), odkryjemy ciekawe obszary, a często wybijemy się z katapulty na wyższy poziom. Albo zboczymy w jakimś interesującym kierunku, którego nasze plany nie uwzględniały.

Pierwsza taka okazja pojawiła się w lutym tego roku. Temat kredytu na mieszkanie, o którym wspominałem w podsumowaniu roku 2020 powoli się dopinał (jak to w życiu bywa, nie bez przygód), kiedy otrzymałem ofertę z kategorii tych nie do odrzucenia. Nie wiem czy pamiętasz, ale jakieś 1,5 roku temu zrobiłem duży krok w stronę uzupełnienia mojej specjalizacji i dopiąłem całą masę certyfikatów z Google Cloud Platform. Doszedłem do poziomu, na którym mogłem szkolić innych i na tym… chyba mogę powiedzieć, że hobby… chciałem zbudować kolejne źródełko przychodów. Tyle, że do tej pory źródełko było całkowicie suche i moja “kariera” szkoleniowca nawet nie wystartowała. Niemal całkiem o tym zapomniałem – aż do lutego tego roku, kiedy dostałem propozycję nie do odrzucenia: około 20 dni szkoleniowych na przestrzeni 2 miesięcy, wszystko zdalnie, dla jednej firmy, w dodatku na świetnych warunkach finansowych.

Pierwsza reakcja? TAAAAK! Czułem, że naprawdę tego chcę i właściwie nie będzie lepszej szansy, żeby się “otrzaskać” jako szkoleniowiec i sprawdzić, czy chciałbym to robić w dłuższej perspektywie. Miałem jednak świadomość, że z 20 dni na przestrzeni 2 m-czy zrobi się praktycznie 40, bo na każdy dzień szkolenia muszę poświęcić wcześniej co najmniej jeden dzień na przygotowania (takie trochę “frycowe” na początek). 40 dni rozłożone na 2 miesiące to jakby nie było pełen etat… a przecież ja już mam etat – i to taki, w którym się wcale nie nudzę i raczej nie mam opcji na zniknięcie na taki czas bez sporych konsekwencji dla całego projektu. Mimo to czułem, że to jest ten powiew świeżości, którego potrzebuję; że to jest to wyjście ze strefy komfortu tak daleko, że z jednej strony będę “robił pod siebie” (szkolenia dla całkowicie obcych osób – również specjalistów z wieloletnim doświadczeniem…), ale co z tego wyniosę, to moje. Wiedziałem, że to może być trampolina i jeśli ta okazja przejdzie mi koło nosa, drugiej może nie być. Miałem świadomość, że jak raz przygotuję porządnie szkolenia, to kolejne ich realizacje nie będą już wymagały wcześniejszego przygotowania i dodatkowej inwestycji. Wiedziałem, że to świetna okazja, żeby znacznie bardziej zgłębić tematy, które mnie interesują (konieczność przekazania wiedzy innym to najlepsza motywacja do tego, żeby samemu zgłębić ją od podszewki), a jeśli ktoś jeszcze chce mi za to porządnie zapłacić, to trzeba łapać byka za rogi.

Wspólnie z Wolną przeanalizowaliśmy, czy to ma szansę w ogóle wypalić. Jak na złość, projekty w Pracowni Dobrych Wnętrz obrodziły, a podpisanych umów nie ma za bardzo jak przesunąć bez szkody dla klientów. Ale finalnie dostałem zielone światło i nieocenione wsparcie na zasadzie “damy radę, niech przez najbliższe 2 miesiące to będzie dla ciebie priorytetem numer jeden”. Podobnie zachował się mój bezpośredni przełożony, dla którego – co wcale nie oczywiste – wcale nie jestem słupkiem w excelu, ale człowiekiem z krwi i kości, którego plany i marzenia są ważniejsze niż interes bezimiennej korporacji. Olbrzymi szacun!

Można więc było przejść do technicznej realizacji projektu. Jak upchnąć dodatkowe 40 dni pracy w 2 miesiące, pracując na etacie i na co dzień nie narzekając na nadmiar czasu wolnego? Całkiem prosto… chociaż wcale nie łatwo 😊 Wystarczy… wyciąć wszelkie rozrywki do zera (jakbym wcześniej narzekał na ich nadmiar…), ograniczyć sen, czas dla rodziny, nie wspominając nawet o blogu. Nie będę tutaj mydlił nikomu oczu – od połowy lutego do połowy kwietnia żyłem w taki sposób, którego nie życzę nikomu, ale skoro miało to trwać “jedynie” 2 miesiące, wszedłem w to z mglistym poczuciem czekających mnie wyzwań i wyrzeczeń. Świadomie poświęcałem niemal każdą wolną chwilę na naukę, szkolenia i pracę; od 6 do 24ej, przez 7 dni w tygodniu pracowałem na wysokich obrotach, z coraz bardziej rosnącą frustracją wynikającą ze “zmęczenia materiału”; z narastającym poczuciem odpowiedzialności, niepewności, stresu i zbyt dużego ciężaru który postanowiłem dźwignąć. Podjęcie trudnej decyzji to jedno, ale realizacja czegoś tak dużego to coś zupełnie innego. Szkolenia “weszły”, ale ich koszt był tak duży, że w pewnym momencie pękłem.

Przed pierwszym szkoleniem. Wykonanym online, z naszej sypialni… Stres widać jak na dłoni!

I włożyłem kij w szprychy szybko pędzącego roweru, na którym sam jechałem. Kręciłem już najmocniej jak umiałem, a ten podjazd nie miał końca i jasne się stało, że po 2 miesiącach będzie trzeci, a później kolejne… dlatego coraz bardziej oczywiste było, że dłużej tak nie można i z czegoś trzeba zrezygnować!

A ponieważ już od jakiegoś czasu miałem coraz więcej wątpliwości odnośnie mojej pracy zawodowej, decyzja nie była trudna i po niemal 8 latach spędzonych w jednej firmie złożyłem wypowiedzenie. A z nim odeszła spora część niesamowicie przygniatającego mnie ciężaru odpowiedzialności, który od dłuższego czasu ledwo dźwigałem. Pierwszy raz od 2007, kiedy to zacząłem moją “karierę” w IT miałem odciąć najbardziej znaczącą nóżkę przychodów pod tytułem “etat”

Miałem wreszcie złapać oddech, wrócić na względnie normalne tory, pierwszy raz od wielu lat mieć prawdziwe “wakacje” i spędzić je z rodziną. Miałem zastanowić się nad życiem i tym, co dalej. Miałem się “przegrupować”, poświęcając jedynie kilka dni w miesiącu na prowadzenie szkoleń i zobaczyć, jak się nam wszystkim żyje w takim układzie. Mieliśmy w końcu, po raz pierwszy rzeczywiście powiedzieć “sprawdzam” w odniesieniu do naszej wolności finansowej. Którą ogłosiłem 2,5 roku temu, ale która do tej pory była jedynie swego rodzaju spadochronem “w razie w” i źródłem wewnętrznego spokoju w odniesieniu do naszych finansów domowych. Wreszcie nadszedł czas, żeby ten spadochron otworzyć i zobaczyć, czy rzeczywiście kołderka nigdzie nie jest za krótka, a przede wszystkim: jak się czuję z tym, że nie tylko w teorii nie muszę jechać na 6. biegu, ale że rzeczywiście zrzucę kilka przełożeń i mocno zwolnię. Zdawałem sobie sprawę, że jak się człowiek przez lata przyzwyczaił do wiecznego osiągania kolejnych celów i rozpędził całą machinę (a z nią samego siebie) do dużej prędkości, to nagłe hamowanie może być co najmniej niewygodne. Ale z pełną tego świadomością plan był taki, żeby powiedzieć “sprawdzam”. Pomimo świadomości, że to przyblokuje ambitne plany mieszkaniowo/budowlane, potencjalnie na dłuższy czas.

Jak pewnie zauważyłeś, piszę o tym wszystkim w czasie przeszłym, jednoznacznie dając do zrozumienia, że stało się coś, co po raz kolejny pokrzyżowało nasze plany i zweryfikowało zamierzenia i silną wolę. Chyba już wspominałem, że jak u nas się nic nie dzieje, to po pewnym czasie sami wzburzamy cały układ – tak, żeby było trochę emocji 😉.

Zanim przejdziemy do kolejnej rewolucji, pozwolę sobie na małą refleksję. W związku z moim “dodatkowym etatem”, nasze sumaryczne przychody ze wszystkich źródeł niemal z dnia na dzień wystrzeliły do takiego poziomu, że przestałem to “ogarniać”. Pierwszy raz poczułem to, o czym wcześniej tylko czytałem: kasa leje się strumieniami, ale człowiek jest tak zajechany, że nawet nie ma czasu pomyśleć, w jaki sposób mógłby z niej skorzystać. Przyznam Ci się nawet, że czułem stres przeznaczając godzinę na wyjście z dziećmi na lody… bo przecież “mogę nie zdążyć, a tyle jeszcze pracy przede mną”. Abstrakcja… klasyczna klęska urodzaju, do tego w bardzo niebezpiecznym formacie pod tytułem “zamiana czasu na $$$”, przed którym ostrzeże Cię każdy przedsiębiorca z kilkuletnim doświadczeniem. Jakby nie było, jestem dumny z siebie i Wolnej, że wspólnie byliśmy w stanie podjąć decyzję o ucięciu bardzo dobrze płatnego etatu w zamian za odzyskanie najcenniejszego aktywa: czasu.

Niestety, nie dane mi było długo cieszyć się decyzją o odpuszczeniu tego pędu. Mówiąc całkiem szczerze, wynika to chyba głównie z mojej naiwności. Nie wziąłem bowiem pod uwagę tego, że kiedy człowiek na dłuższy czas zamieni się w cyborga i wejdzie naprawdę głęboko w technologie, których połączenie było do tej pory niemal nieznanym na świecie kuriozum, a nagle stało się bardzo perspektywiczną działką, to zaczynają się pojawiać wisienki – a więc propozycje, których odrzucenia po prostu mocno bym żałował.

Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, w ramach budowaniu planu B (gdybym wymiękł i mentalnie nie wytrzymał bez stałego zajęcia), zgodziłem się na uczestniczenie w dwóch procesach rekrutacyjnych. Nigdy do tej pory nie przypuszczałem, że nastawienie pod tytułem “dobra, pogadajmy, chociaż ja naprawdę nie szukam nowego pracodawcy” może w przeciągu kilku rozmów z różnymi osobami zmienić się w “chciałbym u was pracować nawet, jeśli nie planujecie mi za to płacić” 😊. O ile jeden pracodawca okazał się niemal bratem-bliźniakiem korporacji, w której do tej pory funkcjonowałem, to drugi zrobił na mnie niesamowite wrażenie.

Wszystkie cztery rozmowy, które przeszedłem w ramach tego procesu były wyjątkowe. Niesztampowe, bardzo oryginalne, sympatyczne, pozytywne, a ludzie których poznałem byli po prostu niesamowici. Ciągle uśmiechnięci, pozytywni i prowadzący rozmowę w taki sposób, żeby mi pomóc i wzmocnić mój przekaz, zamiast – dość klasycznie – złapać na niewiedzy i wykorzystać to później przeciwko mnie. Naprawdę z czasem zaczęło u mnie dojrzewać poczucie, że chciałbym pracować w takiej atmosferze, z ludźmi tego pokroju i jeśli nie spróbuję, mogę później żałować.

Pracodawcą, o którym tak pozytywnie się wypowiadam jest Google. Ten sam, o którego produktach uczę się niemal na co dzień i z którymi lubię obcować. Praca z tą technologią to dla mnie przyjemność, a szansa na pracę bezpośrednio u źródła tego wszystkiego naprawdę nie zdarza się codziennie i jestem absolutnie, w 100% pewien, że chcę się przekonać, jak tam jest. Niezależnie od tego, że to zwrot o 180 stopni i olbrzymi brak konsekwencji w stosunku do planów, które zaczęliśmy realizować. Wystarczy wspomnieć, że moja światła kariera szkoleniowca prawdopodobnie skończy się niemal tak szybko, jak  się zaczęła. Uważam jednak, że to kolejna trampolina – jeśli skok zamiast miękkiego lądowania kilka pięter wyżej zakończy się upadkiem, to spadnę na porządną poduchę, którą zbudowaliśmy przez lata i która już teraz daje mi olbrzymie poczucie spokoju mimo iście rewolucyjnych decyzji, które podejmujemy. 

Na dzień dzisiejszy nie mam pojęcia, czy Google będzie epizodem na kilka miesięcy, czy związkiem na długie lata. Wiem jedynie, że już się nie mogę tego doczekać – mimo, że to nie będzie kaszka z mleczkiem, że znowu będę wystawiany na próby, a wyzwania które staną przede mną mogą być nie lada wyzwaniem. Ale nie tylko się tego nie obawiam, a wręcz – odliczam dni do momentu, kiedy będę mógł powiedzieć “sprawdzam”. Traktuję to jako zwieńczenie mojej “kariery” – coś, na co pracowałem przez długie lata i co zapamiętam na długo.

Co z planami odnośnie mieszkań? Po tym, jak rzuciłem etat świadomie przekreśliliśmy je na jakiś czas. W związku z planowanym wejściem do tej samej wody (znowu będę miał umowę o pracę…), pod koniec roku zdolność kredytowa odbuduje się i zobaczymy wtedy, jaka będzie sytuacja na rynku. 

A dom, który mieliśmy budować? Tutaj sytuacja jest dość skomplikowana, a całość nadal się “kręci” w obszarze zgód formalnych. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale ponieważ wierzę, że wszystko dzieje się po coś, to może i tutaj jest jakiś powód, dla którego jeszcze nie wystartowaliśmy. Może to jeszcze nie jest czas na odwieszenie większych ambicji na kołek i wyprowadzkę na kaszubską wieś… a może za kilka miesięcy ruszymy z budową… czas pokaże, sytuacja jest dynamiczna.

Na tą chwilę można powiedzieć, że powróciłem do wcześniejszego, umiarkowanego tempa i odzyskałem sporo czasu dla siebie i rodziny. Znowu co nieco korzystamy z życia (głównie w formie mniejszych i większych wypraw z rodziną czy znajomymi). Jestem na finiszu pracy etatowej i nie mogę się doczekać czerwca, który będzie jeszcze luźniejszy (bo chwilowo bez etatu). Specjalnie opóźniłem dołączenie do Google’a, żeby nie wejść z jednego kołowrotka bezpośrednio w drugi. To będzie chwila wytchnienia, może jakiś rodzinny wyjazd, czas na odparowanie i przygotowanie na nową przygodę.

Pewnie już sami doszliście do tego wniosku, ale żeby nie było niedomówień: nie planuję powrotu do regularnego blogowania. Nadal lubię pisać i robię to czasami dla siebie, żeby poukładać sobie w głowie pewne tematy, ale czas potrzebny na nadanie temu “blogowej” formy jest na tyle duży, że przegrywa z innymi czynnościami. A dłuuuugie przerwy nie wpływają dobrze na liczbę czytelników, których raczej wielu nie zostało.

Jeśli jednak masz ochotę – pisz. Szczerze mówiąc, zaczynam odczuwać coraz większą potrzebę poznania osób podobnych do nas. Krąg znajomych, z którymi możemy szczerze porozmawiać o rzeczach mniej lub bardziej ważnych i ciekawie spędzić czas jest naprawdę mikroskopijny. Jednocześnie nie raz pokazaliście podczas dyskusji w komentarzach, że nadajecie na podobnych falach co my!

Jakie treści polecałbym zamiast “Wolnego”? Otóż ten stary Wolny tak czy siak skończył się już dawno. Z etapu cieszenia się obiadem za 3 zł dawno “wyrośliśmy” i mimo, że nadal utrzymujemy wiele dawnych, zdrowych finansowo (i nie tylko) nawyków, to uczymy się bardziej korzystać z tego, do czego doszliśmy. Przeszliśmy niesamowitą drogę i cieszę się, że jakiś jej fragment regularnie dokumentowałem. Ale dzisiaj bardziej niż ja sam sprzed 10 lat przemawia do mnie Kuba Midel, którego słuchając mam ochotę bić brawo na stojąco i o którym Wolna słyszała już tyle pozytywnych komentarzy z mojej strony, że już jej uszami wychodzą. Serdecznie polecam!

Nawet, jeśli to nie jest ostatni wpis na tym blogu (kto to wie…), to chciałbym serdecznie podziękować każdemu czytelnikowi, który dotrwał do końca chociaż jednego z moich wpisów ;). Myślę, że na przestrzeni niemal 10 lat pokazałem, że mając ambitne cele, będąc pracowitym i cholernie cierpliwym, można dojść w ciekawe miejsca, które na początku drogi wydają się mało realne. I nawet, jeśli jeszcze nie jesteśmy gotowi w pełni korzystać z owoców naszej pracy, to ostatnie zmiany pokazują moc tego, co osiągnęliśmy. Ilość i kaliber decyzji, łatwość ich podejmowania, odwaga i pewność, że niezależnie od tego, co się wydarzy, to spadniemy na cztery łapy – to wszystko zasługa wielu czynników, w tym niezależności finansowej. Tego, że nie musimy; ale jeśli chcemy, to podejmujemy odważne decyzje bez strachu i paraliżujących myśli “a co, jeśli nie wyjdzie?”. Niesamowite uczucie, które polecam każdemu!

51 KOMENTARZE

  1. Gratulacje Maćku – zmiany są ciekawe mimo iż zawsze istnieje ten element niepewności dokąd nas zaprowadzą. Kuby słuchałem od początku – teraz trochę mnie bo mam wrażenie że odpłynął w trochę “nie moim” kierunku ale wniósł sporo wartościowych treści. Pozdrowienia z Bieszczadów

    • Dzięki Marku. Kuba to oczywiście inny kaliber i to, co mówi filtruję i dopasowuję do swojej sytuacji, ale według mnie jest tak życiowo mądry, a przy tym szczery że słucham go z wielką przyjemnością, niemal wszędzie gdzie się pojawi. Co nie znaczy, że aspiruję do jego stylu życia – zresztą chyba bym nawet tak nie umiał.
      PS Jak będziecie w Gdańsku na wymianie, koniecznie dajcie znać!

  2. Gratuluję nowego wyzwania! To jest świetna sprawa, być w sytuacji, kiedy nie musisz pracować i tylko wybierasz które zajęcia są dla Ciebie interesujące i rozwijające. Też jestem na tym etapie ale dzięki inwestowaniu na giełdzie, dróg do wolności jest wiele

  3. Z tym… “nie planuję powrotu do regularnego blogowania”… to biorąc pod uwagę tempo zmian u ciebie jeszcze może się pięć razy zmienić 🙂 Niemniej szkoda. Wpis raz na kwartał jako mały update co tam u was się dzieje pewnie nie zrobi z ciebie naczelnego blogera ale na pewno ci którzy są tu długo na pewno wrócą przeczytać.

    Co do Kuby Midel to pierwsze 100 odcinków to prawdziwe mięso. Kuba jest przedsiębiorcą w 110% i dopasuje się do potrzeb odbiorcy. Jak zaczął komercjalizować działalność z YT to i zmieniła się perspektywa. Dla mnie z mentora który mówi “zobacz na świat z tej perspektywy” na lifestyle rentiera: “chciałbyś być taki jak ja to rób jak ja a przy okazji dołącz do klubu za jedyne…” Trzeba świadomie konsumować jego treści.

    To moje zdanie ale ma potwierdzenie w praktyce. Im wyżej wdrapujesz się na kolejne poziomy rozwoju, zamożności, świadomości tym trudniej/dłużej zajmuje wskoczyć na następny poziom idąc samemu. Kontakty z ludźmi z którymi można porozmawiać pozwala rozwijać się szybciej. Także pod stwierdzeniem Kuby, że przedsiębiorca jest w tej swojej drodze sam mogę się podpisać.

    • Jasne że mogę jeszcze coś publikować w przyszłości, ale taki “update” raz na ruski rok chyba niewiele wnosi. To raczej efekt mojego przepracowania tematu i układania sobie w głowie, a nie inspirowanie i motywowanie czytelników.
      Widzę, że nie tylko ja chłonę treści Kuby ;). Chłopak jest zdecydowanie na fali i należy mu się – jest w moim wieku, a biznesowo jest lata świetlne przede mną, więc zdecydowanie bardziej nadaje się do edukowania Polek i Polaków. Zwłaszcza, że robi to w mega ciekawy, przystępny i obrazowy sposób.

      • Moim zdaniem to konsekwencja w dążeniu do celu jest motorem przewodnim tego bloga. Myślę, że teraz właśnie “przydarzają” ci się konsekwencje tego o czym pisałeś na blogu przez lata i właśnie taki update nawet nie regularny pokazuje dlaczego warto. To tak jak byś przez lata pisał o mozolnej budowie portfela inwestycyjnego gdzie jego budowę dobrze sobie rozpracowałeś i w momencie gdy skończyłeś budowę kończysz pisanie. Taki update to podgląd jak ten portfel się zmienia w czasie i jak konsekwencja popłaca. Przynajmniej ja to tak widzę.

        Co do Kuby to tak, jest na fali. O doświadczeniu i tym co przeszedł potrafi po prostu mówić (a to bardzo dużo). Ma dar oratorski i magnetyzm który przyciąga ludzi. Z tym biznesowo lata świetlne to nie do końca. W młodym wieku odpaliła mu Mobile English na którym zrobił niezłą kasę. Nie utrzymał tej firmy bo wzrost go przerósł (nie sprzedał też i nie wyszedł z inwestycji – a miał franczyznę, ideał pod sprzedaż) firma się zapadła. Nadwyżki z którymi nie miał co robić po prostu zainwestował w nieruchomości. Druga firma którą założył odzieżowa też nie jest kolosem. Wspominał, że to kilkaset tysięcy rocznie i prowadzi to jego żona. Jego majątek to zbudowany przez lata portfel nieruchomości. To nie jest lata świetlne tylko większy kapitał początkowy i niskie ceny w Łodzi. W tej chwili więcej zarabia z YT i około tego niż na nieruchomościach i Venerdi (firma odzieżowa).

        Ja, Ty, Kuba jesteśmy prawie równolatkami. Zaczynałem swoją firmę w podobnym czasie jak Kuba. Przewaga Kuby wynika z tego, że jego model biznesowy dało się skalować a mój nie, wiec zrobił kapitał szybko. Kiedy ja zaczynałem toczyć kulę śnieżną on zaczynał z 20 razy większą. To jest przewaga którą ciężko nadrobić kasą z etatu albo niewielką działalnością gospodarczą, tu wchodzi efekt szumnie nazywany “kasa robi kasę”.

        Kuba potrafi świetnie opowiadać. Potrafi też świetnie zmonetyzować te opowiadania. Dlatego to co przekazywał przed komercjalizacją YT mogę polecać w ciemno natomiast to co potem już trzeba bardzo filtrować, żeby się nie zachłysnąć. Niemniej dużo wartościowych treści i przyjemnie się go słucha.

        • Nie patrzyłem na takie “kwartalne updejty” w ten sposób, a ponieważ jesteś kolejną osobą, która pisze w tym tonie, to przemyślę temat.

        • Tak jeszcze myślę… pewnie mój case jest o tyle ciekawy, że dotyczy dość rzadkiej sytuacji, jaką jest osiągnięcie niezależności finansowej bez własnej firmy – bo umówmy się, że wynajmowanie mieszkań na długi termin to nie jest działalność gospodarcza w klasycznym rozumieniu tego słowa. Z tego co widzę, zdecydowana większość ludzi piszących o niezależności finansowej w Internecie buduje dzięki rozwijaniu swoich firm. Natomiast wśród czytelników prawdopodobnie przeważają etatowcy lub ludzie z prostymi JDG (często jednoosobowymi), którzy mimo, że zwykle mają jakiś sufit, to mogą osiągnąć całkiem niezłe efekty, o ile wykażą się rzadkimi skillami: cierpliwością i konsekwencją w działaniu ;).

          • Trochę cię zaskoczę… Twoja sytuacja nie jest jakoś wyjątkowa. Sławek Muturi czyli gwiazda wolności finansowej w Polsce był menagerem na etacie. Piotr Hryniewicz, kolejny przykład. Jego majątek nie pochodzi z firmy. Był etatowcem i miał niewielką działalność. Takich osób jest całkiem sporo. Wspólnym mianownikiem (podstawowym i kluczowym) jest wystarczająco duże dochody (czy to z etatu czy małej działalności). Jeśli z etatu odkładasz 10k miesięcznie i masz niskie koszty życia to wolność finansowa nie jest tak trudna do osiągnięcia. Konsekwentnie dokupujesz nieruchomości i kula szybko się toczy a w pewnym momencie “pyk” i masz wolność finansową. Jak dołożysz do tego rosnący rynek to czas się jeszcze skraca.

            W Twojej, Sławka Muturi czy Piotra Hryniewicza drodze do wolności wyjątkowa jest determinacja i konsekwencja w działaniu. Tu nie ma magii i jest w zasięgu większości osób. To jest esencja tego bloga.

          • Myślę, że moja droga jest jednak inna. Zarówno Sławek, jak i Piotr mogli zaczynać na etacie, ale z czasem nie tylko budowali portfelik nieruchomości, ale wokół tego tematu zaczęli rozwijać firmę, zatrudniać ludzi, całość skalować coraz bardziej. Ja… przynajmniej na ten moment ;)… takich planów nie mam i jestem – jak to ładnie mówi Michał Szafrański: intencjonalnie solopreneur-em.
            I pełna zgoda – niezależność finansowa w obecnych czasach jest niemal na wyciągnięcie ręki… tyle, że mało kto jest gotowy na poświęcenia, które są konieczne, zwłaszcza jeśli mówimy o etacie w którym pewnego poziomu po prostu nie przekroczymy.

  4. Gratulacje!!

    Zdecydowanie w Googlu pracuje sie inaczej niz w wiekszoci korporacji, mam nadzieje ze bedziesz zadowolony.

    Biuro w Warszawie? Bedziesz pracowal 100% zdalnie, czy hybrydowo?

    Pozdrawiam,
    KowalWlasnegoLosu

    • Dzięki. Biuro w Warszawie, tryb hybrydowy, potencjalnie sporo projektów w EMEA, więc podróży pewnie będzie sporo. Na razie się z tego cieszę (jeden z efektów ubocznych pandemii..), a jak wyjdzie to zobaczymy w praniu.
      Zerknąłem na chwilę do Ciebie. Gdybyście rozważali Gdańsk, dawaj znać, pomogę szukać nieruchomości ;).

  5. Dzieki bardzo!

    Rowniez daj znac, kiedy przyjdzie Ci odwiedzic biuro w Zurychu!

    Otrzymanie oferty pracy w G powinno cieszyc – bez wzgledu na pandemie.

    Ciekaw jestem jak uda Ci sie polaczyc prace hybrydowa z mieszkaniem w Gdansku. Podroz do Wawy to kilka godzin w jedna strone, co na pewno bedzie meczace.

    Do zobaczenia na firmowym czacie 😉

  6. Oj jak się ucieszyłem jak zobaczyłem, że kolejny wpis po długiej przerwie się pojawił. My, twoi stali czytelnicy, wiemy że trzeba uzbroić się w cierpliwość z kolejnymi postami. Nie raz wystawiałeś nas na próbę czasu, a my ciągle jesteśmy:) Dlaczego? Bo jesteś mądrym gościem który inspiruje. I nie wierzę, że za kilka miesięcy nic nowego na blogu się nie pojawi:)

    Kubę Midela też oglądam, ale tak jak napisał calipso, to już nie to samo co w czasie jego początków. Miło się ogląda, ale wartości już tam jak dla mnie niewiele.

    Po tylu latach pracy zdalnie, ciekawe jak wpłyną na Ciebie wyjazdy do Warszawy, nawet jeśli w trybie hybrydowym. Sam prowadzę firmę od 11 lat w trybie zdalnym, ale nie wyobrażam sobie zmiany w postaci jeżdżenia do biura:)

    • Zobaczymy jak to będzie z wyjazdami. Potencjalnie to nie tylko W-wa, ale cała Europa. Na szczęście mój przyszły manager dał mi jasny przekaz pod tytułem “możesz pracować nawet z Księżyca”, jednocześnie dając do zrozumienia, że wyjazd raz na jakiś czas będzie dobry dla mnie samego. I po 7 latach pracy zdalnej, najpierw w trybie mieszanym, później z regularnymi wyjazdami do klientów i imprezy firmowe, a od niemal 2 lat całkowicie zamknięty z domu muszę przyznać, że ten tryb mieszany najbardziej mi pasował. Zobaczymy jak to wyjdzie w praniu. Myślę, że w obecnych czasach dużo można ustalić “na miękko”, zwłaszcza jak się na początku udowodni swoją wartość.

  7. 1. Jako długoletni czytelnik – pisz chociażby kwartalne update’-y.
    2. Kuba do mnie też przemawia. Jestem na podobnym (mentalnie) etapie. Złoty środek jest idealny. Nic nierobienie na dłuższą metę nie jest dla mnie. Praca na 200% i zero czasu zdecydowanie też nie. Korzystanie z tego co się już osiągnęło jest ok, szczególnie wtedy gdy nie jest na pokaz a realizuje nasze własne potrzeby, czy chociażby zachcianki.
    3. Zgadzam się w 100%, że grono osób które mają podobne podejście i są na podobnym etapie jest ograniczone. Będąc w Warszawie sam czy z rodziną – odezwij się. Jest w tej lokalizacji kilku stałych czytelników, więc może jakąś “”mastermaindową” grupę się stworzy 😀

    Pozdrawiam i powodzenia w nowych wyzwaniach
    Eryk

  8. Gratulacje zmian i przede wszystkim odwagi, jako stała czytelniczka od 2 lat podpinam się pod wczesniejsze komentarze, jesteś bardzo inspirującą osobą, miło by było zobaczyć update za jakiś czas, powodzenia

    • Ciekawe jest to, co piszecie. Mi się wydaje, że inspirowałem kiedyś, kiedy miałem jeszcze tą iskrę i chęć do zmieniania świata ;). Ale cieszę się, że nawet takie rzadkie, osobiste updejty są dla Was czymś ciekawym.

  9. Czytam od bardzo dawna, komentuję pierwszy raz. Nie zarzucaj blogowania zupełnie, raz na kwartał mały update – faktycznie nie przyciągnie może nowych czytelników. Ale sprawi przyjemność tym starym 🙂

    • Pomyślimy 😉 I tak jestem zaskoczony ilością komentarzy, bo nawet nigdzie nie wystawiłem informacji o nowym wpisie. Ani w mediach społecznościowych, ani przez newsletter.

  10. No nareszcie !!! Ale zonk. Sprawdzałem stronkę z twoim blogiem tak co kilka dni i nic 🙂 Aż tu przemiła niespodzianka:)

    Cóż mogę powiedzieć? Drogi Maćku ogromne gratulacje za konsekwencję, odwagę i japońską (co najmniej) pracowitość. Fajnie że jesteś dynamiczny w podejmowaniu decyzji, dokonujesz błyskawicznej analizy, szacowania ryzyk i ciach.

    Ważne jest, że nowa praca jest kolejnym twoim spełniającym się marzeniem.

    Dobrze robicie że rezygnujecie z nowych zakupów mieszkań oraz radziłbym wstrzymać się na 2-3 lata z budową domu bo jest ogromna górka nawet bańka i mieszkania są już niewarte obecnych cen. Natomiast materiały i ekipy są bardzo drogie i trudno dostępne to jest gorsza sytuacja cenowa niż była w 2008 roku. Moim zdaniem szkoda pieniędzy i zdrowia.

    Maciek nie rób jeszcze pogrzebu dla swojego bloga, nie ważne jak często, lub raczej rzadko (żartuję) piszesz, ale piszesz i czyń tak dalej. Twój blog “Wolnym być” pokazuje zrealizowaną drogę do wolności od obiadu za 3 zł do wolności finansowe i życiowej i co celem tej drogi jest taka wolność, że nawet nie ma czasu na napisanie czegoś na blogu? No nie na pewno nie w twoim przypadku. Powiem tak wiele fajnych blogów zdechło przez pandemię zwłaszcza te o nieruchomościach i przykro że nikt się nawet nie pożegnał.

    Jestem 2 rok na emeryturze i jestem wolny finansowo o czym Ci pisałem. Pisałeś kiedyś do mnie czym ja zasypie tę dziurę po rezygnacji z pracy? I teraz mogę odpowiedzieć nie ma żadnej dziury ja po prostu się wypaliłem na ostatniej prostej w pracy przez 5 lat w kieracie dogoniłem własny tyłek, przesadziłem tak na prawdę i dlatego jeszcze się nie znudziłem siedzeniem w domu. Może gdybym mieszkał w bloku to już bym chyba miał dość.

    Jakbyś kiedyś nie miał co robić w Warszawie daj znać koniecznie.

    • Fajnie, że jeszcze nie zdążyłeś się ponudzić na długo wyczekiwanej emeryturze :). Ale struktura dnia na pewno się mocno zmieniła… coś ciekawego dodałeś, robisz coś na co wcześniej nie było czasu?
      Odnośnie budowy i nieruchomości, to wolę się nie wypowiadać. Jesteśmy w tak dziwnych czasach, a teraz Nowy Ład namiesza jeszcze bardziej… pojęcia nie mam, co będzie i jak się zachować. Być może się trochę wstrzymamy, a może za jakiś czas (po zweryfikowaniu sytuacji w nowej firmie) ruszymy z budową jako konsekwentną realizację naszych planów, tak jak do tej pory. A czy to dobry moment czy nie… jeśli patrzymy z punktu widzenia realizacji marzeń to chyba każdy jest dobry, a patrząc na to “ekonomicznie”, to ruszymy tylko w sytuacji, w której będziemy pewni, że ceny (oraz ich kolejne wzrosty) tak czy siak nas nie wstrzymają. Coraz bardziej nas (chyba szczególnie mnie) kusi postawienie na siebie (nawet w takim prostym, konsumpcyjno/wygodnym wydaniu)… chyba fajnie, że dzieje się to dopiero teraz, kiedy ogrom pracy jest już po prostu za nami.

      • No na pewno mam czas dla rodziny, i mogę się spokojnie wyspać kiedy zechce a to na prawdę bardzo ważne. Pandemia trochę mnie uziemiła w domu jak wszystkich, zobaczymy co będzie dalej. Nie nudzę się mogę poświęcić należyty czas domowi i działce, jest fajnie dopiero po 18 latach mieszkania chyba doceniam fakt posiadają domu.
        Ja wiem co będzie bo takie psucie rynku przez rząd, polegające na wszelkiego rodzaju programach powoduje wzrost cen nieruchomości. Mogą się one podwoić w ciągu kilkunastu miesięcy. Obecnie za 60m2 od patodewlopera w stolicy trzeba zapłacić ok 900 tys + wykończenie nawet skromne to razem milion. Dodatkowo jest skokowy, wręcz wzrost kosztów utrzymania nawet pustostanu i spadek zainteresowania najmem. Pamiętać trzeba że najemca musi zapłacić wszystkie koszty+czynsz dla właściciela a to są kwoty kosmiczne w sumie.

        Dom to może być marzenie, ale budowa to skomplikowany proces logistyczny gdzie pieniądze nie są największym problemem, i że w ramach zachciankowego podejścia możesz zapłacić kilka razy tyle za jakiś etap budowy nie jest ważne, bo po prostu nie ma wykonawców i nie ma materiałów, a to się musi zgrać i występować jednocześnie i to chronologicznie stosownie do etapów budowy. czegoś zabraknie sypie się całość owszem można zaczekać ale kontynuowanie całej budowy latami zwiększa koszty i komplikuje proces budowy domu.

        Jeżeli masz już działkę i projekt i gotówkę na sso, to do takiego etapu bym wybudował, za deskował i poczekał na lepsze czasy. W tym etapie dom jest bezpieczny i się należycie wysezonuje i poobsiada.

        • Bardzo fajny pomysł z budową do pewnego etapu. Też myślałem, żeby ruszyć nawet jak nie będziemy pewnie co dalej, czy to już czas na takie odpięcie itepe… ale mam wątpliwości, bo wrzuci się sporo kasy w coś, co później albo będzie stało, albo będziemy chcieli sprzedać, albo zmieni nam się wizja tej przestrzeni… więc to trochę ruch na grubo, ale rzeczywiście mamy bardzo sensowną ekipę do sso, więc może nie ma co marudzić tylko wykorzystać sytuację. I takie to dylematy pierwszego świata 😉

          • Maciek no ja Cię proszę o przestrzeń to ty się nie martw jesteście z Magdą tak kreatywnymi ludźmi, że odleżenie się domu wyjdzie mu tylko na dobre. Poza tym jak zaczniesz budować to będziesz znowu mam nadzieję pisał , dlatego ja jestem na tak i oferuję wszelkie wsparcie i pomoc.

          • Jestem w trakcie budowy. Wylewki teraz nam robią. Ekipy i materiały są. Idzie sprawnie. Jesteśmy laikami. Ceny rosną w takim tempie jak rosły kilka lat wstecz. Czarnowidztwo też bywa złym doradcą.

          • Nie patrzyłbym na to jak na czarnowidztwo. Raczej próba podjęcia racjonalnej decyzji w obliczu dynamicznej sytuacji i nadchodzących zmian, których konsekwencji nie do końca można przewidzieć. Kilka stówek wrzuconych w takich warunkach to nie coś, na co później można machnąć ręką.
            Ale bardzo się cieszę, że u Was wszystko idzie jak należy.

  11. cześć,
    gratuluję Tobie / Wam serdecznie. świetna robota.
    jest dużo prawdy w tym co piszesz – wytrwałość i ciężka praca definiują to, gdzie jesteśmy (dodałbym pewnie odrobinę szczęścia).
    w tym wpisie doceniam to, że poruszyłeś element uzgadniania wielu kwestii z Wolną. to niezmiernie ważne, ponieważ często skupiamy się na naszych celach, zapominając o zrozumieniu potrzeb tych, z którymi dzielimy życie, a przecież bez nich (tych osób) nie bylibyśmy w miejscu w którym jesteśmy.
    powodzenia,
    M

  12. Mnie również inspirujesz, już 7 rok! W wielu aspektach mam podobne podejście do życia co Ty i Wolna. I bardzo, bardzo chętnie czytam każdy wpis, niezależnie od częstotliwości.
    Pozdrawiam,
    Anula

  13. Autentycznie się wzruszyłam. Czytam Cię od lat, byłeś i jesteś jednym z nielicznych blogerów, do których z przyjemnością zaglądam. Twoje wcześniejsze “zniknięcie” było dla mnie pewnego rodzaju stratą, gdyż w wielu kwestiach podchodzimy podobnie do życia, a kolejne wyzwania i zaciskanie zębów czy też pasa 😉 było lżejsze, gdy widziałam że każdy z nas boryka się z podobnymi wątpliwościami, trudnościami i emocjami.
    Dzisiaj przeczytany post wywołał łzy w moich oczach, gdyż czuje, że tracę nieznanego osobiście, ale jednak druha w podróży…. ale na tym polega życie. Uczymy się, dojrzewamy, idąc do przodu nasze drogi się rozchodzą, ale to z drugiej strony jest piękne, gdyż życie jest jedną nieustającą zmianą.

    Mogę śmiało powiedzieć, że choć nigdy Cię nie poznałam, to w sumie mam wrażenie, że stałeś się bliskim mi człowiekiem… powodzenia i trzymam kciuki za Was 🙂

  14. Trzymam kciuki i powodzenia. Nie będę powielała poprzednich komentarzy, ale taki update raz na jakiś czas zawsze z wielką przyjemnością czytam 😉

  15. Czytam Twój blog chyba od początku, dzięki Tobie zauważyłem że nie jestem freakiem z moim podejściem do życia. Dziękuję Ci za całą Twoją twórczość. Nigdy nie przechodziłem tutaj po regularne wpisy, myślę, że to też nie był Twój cel. Nie chciałeś na siłę zmieniać świata i mieć u siebie wianuszka grouppies. Jeśli napiszesz coś raz na jakiś czas to będzie wartość dodana dla nas, Twoich wiernych czytelników, jak i dla Ciebie samego. Sam wspominałes, że czasem potrzebujesz uporządkować myśli.
    Jeszcze raz wielkie dzięki i mam nadzieję, że będziemy mogli dowiedzieć się jak przebiega Twoja dalsza droga. Powodzenia!!

  16. To i ja dodam cos od siebie zeby Cie zdopingowac do nie usmiercania bloga. Piszesz bardzo dobrze, lekko, potrafisz zainteresowac czytelnika i zainspirowac. Prosze, nie znikaj. Podziwiam Wasza konsekwencje i upor w dazeniu do celu i lubie tu zagladac.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię