Podsumowanie miesiąca: Listopad 2019. Energetyczna sinusoida.

37
1377
wyświetleń

Listopad jest pierwszym miesiącem, który otrzymał podtytuł. Postanowiłem, że w ten sposób zaakcentuję to, co w danym miesiącu odstawało od normy. A ponieważ z różnych względów mój nastrój, zapał i silna wolna jechały wspólnie na prawdziwym rollercoasterze, stąd podtytuł “Energetyczna sinusoida”. Zapraszam!

Blog

Mimo dodatkowego, drugiego wpisu w tym miesiącu (znajdziesz go tutaj), statystyki ani drgnęły. Cóż, sam sobie zapracowałem na taki stan rzeczy na przestrzeni ostatnich miesięcy i lat, dlatego ze spokojem przyjmuję to na klatę i nie strzelam niepotrzebnych foszków 🙂 Widzę całe mnóstwo rzeczy, które należałoby poprawić lub całkiem zmienić, żeby z powrotem wskoczyć na tory, z których wypadłem w okolicach mojej przerwy w pisaniu w okolicach 2015 roku, ale czy będę miał do tego energię… na tą chwilę wygląda na to, że raczej nie. Czasami się wręcz zastanawiam, czy powrót do dalszej formy jest możliwy bez drastycznych zmian.

Swoją drogą, to dość zabawne: raz chcę, innym razem już mniej. Czasami mam zapał, który siada po rozpoczęciu stukania w klawisze. Chwilami mam pomysły na kolejne wpisy, lub nawet zastanawiam się, czy nie spróbować nagrywania dźwięku (podcast) lub pobawić się we vlogera (youtube), a później stwierdzam, że to wszystko tylko by mnie kosztowało mnóstwo pracy, nie mając przełożenia na efekty. Mam świadomość, że brakuje mi konkretnego planu na ten blog, który wynikałby z moich potrzeb i którego trzymałbym się w długim terminie. Temat do porządnego przemyślenia.

Rodzina

W zeszłym miesiącu wybraliśmy się do Aquaparku Reda. Ja wziąłem dzień urlopu, Wolna zrobiła sobie dzień wolny od projektów, a nasze dzieci nieco odpoczeły od przedszkola i szkoły. Świadomie wybraliśmy na tą wycieczkę dzień powszedni i zajechaliśmy na miejsce kilka minut po otwarciu Aquaparku  z najprawdziwszymi rekinami :). Brak kolejek i poczucie przestrzeni to coś, co przełożyło się na zdecydowanie lepsze wrażenia niż gdybyśmy czekali na swoją kolej przed każdą atrakcją. Po raz kolejny stwierdziliśmy, że lubimy iść nieco pod prąd i życ / zachowywać się nieco inaczej niż większość społeczeństwa. A sam kompleks basenów i atrakcji bardzo fajny, chociaż jestem pewien, że w wakacyjny weekend moje odczucia byłyby diametralnie inne.

Kolejnym wydarzeniem była aż 3-dniowa randka z Wolną, o której pisałem szerzej tutaj (zachęcam do lektury, zwłaszcza jeśli brakuje Ci słońca :)). W tym czasie nasze dzieci były pod opieką dziadków (a raczej babć) i – jak to bywa – były tak rozpieszczane, że nawet im za bardzo nie brakowało rodziców.

Między innymi tak bawiliśmy się w słonecznej Hiszpanii 🙂

Co jeszcze? Nasza 6-latka wstąpiła do lokalnej drużyny Zuchów i po kilku zbiórkach uważam, że to była doskonała decyzja. Podchody w szkole, budowanie szałasu na dworze, robienie zielnika, nauka parzenia herbat – to tematy dotychczasowych zajęć, które nie kosztują prawie nic, a pokazują różne, mniej lub bardziej przydatne umiejętności w ukochanym przeze mnie stylu Do-It-Yourself. Fajnie!

Podróże

Zaliczyłem kolejną, tym razem 4-dniową delegację do Niemiec. I znowu można ją określić jako wyjazd “bez szału”, bo skoro pogoda smutno-jesienna, ten sam co zwykle cel podróży, a do tego chwilowy powrót do pracy z biura, to zdecydowanie nie ma się czym zachwycać. Z ciekawych wniosków: każdy z tych wyjazdów potwierdza mi to, co widzę od dawna: ludzie na całym (zachodnim?) świecie mają podobne problemy i żyją w podobny, zdecydowanie nie pociągający mnie sposób. Godzina dojazdu do biura, co najmniej 9-10 godzin w pracy (w tym godzinna przerwa na lunch) i kolejna godzina w aucie – tylko po to, żeby wieczorem znaleźć się w domu i nieco ogarnąć przed wskoczeniem do łóżka i kolejnym dniem powtarzania tego samego. A to, czy ktoś do pracy dojeżdża tramwajem, autem wartym 20 tysięcy złotych czy 50 tysięcy euro, to już naprawdę sprawa trzeciorzędna i – przynajmniej w moim przypadku – nie przekładająca się na radość czerpaną z życia.

Niemal od razu po powrocie z delegacji wsiadłem z Wolną do samolotu z Gdańska do Alicante, gdzie spędziliśmy trzy naprawdę wyjątkowe dni. Zapraszam tutaj do naszej relacji i podsumowania (również finansowego) całości.

Nasze aktywności zawodowe

  • moja praca
    • Względny luz, który częściowo wykorzystałem na edukację. Oprócz tego delegacja + kilka dni urlopu na Hiszpanię… i jakoś tak listopad szybko zleciał.
    • Przychodów z pracy etatowej nie wolno mi ujawniać.
  • Firma Wolnej “Pracownia Dobrych Wnętrz
    • Ponieważ w październiku dobiliśmy do zakładanych na ten rok 30.000 zł przychodu, Wolna grzecznie, acz stanowczo poprosiła, żebym nie ujawniał kolejnych wyników finansowych Jej pracowni, dlatego kwota za listopad i kolejne miesiące pozostanie naszą tajemnicą. Myślę, że za jakiś czas pokuszę się o podsumowanie pierwszego roku naszej działalności, a na ten moment wystarczy stwierdzenie, że wypracowaliśmy to, co było naszym zamiarem: niemal 100% praca zdalna Wolnej, pozwalająca Jej realizować się w obszarze, który lubi, a jednocześnie zostawiająca całkiem sporą przestrzeń na życie prywatne.Jeden z projektów Wolnej. Zapraszamy do obejrzenia pozostałych!
  • Mieszkania na wynajem
    • Po raz kolejny zainkasowaliśmy 6.710 zł (+ opłaty) za wynajem trzech mieszkań. Sto procent pasywnego dochodu. Już niedługo ukaże się wpis podsumowujacy cały rok naszego pasywnego biznesiku, w którym znajdziesz znacznie więcej szczegółów na temat naszych mieszkań na wynajem.
    • po otrzymaniu stosownego listu z Urzędu Miasta Gdańska, rozpocząłem proces wykupu gruntu dla jednego z mieszkań, który do tej pory by objęty dzierżawą wieczystą i za który musiałem płacić aż 300 zł rocznego podatku. Jeśli Twoja nieruchomość znajduje się na ziemi należącej do Skarbu Państwa, polecam zainteresować się tematem, zwłaszcza że z szybkim wykupem związane są zwykle duże bonifikaty. I tak w Gdańsku zadecydowano, że koszt wykupu gruntu będzie wynosił jedynie 5% jego wartości, dzięki czemu finansowo jest to praktycznie niezauważalne, a od przyszłego roku w mojej kieszeni zostanie ponad 400 zł, które płaciłem do tej pory za dwa mieszkania na wynajem, które stoją na działce nie należącej wcześniej do właścicieli nieruchomości.

Procedura iście średniowieczna, ale warto ją przejść! I… tak, staramy się używać “zużyte” koperty ponownie, o ile to możliwe. W końcu jesteśmy eko 🙂

Wydatki

Zanim podsumuję listopadowe wydatki, krótka historia związana z końcówką zeszłego miesiąca, kiedy to wydarzył się Black Friday. To święto zakupoholików zaczęło się całkiem niewinnie. Miałem w planach wymienić słuchawki, których używam podczas biegania i rzeczywiście szybko wydałem 66 zł na Aliexpress, oszczędzając oszałamiające 3 dolary wzlędem regularnej ceny :). Reszta dnia zleciała bez szaleńst, ale wieczorem znowu się zaczęło. 750 zł za część noclegów (również na styczeń w Hiszpanii) to wydatki, które i tak byśmy ponieśli, a dzięki zajęciu się tematem w Czarny Piątek w kieszeni zostało nam kilka stówek w porównaniu z ceną, jaką widzieliśmy wcześniej. To jednak nie koniec, bo w ostatniej chwili zorientowałem się, że przed przyszłotygodniowymi zawodami (o tym więcej pod koniec wpisu) potrzebuję czołówki, więc kolejne 150 zł poszło się gwizdać. Podczas poszukiwań czołówki w moje oko wpadła jeszcze promocja na buty biegowe i – trochę racjonalnie, a trochę niesiony chęcią spełnienia zachcianki – wydałem 540 zł na dwie pary butów do biegania (jedne dla mnie, drugie dla Wolnej). Takim oto sposobem w jeden dzień, bez wcześniejszego planowania poszło się gwizdać 1.500 zł, co wywołało u mnie co najmniej dziwne samopoczucie. Z jednej strony większość (wszystkie?) wydatków i tak prędzej czy później bym poniósł, a z drugiej: może dałem się nabrać na marketingową ściemę i pozwoliłem sobie łatwo wyciągnąć 1,5 tysia z kieszeni na pseudo-promocjach? Jakby nie było, kolejnego dnia obudziłem się z malusieńkim kacem moralnym, po czym stwierdziłem, że całą kwotę wydaliśmy na kategorie, które są dla nas ważne (podróże + sport), co poprawiło mi humor :). Dopóki mamy świadomość, co daje nam wartość, a cyferki w excelu zdecydowanie się zgadzają, akceptujemy tego typu okazjonalne szaleństwa, zwłaszcza jeśli dzisiejsze wydatki przełożą się na późniejsze ich ograniczenie. Przypominam, że zanim wydam cokolwiek z kategorii poza tymi koniecznymi do przeżycia, upewniam się, że odpowiednie środki wcześniej oszczędziłem (tutaj więcej o naszych funduszach celowych).

Byłbym zapomniał… kolejnym czarnopiątkowym szaleństwem było wypożyczenie auta na nasz 15-dniowy wyjazd do Hiszpanii. Jakby nie było, 7,81 zł też trzeba zabudżetować 🙂 Pod koniec stycznia możesz liczyć na relację z tej podróży, w której na pewno nie pominę tematu tego śmiesznie taniego auta 🙂

Listopad zamknęliśmy kwotą 6.800 zł. To dużo jak na nas, ale jeśli uwzględnimy 1.500 zł wydane na podróże (listopadowe oraz planowane – styczniowe) oraz ponad 800 zł w kategorii sport (głównie na dwie pary butów i czołówkę), schodzimy w okolice 4.500 zł, a więc poniżej naszej comiesięcznej średniej. Jest dobrze. W kategorii “jedzenie” znowu wylądowaliśmy w okolicach 1.000 zł, a prawie 500 zł poszło na świąteczne prezenty.

Na marginesie, zacząłem porządki w kartach i kontach bankowych, których przez lata trochę się nazbierało, głównie w związku z rozmaitymi promocjami. Ponieważ muszę się trochę gimnastykować, żeby wszędzie spełnić warunek darmowości tych produktów (a czasami i tak o czymś zapomnę…), postanowiłem zrezygnować z kilku produktów. Ot – takie finansowe porządki.

Książki

Ponieważ sporo podróżowaliśmy (ja: delegacja, ja+Wolna: Hiszpania), mieliśmy też sporo czasu na słuchanie książek (przypominam, że korzystamy ze Storytel). U mnie wpadły:

  • “Biblia rentiera”, Daniel Tokarz
  • “Inwestowanie w nieruchomości”, Łukasz Tomys
  • “Myśl zdrowo”, Alicja Grzesiak

natomiast Wolna wysłuchała:

  • “Siła marzeń” Miłki Raulin
  • kilka odcinków podcastów “Więcej niż edukacja” (tematyka: nauczanie domowe) plus “Lepiej teraz” i “Owsiana Podcast”

Sport

W listopadzie zdarzyłem (bo przecież samo się nic nie zdarza… ;)) coś niesamowitego i po raz pierwszy tak naprawdę poczułem, że jestem mocny. Otóż po raz czwarty wystąpiłem w gdańskim półmaratonie, który co roku jest subiektywną miarą mojego sportowego progresu. To zawody rozgrywające się rok w rok, w podobnym terminie, w podobnych warunkach pogodowych i na tej samej trasie – dlatego traktuję je właśnie jako coroczny sprawdzian siebie samego. W tym roku chciałem złamać magiczną granicę 1:30h, co można przetłumaczyć na 21 km w średnim tempie 4:15 min/km. Problem polegał jedynie na tym, że ja już tak szybko nie biegam 🙂 Przestawiłem się na bieganie trailowe (= lasy/teren/górki zamiast miejskiego asfaltu) i na dłuższe dystanse, które siłą rzeczy pokonuję w wolniejszym tempie. Od roku oscyluję w okolicach 5 min/km i trochę przyzwyczaiłem się do tego tempa, dlatego te 4:15 min/km było dla mnie czymś, na co nie czułem się fizycznie gotowy. Na szczęście dawno już zrozumiałem, że w bieganiu głowa odgrywa co najmniej tak samo ważną rolę jak ciało i nawet jeśli nie wiem, jak zrobić taki wynik, to po prostu wierzę, że to możliwe.

Moją strategię nazwałem bardzo łopatologicznie “dzida i do przodu” i – koniec końców – zaliczyłem wspaniały, szybki i niezwykle satysfakcjonujący bieg, bijąc swój wcześniejszy rekord na głowę i kończąc półmaraton w czasie 1:25h (z małym haczykiem), a więc o niemal 5 minut lepszym od zakładanego! Tego dnia wszystko mi sprzyjało, a najlepsze było to, że absolutnie nie dałem z siebie 100%! Nie wiedziałem, czy przy średnim tempie 4:00 min/km w pewnym momencie po prostu nie spuchnę, więc nie szarżowałem, mimo że czułem jeszcze niewielki zapas mocy. Satysfakcja na mecie była niesamowita, a ja z niedowierzaniem resztę dnia spędziłem aktywnie z rodziną, nie czując większego zmęczenia. Z okazji wykonania 130% zakładanych planów wszyscy zaliczyliśmy pizzę, spacer po plaży, a nawet wieczorny seans telewizyjny. Taaaak… u nas to naprawdę coś wyjątkowego 🙂 Najlepszym dowodem wyjątkowości tego dnia niech będzie to, że pisząc te słowa 2 tygodnie po tym wydarzeniu, nadal się uśmiecham.

Rozwój

Pierwszą połowę miesiąca pociągnąłem jeszcze na końcówce paliwa rakietowego, niestety bez świadomości tego, że lecę już na rezerwie. Poświęciłem około 50 godzin na przygotowania do czekającej mnie prezentacji (egzamin na trenera Google Cloud Platform, którego terminu wciąż nie znam), a drugie tyle czasu zajęła mi praktyka (rozwój moich narzędzi do zarządzania infrastrukturą i konfiguracją za pomocą kodu).

Kiedy już myślałem, że jestem w miarę przygotowany do czekającej mnie prezentacji, zderzyłem się z rzeczywistością i absolutnym brakiem doświadczenia w prowadzeniu szkoleń. Uczenie się to jedno, przygotowania do egzaminów to drugie, ich zdawanie trzecie – i z tym wszystkim jestem mniej lub bardziej oswojony. Natomiast przekazywanie wiedzy innym – w sposób spójny, ciekawy, zwięzły, bez niepotrzebnego zacinania się, szukania właściwych słów, do tego w języku angielskim… to zupełnie inna para kaloszy. Po pierwszej próbie “przed lustrem” stwierdziłem, że się absolutnie do tego nie nadaję. Po drugiej doszedłem do wniosku, że po prostu brakuje mi doświadczenia i muszę włożyć w to znacznie więcej wysiłku, niż planowałem. Zakasałem więc rękawy i poświęciłem dodatkowe kilkanaście godzin na przygotowanie do czekającego mnie “egzaminu”, podczas którego będę prezentował jeden z wybranych tematów. W dalszym ciągu jednak czekam na termin dostępności któregoś z egzaminatorów Google’a i wierzę, że efekt będzie dokładnie taki, jaki ma być. Uważam, że wszystko się dzieje po coś, a w życiu zamiast porażek są lekcje, dlatego z godnością przyjmę jakikolwiek rozwój sytuacji.

Druga połowa miesiąca nie była już dla mnie tak łaskawa. Trzy dni w Hiszpanii (kiedy to odpuściłem pracę i naukę całkowicie) przypieczętowały resztę listopada, która z produktywnością nie miałą już nic wspólnego. Poczułem się zwyczajnie zmęczony tym ciągłym parciem do przodu. Owszem, robię to co lubię i czuję się szczęściarzem, że co najmniej 50% czasu pracy (zwykle więcej…) mogę przeznaczyć na zdobywanie umiejętności, które mnie po prostu interesują. Ale jednoczęsnie poczułem (chwilowy?) brak paliwa, które napędzało mnie od miesięcy. Gnam do przodu, ale kolejne cele i ich efekty są dość rozmyte i mało konkretne, a co za tym idzie – już tak nie motywują.

Wyzwania

Chyba dopadł mnie jesienny zjazd formy psychicznej, bo na tym polu również nieco odpuściłem. Zarówno jeśli chodzi o rozwój, jak i dietę (wliczając w to słodycze). Kawa, która miała być czymś odświętnym znowu zagościła w codziennym menu, a ja nie miałem siły na przeciwstawianie się tej zachciance.

Dowód mojej słabości podczas delegacji. Zakończenie śniadania “na bogato” i zdecydowanie nie na zdrowo. Na swoję obronę powiem jedynie, że trzeba sporo silnej woli, żeby oprzeć się jeszcze ciepłemu należnikowi z Nutellą 🙂

Zwłaszcza druga połowa miesiąca nie sprzyjała silnej woli; podróże (delegacja + urlop z Wolną) rządzą się swoimi prawami i wtedy jeszcze ciężej o realizację postawionych sobie celów. Cóż… nie ma co marudzić, tylko trzeba wziąć się w garść i w kolejnych miesiącach wrócić na właściwe tory. Chyba każdy czasami ma ochotę machnąć na wszystko ręką i odpuścić na chwilę, zwłaszcza kiedy za oknem szaro i buro, a w baku życiowej energii pojawia się lampka z rezerwą. Życie.

Inwestowanie

Tutaj jedynie przypomnę, że w sierpniu kupiłem 793 akcji KGHM po średniej cenie 83,31 zł za sztukę. W dniu publikacji tego wpisu jedną akcję mógłbym sprzedać za 87,30 zł, co przełożyłoby się na teoretyczny zysk na poziomie nieco ponad 3.000 zł. Który… w każdej chwili może stopnieć, ponieważ do tej pory nie pokusiłem się o ustawienie zlecenia stop-loss, które automatycznie zrealizowałoby transakcję sprzedaży, jeśli kurs spadłby poniżej zakładanej przeze mnie wartości.

Więcej inwestycji nie stwierdzono… a zamiast tego, nadal oszczędzamy i staramy się jak najlepiej chronić nadwyżki finansowe przed inflacją, zanim znajdziemy odpowiednie zastosowanie dla tych pieniędzy. Niedawno zmieniłem typ swojego rachunku w mBanku (tam konto posiadam, odkąd pamiętam, na pewno dobrze ponad 10 lat!) na mKonto Intensive (jeśli skorzystasz z mojego polecenia, serdecznie Ci za to dziękuję!), które jest rachunkiem typu premium, czyli właśnie takim, jakich od zawsze starałem się unikać 🙂 Jeśli jednak jesteś w stanie zapewnić comiesięczny wpły w wysokości co najmniej 7.000 zł (lub masz aktywa w mBanku o wartości powyżej 100.000 zł), to całość jest absolutnie darmowa i oferuje coś unikalnego w tej chwili na rynku. Otóż mBank – ten sam, który od kiedy pamiętam nie popisuje się (napisałbym nawet bardziej dosadnie…) w temacie oprocentowania oszczędności, dla posiadaczy konta Intensive oferuje coś bardzo ciekawego, a mianowicie: konto oszczędnościowe oprocentowane w skali 2,7% przez pierwsze 4 miesiące… do kwoty 500.000 zł. Jakkolwiek okres promocji nie powala na kolana, to jeśli masz poważniejsze środki, których będziesz potrzebował dopiero za jakiś czas, myślę że to jedna z najlepszych opcji na rynku. Polecam, przynajmniej na kolejne kilka miesięcy!


Możesz też zgarnąć 300 zł premii, o ile wydajesz kartą powyżej 3.000 zł miesięcznie. Ja takich kwot nie wykręcam, ale i bez tego oferta jest dla mnie bardzo atrakcyjna.

A w połowie grudnia ukaże się wpis podsumowujący cały rok naszych zmagań na rynku nieruchomości na wynajem, dlatego zapisz się na mój newsletter już teraz, żeby go nie przegapić!

Zdrowie

Nie było ani głodówek ani trzymania się ścisłej diety. Nie było też badań laboratoryjnych, które planuję od miesiąca czy dwóch. Z drugiej strony, nie było też chorób, chociaż kilka zjazdów nastroju się zdarzyło.

Listopadowe wyjazdy nieco wybiły mnie z rutyny i z jednej strony dały szansę na złapanie nieco innej perspektywy (oraz hiszpańskiego słońca!), a z drugiej: kazały się zastanowić, czy na pewno na co dzień żyję w taki sposób, w jaki bym chciał. Temat do ponownego przemyślenia.

Inne / Ciekawostki

  • Wymieniłem koła w aucie na te z zimowymi oponami. Kiedyś był to sposób na oszczędzenie około 150 zł rocznie (2 wymiany), dzisiaj to po prostu przyzwyczajenie. Co ciekawe, tym razem robiłem to z uśmiechem na twarzy, bo skoro jeszcze mi się chce takie rzeczy robić, to chyba jakaś iskierka dawnego Wolnego we mnie została 🙂
  • Wybraliśmy się z Wolną do kina (“Joker”).
  • Przez cały miesiąc tylko raz odkręciliśmy kaloryfer :). To już nie jest oszczędność (kiedyś była!), to przyzwyczajenie do niższych temperatur i przyjęcie naturalnego podejścia, że skoro jest chłodniej, to trzeba się w domu nieco cieplej ubrać. Dla nas normalne, dla większości zachodniego świata niezrozumiałe. Ciekawe, prawda? Jeśli masz ochotę przeczytać co nieco o tym, jak podchodzimy do tematu ogrzewania mieszkania, zapraszam tutaj.
  • A skoro jesteśmy przy cieple (względnie: zimnie), to zaliczyliśmy podglądanie morsów podczas inauguracji sezonu 2019/2020 w gdańskim Jelitkowie. Chciałbym powtórzyć moją zeszłoroczną przygodę, ale jakoś ciężko mi się za to zabrać.
  • Narysowałem chyba najdziwniejszy rysunek w mojej karierze, a ten tak się spodobał dzieciom, że zaczęły go przerysowywać 🙂 To była ciekawa lekcja wychodzenia poza utarte schematy i myśę, że powinienem częściej pokazwać Wolniątkom, że czasami warto dać się ponieść wyobraźni.Plany na kolejny miesiąc
  • Przekroczyć kolejną granicę własnego ciała i psychiki podczas 86-kilometrowego biegu Garmin Ultra Race Trójmiasto. Już 7.12.2019 wybiegnę z samego rana (5:00) w lasy Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, pokonując pierwsze w życiu kilometry w ciemności oświetlanej czołówką. To kolejne zawody, na które zapisałem się dawno temu i o których niemal zapomniałem… a przynajmniej – do których nie przygotowywałem się w żaden specjalny sposób. Jakby sam dystans nie był wystarczającym wyzwaniem, to teren i temperatura (+ potencjalne błotko) dodatkowo utrudniają zadanie. Cóż – właśnie w takich warunkach człowiek wypala swój charakter i wzmacnia silną wolę. Jakby nie patrzeć, szykuje się niezapomniana przygoda, z której – o ile przeżyję – zdam relację w kolejnym podsumowaniu :).
  • (to zadanie Wolnej) dopiąć szczegółowy plan naszej 2-tygodniowej podróży po Andaluzji w styczniu 2020.
  • Nadrobić zaległości w obszarze dobroczynności. Ostatni przelew na Pajacyka poszedł w kwietniu, a zgodnie z obietnicą na stronie naszej Pracowni Dobrych Wnętrz, dzielimy się dziesięcioma procentami wszystkich naszych przychodów właśnie z dzieciakami uczestniczącymi w programie Pajacyk.
  • zaplanować kolejny rok przychodów i wydatków, a także rozpisać wszystkie nasze planowane podróże.

To tyle na dzisiaj. Na koniec proszę o trzymanie za mnie kciuków 7.12, co bym sobie nóżek nie poplątał (ani nie odmroził…) na najdłuższych jak do tej pory zawodach w mojej krótkiej, biegowej karierze 🙂 Komentujcie też śmiało – ponieważ wykrzesałem z siebie iskierkę zapału do blogowania, postaram się odpowiadać każdemu z Was!

37 KOMENTARZE

  1. Gratuluję wyniku na półmaratonie! Jest imponujący 🙂 Dla mnie dyszka w tempie 6 min/km to już jest sukces. 🙂
    Przy okazji pytanie: jakie słuchawki sobie zakupiłeś i jakie buty dla Wolnej? Szukam butów dla siebie, a nie chcę odkrywać koła na nowo 😉 Myślę, że spokojnie mogę zaufać Twojej rekomendacji 😉
    Pozdr. i powodzenia 7.12!

    • Przyłączam się do pytania o buty dla Wolnej 🙂 Zwłaszcza, że szukam czegoś do biegania nie po asfalcie a po terenie, tak jak wy biegacie. Od 2 miesięcy staram się biegać codziennie 2 km (wyzwanie Kamili Rowińskiej -wiem, trochę obciachowo biegać biorąc udział w jakimśtam wyzwaniu coachingowym ;)) Ale….. być może to zadziała i będę umiała robić to regularnie, z poczuciem zadowolenia z siebie. Po kilku latach moich bezskutecznych zmagań aby uprawiać jakikolwiek sport/ruszać się regularnie, na razie jakoś ciągnę to bieganie na króciutkie dystanse. 2 miesiące dałam radę i marzę aby to się stało nawykiem i żebym w końcu to bieganie polubiła 🙂

      • Hej. To zależy jaki teren – jeśli nie ma błota i dużych przewyższeń, a raczej udeptane ścieżki leśne to zwykłe buty na asfalt też są ok, zwłaszcza jeśli mają jakiś w miarę sensowny bieżnik. Dodatkowo, biegając w terenie nie potrzebujesz tyle amortyzacji ile po asfalcie. Wolna biega od roku w Kalenji (Comfort Run czy coś takiego, kupione w przecenie 170 zł -> 99 zł) i na teren również jest OK. Sam zresztą biegam często w Pegasusach (zwykłych, na asfalt) po terenie i to z przewyższeniami – dopóki nie jest ślisko / nie ma błota to w zupełności dają radę, zwłaszcza jeśli biegam dla siebie a nie ścigam się w zawodach. Pegasusy trail to nowość, podobno bardzo wygodna, miękka (jak to Pegasusy) i nadająca się bardzo dobrze jako but przejściowy – zarówno na bieganie po terenie, jak i na przykład na kilkukilometrowe dobiegnięcie do tego terenu. Ale na technicznych trasach lub tam, gdzie jest błoto/lód raczej odpadną. Wtedy używam Nike Wildhorse.
        Można pisać dużo, ale nie czuję się ekpertem żeby doradzać, zwłaszcza że nie wiem w jakich warunkach biegacie itp. No i mam sporą ciągotę do nike’a, więc nie jestem obiektywny.

        • Dzięki za odpowiedź 🙂 Ja wiem, że to temat rzeka, zdążyłam się już zorientować czytając różne wątki w necie. A jak jest mokra trawa/kałuże/błoto/pada deszcz to w czym biegacie jeśli mogę zapytać?

          • Wiesz co… my mamy tyle różnych aktywności, że jak na przykład ma padać to częściej robię co innego (basen, siłownia, rower na trenażerze po sezonie, brzuchy w domu itp) niż zmuszam się do wyjścia w kiepską pogodę. Albo przesuwam bieg o parę godzin, aż przestanie padać. Albo: jak błocko w terenie, to w trakcie biegu zmieniam trochę trasę i biegam sobie po kostce, naokoło małego jeziorka. Takie kombinowanie, ale ogólnie zawsze sprawdzam prognozę (na moje miasto w meteo.pl) i staram się dostosować siebie do przyrody, a nie odwrotnie, bo to nie działa 🙂 Owszem, bieganie w deszczu hartuje ducha, więc dla niektórych to dobre rozwiązanie żeby jednak się przemóc. A jako że specjalnych butów na deszcz nie ma 🙂 (no dobra, może i są wersje normalnych butów pokryte różnymi powłokami lub z nieco zmienioną konstrukcją), to na cięższe warunki po prostu można zaopatrzyć się w typowe buty trailowe z dobrym bieżnikiem. Sam używam Nike Wildhorse 4, ale jest cała masa innych.

            EDIT: Dzisiaj zdarzyło mi się biegać w mocno średniej pogodzie, w terenie, a do tego po błotku. I zwykłe Pegasusy też dały radę 🙂 Oto jak wyglądały po powrocie: klik 😀

    • Nie do końca wiem jak mam udzielić zwięzłej odpowiedzi 🙂 Os jakiegoś czasu staram się nie poświęcać zbyt dużo czasu na analizę tego, co kupuję, więc podejmuję decyzje szybciej: albo bazując na doświadczeniu, albo po prostu nieco ryzykując.
      Ze słuchawkami zaryzykowałem i wybrałem coś o nazwie “BlitzWolf AIRAUX AA-UM2” – wyszukasz z łatwością na AliExpress.
      Moje obecne słuchawki po 3 latach przestały dobrze się spisywać przez kabel naokoło głowy, który je łączył. Wybrałem więc coś bez tego pałąka, a jednocześnie coś, co powinno się dobrze trzymać podczas biegu. Pożyjemy, zobaczymy. Są na rynku słuchawki za 500 zł i więcej, które mają całą masę zalet, ale jakoś nie jestem mentalnie gotowy na taki wydatek.
      Buty: jakoś nie mogę się wyrwać z marki Nike, mam już chyba 5 par tych butów do biegania i w każdycz czuję się jak w wygodnych kapciach, a to jest ważne na dłuższych dystansach. Kupiłem mi i Wolnej Pegasusy 36 w wersji trail, zobaczymy jak się będą sprawowały. Przerobiłem już Pegasusy 31, 33 (2 pary), Wildhorse 4 i teraz Pegasus 36 Trail. Kusi mnie marka Hoka, ale tutaj znowu: nie jestem jeszcze mentalnie gotowy na wydanie 500 zł na jedną parę butów. Nike’i kupuję zawsze na promocjach, kiedy to zjeżdżają z ~500 zł na 230-270 zł.

  2. “Mimo dodatkowego, drugiego wpisu w tym miesiącu (znajdziesz go tutaj), statystyki ani drgnęły”

    A czemu zależy ci na wzrostach? Co się wtedy wydarzy? Nawet jak wskoczy na 20k msc, a potem stanie to będziesz się znowu (prawdopodobnie) torturował 🙂

    • To chyba naturalne, że chcemy iść do przodu. Przykład: chwilowo czuję zastój w obszarze mojego rozwoju w IT; brakuje mi kolejnej marchewki, impulsu do parcia na przód i nieco odpuściłem temat. Myślę, że to chwilowe, ale widzę ten mechanizm u siebie również w sferze blogowej. Czasami wykrzesam trochę energii z wewnątrz, ale lubię też, jak mam dodatkowe źródła paliwa – wtedy działa magia procentu składanego :).
      Częściowo działam z prywatnych pobudek, ale wierzę też, że treści tutaj publikowane mogłyby trafić do dużo szerszej publiczności. I nie chodzi tu o pójść na ilość – w naszym kraju są całe rzesze wartościowych osób, które “pasowałyby” do naszej społeczności, z którymi wspólnie moglibyśmy rosnąć.

      • Wychodzi na to że człowiek to jednak istota która chce więcej i więcej 🙂 Jeśli w jednym obszarze odpuszcza np. konsumpcjonizm to w innym chce bić rekordy i przeć do przodu. Oczywiście nic Ci Wolny nie zarzucam, jeśli dobrze się z tym czujesz i robisz to dla siebie to jest jak najbardziej ok. Ale obserwując swoje otoczenie zauważam taką prawidłowość, tak jakby ludzie ograniczając niektóre ze swoich aktywności rekompensowali to sobie w inny sposób. Do pewnego momentu nie ma w tym nic złego ale łatwo chyba też przegiąć w drugą stronę, gdzie bez kolejnych wyzwań, rekordów, ciągłego próbowania nowych rzeczy ich życie zaczyna tracić sens. Wydaje mi się że najlepsza jest po prostu równowaga chociaż dla każdego ona inaczej może wyglądać.

        Zastanawia mnie to co piszesz o swoim zastoju w IT. Zasuwasz w ostatnich miesiącach z tym tematem chmury, poświęcając na to tyle godzin ile podejrzewam przeciętny człowiek w kilka lat i piszesz że czujesz zastój w IT 🙂

        • Zastój = kilka tygodni przerwy po kilku miesiącach zasuwania na 150% 🙂
          Owszem, lubię jak coś się dzieje, jak mam nowe wyzwania – wręcz to właśnie nimi się karmię na co dzień i od ich osiągania (lub od prób ich osiągania) zależy często mój nastrój. Może jakiś psycholog by to zdiagnozował… wiem też, że moja “równowaga” jest czym innym niż dla większości ludzi.
          Zauważyłem ostatnio, że wystarczy mi, jeśli w jednym obszarze “coś się dzieje”. W zeszłym roku były remonty, od marca 2019 był mój rozwój zawodowy, teraz przez chwilę nie było nic to złapałem się znowu bloga i mam frajdę z pisania. Ja muszę mieć coś swojego, nad czym pracuję i czym zajmuję wolne przebiegi. Choroba? Nie wiem… chyba ważne, że zdaję sobie z tego sprawę i jeśli zacznie mnie (lub moje otoczenie) to uwierać, można temu zaradzić.

          • Chyba wiem o czym piszesz z tym żeby coś się działo w jakimś obszarze naszego życia. W sumie jak się nad tym zastanowiłem to też tak mam. Czasami jak mam za dużo na głowie to już marzę o świętym spokoju. A jak już mam tego spokoju za dużo to znowu coś mi chodzi po głowie żeby coś się działo, może jakiś remoncik itp. 😉

            Nic tylko życzyć ludziom takiej “choroby” na jaką Ty cierpisz )

          • Dokładnie tak mam, dobrze to ująłeś. Zwłaszcza z tą chwilę spokoju… o której już nawet nie marzę, bo wiem że i tak po chwili zacznie mnie nosić 😉

  3. Hej Maciek zawsze z dużym zainteresowaniem czytam Twoje podsumowania miesiąca i staram się zainspirować, A czasem nawet skopiować niektóre ciekawe cele/pomysły.

    Mam pytanie, bo przygotowuje się do zakupu drugiego mieszkania na wynajem – jak rozliczacie mieszkania? Ryczałt/zasady ogólne czy działalność?

    I dzięki za inspiracje w kontekście wydatków miesięcznych. Patrzę że u nas mimo 2 osób w domu czasem koszt sięga 1.5tys i myślę jak to przepracować żeby zejść do max 1k:)

    • Ryczałt, co nie znaczy, że to warto kopiować. Wręcz przeciwnie… ale o tym w środku miesiąca, w kolejnym wpisie.
      1,5k na wszystko? Czy odnosisz się do żywności?

  4. Zuchy…. super! Jeśli młodszej też się spodoba to ani się obejrzysz jak z Wolną będziecie się zastanawiać co zrobić z weekendami bez dzieci 🙂 Poczekaj na obozy, 2-3 tygodniowe wyjazdy w cenie 900-1500 zł, to dopiero oszczędność 🙂 Pomijam już aspekty gdzie dzieciaki stają się na takich wyjazdach bardziej samodzielnie. Napawa dumą kiedy 8 latek nie umie zawiązać butów bo miał zawsze na rzepy a twoje dziecko rozpala ognisko za pomocą krzesiwa 🙂

    • Nic nie mów… w ten weekend nasza 6-latka ma już pierwsze nocowanie (2 noce!) w jednej z Gdańskich szkół 🙂 Nie wiem czy bardziej przejmować się moimi 86-oma kilometrami czy tym wielkim wydarzeniem…

      • Spoko, da radę. Najsłabiej radzą sobie dzieci które zawsze były tylko z rodzicami ale szybko nadrabiają zaległości. Martwić się raczej nie musisz, to dosyć intensywny czas i dzieciaki nie mają czasu się nudzić. Sugeruję podpisać rzeczy na ktorych ci zależy bo często dzieciaki w ferworze zapominają spakować. Potem jest “biuro rzeczy znalezionych”. Jeśli masz rzeczy z decatlonu to sprawdź potem rozmiary. Dużo dzieciakow ma taki sam sprzęt. Mój syn wrócił w butach w różnym rozmiarze:)

        Fajna sprawa jak dasz sie jej samej spakować z przygotowanych rzeczy, przynajmniej będzie wiedziała co zabrała plus coś co sama wybrała. Szybko sie wtedy nauczy minimalizmu jak bedzie musiała to nosić:)

        Moje dzieciaki też mają biwak w ten weekend 🙂

        • Dobry patent z samodzielnym pakowaniem i podpisywaniem rzeczy. Ja myślałem że to nocowanie tylko w ramach jednej grupy zuchów, ale chyba to coś większego, więc rzeczywiście lepiej zrobić jak piszesz.

  5. Super !! Nie boisz się jeździć z rodziną na niewyważonych felgach aluminiowych?? Rozumiem, gdybyś zmieniał na stalowe i zaoszczędził 75, Ale czy warto na tym oszczędzać??

    • Mam 2 komplety pełnych kół, czyli felga alu + opona. Felgi były kilkukrotnie wyważnane, kiedy mój ojciec jeździł autem. Nie widzę potrzeby powtarzania tego co roku, zwłaszcza jeśli nie czuję na kierownicy żadnych drgań ani nie znosi samochodu kiedy puszczę kierownicę. Oczywiście przy zmianie opon (niedługo pewnie mi się to szykuje) felgi będą wyważane. Myślę, że przy rozważnej jeździe to nie jest aspekt, który przesądza o bezpieczeństwie, a przynajmniej nie w jakimś dużym stopniu.

  6. Wow, gratuluję czasu półmaratonu! Zwłaszcza, że pokonałeś siebie z zapasem, bez przygotowania.
    Ciekaw jestem tego samochodu w Hiszpanii, daj znać jak wrócisz.
    Co do 2,7% w mBanku – Millennium ma tyle samo do 100 tys. zł w cyklach trzymiesięcznych, ale to pewnie wiesz. Z Wolną możecie 200 tys. tam ulokować, a więcej chyba nie ma sensu trzymać w bankach.
    Ciekaw jestem również Waszych planów na Andaluzję, mnie bardzo urzekła!
    W Bydgoszczy zmiana kół z wyważeniem kosztuje 40 zł (80 zł rocznie). Myślę, że właśnie dla wyważania nie warto samemu ich zmieniać.
    Pozdrawiam serdecznie

    • Tak, również korzystamy z Millenium, natomiast tam po pierwsze jest ten próg kwotowy, a po drugie – trzeba pamiętać o tym wycofywaniu środków w odpowiednim momencie. Ale fakt, tam ta promocja jest aktywna od wieeeelu miesięcy (chociaż wcześniej był wyższy limit).
      Odnośnie opon: zgoda, patrząc kosztowo to się pewnie nie opłaca robić samemu. Dla mnie to już nawyk, który w dodatku lubię.

  7. Wolny, gdzie Ty kupujesz jedzenie, że wydajesz na nie tak mało? Czy to 1000 złotych to bez posiłków w przedszkolu? Nawet jeśli tak to strasznie to mało 🙂

    • Cześć. Tak, to nie uwzględnia posiłków w przedszkolu dla młodszej (~200 zł za 3-4 posiłki dziennie) i w szkole dla starszej (~70 zł za obiady). Odpowiadając jak najkrócej, bo już mi się w głowie rodzi pomysł na wpis w tym temacie:
      – kategoria “napoje” praktycznie u nas odpada. Pijemy wodę, głównie kranówkę, nie pijemy żadnych soków. Tylko ja piję kawę (max 1 dziennie), pijemy troszkę herbaty, niemal zero alkoholu… generalnie na napoje wydajemy baaardzo mało.
      – jemy bardzo mało mięsa. Ja ostatnio trochę się z nim przeprosiłem, ale nadal to są minimalne ilości, Wolna nie je w ogóle, dzieci mają trochę w szkole/przedszkolu, więc w domu już rzadko coś dostaną.
      – króluje u nas ryż (biały / brązowy / jaśminowy), kasza (głównie jaglana, trochę gryczanej) plus warzywa i owoce. A te – jak wiadomo, nie kosztują 40 zł za kg (jak kawałek kiełbasy, który akurat dzisiaj z rana kupiłem) a znacznie mniej.
      – warzywa i owoce często kupujemy w osiedlowym sklepie, który ma towar z lokalnej giełdy (= chociaż trochę lepszy niż marketowy) i często jest tam zauważalnie taniej. Przykład: wczoraj Wolna kupiła parę kg jabłek za 1,80 zł/kg z których dzisiaj zrobię mus jabłkowy, który dodajemy do kaszy czy ryżu jako pomysł na deser. I właśnie takie bazowanie na podstawowych produkach zamiast przetworzonych też się przekłada na oszczędności. Ale przerobienie tego wszytkiego kosztuje oczywiście czas – tutaj nie ma cudów.
      To tyle na szybko. Pozdrawiam!

      • Co do cen owoców. Owszem zgadza się, że nie kosztują 40 zł za kilogram, ale ja przy moich dzieciach często stwierdzam, że to i tak słaby interes. Jedzą owoce na wyścigi i bywa tak, że przejedzą 10 – 20 zł w jeden dzień. Wędliny raczej nie zjedzą w ciągu jednego dnia pół, czy nawet ćwierć kilograma 🙂 Po prostu lubią większość owoców bardzo.

        • Rozumiem co masz na myśli. My traktujemy owoce jako “zdrowe słodycze”. Zdrowe, więc je zdecydowanie włączamy do diety, ale jednak słodycze, więc nie pozwalamy ich jeść bez ograniczeń.

  8. Hej Wolny, dzięki za podsumowanie!
    Zastanawiacie się nad edukacją domową? My będziemy próbowali, na razie zdobywamy wiedzę w temacie 🙂
    Alicante zapisałem do odwiedzenia i polecam też północną Hiszpanię (Finisterra, Muxia), rok temu wędrowaliśmy szlakiem Camino Frances razem z żoną i zakochaliśmy się w Hiszpanii 🙂

    Pozdrawiam
    Karol

  9. Szczerze mówiąc to bardzo zazdrościłem Ci Twojej dotychczasowej motywacji do działania, chęci rozwoju i mnóstwa projektów. Ale bardzo się cieszę, że powstał ten wpis, bo przynajmniej w moim odczuciu zastąpiłeś z niedostępnych wyżyn samorozwoju i chęci do działania i stałeś się jakiś taki bardziej przyziemny, bardziej dostępny. Mam nadzieję, że nie potraktujesz tego jako zawiść, bo absolutnie nie o to chodzi. Po prostu jestem zafascynowany Twoją wolą działania, z brakiem której borykam się od lat, i chciałbym wiedzieć, skąd ją bierzesz.

    Krótko podzielę się swoją historią i może w jakiś sposób, patrząc z boku, pomożesz mi zrozumieć, co ze mną jest nie do końca tak, że mimo tego wszystkiego, co już osiągnąłem i zdobyłem, dalej odczuwam przejmującą pustkę i bezsens.

    Dobry zawód – lekarz – odhaczone.
    Małżeństwo z wymarzoną kobietą, o którą walczyłem przez lata – zrobione.
    Znacząco ponadprzeciętne dochody – są na miejscu.
    Oszczędzanie kilkudziesięciu procent swoich dochodów – odhaczone.
    Kupione kilka mieszkań na wynajem oraz swoje własne – też zaliczone.
    Życie w ciekawym miejscu (Tatry) – osiągnięte.
    Siłownia 2-3 razy w tygodniu, wyjścia w góry, jazda rowerem na łonie natury, spacery w lesie – zaliczone.
    W większości zdrowe odżywianie – bardzo proszę.
    Nie mamy tylko jeszcze dzieci, domu i pieska do wypełnienia obrazka.

    Budowałem swoje życie w oparciu o schemat proponowany przez społeczeństwo (żyj, żeby kupować), bo tak pokazali mi rodzice, bo tak pokazała telewizja, bo tak żyli wszyscy, których znałem. Nie zdało to egzaminu, a więc to porzuciłem i za przykładem różnych osób, w tym Ciebie, opowiadających o życiu niekonsumpcyjnym jako sposobie na szczęście, wybrałem taką drogę. I to również nie pomogło. Jeszcze nie jestem wolny finansowo, ale prędzej czy później na pewno to osiągnę. I jestem przerażony. Czym wypełnię 24 h, 7 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, przez kolejne 50,60,70 lat życia?

    • Pisząc to podsumowanie miałem z tyłu głowy, że pokazuję się z nieco bardziej… ludzkiej (?) strony i nie miałem zamiaru ukrywać moich słabości. Moje życie to wcale nie niekończące się pasmo sukcesów, a we wpisach pokazuję tylko jego drobny wycinek.
      Doskonale rozumiem Twoje obawy. Nie twierdzę, że mam na to jakiś złoty środek, bo moje gorsze chwile są aktualnie związane właśnie z brakiem kolejnego, jasnego, konkretnego i dużego celu. Takiego, jakim było chociażby osiągnięcie wolności finansowej. Uważam, że dzieci mocno pomagają w gospodarowaniu czasu wolnego i nadają sens wielu rzeczom. Ale oprócz tego ambitny człowiek, w którym nadal jest energia i chęć do działania potrzebuje właśnie jakiegoś dużego celu, do którego dąży. Po raz kolejny życie pokazuje, że najważniejsza jest właśnie droga, a na jej końcu wcale nie musi być tak kolorowo jak się wydaje wielu, którzy patrzą na to z boku.
      Komentuj częściej – obracanie się w kręgu podobnych sobie też dobrze robi :). Pozdrawiam!

      • Dzięki. Co do dzieci mam ambiwalentny stosunek. Uwielbiam je, chciałbym swojemu potomstwu przekazać głębokie wartości, poświęcić dużo czasu i zaangażowania. Niestety widzę, szczególnie wśród kobiet, że dzieci są traktowane przedmiotowo: mają wypełnić życiową pustkę, mają zapełnić nudę w związku, matce zapewnić źródło bezinteresownej miłości, której w

        nie dostają od mężów. A to są przecież odrębne istoty ludzkie i powołując je do życia stajemy się odpowiedzialni za jakieś 90 lat bólu, radości, cierpienia i szczęścia. A kto tak naprawdę rozumie, co tym małym ludziom robi? Mnie nikt nie pytał o to, czy chcę żyć na takich zasadach, na jakich żyjemy, czy mi się to podoba, czy nie. A żyję i muszę sobie radzić z konsekwencjami wyborów moich rodziców.
        Zasadniczo nie komentuję na blogach, bo mam kontrowersyjne przemyślen. Zazwyczaj moje otoczenie mówi mi, że za dużo myślę i mam negatywne podejście do życia. Zaburzam im ich świat ułudy i pustych marzeń, może dlatego jestem niewygodny…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię