Podsumowanie miesiąca: październik 2019

11
2103
wyświetleń

Jak przystało na początek miesiąca, nadszedł czas na blogowe podsumowanie. Zdjęcia w niniejszym wpisie sponsorują nasze mini-wyprawy, o których więcej poniżej. Zaczynamy!

Blog

Przy jednym wpisie miesięcznie ciężko oczekiwać czegokolwiek innego niż utrzymanie dotychczasowej frekwencji. Coraz nas mniej, a ja nie mam pomysłu ani motywacji do tego, żeby walczyć o powrót do świetności bloga, kiedy zaglądało tu kilkukrotnie więcej osób. Ponownie dziękuję Ci, że jesteś 🙂 i ponownie nie obiecuję, że kolejne wpisy się pojawią. Mam kilka nowych pomysłów, ale bardzo ciężko było mi zebrać się do tego podsumowania, a co dopiero za kolejne publikacje!

Rodzina

Drugi miesiąc Mai w szkole tylko utwierdził nas w przekonaniu, że ta zmiana była chyba trudniejsza dla nas, niż dla Niej 🙂

Poza tym zauważamy, że nasze małe kózki coraz częściej pokazują różki, za co w pewnym stopniu odpowiaad coraz bardziej jesienna aura, niknąca w oczach ilość światła słonecznego i ograniczony czas spędzony poza domem. Staramy się jakoś ciekawie organizować czas w domu, ale nie ma to jak rodzinna wyprawa od czasu do czasu!

Wspólnie z Wolną wybraliśmy się na koncert Julii Pietruchy, po którym stwierdziliśmy, że musimy częściej planować takie wydarzenia! Z kolei na sam koniec miesiąca spróbowaliśmy swoich sił w jedną z naszych niegdysiejszych, ulubionych planszówek (Puerto Rico) i po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że jest tyle ciekawych pomysłów na fajne zagospodarowanie wolnego czasu, że włączanie telewizora byłoby chyba ostatnim z nich.

Podróże

Weszliśmy w temat mikrowypraw i staramy się ciekawie wykorzystać weekendy. Jedną z sobót przeznaczyliśmy na wyprawę do Kątów Rybackich (las, morze, zbieranie bursztynów, rezerwat kormoranów, zbieranie grzybów i te sprawy), inną natomiast na Kaszuby (zaczęliśmy od Wieżycy, gdzie sprobowaliśmy swoich sił w zabawie zwanej geocaching). To jednodniowe, rodzinne wyprawy krajoznawcze, podczas których pokazujemy dzieciom różne wspaniałości przyrody i sami cieszymy się podróżowaniem w skali mikro. Taki dzień zwykle nie kosztuje nas więcej niż 100 zł, co pokazuje, że naprawdę nie trzeba wydawać kosmicznych kwot, żeby fajnie i rodzinnie spędzić czas.

Kupiliśmy też bilety do Hiszpanii na końcówkę listopada, kiedy to zamierzamy spędzić 3 dni tylko z Wolną z dala od codzienności. Planujemy intensywnie zwiedzać, zobaczyć Kartegenę, a także powłóczyć się po okolicznych górach. Na razie kupiliśmy bilety lotnicze (450zł) oraz wypożyczyliśmy auto na lotnisku w Alicante (180zł), skąd wyruszymy tam, gdzie nas oczy poniosą :).

Noclegi w Hiszpanii zarezerwujemy oczywiście przez AirBnB, które serdecznie polecamy! Dzięki temu, że klikacie w nasze linki afiliacyjne, Wasze i nasze podróże są tańsze!!!

Z kolei na nasz dłuższy, styczniowy wypad wybraliśmy w końcu… również Hiszpanię 🙂 Myśleliśmy, żeby jeszcze trochę poczekać z decyzją, ale coraz bardziej utrwalaliśmy się w postanowieniu, że Portugalia lub południe Hiszpanii dadzą fajne możliwości zwiedzania, a także zapewnią pogodę, dzięki której skutecznie wyrwiemy się z polskiej zimy. Co więcej, opcja dłuższego zimowania wydawała się coraz mniej realna, dlatego zdecydowaliśmy się na wyjazd w czasie ferii szkolnych w naszym województwie, przypadających na styczeń. Zamiast planowanych wcześniej wielu tygodni pod postacią niemal codziennego życia (łącznie z pracą) w zupełnie innych okolicznościach, ograniczyliśmy się do zabookowania 16 dni na typowy urlop, w który zapewne wpiszemy spore ilości zwiędzania. Więcej o tym w którymś z kolejnych wpisów, jak będziemy mieli więcej konkretów.

Przychody

  • moja praca
    • W październiku działo się wyjątkowo dużo. Pracowałem chyba w każdy weekend, na szczęście zdalnie i po kilka godzin. Tęsknię za spokojniejszym czasem, w czasie którego mógłbym bardziej skupić się na tym, co lubię (aktualnie: tematy okołochmurowe). Po raz kolejny odwiedziłem Bydgoszcz, tym razem w celu porozmawiania z managerem odnośnie mojej zawodowej przyszłości. Sam poprosiłem o tą rozmowę, a więcej o niej w sekcji “rozwój” poniżej.
    • Przychodów z pracy etatowej nie wolno mi ujawniać.
  • Firma Wolnej “Pracownia Dobrych Wnętrz
    • W październiku wpadły 3 projekty na łączną sumę ponad 9.000 zł, a na konto wleciało ponad 4.000 zł, w większości tytułem zaliczek. To oznacza, że osiągnęliśmy już zakładany roczny przychód w wysokości 30.000 zł, a do końca roku powinniśmy wykręcić 35.000-40.000 zł. Wolna nadal pracuje w trybie bardzo ograniczonym, poświęcając na pracę 2-4 godziny dziennie. Równowaga – ot, co. Która pewnie na chwilę zostanie nieco zachwiana w związku ze wspomnianymi trzema zleceniami. Na szczęście zaplanowaliśmy dwa wyjazdy, które motywują do wyrobienia się z wieloma tematami  teraz, żeby podczas wakacjowania nie myśleć za dużo o pracy.

Jedna z nowszych wizualizacji Wolnej. Nie jestem specem, ale uważam, że absolutnie nie ma się czego wstydzić! Kliknij tutaj po więcej.

  • Mieszkania na wynajem
    • Po raz kolejny zainkasowaliśmy 6.710 zł (+ opłaty) za wynajem trzech mieszkań. Dwa z mieszkań (w których są względnie “nowi” najemcy) odwiedziłem w celu weryfikacji ich stanu. Zarówno nowy najemca, jak i nasza para dziadków (o których pisałem tutaj) nie sprawiają żadnych niespodzianek, można więc wrócić do trybu 100-procentowej pasywności.

Wydatki

W październiku wydaliśmy około 6.200 zł, uwzględniając ~1.250 zł wydane na wspomniane wyżej podróże do Hiszpanii. Kolejny raz wylądowaliśmy więc ze standardowymi, bieżącymi wydatkami na poziomie 5.000 zł. Mimo, że wszystko wokół drożeje, czujemy się bardzo komfortowo z takimi kosztami, zwłaszcza że z łatwością pokrywają je same tylko mieszkania na wynajem. Moja pensja i przychody z działalności Wolnej odkładamy, coraz intensywniej myśląc o jakiejś większej inwestycji.

Swoją drogą, ciekawie patrzy się na nasze wydatki sprzed kilku lat, kiedy – jeszcze we dwójkę, potrafiliśmy z Wolną zamknąć się w kwocie około 2.000 zł miesięcznie. Tymczasem dzisiaj czułbym się OK nawet przy wydatkach rzędu 10.000 zł. Powiem więcej: wydając dwa tysiące nie czułem, że czegoś mi brakuje, a wydając 6, 8 czy 10 nie mam wrażenia, że pławię się w luksusie. Abstrachując od powiększenia rodziny, setek zmian, które w nas zaszły oraz inflacji, za brak tych skrajnych odczuć odpowiada w dużym stopniu przyzwyczajeniu. Człowiek to taka dziwna bestia, która adaptuje się do niemal wszystkiego. W kontekście wydatków widzę, że można naprawdę łatwo przyzwyczaić się do niemal każdego poziomu zarobków, wydatków, poziomu rozpasania czy oszczędzania. A dopóki nie porównujesz się z innymi, możesz po prostu dobrze czuć się doświadczając niemal skrajnych sytuacji finansowych. Chociaż trzeba przyznać, że minimalizm i oszczędzanie przychodzi łatwiej, kiedy jest dobrowolne ;).

Skoro jesteśmy przy comiesięcznych wydatkach, to wyrobiłem sobie nową kartę kredytową, dzięki której za jakiś czas otrzymam 400 zł w postaci bonu do popularnej (aczkolwiek niezbyt przeze mnie lubianej) sieci sklepów. Jeśli myślisz o nowej kartcie kredytowej i potrafisz się takim narzędziem posługiwać bez szkodzenia samemu sobie, polecam w kliknięcie linka ponżej, dzięki czemu otrzymasz szansę całkiem pokaźną premię, która może nieco odciążyć domowy budżet. Więcej o karcie i warunkach promocji przeczytasz na stronie livesmarter.pl.


Książki

Muszę przyznać, że ostatni miesiąc obfitował w obowiązki związane z pracą, do których dobrowolnie dołożyłem jeszcze dużą porcję rozwoju w obszasze IT. W związku z tym na książki było mniej czasu. Posłuchałem trochę rozmówek niemieckich podczas biegania i to był w zasadzie mój jedyny kontakt z tym językiem. Posłuchałem co nieco audiobooka o tremie i komunikacji niewerbalnej podczas wygłaszania prezentacji, a także zacząłem poleconą mi książkę “Projekt Feniks. Opowieść o IT, modelu DevOps i o tym, jak pomóc firmie w odniesieniu sukcesu”. Kiedy jednak fabuła nie rozkręciła się nawet po dwóch godzinach (z czternastu!), postanowiłem odpuścić.

Wolna z kolei wysłuchała “Kołysanki z Auschwitz” Mario Escobara, “Życie jest wolnością” Beaty Pawlikowskiej oraz rozpoczęła “7 dni w siódmym niebie” Żanety Auler.

Przypominam, że oboje “czytamy słuchając” korzystając ze Storytel, zwykle podczas uprawiania sportu. Serdecznie polecamy!

Sport

W zeszłym miesiącu nieco ograniczyłem sport i zająłem się moim zdrowiem, a dokładniej: regenracją dietą. Nie wchodzę w szczegóły, nie zdarzyło się nic wyjątkowego, po prostu dałem organizmowi trochę czasu na odpoczynek.

Mimo to, zaliczyłem 20-kilka godzin aktywności, co wcale nie musi brzmieć jak regeneracja z perspektywy wielu z Was :). Staram się regularnie sadzać swoje 4 litery na trenażerze i 2 razy w tygodniu spędzić na nim co najmniej 2 godziny. To aktywność, podczas której włączam coś w TV (zwykle jakieś materiały z YouTube w obszarach podróżowania, IT czy języka niemieckiego) zamiast słuchać audiobooków. Moim celem jest przyzwyczajenie ciała do pozycji, którą przyjmuję na rowerze szosowym, żeby w miarę komfortowo spędzić na nim planowane 6 godzin podczas przyszłorocznych zawodów IM na pełnym dystansie. Samo się nie zrobi 🙂

Zaliczyłem też szybki (jak na mnie) bieg, w którym przetestowałem swoje możliwości przed zbliżającym się półmaratonem w Gdańsku (17.11). To impreza, którą “biegnę” co roku i która jest swego rodzaju miernikiem moich postępów. Tym razem planuję zejść poniżej 1:30 h i – mimo, że to bardzo ambitny plan – widzę, że przy sprzyjających okolicznościach mam szansę. I to mimo, że kalkulatory biegowe twierdzą, że jest inaczej, a do wymaganej średniej 4:15 min/km nawet się nie zbliżam, nie mówiąc już o utrzymaniu jej na dystansie 21 km. Trzymajcie kciuki, będę tego potrzebował!

Wolnej sport chyba też już wszedł w krew, bo miała w okolicach 20 sesji treningowych, a wychodząc biegać nie schodzi już poniżej 10km.

Zapisałem się też na grudniowy bieg trailowy na dystansie 85km, kiedy to po raz kolejny będę lepiej poznawał samego siebie oraz przesuwał granice swoich możliwości. Czyżby szykowało się 100 km w przyszłym roku? Pożyjemy, zobaczymy.

Rozwój

Ten obszar jest od kilku miesięcy wyjątkowo aktywny i w październiku nie było inaczej. Najpierw odwiedziłem biuro w Bydgoszczy i porozmawiałem z managerem o tym, że potrzebuję zmiany i przedstawiłem kilka własnych propozycji mniej lub bardziej poważnych tematów, które chciałbym w związku z tym wdrożyć. Odbyłem też 2 rozmowy odnośnie współpracy w charakterze szkoleniowca Google Cloud Platform. Na ich podstawie wszedłem na ścieżkę do zdobycia akredytacji do zostania trenerem GCP. Na tą chwilę temat jest otwarty i ciężko ocenić mi swoje szanse, bo jednej strony włożyłem mnóstwo czasu w naukę tej technologii, a z drugiej: nadal jestem dość świeży w tematach chmurowych. Nie mówiąc o tym, że brakuje mi doświadczenia w prowadzeniu szkoleń. Patrzę jednak na to jak na kolejne wyzwanie, a to przecież one motywują mnie do parcia naprzód 🙂

Poza tym spędziłem mniej więcej 100 godzin na stworzenie czegoś, co fajnie wiąże moją specjalizację (= SAP) z GCP. Otóż w trudzie i znowu napisałem trochę kodu z wykorzystaniem nowo poznanych narzędzi automatyzujących tworzenie oraz konfigurację infrastruktury (Terraform + Ansible) i jestem coraz bliżej momentu, w którym na podstawie jednego zaledwie polecenia w kilkadziesiąt minut powstanie od zera gotowy do zabawy system SAP. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły techniczne, ale żeby dać pewien obraz tego wspomnę, że standardowo zajmuje to kilka dni, a jeśli uwzględnimy tworzenie infrastruktury w klasycznym modelu, kilka tygodni. Jeśli dodamy całą kopro-otoczkę związaną z zamawianiem przez Klienta nowego systemu, całość wydłuża się jeszcze bardziej. Jak to wszystko porównać z automatem, który – ot tak – jest w stanie to wykonać w kilka godzin? Nie potrafię tego obiektywnie ocenić, ale proces tworzenia czegoś takiego daje mi dużo frajdy i olbrzymią ilość praktyki, która może wyjść mi tylko na dobre.

Widzę też, że nisza, w którą się wstrzeliłem zaczyna mocno zyskiwać na popularności. Jest to pośrednio związane z budową przez Google oraz Operatora Chmury Krajowej tak zwanego regionu GCP w Polsce. To nie miejsce na rozpisywanie o szczegółach tego projektu, ale istnieje prawdopodobieństwo, że jeszcze bardziej wejdę w tą technologię i to z nią zwiążę swoją zawodową przyszłość na najbliższe lata. Pracując z nią czuję autentyczną frajdę i myślę, że mógłbym to robić nawet za darmo 🙂 A jednak oferty pracy zaczynają spływać, a stawki mogą kusić. Po raz kolejny widzę, że chcieć to móc, a duże pieniądze po prostu leżą na ulicy i czekają na tych, którzy – zamiast narzekać – są gotowi najpierw włożyć sporo pracy w swój rozwój, a dopiero później oczekują czegoś. Nie odwrotnie.

Więcej w osobnym wpisie, o ile zdecyduję się na podsumowanie mojej dotychczasowej przygody z chmurą publiczną. Sytuacja jest obecnie na tyle dynamiczna, że to jeszcze nie czas na jakiekolwiek spinanie całości klamrą.

Obcowanie z tymi nowoczesnymi technologiami, a także ich mariaż z SAPem interesuje mnie na tyle, że poświęcam na to niemal każdą wolną chwilę, zarówno podczas dnia pracy, jak i w czasie wolnym. Nie wiem, na ile jeszcze starczy mi tego paliwa, ale dopóki mam je w sobie, wykorzystuję to do połączenia przyjemnego z pożytecznym.

Wyzwania

Największym wyzwaniem była w ostatnim miesiącu nowe podejście do diety, którą stosuję w celach zdrowotnych. Mocno ograniczyłem liczbę przyjmowanych składników pokarmowych, wyeliminowałem niemal wszystko, co przetworzone, a całości towarzyszyły górki i dołki, niczym w dobrym filmie grozy. Nie zamierzam przybliżać szczegółów, ponieważ to nie jest sposób dla wszystkich i jeśli nie masz konkretnych powodów do wchodzenia w dietę eliminacyjną, po prostu tego nie rób.

Nie wiem, czy można to nazwać wyzwaniem, ale zrealizowałem mini-projekt pod roboczą nazwą “daj drugie życie elektronice”. Przede wszystkim, odśmieciłem nieco już wysłużonego smartfona i przeniosłem wszystkie zdjęcia oraz filmy do chmury. Google’owej, a jakże. Jeszcze rok temu nawet by mi to do głowy nie przyszło. Teraz jakoś łaskawiej patrzę na tą technologię i mam mniej oporów. Następnie zresetowałem telefon do ustawień fabrycznych, dzięki czemu zaczął chodzić jak nowy, a ja nieco odsunąłem w czasie decyzję o wymianie moje 3-letniego, aczkolwiek nadal w 100% sprawnego chińczyka. Nawiasem mówiąc, po resecie ustawień nie zainstalowałem ani FB, ani Instagrama, a nawet nie włączyłem synchronizacji blogowej poczty. W związku z tym maile odbieram nawet raz na kilka dni i nie ukrywam, że coraz trudniej się ze mną skontaktować. Ale telefon przestał pikać, a mi z tym bardzo dobrze :).

Następnie postanowiłem pójść za ciosem i to samo zrobiłem ze smartwatchem, którego używam głównie ze względu na uprawiany sport. Odwiedziłem nawet sklep Garmina, naprzymierzałem się drogich modeli zegarków sportowych, a następnie… przywróciłem do ustawień fabrycznych 2,5-letniego smartwatcha (a jakże, z Chin!) i od tego czasu działa jak nowy. Zainwestowałem jedynie 10 zł w nowy pasek (stary uległ uszkodzeniu podczas upadku na rowerze w zeszłym miesiącu)  i znowu uniknąłem wydatku rzędu 1.500 zł. Na tym jednak nie koniec, bo również w październiku znalazł się kupiec na naszego wysłużonego MacBooka, który już od miesięcy leżał w szafie, zbierając kurz. To niemal 9-letni sprzęt, który kupiliśmy jako używany za 2.000 zł i z którego korzystaliśmy przez dobre 5 lat. Teraz kto inny się nim cieszy, a ja odzyskałem 900 zł i pozbyłem się niepotrzebnego już sprzętu.

Te wszystkie kroki skłoniły mnie do refleksji, która dla niektórych może wydać się po prostu dziwna. Otóż nie ma co ukrywać, że bez najmniejszych problemów mógłbym pozwolić sobie na jakkolwiek drogie sprzęty typu smartwatch, smartfon czy komputer, a mój portfel i tak by tego nie poczuł. Ja jednak potrafię się cieszyć się z tego, że dałem tym przedmiotom drugie życie, a one nadal są w pełni sprawne i spełniają moje – pewnie nie nadmiernie wysokie – oczekiwania. Nie dość, że nie potrzebuję nowych modeli, to jeszcze nie znajduję w sobie żadnych emocji, kiedy pomyślę o ich kupnie. Wiem, że po prostu miałbym coś nowego, co nie miałoby żadnego wpływu na moje poczucie satysfakcji z życia w dłuższym terminie. A skoro nie potrzebuję, a nawet nie czuję, że bym się cieszył z realizacji różnych zachcianek, to po prostu odkładam różne decyzje w czasie, zupełnie nie uwzględniając tutaj aspektu finansowego. Można by rzec: mogę (niemal) wszystko, a materializuję baaardzo mały odsetek zachcianek. I to tylko wtedy, kiedy rzeczywiście widzę w tym jakąś wartość dodaną oraz usprawnienie jakiegoś aspektu mojego życia. Myślę, że jakkolwiek naturalnie brzmi to dla mnie, to ogół społeczeństwa raczej nie zachowuje się w ten sposób 🙂

Inwestowanie

Nasze oszczędności osiągają poziom, przy którym dalsze przetrzymywanie ich na śmiesznie oprocentowanych lokatach jest po prostu skrajnie nieoptymalne. Myślimy nad powiększeniem metrażu posiadanych przez nas nieruchomości, tyle że ten rynek nadal jest rozgrzany do czerwoności i najzwyczajniej na świecie nie wiemy, czy byłby to dobry krok. Ciśnienie jednak rośnie i myślę, że prędzej czy później wykonamy jakiś ruch. A co to dokładnie będzie i czy zrobimy to na szczycie górki – to już pokaże przyszłość 🙂

A na razie… kupiłem kilkaset dolarów przez Revoluta. Ot, taka mini-dywersyfikacja mająca na celu ulokowanie chociaż ułamka oszczędności w USD. Być może nawet z myślą o długoterminowych inwestycjach na amerykańskiej giełdzie. Czy zacznę wchodzić w nią w najbliższym czasie, czy poczekam na ten oczekiwany od lat kryzys, jeszcze nie wiem.

A jeśli jeszcze tego nie wiesz, Revolut wprowadził możliwość handlowania akcjami notowanymi na amerykańskiej giełdzie. To niezwykle interesujące, że posiadając tak prosty produkt mogę kilkoma kliknięciami założyć darmowe konto maklerskie i w równie prosty sposób zasilić je środkami, żeby później kupić, na przykład, 0,15 (tak, piętnaście setnych) pojedyńczej akcji jednego z technologicznych gigantów. Tylko jedno kliknięcie dzieliło mnie od zakupu akcji Google, ale ostatecznie postanowiłem, że to jeszcze nie ten moment. Ale jakby nie było, możliwości jest coraz więcej!

A co z moim KGHMem, w który zainwestowałem 66 tysięcy złotych w sierpniu tego roku? Otóż w końcu coś się ruszyło i – jeśli patrzeć na kurs w momencie publikacji tego wpisu, z dołka na poziomie – 5.000 zł wyszedłem na zero. To na razie o niczym nie przesądza, bo w dalszym ciągu akceptuję większe wahania kursu i czekam na wyższy poziom, jeszcze nie ustawiając stop lossa. No risk, no fun jak to mówią Indianie :).

Zdrowie

Poprzedni miesiąc zacząłem od dnia głodówki, która była jedyną w październiku. Po raz kolejny kombinuję z dietą, ale ponieważ mój obecny styl odżywiania absolutnie nie jest dla wszystkich, nie będę się w tym temacie rozwodził.

Gdyby nie 2-dniowe smarki do pasa (dzięki, córcia! :)), październik byłby 10 miesiącem z rzędu, w czasie którego żadne przeziębienia i infekcje nie były mi straszne. Nadal jest jednak bardzo dobrze, co jest efektem diety oraz stylu życia, a ja z radością kontynuuję mój projekt “cały rok bez chorób”.

Jak planowałem, wszelki ślad bo wrześniowym obiciu (złamaniu?) żebra zaginął. Z ciekawostek: po raz pierwszy w życiu odwiedziłem fizjoterapeutę. Nie, żebym miał jakieś konkretne problemy, ale po ostatnio przebiegniętych 75km dałem się wymasować przemiłej Pani, która szybko zauważyła kilka rzeczy, które również według mnie warto by było usprawnic. Dlatego skusiłem się na dodatkową wizytę, o której… nie do końca wiem, co myśleć. Za 140 zł usłyszałem, że zanim zaczniemy naprawiać to, co wyszło w czasie wcześniejszego masażu, trzeba się zająć kilkoma poważniejszymi tematami. Wiem, że dużo w tym racji i obiektywnych, merytorycznych argumentów, ale aktualnie nie czuję motywacji do takich działań, do codziennych, żmudnych ćwiczeń, ani do comiesięcznych wizyt, których końca nie byłoby widać. Być może kiedyś wrócę do tematu, ale na razie go parkuję.

Nie zebrałem się za planowane badania lekarskie. Zrobię je prędzej czy później, chociaż widzę, że dość ciężko mi się do tego zmotywować. Zwłaszcza, że jestem jednym z tych prawdziwych facetów, który niemal mdleje na widok igły 😀 Temat do załatwienia w najbliższych miesiącach, najlepiej do końca roku.

Inne / Ciekawostki

  • Spędziłem kolejne popołudnie pomagając rodzinie w – a jakże! – tematach remontowych.
  • Wspólnie z Wolną zawekowaliśmy niesamowite ilości dżemu ze śliwek. Było tego z 30 słoików, do których pod koniec miesiąca zaczęły dołączać koleżanki w postaci “zasłoikowanego” musu jabłkowego. Wszystko oczywiście w duchu DIY oraz i żadnych dodatków słodzących czy świństwujących :). 
  • Moje blondyny dostały kolejne kwiaty. Powiadomienia w telefonie działają 🙂 Niesamowite, jakie to proste!
  • Wolna przebiegła szybkie 10km w ramach Biegu Oliwskiego i zgarnęła kolejny medal do swojej – jak na razie skromnej – kolekcji 🙂

Plany na ten miesiąc

Niezwykle dużo dzieje się ostatnio w obszarze zawodowym. Mówiąc wprost: przekwalifikowuję się coraz bardziej i myślę, że konsekwencją ogromu pracy, którą wkładam w to od miesięcy będą mniejsze lub większe zmiany. Nie chcę jednak na razie zapeszać, więc bez szczegółów… bo sam ich jeszcze nie znam 🙂 Listopad na pewno będzie aktywny, a zaplanowane zawody (Półmaraton Gdańsk 17.11) oraz 3 dni w Hiszpanii powinny nadać nieco koloru temu jakże jesiennemu klimatowi. Oprócz tego mam zaplanowaną delegację do Niemiec, gdzie nie byłem już przez kilka miesięcy.

Pozdrawiam ciepło mimo niesprzyjającej aury! Głowa do góry :):):)

11 KOMENTARZE

  1. Sama nie wiem czemu, ale fajnie się Twoje podsumowania czyta. Dają kopa by więcej rzeczy zrealizować 🙂

    Drobiazgi, które mi się rzuciły w oczy:
    – “…para dziadków (link) nie sprawiają…” link nie jest podłączony
    – “NA ich podstawie wszedłem…” tu raczej powinno być “Na ich…”

  2. Dzięki za wpis, bardzo pozytywnie. Zmotywowałeś mnie żebym zabrał się do pracy 🙂 Pozdrawiam
    PS utrzymaj bloga bo daje kopa do życia 😀

  3. Miło się czyta te podsumowania. Dwójka zdolnych ludzi z wielkimi sukcesami zarówno zawodowo-finansowymi, jak i rodzinnymi. Jestem pełen podziwu dla działalności Wolnej. Firma rozwija się wręcz rewelacyjnie, chociaż sami twierdzicie, że traktujecie ją (firmę znaczy się) nieco po macoszemu.

    Naprawdę dobry content w dzisiejszych czasach całej tej otaczającej social-papki. Dlatego martwi mnie ten wspomniany przez Ciebie mały entuzjazm do prowadzenia bloga.

  4. Hej Wolny:) Podoba mi się ten blog i cieszę się nim póki w ogóle jest – nawet tak rzadko ale cudownie, że ta historia nadal się pisze. Oczywiście niezmiennie pomimo tam jakiś szczegółów typu ODMIENIŁEŚ MOJE ŻYCIE to wpisy dają mi bardzo pożyteczną rozrywkę, kopa i pomimo, że jestem daleko w tyle to dajesz motywację i radość do życia na pełnych obrotach :):) A jeśli chodzi o ten wpis to podoba mi się ten niewymuszony minimalizm z elektroniką. Też odkrywam, że wiele rzeczy mógłbym mieć ale sama myśl że mogę powoduje, że w zasadzie to nie chcę i nie potrzebuję. A reaktywacja starych rzeczy również daje mi dużo frajdy, np. mój stacjonarny komputer, który zawsze można zoptymalizować pod moje potrzeby, a stare nawet dać komuś i też dalej spożytkuje. I świetnie to ująłeś, że zdobywasz tylko rzeczy, które rzeczywiście usprawnią Twoje życie. Ja właśnie, pomimo niezbyt dużego zachwytu nad produktami z jabuszkiem dałem się skusić na ajfona 7. Niby drogi a bez szału, model stary raczej wrażenia na salonach nie zrobi 😉 Ale na prawdę działa, nie wkurza, nie zawodzi, reaguje jak trzeba a przy optymalnej konfiguracji nie zawraca mi głowy i nie odrywa od prawdziwego życia przykuwając do ekranu. Moje stare auto jest zadbane więc dojeżdża dużo taniej tam gdzie dojechało by nowe. Tylko po co przekierować tyle energii na kawał blachy który realnie nic nie da mi w życiu więcej niż stary ale niezawodny zadbany grat?:)

  5. cześć;) odnośnie waszej wyprawy do Hiszpani do w Cartagenie warto zobaczyć Mercado de St. Florentina dużo lokalnych produktów oraz zobaczyć Fuerte de Navidad w górach nieopodal oraz Tatro Romano w centrum miasta. jest tam też port marynarki podwodnej Hiszpanii więc zacumowana łódź podwodna to normalny widok. Wybierzcie się też na Cala Cortina lokalna mała plaża bardzo urokliwa a restauracja na tej plaży serwuje dobre owoce morza;) warto też zobaczyć Murcię tylko nie wiem czy starczy wam czasu;)

  6. O rany, normalni ludzie! mają radość z tego, że powideł nasmażyli, pobiegli w maratonie, a stary smartfon zyskał nowe życie. Szacunek po stokroć!!! Bo ja to się cieszę z takich rzeczy jak spacer do pobliskiego lasu, uzbierane osobiście grzyby, a to książki z biblioteki wypożyczę i poczytam, bo na co mi kupować książki, jak mieszkanko małe, a na dodatek te książki potem stoją takie smutne na półce, że już przeczytane i odstawione i tylko za dekorację robią …

  7. “W kontekście wydatków widzę, że można naprawdę łatwo przyzwyczaić się do niemal każdego poziomu zarobków, wydatków, poziomu rozpasania czy oszczędzania. A dopóki nie porównujesz się z innymi, możesz po prostu dobrze czuć się doświadczając niemal skrajnych sytuacji finansowych.”

    Poczekajcie, aż dzieci będą większe i zacznie się porównywanie z koleżankami w szkole…

  8. dzięki za wpis i gratuluję bloga! Jako że mieszkam w Portugalii to dorzucę swoje trzy grosze 😉 Poza hotelami normalne mieszkania są bardzo zimne. Brak izolacji, brak centralnego ogrzewania i inne metody ogrzewania drogie. Osobiście nigdy w życiu tak nie wymarzlam jak w Portugalii. Obecnie w mieszkaniu mamy 14 stopni także nie narzekajcie na polską zimę bo ja bym się chętnie z wami zamienila. pozdrawiam☺

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię