Włochy po raz kolejny! Wrażenia, koszty, wnioski.

29
2139
wyświetleń

Buongiorno po raz kolejny 🙂

Zaledwie po 4 miesiącach z hakiem, wróciliśmy do Włoch. To już nasz trzeci wypad do tego pięknego kraju w przeciągu 12 miesięcy! Ale – tak jak poprzednio, ten kierunek to nie efekt naszej wielkiej miłości do słonecznej Italii (aczkolwiek mocno polubiliśmy ten kraj), a raczej wynik przypadku… lub, inaczej mówiąc – wyśmienitej oferty cenowej na loty z Gdańska do Bergamo (szczegóły poniżej). Nasze wcześniejsze wyprawy były jednak zaledwie 2-3 dniowymi chwilami odsapnięcia od codzienności dla mnie i Wolnej. Tym razem zamieniliśmy weekend we dwójkę na 7 dni w 6 osób! Oprócz naszych Wolniątek, zabraliśmy opiekę dla nich, czyli moich teściów 😉 Zapraszam więc na o tym, co z tego wyszło i ile to wszystko kosztowało.

Przede wszystkim, tym razem było zdecydowanie spokojniej. Planując zwiedzanie, uwzględniliśmy dwójkę naszych maluchów i parę seniorów ;), dlatego obrane tempo było wypadkową naszego szaleńczego cwału, kłusu seniorów oraz co najwyżej chodu naszych dzieciaków. Skutek był taki, że zobaczyliśmy znacznie mniej niż zwykle, za to podczas każdej wycieczki był czas na kawę, lody, plac zabaw, zdjęcia, chwilę medytacji, chłonięcie pięknych widoków i łapanie promieni słonecznych. Też fajnie! Właśnie taki przyjemny, względnie leniwy chillout w milszym niż Polska klimacie i z zapierającymi dech w piersiach widokami zaplanowaliśmy dla naszej szóstki. Nie ukrywam, że i tak wydreptaliśmy sporo kroków, a nasza niespełna 4-letnia Hania miała pierwszy raz w życiu zakwasy w nogach. I nic dziwnego, skoro jednego dnia zrobiła dobrze ponad 20 000 dorosłych kroków… auć!

A mimo to (a może właśnie dlatego?) nadal się uśmiechała!! 🙂

Ale zacznijmy od początku. Po wylądowaniu w Bergamo, poszliśmy odebrać zarezerwowane wcześniej auto. O autach we Włoszech można by napisać osobny wpis… dość powiedzieć, że to niezła jazda. Nigdy nie wiesz, jaki model dostaniesz, za to zawsze należy się nastawić na mocno obite ze wszystkich stron auto z mnóstwem wgnieceń i zadrapań ;). Nasz Fiat 500L (obdzwoniłem wcześniej większość wypożyczalni, zanim namierzyłem wersję 7-osobową, która jednocześnie nie była wielkim busem) był poobijany ze wszystkich stron, a każdorazowe otwarcie drzwi pasażera skutkowało odgłosami tarcia elementów karoserii, nieco odkształconych podczas jednej z licznych przygód tego egzemplarza. Wcześniej zapłacone 500 zł od razu zostało powiększone o kolejne 10 EUR opłaty manipulacyjnej (tiaaaa…), a następnie miła Pani postraszyła mnie, jak to praktycznie przed niczym nie jesteśmy chronieni i w razie w będziemy bulić tysiące monet. Na szczęście my już wiemy, że to sposób na wyciągnięcie dodatkowej kasiory od turystów (często większej niż sama opłata za wynajęcie auta!) i z nieco gorzkim uśmiechem zrezygnowaliśmy z dodatków, przez co musieliśmy zaakceptować blokadę na naszej karcie kredytowej w wysokości ponad 1300 EUR. Która ma zostać oddana w przeciągu kilku tygodni i mam wrażenie, że coś i tak z niej uszczkną. No cóż – taki urok Włoch i tanich aut w wypożyczalniach. Być może będę miał okazję sprawdzić, jak działa wykupione jeszcze w Polsce ubezpieczenie na tego typu wypadki…

Na taką blokadę trzeba się przygotować, chcąc wynająć auto nawet na kilka dni!

A skoro o tym mowa, to tym razem zdecydowaliśmy się na kupienie ubezpieczenia turystycznego. Zasugerowali to teściowie, a ja postanowiłem nie protestować i znaleźć coś optymalnego. Poświęciłem na to dosłownie pół godziny, nie porównywałem wielce. Ot – zajrzałem na stronę najbardziej popularnej porównywarki tego typu usług i w 10 minut kupiłem ubezpieczenie podróżne dla naszej szóstki za 129 zł. Sumy ubezpieczeń nie zwalały z nóg, samo towarzystwo też nie należy do najbardziej znanych, ale to jeszcze o niczym nie przesądza. Jeśli kiedyś będziemy zmuszeni skorzystać z takiego ubezpieczenia, na własnej skórze przekonam się, czy to w ogóle działa. Podczas tego wyjazdu nic złego się nie stało (jeśli nie liczyć małego guza naszej Hani, której się pewnej nocy spadło z łóżka ;)) i jeszcze nie wiem, czy będziemy kupować tego typu ochronę w przyszłości.

Medytacja w takiej scenerii to pestka! Oczywiście, dopóki się nie otworzy oczu, bo wtedy ciężko je znowu zamknąć przez ten widok!

Pierwszego dnia zobaczyliśmy stare miasto w Bergamo, zrobiliśmy większe zakupy (włoskie owoce i warzywa rządzą!!!) i dokulaliśmy się naszym jednookim Fiacikiem (po nastaniu ciemności okazało się, że jedną żarówkę ma przepaloną…) do mieszkania wynajętego przez booking.com. 70-kila metrów kwadratowych, 3 pokoje z aneksem i łazienką, taras z pięknym widokiem, szybki i darmowy Internet, a nawet zakrzywiony telewizor z Netflixem – takie luksusy zapewniliśmy sobie w połowie marca za 1770 zł za 7 dób dla 6 osób. 42 zł za dobę to niedużo jak na takie warunki i lokalizację, chociaż sumaryczna kwota nie należy do najmniejszych.

Przed pójściem spać zaplanowałem zwyczajową pobudkę o 5:30 i godzinkę-dwie pracy na tarasie, połączoną z podziwiania wschodu słońca, wznoszącego się nad okolicznymi szczytami. W myślach miałem też skrzącą się od słońca taflę jeziora, nad które przyjechaliśmy, a które w nocy sprawiało wrażenie czarnego jak smoła. Plany te pokrzyżowała niestety pogoda, która w nocy zmieniła się diametralnie, a poranny deszcz i porywisty wiatr nie zachęcał do wystawienia nosa za okno.

Poranna woda z włoską cytrynką nastraja optymistycznie, nawet jak pogody brak!

Kolejne dni upłynęły nam na mieszance zwiedzania i leniuchowania. Jeździliśmy po okolicznych miasteczkach i wioskach, raczyliśmy się pysznym espresso w rozsianych wszędzie barach i smakowaliśmy najróżniejszych smaków lodów. Pogoda z dnia na dzień się poprawiała, żeby w ostatnich dniach przekroczyć magiczną granicę 20 stopni w cieniu. Ja – zwyczajowo – wstawałem o 5:30 i zajmowałem się blogiem, sprawami organizacyjnymi albo biegałem, przygotowując się do zbliżającego się wielkimi krokami 64-kilometrowego ultramaratonu (tam przesunę granicę najdłuższego przebiegniętego dystansu po raz kolejny, na pewno nie ostatni!). Wolna dołączyła do jednego z moich treningów i po raz pierwszy w życiu przebiegła 20 km (brawo!), ciesząc oczy oszałamiającymi widokami i budzącą się już do życia przyrodą.

Okolice, w których przebywaliśmy nie były nastawione na turystykę – a przynajmniej nie w takim stopniu, jak niedalekie jeziora Como czy Garda. Nad Iseo było cicho, spokojnie i ekstremalnie… włosko. Najczęściej byliśmy jedynymi turystami na szlaku, a nawet – jedynymi osobami, które w porze sjesty włóczyły się po ulicach urokliwych miasteczek! Niezliczona wręcz liczba pięknych (acz często również zaniedbanych) domków była obwieszona ogłoszeniami “na sprzedaż”, a my zastanawialiśmy się, jak wygląda życie w takiej w połowie opustoszałej mieścinie, na kilkusetmetrowym wzgórzu, gdzie człowiek niejednokrotnie jest zdany na samego siebie. Gdzie sklep jest jeden, jeśli nie liczyć mobilnych sklepików na kołach, które widywaliśmy wielokrotnie.

Gdzie zawsze można znaleźć bar, w którym niemal przez cały dzień przesiadują okoliczni mieszkańcy (zazwyczaj w wieku bardzo podeszłym), popijając espresso i rżnąc w karciochy 😉 To zdecydowanie nie miejsce dla każdego, a już na pewno nie poza sezonem. Nawet na krótkim urlopie można się tu niesamowicie wynudzić, a odnajdą się tu tylko ci, którzy czerpią radość ze spokoju, obłędnych widoków i właśnie w ten sposób ładują swoje baterie. Okolica naprawdę była magiczna, jakby stworzona do pieszych wycieczek na ponad 1000-metrowe wzgórza, jak i biegów terenowych z dużymi przewyższeniami. Ja jednak nie mogłem usiedzieć w miejscu, kiedy widziałem mknące po krętych ulicach rowery szosowe. Tego typu kolarstwo to przecież sport narodowy Włochów, co i rusz natykaliśmy się więc na mniejsze lub większe grupki szosujących sportowców-amatorów, bardzo często w sile wieku. Mam wrażenie, że kiedyś będzie mi jeszcze dane pokonanie chociaż kilku tysięcy kilometrów na dwóch kołach w tym kraju 😉

O klimacie naszej miejscówki przekonaliśmy się dobitnie, kiedy wybraliśmy się nad Gardę, chyba najbardziej znane z włoskich jezior. Początkowo to właśnie tam mieliśmy spędzić cały tydzień i całe szczęście, że poszliśmy nieco mniej szablonową ścieżką, lądując nad Iseo. Garda jest chyba bardziej niemiecka niż włoska (zaznaczam, że byliśmy tylko na południowym krańcu jeziora – podobno na północy jest inaczej!), pełno tu turystów (również poza sezonem), a mijane co i rusz 4 i 5-gwiazdkowe hotele oraz luksusowe auta dobitnie pokazały nam, że to nie nasz klimat. No i te lody (a także niemal wszystko inne), znacznie droższe niż nad Iseo ;). Nad Gardą też jest pięknie, ale to taki… Sopot, podczas gdy okolice Iseo to raczej Bieszczady, zwłaszcza po sezonie. Oba miejsca mają swoich amatorów, oba przyciągają inną klientelę i oferują jej coś zupełnie innego. Dzięki temu, że mieliśmy okazję je porównać będziemy pamiętać, żeby podczas kolejnych podróży również szukać ciekawych i mniej znanych alternatyw.

Ponieważ nieśmiało planujemy dłuższy wypad w cieplejsze tereny na zimę 2019/2020, pobyt w okolicach Bergamo potwierdził moje wcześniejsze przypuszczenia: tutaj jest za zimno na taki wypad. Skoro pod koniec marca poranki witały nas temperaturami w okolicach zera stopni, to styczeń/luty musi być podobny. Owszem: w ciągu dnia temperatura dochodziła do kilkunastu stopni, a grzejące słońce pozwalało odczuwać niejednokrotnie 20 stopni i więcej… niesamowicie przyjemne uczucie w porównaniu z naszymi chłodami! Ale to jeszcze nie jest ta szerokość geograficzna, która pozwala z rana (na przykład, o 5:30 ;)) wyjść sobie na taras i popracować, słuchając śpiewu ptaków, oddychając świeżym powietrzem i napawając oczy okolicznymi widokami. Jest na to zwyczajnie za zimno!

Nasze Wolniątka (niemal 4 i 5,5 roku) po raz kolejny udowodniły, że – o ile w zanadrzu mamy trochę węglowodanów na podbicie poziomu energii – są urodzonymi piechurami. Nasze przyzwyczajenie do chodzenia, zamiast wożenia czterech liter procentuje podczas takich wyjazdów. Mimo, że nie organizowaliśmy wielkich wypadów, to codziennie wybieraliśmy się na kilkugodzinne zwiedzanie, zwykle połączone ze zdobyciem któregoś z okolicznych szczytów. Dzieciaki nie marudziły i widać było, że są zadowolone – chyba zaczynają po prostu czuć klimat miejsc, w które je zabieramy i cieszą się z tego, co im pokazujemy: szlaków, przyrody, okazjonalnych przyjemności typu lody. A co najważniejsze: przez ponad tydzień spędzały ze sobą niemal 100% czasu, dzięki czemu ich relacje (zwykle mocno w kratkę) uległy wyraźnej poprawie (zobaczymy, na jak długo ;)). Jestem z nich naprawdę dumny!

Ja z kolei nieco odpuściłem pracę. Mając urlop, chciałem przynajmniej utrzymać tempo moich pozaetatowych zajęć, ale z czasem na tym polu zwolniłem obroty. Owszem, coś napisałem, coś opublikowałem, zaktualizowałem cele, załatwiłem jedną czy dwie sprawy. Ale przede wszystkim odpoczywałem, czytałem, cieszyłem się przyrodą i prostotą kolejnych, spokojnych dni. Doceniałem lokalne, fantastyczne warzywa i owoce, pozwalałem sobie na codzienne, mocne i niesamowicie pyszne espresso, łapałem całe mnóstwo promieni słonecznych, czytałem i medytowałem. A także spędzałem zdecydowanie więcej czasu z dziećmi (i teściami!), zacieśniając i pogłębiając nasze relacje. Czas ucieka – jeśli nie teraz, to kiedy?

Ale ale… przecież to blog o finansach osobistych 😉 Poniżej przedstawiam oczekiwane przez wielu zestawienie wydatków dla 6 osób i 7 dni w północnych Włoszech

Chyba petarda, prawda? Oczywiście: biorąc pod uwagę liczbę osób, suma może robić wrażenie, ale X zł za osobę – uwzględniając absolutnie wszystko – to naprawdę dobry wynik, który okazał się być jeszcze niższy niż moje wcześniejsze szacunki (szacowałem, że wydamy nieco ponad 5.000 zł). Wiele osób uważa, że Europa zachodnia jest po prostu droga. O ile ogólnie zgadzam się z tym stwierdzeniem i mam świadomość, że siła nabywcza przeciętnego turysty z Polski jest we Włoszech dość skromna, to… jestem zdania, że nie musi to być przeszkodą w tego rodzaju wypadach. A już na pewno nie powinien to być jedyny powód do wybierania dalekich, egzotycznych kierunków, gdzie transport kosztuje krocie, za to życie jest tanie. Na podstawie regularnych delegacji do Niemiec i naszych ostatnich wypadów do Włoch stwierdzam, że przy odrobinie sprytu i dzięki dobremu planowaniu nie trzeba pójść z torbami, przebywając w zdecydowanie bogatszych od Polski krajach. Kluczem jest transport, którego cena może być naprawdę atrakcyjna. Porównując 600 zł wydane na samolot (plus drugie tyle, uwzględniając auto na miejscu) na 6 osób z… co najmniej 8000 zł, które poszłyby z dymem na transport do Azji (i na miejscu) już na starcie widać, że krótsze podróże (powiedziałbym: do 2 tygodni) mogą być zdecydowanie tańsze w przypadku Europy. Drugim aspektem, na który zwracamy uwagę w przypadku takich podróży jest termin wyjazdu. Generalna zasada jest prosta: jesteśmy elastyczni i wybieramy miejsca/terminy w taki sposób, żebyśmy byli jednymi z nielicznych, zamiast dołączać do tłumów.

Półmaraton w takiej scenerii to było coś wspaniałego!

Dzięki temu jest taniej, prawdziwiej, spokojniej. Trzecia reguła jest równie prosta: żyjemy podobnie, jak w domu. Nie traktujemy wyjazdów jako odreagowania od codziennej orki, okazji do błogiego nic-nie-robienia czy raczenia się wszystkim i bez ograniczeń. Nie wymagamy, żeby mieć wszystko podane pod nos – bardzo często obserwuję właśnie takie podejście i nawet je do pewnego stopnia rozumiem. Jeśli sam byłbym na co dzień przepracowany, zmęczony życiem i obowiązkami, dojechany w pracy, być może też zdecydowałbym się na wakacje w wersji “full wypas”. Zwłaszcza, jeśli miałbym jedynie tydzień-dwa w ciągu roku na taki wyjazd i chciałbym podróżować niczym chiński turysta, który cyka tysiąc fotek, a dopiero w domu podziwia miejsca, w których był 😉 W takim scenariuszu koszty są zwykle znacznie wyższe niż u nas. A my… skoro w Gdańsku nie chodzimy codziennie do restauracji, nie jeździmy taksówkami i nie korzystamy z usług masaży, podczas podróży również sobie na to nie pozwalamy. Owszem: kilkukrotnie zaliczyliśmy pizzerię, praktycznie codziennie było pyszne espresso w kawiarni czy lody, ale większość posiłków przygotowywaliśmy w domu, a transport wzięliśmy we własne ręce. Dzięki temu, że mieliśmy apartament z aneksem kuchennym (m.in. dlatego nie nocujemy w zwykłych hotelach), mogliśmy zaopatrzyć się w markecie czy na targu i jeść lokalnie, smacznie i zdrowo. Może nie posmakowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów, może coś nas ominęło… ale jednak wolimy zdrowy rozsądek – zwłaszcza, jeśli dzięki niemu możemy zaliczyć kilka tego rodzaju wypraw w roku. Podsumowując: staramy się, żeby nasze podróże nie były oderwaniem od życia na co dzień, ale raczej: żeby były jego kontynuacją, tyle że zwykle na niższych obrotach i w bardzo przyjemnych okolicznościach.

Jeżeli planujesz tegoroczny urlop, zastanów się nad wersją Do-It-Yourself. Znając język angielski w stopniu komunikatywnym, po jednej-dwóch takich podróżach ciężko będzie Ci wrócić do zorganizowanego wypoczynku, dostosowywania się do grupy, wyznaczonego planu, posiłków czy towarzyszy podróży. Zwiedzanie na własną rękę daje ogrom możliwości i prowadzi do miejsc, do których żadna zorganizowana wycieczka nie dotrze. Wspomnienia z takich wypadów pozostają na długo w pamięci, a jednocześnie zmuszają do główkowania i planowania, co na dłuższą metę może Ci tylko wyjść na zdrowie!

Na koniec wypada nakreślić nasze dalsze plany wyjazdowe 🙂 Skoro wyszliśmy z inicjatywą “dom za dom” (zapraszam, jeśli jeszcze nie dołączyłeś!), to chcemy zorganizować kilka tego rodzaju wyjazdów. Być może zrealizujemy pierwszą tego rodzaju zamianę już w maju i spędzimy tydzień w Poznaniu. Z kolei lipiec to niemal pewne 10 dni w Soblówce, zaledwie rzut kamieniem od Słowacji. Obie wymiany realizujemy za pośrednictwem portalu HomeExchange24 i nieśmiało myślimy o jeszcze jednej tego typu wyprawie, tym razem w obrębie naszej, “Wolnej” grupy (ci, co wiedzą, to wiedzą). Możesz być pewien, że każda z tych wymian zakończy się chociaż krótkim wpisem na blogu i – mam nadzieję – będzie zachętą do tego typu podróży. Cały czas myślimy też o (co najmniej) miesiącu w cieplejszym klimacie w okolicach stycznia-lutego 2020. Bardzo wstępny plan to Grecja lub Albania, ale na razie nie zapeszam. Jeśli masz inne, ciekawe propozycje lub sposoby, jak dotrzeć do tanich (bo w “zimie” pustych), urokliwych nieruchomości na wynajem w tych rejonach, będę wdzięczny za pozostawienie komentarza!

PS Jeśli planujesz swój wymarzony urlop, zapraszam do rejestracji na serwisach booking.com lub airbnb.com za pomocą bannerów w tym wpisie! Dzięki temu Ty masz szansę spełnić swoje podróżnicze marzenia nieco taniej, a ja otrzymam prowizję, dzięki której będę jeszcze chętniej i częściej dzielił się wrażeniami i przemyśleniami z kolejnych rodzinnych podróży!

PS2 Dajcie znać, czy widać lepszą jakość zdjęć w porównaniu z poprzednimi wpisami. “Dorobiliśmy się” aparatu, który – naszym zdaniem – oferuje znacznie więcej niż telefony, którymi do tej pory fotografowaliśmy.

29 KOMENTARZE

  1. W kwestii ubezpieczenia – dopóki jesteście na terenie UE, nawet na poważniejsze przypadki wystarczy EKUZ, aczkolwiek istotnym zastrzeżeniem jest że leczymy się na takich zasadach jak mieszkańcy kraju – np. we Włoszech przejazd karetką kosztuje 15€ i tego kosztu NFZ nie zrefunduje.
    Co do działania ubezpieczeń – przynajmniej z Wartą mam doświadczenie pozytywne. Akurat u mnie była to kwestia bezdyskusyjna, bo w przypadku wyjazdu na narty ryzyko jest zdecydowanie większe, ale miałem (niestety) okazję skorzystać z ich usług i było OK. Pani na infolinii podała mi adres pod który miałem pojechać taksówką i tu pojawił się drobny zgrzyt, bo już na miejscu okazało się, że skierowała mnie do kliniki ortopedycznej, a potrzebowałem zupełnie innej pomocy (nie winię jej, mogła zadziałać schematycznie – zima, Włochy, naturalnie nasuwa się uraz podczas jazdy, a i ja mogłem się w bólu nieprecyzyjnie wypowiadać), ale już po drugim telefonie zasugerowali telefon na 112 (na co w zasadzie mógłbym wpaść, ale ponownie – nie myślałem w tym momencie zbyt trzeźwo, a wyjeżdżałem sam, więc nie było w pobliżu kogoś kto mógłby pomyśleć za mnie 😉 ). Zwrot kosztu karetki, taksówki, biletu autobusowego z powrotem do mojej miejscowości oraz przepisanych leków uzyskałem bez najmniejszej dyskusji na podstawie paragonów.
    Przy okazji, przynajmniej na podstawie mojego doświadczenia służba zdrowia we Włoszech działa naprawdę sprawnie – do szpitala dotarłem o 9, o 14 wyszedłem po komplecie badań i z przepisanymi lekami.

    Bardziej w temacie artykułu, jak zawsze czytało się przyjemnie 🙂 Widać też efekt skali jeśli chodzi o koszt noclegu i wspomniany przeze mnie w artykule o Waszym wyjeździe do Krakowa powolny wzrost kosztów noclegu w mieszkaniach w przeciwieństwie do hotelu – przy wyjeździe w dwójkę ciężko wykręcić taki koszt na osobę nawet korzystając z opcji budżetowych.

  2. Polecam karte diners club, ubezpieczenie za 0 zł :)(kartę można wyrobić za 0 zł oferta dostępna na innym blogu)
    Bilety/noclegi oraz auto też można zbić dość łatwo.
    np. eacycarrentals -30 USD za ref linka ,

  3. Ja tez jestem fanem Włoch 😀. Połączenie wszystkiego co lubię. Pogoda, jedzenie, blisko z Polski, zabytki, południowo-europejskie podejście do życia. A nawet język i muzyka. Cokolwiek bym tam robił czuję się dobrze. A prawdę mówiąc – nie robiąc nic, czuję się jeszcze lepiej 😉

  4. I ja często latam do Włoch, własnie ze względu na tanie bilety. Co do auta, to Goldcar jest nabardziej naciągającą wypożyczalnią jaką znam, czasem warto wybrać inną. Ceny poza sezonem są naprawdę niskie i w przypadku takiej grupy auto to jedyny racjonalny środek transportu. Uważać tylko trzeba nam fotoradary, jest ich dużo i są nieraz poukrywane. Gratuluję miłego pobytu!

    • My standardowo wynajmujemy przez system Ryanaira, bo tam od razu mam pełne ubezpieczenie za około 20 zł za każdy dzień. Ale fakt, niemal 6k nadal wisi nam jako zarezerwowane na karcie i biorę pod uwagę, że mogą mnie jeszcze czymś zaskoczyć…

  5. Zdecydowanie najcieplejszy kącik Europy na przezimowanie to południe Portugalii. Do Faro lata Ryanair. W Albanii ani w Grecji nie będzie tak ciepło jak tam (zdarza się i 20st w styczniu i nikogo to nie dziwi 🙂 ). Inna sprawa, że południowa Portugalia jest po prostu przepiękna, stare miasteczka, oceaniczny klimat, klify, fale, ciepło znad Afryki… 🙂 Jest tanio (espresso 0.5 euro), klimatycznie, słonecznie… Bardzo polecam!

    • O Portugalii nie myśleliśmy, głównie ze względu na dystans. Na razie zakładałem, że pojedziemy naszym autem, skoro będziemy tam dłużej, ale jeszcze tego nie liczyłem. To espresso za 0,5 eur zachęca 😉 We Włoszech płacimy zwykle 1 eur. W ogóle to abstrakcja, żeby kawa w kawiarni (oraz inne tego rodzaju usługi) były znacznie droższe w naszym pięknym kraju…

      • To jest inna kultura picia kawy i spędzania czasu w ogólności…
        Mimo że daleko, serio polecam rozważyć południe Portugalii 🙂

  6. We Włoszech i generalnie w UE ubezpieczenie EKUZ wystarczy a jeśli potrzeba czegoś więcej można dokupić Planeta Młodych za coś koło 100 zł rocznie ( przyda się też na wyjazdy poza UE ).

    Odnośnie samochodów to we Włoszech warto mieć pełne ubezpieczenie z zerowym udziałem własnym bo często zwłaszcza na Sycylii czy w Neapolu można łatwo stracić np lusterko czy lampy.
    Aby mieć zerowy udział własny na ubezpieczenie auta najprościej wybrać ofertę AVIS 360.

    Odnośnie stycznia czy lutego i samodzielnego taniego lotu w granicach UE to z Gdańska polecam Maltę, temperatura będzie kilkanaście stopni, zielono, mało ludzi. Jeśli ktoś nie chce jeździć autem po lewej stronie to całą Maltę można zwiedzić autobusami i pieszo.

  7. Właśnie wróciliśmy z wycieczki do Omanu. Loty przez Dubaj + autobus do Muscatu wyszły nas 450 zł na osobę. Siedzę już pare lat w tematyce tanich lotów i pamiętam te czasy jak do Bergamo latało się landryną za 8 zł RT 😀 Z ubezpieczeń samochodu mogę polecić worldwideinsure.com / icarhireinsurance.com choć ci ostatni wycofali się ostatnio z ubezpieczania w Pl. Ubezpiecznie wkładu własnego na rok wyjdzie Cię ok 50 funtów. Na zimowanie w obrębie UE mogę polecić Cypr i Kanary. Jak chcesz budżetowo to wizz lata do Kutaisi, stamtąd do Batumi. Wszystko tanie i do tego można poczuć klimat Polski sprzed 30 lat 😉

  8. Nie ubezpieczyłeś samochodu we Włoszech, słynących z rozbijających się kierowców, a wykupiłeś ubezpieczenie turystyczne, chociaż będąc obywatelem UE podlegasz pod EKUZ? 😉 Aż musiałam sprawdzić, czy ja blogów nie pomyliłam 😛

    • Ubezpieczyłem auto, ale nie przepłacając, czyli nie robiąc tego bezpośrednio przez wypożyczalnię.
      O EKUZ myślałem chwilę, ale pamiętałem, że wyrobiłem kiedyś kartę na jakąś delegację i było z tym sporo papierologii, a jej ważność była bardzo krótka. Przyznaję, że mogłem temat odświeżyć, a tego nie zrobiłem. Nadrobiłem informacje i ustawiłem już sobie task na załatwienie tematu dla całej rodziny. Dzięki!

      • EKUZ dają teraz na rok. Wszystko mozna załatwić online, a zamiast odbioru osobistego zaznaczyć wysyłkę poczta. W UE tylko to warto mieć 🙂

      • To mieliście szczęście – większość ubezpieczeń turystycznych nie obejmuje chyba tego, co pokrywa EKUZ, a jedynie te elementy publicznej opieki zdrowotnej które są płatne i ewentualnie leczenie prywatne w klinikach współpracujących z ubezpieczycielem (choć to kwestia wnikliwej lektury OWU, jak z każdym ubezpieczeniem – w każdym razie, wymogiem do wypłaty ubezpieczenia na ogół jest podejmowanie jakichkolwiek działań dopiero po kontakcie z numerem assistance). Dlatego nawet wysokie kwoty ubezpieczeń na leczenie są względnie tanie – w znakomitej większości przypadków nie zostaną wykorzystane, bo na ogół drogie, skomplikowane leczenie jeśli jest potrzebne i tak odbywa się w szpitalu 🙂
        I potwierdzam co do ograniczenia papierologii – teraz jest to w zasadzie jeden wniosek, po którym od ręki wydają kartę ważną rok, ewentualne trzeba donieść zaświadczenie o zatrudnieniu jeśli z jakiegoś powodu nie będą w stanie sprawdzić czy jesteś objęty NFZem, ale to się raczej rzadko zdarza (w mojej rodzinie nikt tego nie doświadczył).

  9. Na przezimowanie zdecydowanie polecam Maderę. Idealny klimat do aktywnego wypoczynku z dziećmi (w lutym mieliśmy 17-23 stopnie), przepiękne widoki i ceny porównywalne z polskimi. Minusem dystans i koszty dojazdu, ale i tak warto!

      • Popatrz na czartery, np w Tui można kupić same bilety. Im bardziej last minute, tym taniej. 🙂
        Oprócz Madery możesz też spojrzeć na Azory, taki europejski koniec świata, piękne miejsce, więc jeszcze prawie nieskażone masową turystyką. 🙂 Od jakiegoś czasu da się dolecieć Ryanairem przez Lizbonę. Aczkolwiek nie będzie aż tak ciepło, no i może być pochmurno.

        • Teneryfa też jest kusząca, ale wszytko zależy od wstrzelenia się z lotami 🙂 Ciepło praktycznie cały rok choć podobno w okresie wiosennym można spotkać rekiny i czasem straszą deszczem 😉

  10. Ja również polecam Maltę. Byłam tam w środku lata i było straszliwie gorąco, więc na zimę powinno być jak znalazł 😀

    A jest ona naprawdę piękna i bardzo dobrze skomunikowana – autobusami miejskimi można bez problemu wszędzie dojechać, a bilet tygodniowy jest naprawdę tani. Do tego same przejazdy oczywiście nie zajmują długo – w końcu Malta jest wielkości Krakowa 🙂

    W zimie/na wczesną wiosnę świetne jest też południe Hiszpanii np. Sewilla. Teraz jest tam pogoda jak na początku polskiego lata – na podkoszulek w dzień i cienką bluzę wieczorem. Wszędzie mnóstwo zieleni i na każdym rogu drzewka pełne pomarańczy 🙂 Jak się znajdzie mieszkanie w miarę w centrum to wszędzie można bez problemu dojść. Jak dla mnie idealne połączenie niesamowitej architektury (Plac Hiszpański, Katedra czy Real Alkazar) z dużą ilością zieleni w parkach i ogrodach.

    Jakbyście tam byli to polecam też jednodniową wycieczkę pociągiem do Kordoby, w której jest m.in. Mezquita czyli ogromny meczet przekształcony w kościół – naprawdę unikatowy wygląd, szczególnie od środka.

  11. Z budżetowych opcji noclegu, szczególnie jakbyś jednak jechał własnym autem polecam namiot. Umożliwia spora spontaniczność w czasie podróży, samo nocowanie w namiocie i ogólnie funkcjonowanie w takich warunkach jest fajną odskocznią od codzienności dorosłych i atrakcją dla dzieci. Na Wasze 4 os taka Kaczucha 5.2 z Dekatlona za 1200zł, z Fresh&Black powinna sie super spisać. My sporo jeździliśmy z nieco większym 6.2 i nie do zajechania. Wytrzymał rózne kierunki łącznie z Norwegią czy Islandią – gdzie swoją drogą największym wyzwaniem było jego przewiezienie samolotem, bo krowa, ale i tak się bardzo opłacało. Tutaj kluczowym odkryciem była duża ‘ruska torba’ do zamieniania kilku bagaży w jeden gdzie ograniczała nas już tylko waga – tym sposobem w 5 osób zabraliśmy sie z całym sprzętem kempingowym łącznie ze śpiworami, materacami, stołem i krzesłami itd. w 2 rejestrowanych bagażach i 5 podręcznych 😉
    Tutaj np. z Norwegii (którą wbrew pozorom da się zwiedzić za względnie przyzwoite pieniądze jak się odpowiednio budżetowo podejdzie do tematu 🙂 : https://i.postimg.cc/qq4PswCb/fjrdy.jpg

    • btw. Czytam, bo akurat o Bergamo na kilka dni śmigamy w przyszłym tygodniu 😉 Korzystając z tanich, chociaż nie aż tak tanio wyłapanych biletów z Gda 😀

    • Mega ciekawe podejście. Sam bym w życiu nie pomyślał, żeby brać namiot i resztę sprzętu do samolotu. Ale w zasadzie… dlaczego nie 🙂 Lubię takie opinie, otwierające umysł na ciekawe, niesztampowe rozwiązania. Dzięki 🙂

  12. Nam ostatecznie Włochy wyszły 1200 zl/os za 4 doby- przynajmniej naszej parze, ale innymi pewnie podobnie Jechaliśmy wieksza ekipą 9 osób. U nas samolot wyszedł po 200zł. , noclegi po 340 zł (ok 80 za dobę/os, ale w 3 różnych miejscach – Bergamo, Mediolan, nad Como) i 660 zł na resztę: przejazdy – pociągi, zbior-kom w miastach, promy nad jeziorem, jedzenie (poza śniadaniami i 1 obiadem głównie na mieście), jakieś atrakcje i alkohol (w tym 2 wieczory w lokalu – jeden z wyboru, drugi z przymusu, bo mieli jakieś święto i wszystkie sklepy zamknięte). Więc i dużo i mało zależy z czym porównywać. Ale jechaliśmy tam, żeby coś zobaczyc i posmakować, wiec wiadomo wyszło drożej niz gotowanie samemu i chodzenie głównie po szlaku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię