Stawianie i realizacja celów, czyli darmowe paliwo rakietowe dla każdego!

38
2767
wyświetleń

Wierzę, że jeśli odpowiednio przetrawisz dzisiejszy wpis, zrobisz coś dla siebie. Co mianowicie? Zaczniesz planować. Wyznaczysz cele. Zdefiniujesz poszczególne zadania. I będziesz je konsekwentnie realizował. Czyli zaczniesz postępować, jak ludzie sukcesu, którzy zwykle nie są ani bardziej inteligentni, ani sprytni niż pozostała część społeczeństwa… oni mają po prostu dużo determinacji i prą do przodu, realizując kolejne, postawione przed sobą zamierzenia.

Jak widzisz, już stoicy uważali, że bez określonego celu nie wiesz, w którą stronę zmierzasz.

Mam wrażenie, że ostatnio się powtarzam. Ale zmiany, które wdrożyliśmy w ostatnich miesiącach w naszych głowach i podejściu można opisać tylko jako rewolucję. Otóż pewnego grudniowego wieczora usiedliśmy z Wolną do stołu i zaczęliśmy rozmawiać. O tym, gdzie chcielibyśmy dojść w najbliższych latach, jakie cele widzimy przed sobą, czego chcielibyśmy doświadczyć, przeżyć, spróbować. I tak powstała nasza mapa celów. Takich długoterminowych, dotyczących różnych aspektów życia, których wcześniej nigdy nie mieliśmy. A raczej: które wcześniej ograniczały się do pieniędzy.

Smutne, ale prawdziwe. Wcześniej żyliśmy w sposób nie do końca przemyślany. Oczywiście – mieliśmy jakieś plany odnośnie rodziny, dzieci, pracy… ale to wszystko było mało zdefiniowane, przeważnie bazujące na zasadzie “byłoby dobrze, gdyby…”. Gdybyśmy mieli dwójkę dzieci, gdybyśmy wyjechali na wakacje, gdybyśmy… zarobili kolejny stosik siana :(. “Osiągnąć finansową niezależność” – to był chyba jedyny cel nadrzędny, który zdefiniowaliśmy ponad 10 lat temu, po kilkumiesięcznym zgłębianiu wpisów tego pana. Temu osiągnięciu podporządkowaliśmy znaczny kawałek naszego życia i dopóki widzieliśmy w tym sens, szliśmy tą ścieżką, jakkolwiek smutno by to nie brzmiało. Oczywiście – znajdowaliśmy radość w życiu codziennym, była w nas również troska o środowisko, ciekawił nas minimalizm, ale z tyłu głowy zawsze były te cugle, które hamowały nas ilekroć zaczynaliśmy poważniej myśleć o czymś, co dałoby nam więcej uśmiechu, ale kosztowało zbyt dużo (według nas, oczywiście). A jednocześnie, czerpaliśmy radość z działań, z których miała wyniknąć dodatkowa kasa. Ciężko mi to dzisiaj ocenić i na pewno nie odcinam się od tamtego Wolnego – byliśmy przecież ze sobą spójni, a te lata dały olbrzymiego kopa naszym finansom osobistym, pozwalając dzisiaj odłożyć je na dalszy plan. A to uważam za bardzo wartościowy cel, który niemal każdy powinien mieć przed sobą i dać mu odpowiednio wysoki priorytet. Dzisiaj jednak myślę, że niekoniecznie trzeba do niego dążyć w tak dogmatyczny sposób, jak my.

Jakieś 3-4 lata temu zaczęliśmy powolną przemianę. Myślę, że to zaczęło się dziać w okolicach mojej długiej, 1,5-rocznej przerwy w blogowaniu. Zacząłem wtedy zmieniać się na tyle, że moja identyfikacja z tym, co wcześniej publikowałem w pewnym stopniu zmalała. Wtedy też zaczęliśmy koncentrować się na dzieciach, sporcie i coraz bardziej korzystać z życia. Wiele rzeczy – w tym nasze podejście do pieniędzy – mocno się zmieniło. Wskoczyliśmy na zdecydowanie bardziej zrównoważoną ścieżkę życia, w której finanse przestały odgrywać główną rolę. Ale skoro wolność finansowa przestała być tym Świętym Graalem, nagle zabrakło celu, który motywuje i zachęca do działania. Kiedy więc pod koniec 2018 – dość przypadkowo, bo pod wpływem Mirka – siedliśmy z Wolną przy stole, zadziała się magia. Zaczęło powstawać coś, co na nowo rozpaliło w nas chęć do parcia do przodu.

Wizja celów i zamierzeń absolutnie nie gwarantuje ich realizacji. Pewne jest natomiast, że bez wizji możesz mieć pewność, że ich nie zrealizujesz. To może wydawać się śmieszne w świecie, który przytłacza nas obowiązkami i nieskończoną liczbą rozrywek, ale… jeśli nie masz planu na życie i na kolejne dni… skąd masz wiedzieć, co robić? Czemu decydujesz, żeby się czegoś podjąć, a co innego odrzucić? Na jakiej podstawie idziesz właśnie tą, a nie inną ścieżką i skąd będziesz wiedział, kiedy należy z niej zboczyć? Czy zastanawiałeś się kiedyś, dokąd zmierzasz?

Kiedy to zrozumieliśmy, postawiliśmy na wielowymiarowy rozwój, który nie kręci się wokół finansów. Rozłożyliśmy siły równomiernie, przeanalizowaliśmy nasze priorytety, zainteresowania i to, w jaki sposób chcielibyśmy żyć za kilka lat. A kiedy nasza wizja samych siebie za 5-10 lat była mniej więcej gotowa, zastanowiliśmy się, co musimy zrobić, żeby dojść tam, gdzie chcemy. A przede wszystkim: jak tego dokonać, z dokładnością do konkretnego tygodnia, a czasami nawet: dnia. Postulat “koniec z pracą zawodową w IT do 40. roku życia” brzmi nieźle, ale przecież czymś to trzeba zastąpić, żeby nie zgnuśnieć na kanapie, nadal się realizować, przekazywać dzieciom pewne wartości i przypadkiem nie strzelić sobie w kolano. Powstały więc konkretne zadania, rozbite na poszczególne lata, miesiące i tygodnie.

Jeden z wczesnych, jeszcze nie do końca zdefiniowanych celów Wolnej.

Na podstawie tego, co zaczęło się dziać później mogę z całą stanowczością stwierdzić, że rozpoczęcie świadomego planowania dało nam istny zastrzyk paliwa rakietowego. Ponieważ sam nie do końca dowierzam w to, co stało się czasie ostatnich 3 miesięcy, postanowiłem zebrać wybrane efekty naszych działań w pierwszym kwartale 2019:

1. Od początku stycznia 2019 wstaję (niemal) codziennie o 5:30 rano. A w zasadzie, całkowicie przesunąłem moje godziny funkcjonowania z 6:30 – 23:30 na 05:30 – 22:30. Zmiana teoretycznie niewielka, ale jej efekty są naprawdę mocne, o czym ostatnio pisałem. W praktyce, to co najmniej jedna, dodatkowa godzina produktywności z rana, zamiast tego samego czasu wieczorem, który zwykle przecieka przez palce na mało ambitne tematy. Moja produktywność wzrosła, a motywacja jest na wyjątkowo wysokim poziomie. To niesamowite, że samo spisanie celów powoduje, że człowiek czuje się zobligowany do ich realizacji.

2. Do tej pory prawie nie czytałem… z braku czasu oczywiście 😉 Po wpisaniu 12 książek do przeczytania na ten rok (co wydawało mi się nader ambitne), pod koniec stycznia skończyłem już 4 z nich i wtedy właśnie pomyślałem “o cholipcia, coś w tym planowaniu jest” (wersja ugrzeczniona, specjalnie dla młodszych czytelników ;)). Na koniec marca miałem już 16 pozycji za sobą i ciągle chcę więcej. Biorąc pod uwagę to, że wcześniej wpisywałem się w smutny trend jednej książki rocznie (tak, wiem :(), to zdecydowanie największa rewolucja, jakiej doświadczyłem w ostatnich miesiącach. Jestem też pewien, że codzienna lektura przyniesie mocne efekty w przyszłości, a już teraz pozwala na chwilę relaksu pod wieczór, zamiast korzystania z bardziej niskopoziomowych rozrywek. Listę książek, które wchłonąłem w 2019 i które planuję przeczytać, znajdziesz tutaj.

Tutaj znajdziesz polecane przeze mnie książki z mini-recenzją i linkami do najbardziej optymalnych cenowo opcji.

3. Z czytania zaczynają wynikać też inne rzeczy. Chociażby medytacja, do której wcześniej nie mogłem się zabrać. Byłem absolutnie przekonany o jej pozytywnym wpływie na duszę i ciało, wiedziałem że wystarczy dosłownie kilka minut dziennie, a jednak z jakiegoś nieodgadnionego powodu nie mogłem się za nią zabrać – nawet po wpisaniu jej na listę celów podchodziłem do niej jak pies do jeża. Ale kiedy o jej zaletach przypomniały mi kolejne pochłaniane książki, wreszcie się przełamałem i licznik moich 10-minutowych mini-sesji medytacyjnych zaczął wreszcie posuwać się do przodu. Na razie to dość zabawne, bo mimo tego spokoju, do którego dążę i który staram się propagować widzę, że moje myśli pędzą szybko. Kiedy tylko zamknę oczy i staram się uspokoić umysł, coś mi się przypomina, coś trzeba zapisać, zaplanować, z jakiegoś powodu przerwać sesję i zacząć ją od początku. A kiedy już wytrwam te 10 minut w bezruchu z zamkniętymi oczami, to mam świadomość, że chwil bez jakichkolwiek myśli było zaledwie kilka, a najdłuższa trwała nie dłużej niż pół minuty. No cóż – praktyka czyni mistrza, dlatego będę kontynuował tą przygodę z wiarą w to, że z czasem efekty będą lepsze.

4. Staram się też wprowadzać zalążki afirmacji do mojego życia i to też poniekąd wynika z przeczytanych lektur. W skrócie, u mnie polega to na docenianiu tego, co mam. I nie mówię tu wcale o finansach. Ja autentycznie zaczynam myśleć sobie “mam dwie ręce, dwie nogi, sprawną głowę. To dużo”. Albo “obudziłem się, czuję się dobrze, kolejny dzień życia przede mną. Fajnie”. Czy też – porównując się do innych: “Moje zdrowie nie jest doskonałe, ale miliony ludzi doświadczają znacznie poważniejszych trudności”. Takie nieco infantylne, nieokrzesane jeszcze wyrażanie wdzięczności za to, co mam, zamiast skupiania się na moich ograniczeniach i niedoskonałościach. To powolutku zmienia moją optykę i pozwala patrzeć pozytywnie na świat – zwłaszcza wtedy, kiedy mam nieco gorszy moment. Tak, wiem – tych chwil nie widać na blogu, więc możesz być zaskoczony. Przypominam więc, że moje wpisy to jedynie wycinek mojej rzeczywistości, dlatego radzę brać duży dystans do jakichkolwiek treści, które konsumujesz.

5. Co jeszcze? Blog, który wcześniej prowadziłem niemal z dnia na dzień, nabrał kształtów. Zacząłem planować wpisy z wielotygodniowym wyprzedzeniem i pisać teksty, które opublikuję dopiero za jakiś czas. W rezultacie moich produktywnych poranków, mam niemal gotowy zestaw wpisów na kolejne 2 miesiące i ciągle powstają kolejne. Zaplanowałem kilka serii wpisów (praca zdalna, #migawki czy #wywiad) i staram się konsekwentnie nad nimi pracować, dając z siebie więcej niż wcześniej. Blogowe statystyki za 2018 nie napawały mnie dumą. Stwierdziłem zatem, że w tym roku stronę odwiedzi dwa razy więcej czytelników. Piszę dużo, publikuję często, cieszę się z efektów. Działa. Może nie tak, jakbym sobie tego życzył, ale efekty już są. Będę Ci bardzo wdzięczny, jeśli podzielisz się z najbliższymi czy przyjaciółmi informacją, że taki Wolny stuka w klawisze i od czasu do czasu (najlepiej: co najmniej raz na tydzień 😉 warto tutaj zajrzeć. Staram się jednak ciągle pamiętać, że ten blog jest również (a może i przede wszystkim…) dla mnie samego. Nie chcę się powtarzać, ale to właśnie klepiąc z rana w klawisze układam sobie w głowie różne rzeczy, wpadam na pomysły, podejmuję decyzje, analizuję ostatnie wydarzenia i wyciągam z nich wnioski. To moja pozytywna terapia i porządkowanie myśli, których efektami przy okazji dzielę się z Tobą.

Statystyki powoooooli rosną. Uważasz, że dostarczam wartościowe treści? Podziel się nimi z innymi!

6. Mniej pracuję, przynajmniej jeśli chodzi o etat. To oczywiście również efekt chwilowego braku nowych projektów (jak to w korpo: raz górka, raz dołek), ale samo zdefiniowanie maksymalnej liczby nadgodzin w roku zmotywowało mnie do tego, żeby już w pierwszych miesiącach odpuścić kilka “fuch”, na których mogłem zarobić kosztem weekendowego czasu dla rodziny i samego siebie. Staram się też więcej delegować, co na razie wychodzi całkiem nieźle i dzięki temu zyskuję co nieco gratisowego czasu każdego dnia.

7. Do tej pory nie wiedziałem, jak często piję alkohol. Postanowiłem, że w 2019 nie przekroczę 52 dni (w przybliżeniu: 1 dzień w tygodniu), kiedy spożyję coś z procentami. Automatycznie bardziej się pilnuję i dzisiaj już wiem, że piłem częściej, niż bym chciał. A także: że się ograniczę. To już działa: po kilku tygodniach pilnowania się, aktualnie nie muszę już tego robić i obniżam średnią. Aha, postanowiłem też, że w 2019 ani razu się nie upiję. A co tam, jak szaleć, to szaleć 😉

8. Wspólnie z Wolną założyliśmy i rozwijamy własną działalność i – nie zapeszając – idzie nam całkiem nieźle. Dzięki efektom naszej pracy, Wolna zrezygnowała z etatu – znacznie wcześniej, niż to planowaliśmy. Wróciła nam normalność, która od roku była zaburzona przez dość częstą pracę Wolnej na popołudniowe zmianki, kiedy od odebrania dzieci z przedszkola byłem z nimi sam do późnego wieczora (chociaż – szczerze mówiąc – to też były fajne chwile). Wróciliśmy zatem do zdrowego życia rodzinnego i codziennie widzimy siebie i dzieci tyle godzin, że czasami aż trzeba od tego odetchnąć 😉

Tutaj i tutaj podsumowałem pierwsze 3 miesiące naszej DG. Kwiecień zapowiada się zdecydowanie ciekawiej, chociaż Wolna ciągnie 3 projekty na raz i wkłada w nie więcej pracy, niż chciałaby na co dzień. Kiedyś dojdziemy do optimum 🙂

9. Wdrożyłem też szereg pomysłów, które prowadzą do większego spokoju wewnętrznego i ograniczenia wpływu, jaki ma na mnie świat zewnętrzny. Przykładowo, nie włączam Instagrama, dopóki sam nie zamierzam tam czegoś umieścić. A widząc ciemną stronę tego ciekawego przecież narzędzia, coraz rzadziej decyduję się na publikację czegokolwiek na tej czy innych platformach społecznościowych. Wdrażam też regułę, zgodnie z którą po 21ej staram się nie patrzeć w jakiekolwiek ekrany – odpada więc oglądanie czegokolwiek, granie, klikanie w ekran telefonu. Planuję też coś, co się nazywa “screenless day“, czyli jeden dzień (na razie w miesiącu, chciałbym kiedyś dojść do rytmu tygodniowego) bez jakiejkolwiek styczności z urządzeniami wyposażonymi w wyświetlacz. Wierzę, że takie kompletne odcięcie się od świata ma wartość, chociaż na razie bardzo ciężko wdrożyć mi to w życie.

10. W ostatnich dniach zrealizowałem mój najbardziej ambitny cel sportowy na ten rok, którym było przebiegnięcie 68-kilometrowego Wielkiego Biegu. A ponieważ przyszło mi to zdecydowanie łatwiej, niż sobie wyobrażałem, to zastanawiam się nad kolejnym przesunięciem swoich granic… lub powrót do krótszych wybiegań dla zdrowia fizyczne i psychicznego, bo ultramaratony ze zdrowotnością chyba zbyt wiele wspólnego nie mają 😉

Robi wrażenie 🙂

11. W końcu zabrałem się w praktyce za naukę języka niemieckiego, z którym do tej pory miałem bardzo nierówne relacje. Minimum godzina raz na dwa dni, w tym czytanie, wymowa, ćwiczenia, nieco gramatyki… to wszystko znacznie wychodzi poza dotychczasowe podejście, kiedy po prostu oglądałem to, co mnie interesuje po niemiecku, rozumiejąc z tego mniejszą lub większą część.

12. Zaczęliśmy więcej podróżować. Postanowiliśmy, że kilka razy w roku wyjedziemy wspólnie, całą rodziną. Byliśmy więc już w Krakowie i we Włoszech, mamy też w planach podróże tylko we dwójkę, a nawet samemu – na przykład jakiś męski czy damski wypad na weekend. Wdrożyliśmy w życie nasz pomysł zamiany domów i – pośrednio z jego pomocą, mamy w planach aż 3 tego typu wypady w ciekawe miejsca. Dzięki wcześniejszym przygotowaniom (chociażby zmiana pracy Wolnej i przestawienie się na pracę zdalną) oraz dobremu planowaniu, będziemy w stanie odwiedzić wiele miejsc, których w przeciwnym wypadku byśmy nie zobaczyli. Fajnie!

Już nawet nie wspominam o zmianie auta, działaniach charytatywnych (w Q1 przelaliśmy na Pajacyka już 1826 zł), większej koncentracji na zdrowiu czy seriach pompek, brzuszków i przysiadów, które dorzuciłem do planu dnia 😉 Mamy jeszcze wiele celów, którymi nie dzielę się na blogu, a odnośnie których zauważam dokładnie to samo, co powyżej: magię, która bierze się z jasnego zdefiniowania zadań i pamiętaniu o ich realizacji małymi, regularnymi kroczkami. To niezwykłe i zaskakująco (przynajmniej dla mnie) skuteczne.

Ale… w zasadzie po co to wszystko robimy? Zdaję sobie sprawę, że część czytelników może odebrać ten wpis jako kompletne oderwanie od normalności i przejście na jakiś sztuczny tryb życia, w którym – zamiast doświadczać codzienności – odhaczamy tylko kolejne punkciki na liście. Jakbyśmy rozbili sobie życie na składowe, odbierając mu całą spontaniczność oraz naturalność. Owszem, z zewnątrz może to tak trochę wyglądać, ale… uwielbiamy porządek i dobrą organizację, a spontaniczność nigdy nie była dla nas wyjątkowo ważna. Źle się czuję, kiedy mam 10 tematów na głowie, które nie są nigdzie spisane i zdefiniowane, a ja – zamiast je realizować – mam świadomość, że co najmniej dwa z nich zaraz uciekną mi z głowy, a kilka kolejnych zrealizuję jedynie połowicznie. Wolę przypomnienia w kalendarzu, które mówią mi, co mam danego dnia zrobić, żeby utrzymać właściwą trajektorię ku wyznaczonym, wieloletnim celom.

Co ważne, realizacja ambitnych zadań wcale nie oznacza maksymalnej produktywności w każdej minucie życia. Nadal mam sporo czasu dla siebie, a dzięki wpleceniu zainteresowań i hobby w cele – czuję, że robię coś dla siebie, jednocześnie ‘odhaczając’ kolejne zadania z listy. Definiując cele, sam określam odpowiadający mi balans pomiędzy pracą a korzystaniem z życia i odpoczynkiem. Proste i skuteczne, a przede wszystkim: nie pozwalające zagonić się do ciągłej pracy, ani zbytnio rozleniwić. Zauważyłem też, że każde realizowanie zadanie daje mi zastrzyk energii i dokłada kolejną, malutką cegiełkę do mojej pewności siebie poczucia wartości. Zresztą… czy to nie naturalne, że produktywne działanie i osiąganie wyników uszczęśliwia nas, ludzi?

Podsumowując… mam wrażenie, że od początku tego roku wskoczyliśmy na jakiś kolejny poziom. Świadomości, produktywności, efektywności. Jakbyśmy wsiedli do jakiegoś wehikułu czasu, mimo że warunki, w których żyjemy nie zmieniły się ani trochę. Biorąc pod uwagę to, co osiągnęliśmy do tej pory w naszym 35-letnim życiu, aż strach pomyśleć, gdzie dzisiaj byśmy byli, gdybyśmy zaczęli planować wcześniej. A skoro taki postęp dokonał się w ciągu zaledwie 3 miesięcy, to… gdzie będziemy za 5 czy 10 lat? Nawet, jeśli nasze planowanie nie jest metodyczne i nie do końca zgodne z najlepszymi praktykami, a poszczególne cele będą z czasem ewoluowały (to całkowicie normalne!). Warto próbować, uczyć się tego, doskonalić. I cieszyć z efektów.

A Ty? Stawiasz sobie cele i planujesz ich realizację? Czy bardziej płyniesz z prądem? Czy Twoje planowanie obejmuje wiele obszarów życia, czy raczej skupiasz się na jednym zagadnieniu na raz? Czy również doświadczyłeś tego niesamowitego kopa, którego daje poczucie sprawczości i widok namacalnych efektów tego, co robisz?

PS Przypominam, że moje cele na ten rok możesz śledzić tutaj. Regularnie aktualizuję tą stronę, dlatego jeśli jesteś ciekawy moich postępów, zaglądaj tu regularnie.

38 KOMENTARZE

  1. Gratulacje ukończenia biegu, całkiem fajne tempo jak na taki dystans 🙂

    Jeśli chodzi o temat artykułu… Niby wiem że to ważne, czytałem o tym w wielu miejscach, oglądałem Mieszka, ale jakoś nie mogę się przełamać żeby taki plan rozpisać. Czuję jakiś wewnętrzny opór i sam nie wiem dlaczego… 🙁 Niby w głowie coś tam mam ułożone, ale jednak nie spisane. Nie wiem, może to podświadomy strach przed porażką….

  2. Kolejny bardzo fajny wpis Maciek i gratulacje przebiegnięcia kolejnego długiego dystansu. Planowanie to podstawa i choć jest ono przez niektórych kojarzone z komunistycznym system ekonomicznym i gospodarką planową (ktoś powiedział, że komuniści nie skorzystają z toalety bez planu :))) Planowanie według mnie jest podstawą skutecznego działania. Działanie bez planu jest jak jazda samochodem w górach bez kierownicy, Doznania być może i głębokie ale finał marny i nieprzewidywalny o kosztach nie wspomnę. Moje planowanie realizuję poprzez tworzenie rożnych checklist: rocznych, miesięcznych i nawet dziennych. Ich magia polega na wyrzuceniu treści z głowy na kartkę, powoduje to ulgę i zwalnia mentalną przestrzeń dla kreatywności i spokoju sumienia, że o niczym nie zapomnimy.
    Planowanie jest innowacją, czyli pozainwestycyjnym czynnikiem wzrostu volumenu efektów naszych działań, w zasadzie w każdym obszarze. Dla mnie planowanie to konieczność bo inaczej bym poległ w gonitwie codziennych obowiązków.

    • Ja też uwielbiam przelewać myśli do checklisty i w ciągu dnia skreślać z niej kolejne zrealizowane pozycje. Chociaż czasami zbiera się tego tyle, że aż się zaglądać odechciewa 😉

  3. My od lat wypisujemy w grudniu cele na dany rok z wielu dziedzin życia 🙂 i tak np. podróże – mała podróż tzw. weekendowa, średnia podróż – kilka dni w podróży, i duża podróż czyli wszystko powyżej tygodnia i tak planujemy kierunki swoich wyjazdów, rozpisujemy również zdrowie, finanse, samorozwój, sport, ale zwykle robimy cele na dany rok, nie wiem czy zawsze cele na kolejny rok muszą być wyższe niż za poprzedni rok, bo tak wynika z waszych tabelek 😉

    • BARDZO fajne spostrzeżenie. My na razie uczymy się definiować cele, dlatego one idą ciągle w górę. Ale przecież wcale nie musi tak być! Nie chodzi o to, żeby być jak najbardziej ambitnym, ale raczej o to, żeby wiedzieć, gdzie się zmierza, prawda? Dziękuję za ten komentarz, na pewno uwzględnię go w kolejnych “sesjach z celami”.

  4. Zawsze z chęcią do Ciebie zaglądam, choć nie ukrywam, że tematyka remontowo-wynajmowa w Twoim wykonaniu jest moją ulubioną. Plany i zmiany robią wrażenie.
    Tak myślę, że chętnie bym też przeczytała czasem o tych zmianach w Waszym życiu z perspektywy Wolnej 🙂

    • Wiesz… każdy ma jakieś predyspozycje i kompetencje. Wolna raczej nie porwałaby swoimi tekstami, przynajmniej nie na początku. Ja bym musiał to spisać, przeformułować i wyszedłby nieco wykrzywiony obraz, niewiele różniący się od dotychczasowych wpisów.
      Jedno jest pewne: aktualnie ja mam więcej przestrzenia na realizowanie się niż Wolna. Skoro rozwijamy firmę, do której Ona wnosi 90%, to chwilowo nie może sobie pozwolić na taki luz, jaki ja mam. Ale pracujemy nad tym, żeby to powoli, w miarę możliwości równoważyć.

      • Drugi argument przyjmuję ale tym stwierdzeniem: “Wolna raczej nie porwałaby swoimi tekstami” – trochę mnie zawiodłeś. Mimo wszystko doceniam kawał pracy włożony w opisywanie swoich spostrzeżeń – tworzysz dobre i szczere treści.

        • Ok, rozumiem, może zbyt mało delikatnie to ująłem. Ale faktem jest, że każdy ma swój unikalny zestaw predyspozycji i doświadczeń – i tak jak mi pisanie przychodzi łatwo i naturalnie (a kilka lat tworzenia bloga też swoje zrobiło), tak u Wolnej próby stworzenia jakiegoś tekstu idą jak po grudzie. Dla przeciwwagi, jakiś czas temu odkryliśmy, że moja lepsza połówka zwykle łatwo i naturalnie nawiązuje bezpośredni kontakt z klientami, czego o mnie raczej powiedzieć nie można. Mamy więc świadomość swoich mocnych i słabszych stron i uzupełniamy się, starając się pomagać sobie nawzajem w trudniejszych sytuacjach, w których druga połówka potrafi coś zrobić szybciej, lepiej i z większą przyjemnością.

  5. Wolny jesteś super. Ten wpis jest jakiś inny od poprzednich, widać zmiany w Waszym życiu. Dziękuję Ci, że dzielisz się tym, jest to bardzo motywujące i inspirujące. Życzę Wam wszystkiego dobrego. Powodzenia.

  6. Pozwól, Wolny, że zadam Ci pytanie.

    Wspominasz o Waszej charytatywności. Podążyłem za linkami i dowiedziałem się, że wynajmujecie trzy dwupokojowe mieszkania, czyli razem macie ich cztery. Wszystko jest legalne (zakładam, że płacicie podatki od przychodów z wynajmu), nikt nie może się do niczego przyczepić. Ja też nie.

    Ale spójrz na to inaczej. Ilu jest w Polsce ludzi, młodych i nie tylko, którzy marzą w własnym, choćby małym mieszkaniu, ale nie mają na nie żadnych szans. Ot, choćby młode nauczycielskie małżeństwo. Tacy ludzie muszą mieszkać albo u rodziców, albo w mieszkaniach stanowiących własność takich ludzi jak Wy.

    Moje pytanie brzmi: jak się czujesz jako (współ)posiadacz czterech mieszkań w kraju, w którym setki tysięcy ludzi nie mają ani jednego? Jak łączysz to w sensie moralnym z Waszą charytatywnością? Czy nie masz czasem lekkiego kaca, przyjmując pieniądze od ludzi, którzy –gdyby tylko mogli – płaciliby czynsz za swoje “em” zamiast napychać kabzę Tobie i Wolnej?

    Disclaimer: ja Cię nie oceniam ani nie atakuję; proszę też innych czytelników, żeby nie ruszali tu do polemizowania ze mną, bo jestem w stanie przewidzieć, co by mi napisali. Ja chcę tylko wiedzieć, jak się czujesz w tej swojej/Waszej sytuacji. Odpowiesz?

    • Bardzo ciekawe pytanie. Nie, żebym miał jakąś błyskotliwą odpowiedź, która zmieni Twoją optykę w tym temacie… spróbuję odpowiedzieć z marszu. Te mieszkania to inwestycja. Taka, na którą zapracowałem (z dużym udziałem szczęścia / losu, zwał jak zwał) i którą wybrałem spośród innych. Byłem w stanie zaoszczędzić kupę kasy dobrze zarabiając i wydając mało. Jeśli kupiłbym za to tonę akcji na GPW, nikomu nie przyszłyby takie pytania do głowy, prawda? A to przecież inna forma inwestycji. Gdybym to przejadł i jeździł autem za pół bańki, też raczej nikt nie pytałby się “czemu nie jeździsz gruchotem, a reszty nie dajesz biednym”… jeszcze jeden przykład: wczoraj zostawiłem u lekarza 350 zł. Wybitny specjalista, do którego dostęp mają tylko ci, którzy mają kasę, cała reszta musi czekać miesiącami na wizytę u kogokolwiek.
      Biorąc to wszystko pod uwagę, niełatwo jest ocenić wybory nasze czy kogokolwiek innego. Owszem, gdyby charytatywność była dla mnie podstawą, to może bym wcale nie inwestował, a zamiast tego oddawał wszystkie nadwyżki? A może dzięki temu, że zbuduję portfolio mieszkań i będę miał znacznie więcej, niż potrzebuję, to w którymś momencie życia postanowię to wszystko oddać potrzebującym? Nie wiem… to nie jest tak, że dogłębnie oceniam moralność każdego ruchu i zastanawiam się, jak można inaczej. Gdybym tak działał, chyba bym zwariował kupując nawet jedzenie w sklepie (zwierzęta giną, planeta niszczeje, ludzie chodzą głodni).
      Podsumowując, nie czuję żadnego moralnego kaca w związku z posiadaniem i wynajmowaniem mieszkań. Mógłbym pisać, że jest wręcz przeciwnie, że zaspokajam podstawową ludzką potrzebę, ale tu bym trochę przeginał – nie czuję w tym misji, to dla mnie po prostu inwestycja. Która ma dać te 5-6% zwrotu w skali roku, przy pewnym podejmowanym ryzyku i przy niewielkim nakładzie pracy.
      Nasze mieszkania wynajmują różni ludzie. Czasami dwójka znajomych zrzuca się na pół i ma gdzie mieszkać przez pewien czas, aż nie postanowią ruszyć dalej. Czasami ktoś pomieszka, aż nie wykończy swojego mieszkania. Czasami mieszka samotny biznesmen, który twierdzi, że przy obecnych cenach nie opłaca się kupować i że dziwi się mi, że biorę na klatę ryzyko związane z najmem przy tak niskiej stopie zwrotu.
      Jest zbyt wiele zmiennych, punktów widzenia i możliwych scenariuszy. Temat nie jest czarno-biały, niełatwo go spiąć w klamry. Dlatego nie czuję się w żaden szczególny sposób jeśli chodzi o moralność z tym, co robimy. Działamy w obrębie kapitalistycznej gospodarki, która dyktuje warunki i stwarza możliwości, do których my się staramy dopasować. A jednocześnie, czujemy coraz większą potrzebę dawania czegoś od siebie i na wielu polach to robimy. Przelewają pieniądze na Pajacyka, czy chociażby dając tonę darmowej wiedzy na tym blogu.
      Pozdrawiam.
      PS Aha… co innego, jeśli chodzi o sprawiedliwość. Tutaj jednoznacznie twierdzę, że sprawiedliwości na świecie nie ma. Ale z tego chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę i jakoś nie wypruwamy sobie żył i nie załamujemy rąk, żeby ten stan rzeczy zmienić, prawda?

    • do @Marek
      W życiu nie słyszałem bardziej żałosnych pierdołowatych komunałów. Jasne są biedni maja marzenia i nigdy ich nie będzie stać ? I bardzo dobrze bo są roszczeniowi i leniwi i wbrew temu co Maciek w komentarzu Ci odpowiedział, jest to dowód na istnienie sprawiedliwości. Masz marzenia? To je zrealizuj! Recepta jest bardzo prosta Do pracy! I nie przepuszczaj zarobionych pieniędzy przez dupę. Temu między innymi jest poświęcony niniejszy blog.

      • No no, ostro pojechałeś. Nie mogę się do końca zgodzić. Owszem: mam poczucie sprawczości, ale nie jestem jednym z tych, którzy twierdzą “wszystko osiągnąłem sam, dzięki swojej ciężkiej pracy”. Oczywiście, pracuję na wysokich obrotach od kiedy pamiętam i to przyniosło rezultaty, natomiast mam też świadomość, że na tej drodze zdarzyła się cała masa niezależnych ode mnie, losowych rzeczy, na które nie miałem wpływu, a które dały mi możliwość rozwoju. Mam o tym niemal ukończony wpis, więc nie zdradzam zbyt wiele, ale sam pomyśl: czy gdybym urodził się w “nieodpowiednim” miejscu i czasie, w “nieodpowiednim” środowisku/rodzinie i nie miał takich możliwości rozwoju jakie otrzymałem, to czy to byłaby wina mojego lenistwa, że nie doszedłbym tu, gdzie teraz jestem? Podyskutujemy za jakiś czas, po publikacji wpisu pod tytułem “Sukces: ile w nim szczęścia, a ile ciężkiej pracy?” 😉

        • Maciek jesteś po prostu fajnym skromnym Facetem, który nie zadziera nosa i ma mnóstwo pokory dla życia i szacunku dla innych. Ale ja jestem stary, wredny i szczery do bólu:) i wydaje mi się (moje ulubione stwierdzenie) ludzie dzielą się na takich, którzy zawsze znajdują się w odpowiednim miejscu i czasie i są odpowiedzialni za swoje życie i szukają sposobu oraz takich którzy zawsze maja jakieś “ale” zazdroszczą wszystkiego innym obarczają innych swoim lenistwem i szukają powodu aby nic nie robić.

    • Marku, Twój komentarz choć ładnie ubrany w słowa, niestety na odległość trąci wzbudzaniem poczucia winy czy nawet wstydu z powodu zarabiania większych pieniędzy kiedy reszta “dziaduje”…
      To całkowicie normalne, że nie wszyscy mają po równo. Każdy ma w życiu inny start i każdy podejmuje inne decyzje, m.in zawodowe, finansowe które wpływają na jego przyszłość. Ty zapewne też masz więcej niż inni, dostęp do wody pitnej, internetu, dach nad głową. To wcale nie jest oczywiste dla każdego, a mimo to wątpię, że budzisz się co rano z poczuciem winy z tego powodu, bo inni nie mają i może też powinienem tego nie mieć.
      Myślę, że o ile ktoś pieniędzy nie ukradł, to moralnie powinien czuć się wspaniale, że zadbał o swoją finansową sytuację i że stać go na pomaganie innym.

      • Monika – zgadzam się z tobą w 100%. Mógłbym podać dziesìatki przykładów znajomych, którzy mieli nie gorszy start ode mnie (w większosci lepszy) i którzy zawsze mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia niż oszczędzanie, podnoszenie swoich kwalifikacji aby więcej zarabiać, branie na siebie ekstra projektów czy nadgodzin. Ja mogłem jeździć komunikacją miejską, oni musieli drogim samochodem. Ja mogłem odmówić sobie drogich wakacji, oni nie itd. I teraz ja mam mieć wyrzuty sumienia ? Wolne żarty. Im powinno być wstyd, że tak mało dokładają się do budżetu państwa.

        Polska nigdy w swojej historii nie była w tak dobrej sytuacji jak teraz. Każdy ma szansę być kowalem swojego losu.
        Pozdrawiam,
        Eryk

        • “Per asper ad astra” czyli jak bedziesz ciezko pracowal to na Opla uzbierasz 😉

          A powaznie. 100% zgody z przedmowcami. Maciek elegancko sie nie dal wyprowadzic z rownowagi ale w pytaniu Marka caly Folwark zwierzecy normalnie 😉 Socjalizmem zapachnialo.

  7. Hej Wolny 🙂 Piszesz o polecaniu Twojego bloga znajomym itd. Dla mnie ten blog jest na liście najbardziej wartościowych rzeczy, na jakie natrafiłem w życiu i próbowałem już kilka razy polecić go np. siostrze czy szwagrowi. Najczęściej jednak oni odkładali to na tak zwane “”później i w końcu zapominali. A jestem pewien, że w końcu by się wkręcili. Ale niestety trudno jest kogoś “wprowadzić”. I tutaj pomyślałem o dwóch rzeczach: Pierwsza to jakiś fajny “reklamowo reprezentacyjny” wpis, który pożerałby takiego nowego nieświadomego konsumenta w świat Wolnego, tylko jak go stworzyć nie wiem. Druga myśl to to, że pisałeś jakoś niedawno że myślałeś nad czymś w formie książki, czy czegoś drukowanego – drukowana wersja zmodyfikowanego bloga czy coś takiego. Myślę, że byłby to fajny pomysł na prezent dla rodziny pezyjaciół i znajomych oraz sposób na odwdzięczenie się Tobie za Twoją wspaniałą robotę 😉 a zmyślne odnośniki do poszczegolnych artykułów na blogu na pewno rozruszałyby rykoszetem ruch na nim 🙂 Oczywiście gdyby książka była w miarę minimalistyczna i jak najwięcej Ciebie w niej tzn. tak zwanego własnego sumptu – to jej wartość byłaby większa. Ale to moje luźne myseli, proszę nie traktuj tego jako jakieś siłowe sugestie. P.S.: mega inspirujący wpis. Twoje przemyślenia powodują drugą falę przemyśleń u czytelnika, jak wzór, do którego podstawiam dane ze swojego życia i zavzyna się burza pomysłów. DZIĘKI ZA TO!:)

    • Fajny komentarz. Ja również dziękuję, za próby. Tak szczerze… trochę się leczę ostatnio z tego, żeby zawojować świat zasięgiem. Owszem, fajnie by było go zwiększać, ale piszę też (głównie?) sam dla siebie, a jeśli daję wartość chociaż wąskiej grupce, to tym lepiej. Nikogo nie zaciągnę tu siłą, nikt nie zacznie nad sobą pracować dlatego, że ktoś każe mu przeczytać któryś z wpisów. Tak jak w życiu, trzeba chcieć, włożyć tonę pracy i doświadczać zmian na lepsze.

    • Zdecydowanie popieram propozycję yerbogadacza – taki wpis opisujący pokrótce twój światopogląd byłby naprawdę super do udostępniania – trudno jest podesłać jakiś wyrwany z kontekstu wpis, a polecanie całego bloga jest o tyle trudne, że jeśli ktoś jest zupełnie zielony to trudno będzie mu zacząć.

      Kojarzę, że widziałam na którymś z blogów podobne wpisy – w menu pozycja “Zacznij tutaj” i do niej podlinkowany artykuł opisujący co można znaleźć na blogu wraz z linkami do konkretnych wpisów jak się najedzie na dany fragment tekstu.

      Nie mam wrażenia by to było zaciąganie na siłę – wydaje mi się, że to po prostu sposób by ułatwić innym złapanie podobnego bakcyla 🙂

      Korzystając z okazji – super, że zacząłeś więcej pisać, widać, że planowanie się Ci sprawdza 🙂 Czytałam Cię jeszcze przed Twoją przerwą w blogowaniu, ten blog był jednym z kilku, które najbardziej uformowały moje podejście do pieniędzy (obok Jak oszczędzać pieniądze i Mr. Money Mustache) – dzięki, robisz świetną robotę 🙂

  8. Kolejny bardzo fajny i motywujący wpis! Jestem tu od niedawna…zaczęło się przypadkiem od tematu pieluch wielorazowych 😉 dzisiaj mam małego berbecia ubranego w tetre i czytamy codziennie na głos od początku Twojego bloga po jednym/dwa wpisy 😊 dzisiaj jak tata wróci z pracy porozmawiamy o wyznaczeniu celów na najbliższe lata! Pozdrawiamy serdecznie ze słonecznej Pragi!

  9. Trafiłem na bloga w momencie, kiedy rozpoczęła się Twoja długa przerwa i dobrze znowu przeczytać coś nowego. Teraz jestem na bieżąco 🙂 Też widzę u siebie zmiany w przeciągu ostatnich kilku lat, pozytywne.
    Odnośnie tekstu, wydaje mi się, że dzięki temu, że cele, ogólnie myśli przelewamy z głowy na kartkę, exela itp. mamy więcej miejsca, na radość z bycia tu, teraz…
    Najlepsze jest jak możesz się samemu złapać na szczęściu, takim mikro-zachwycie,
    nie trzeba wbrew pozorom dużo i każdy może to osiągnąć, kwestia “chcieć”,
    pozdrawiam

    • Dokładnie Mateusz, ktoś powiedział że nie człowiek ma dwa nieszczęścia: 1) nie móc czegoś osiągnąć i 2) to osiągnąć. Najważniejsza jest droga do celu nie on sam. Sztuką ogromną, można powiedzieć sztuką życia i dojrzałością jest umieć się cieszyć z tej drogi znając cel swojego życia i konsekwentnie podążając w jego stronę.

    • Zmiany widać jak na dłoni i cieszę się, że również oceniacie je pozytywnie. Odnośnie mikro-szczęścia, pracuję nad tym, żeby to mi weszło w nawyk. Nie jestem cyborgiem ani chodzącym ideałem i jeszcze mi sporo brakuje, żeby wszystko to, co postuluję było fragmentem mojego życia w każdej sytuacji. Pozdrawiam!

  10. Znajomi się czasem ze mnie śmieją, bo zawsze mam przy sobie karteczki, na których spisuję cele dziennie, miesięczne itp, ale u mnie się to sprawdza. Jak nie wiem, za co się zabrać, albo mam luźniejszą chwilę bo wykonałem cel dzienny to zabieram się za realizację czegoś następnego z listy. Nie ma może jakiś spektakluarnych sukcesów, ale wiem, że bez określania mini celów większych i tych mini swój czas roztrwoniłbym na jakieś pierdoły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię