Migawki #7: Nasze nowe stare auto.

50
2078
wyświetleń
2015 Mini Cooper 5-Door amd 1997 Mini Cooper Peter Bleakney photo

Oj, nowy rok przynosi zmianę za zmianą. Styczeń to miesiąc, kiedy założyliśmy działalność gospodarczą, Wolna złożyła wypowiedzenie dotychczasowemu pracodawcy, a ja codziennie wstaję o 5:30 rano, żeby mieć co publikować dwa razy w tygodniu 😉 O tym wszystkim będą osobne publikacje, a tymczasem chciałbym się skupić na jeszcze jednej nowości: naszym nowym-starym aucie.

Temat motoryzacji poruszałem już kilkukrotnie. Ostatnio zachwalałem naszą kilkunastoletnią Toykę, a także pokazywałem, ile kosztowała nas przez ponad 8 lat użytkowania. Ale jeszcze wcześniej było kilka wpisów, o których już niemal nikt nie pamięta 🙂 Próbowałem w nich udowodnić, że regularne kupowanie nowego auta to najprostsza droga do konieczności pracowania po kres swoich dni, lub – inaczej mówiąc – potencjalny gwóźdź do finansowej wolności. Pisałem o aucie jako o racjonalizacji zachcianek. Pokazywałem, że rozsądne podejście do motoryzacji skutkuje relatywnie niskimi wydatkami w tej kategorii, które można przewidzieć nawet długofalowo. Dawałem też przykład, że nowe auto to częsty sposób na szybkie przejedzenie większej podwyżki.

W tamtym czasie spotykałem się z mieszanymi reakcjami ze strony czytelników. To był okres, kiedy miałem dość wyraziste poglądy i nie miałem większych oporów, żeby je wyrażać. Dlatego część z ówczesnych czytelników potwierdzała moje tezy, ale wcale niemało było komentarzy typu “piszesz o jeżdżeniu rzęchami, których eksploatacja i serwisowanie będą kosztowały majątek“. Jak to wygląda dzisiaj – po kilku latach od tamtych wpisów? Otóż patrzę na świat z dużo większą akceptacją dla różnych zachowań i podejmowanych przez ludzi decyzji, dlatego nie wyrażam się już tak kategorycznie, jak kiedyś. Myślę jednak, że pokazując nasze motoryzacyjne wydatki na przestrzeni 8 lat udowodniłem, że ta kategoria nie musi pochłaniać znacznego procenta comiesięcznych zarobków. Oraz to, że – nawet mogąc sobie pozwolić na dużo więcejnie mam obowiązku posiadania auta, za którym ludzie będą się oglądali na ulicy.

Kiedy zatem warto racjonalizować zakup nowszego auta? I jak to zrobić? Dzisiaj praktyczny przykład, w którym pokażę, że posiadanie wymarzonych czterech kółek nie musi być życiowym celem, a korzystanie z motoryzacyjnych okazji – nawet nie do końca nam odpowiadających – może być rozsądne.

Otóż mój ojciec po raz kolejny zdecydował się na nowe auto. Ostatnim razem skończyło się to przejęciem przez nas 7-letniej wówczas Rolci. Tym razem musiało minąć 8 lat, żeby podjął decyzję o wymianie i – stosując na sobie samym kilka psychologicznych tricków w celu usprawiedliwienia tego zakupu – szarpnął się na na nieśmiganą nówkę sztukę z salonu. Nie mi oceniać, niech się chłopak cieszy ;), a poza tym znowu wybrał rozsądny model, nie kosztujący bimbaliona. Ponieważ nie miał co zrobić ze swoim 8-latkiem, myślał o pozostawieniu go w rozliczeniu w salonie. Wiedząc jednak, że taka salonowa kalkulacja to złodziejstwo w biały dzień (lub inaczej: propozycja ceny o co najmniej 20% niższej, niż rynkowa), zaproponowałem ojcu, że wezmę od niego to auto za kwotę, którą zaproponuje salon. I w taki oto sposób staliśmy się właścicielami niemal dokładnie 8-letniego Mitsubishi ASX, za którego zapłaciliśmy w okolicach 30 000 zł – mniej więcej 20% taniej, niż podają rozmaite wyceny. Których zresztą nie za bardzo rozumiem, bo wycenianie 8-letniego auta na niemal 50% początkowej wartości to jak dla mnie gruba przesada.

Nie, nie zamierzamy myć auta ani nim jechać w ciekawe miejsce tylko dlatego, że wrzucamy jego zdjęcia na bloga 😉

Zanim pomyślisz “ten to ma szczęście, znowu auto po ojcu” (pewnie już tak pomyślałeś, co?), pozwól mi na jeden komentarz: to absolutnie nie jest auto, które sami byśmy wybrali. Podobnie jak było w przypadku Corolli, znowu znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy emocje mówiły “nie”, a chłodna kalkulacja podpowiadała “bierz”. Wybory motoryzacyjne, jakich dokonuje osoba w wieku 60-70 lat są zdecydowanie inne niż te, które podjęlibyśmy z Wolną, mając 30-kilka wiosen na karku i dwójkę małych dzieci. Gdybyśmy poszli za głosem serca i – poniekąd – rozsądku, jeździlibyśmy jeszcze kilka lat naszą kochaną Rolcią, a później zdecydowalibyśmy się na coś nieco bardziej atrakcyjnego niż japoński pseudo-SUV z wolnossącym, benzynowym silnikiem, relatywnie słabą dynamiką, że o nie grzeszącym pojemnością bagażniku nie wspomnę. Z góry przepraszam wszystkich miłośników tego typu aut, ale ja je nie do końca rozumiem 🙂

Ale nadarzyła się okazja. Taka, jakiej prawdopodobnie doświadczyliście wielokrotnie. Dobrze utrzymany, pewny samochód w rozsądnej cenie, który… absolutnie nie porywa i nie spełnia wielu z naszych wymagań. Wygrał jednak rozsądek i chłodka kalkulacja. Bezwypadkowość, prosta konstrukcja, a przede wszystkim: odmłodzenie auta o 7 lat – to wszystko przekonało nas, żeby dokonać zakupu. I pewnie ten zbieg wydarzeń przyczyni się do tego, że koszty eksploatacji prawdopodobnie będą podobne do tych, jakie ponosiliśmy w przypadku Corolli.

Nie bez znaczenia był też fakt, że akurat w tym samym czasie otwieraliśmy działalność w ramach naszej Pracowni Dobrych Wnętrz. Właściciele firm wiedzą o co chodzi, dla reszty podpowiem: amortyzacja ;). Taki pseudo-koszt, dzięki któremu można w dość znaczący sposób obniżyć cenę auta, również używanego. Jeśli dodamy możliwość wrzucania w koszty większości wydatków związanych z ubezpieczeniem, paliwem, serwisem i tak dalej, a także uwzględnimy co najmniej 10.000 zł, które powinniśmy otrzymać przy sprzedaży absolutnie bezproblemowej mechanicznie Corolli (ktoś chętny? ;)), okaże się, że po prostu zrobiliśmy dobry deal.

Policzmy to nieco dokładniej. Wydaliśmy 30.000 zł. Z których odzyskamy 10.000 zł za Toyotę, 6.000 – 9.000 zł w podatkach (odpisy amortyzacyjne) i w okolicach 20% niemal każdego wydatku, które na to auto w czasie jego eksploatacji poniesiemy. Przyjmując analogiczne kwoty jak wydawane dotychczas, mówimy o kolejnych 6.000-9.000 zł (potencjalnie więcej) w przeciągu następnych 5 lat użytkowania. Lądujemy na kwocie rzędu… powiedzmy, 2.000 – 8.000 zł. Jak uwzględnimy fakt, że po tym czasie powinniśmy mieć auto warte jeszcze co najmniej 15.000 zł, okaże się, że… potencjalnie ta zamiana była niesamowicie tania / wręcz zyskowna?

No, może nie będzie aż tak różowo. Przy sprzedaży auta firmowego pojawi się bowiem podatek, nie wszystkie koszty będziemy mogli wrzucić w firmę, a część z kosztów odzyskalibyśmy i tak, wciągając do firmy Corollę. Ale myślę, że to ćwiczenie pokazało, że racjonalny wybór samochodu i posiadanie własnej działalności gospodarczej (o tym już niedługo) to bardzo fajne połączenie, które zdecydowanie ma potencjał!

Co ciekawe, mamy w sobie sporo sympatii do naszej poczciwej Rolci i czasami wręcz mi żal, że pójdzie w obce ręce. Naprawdę nie miałbym żadnych oporów, żeby jeszcze kilka lat nam posłużyła. Lubię to auto za to wszystko, o czym już pisałem. Jest proste, niewyróżniające się, pewne, nieco ascetyczne… takie po prostu pasujące do nas 😉 Czy to nie ciekawe, że raczej przywiązuję się do starego auta, zamiast – w miarę jego starzenia – marzyć o nowszym? To wynika z naszego podejścia do motoryzacji, ale i do posiadania w ogóle: nie lubimy otaczać się drogimi przedmiotami. Wolimy inwestować, a nadwyżki finansowe chętniej przeznaczamy na kupowanie wspomnień, niż rzeczy materialnych.

Zastanawiam się też, czy nie sprawić ASXowi instalacji LPG. Jakoś nie ruszają mnie złośliwe komentarze odnośnie tego typu januszowania, a przy odpowiednio długim okresie eksploatacji, całość zwróci się kilkukrotnie. Co myślicie? Przy Corolli wyszedłem z założenia, że jeździmy tak mało, że nie ma to sensu, a ponieważ nie planowaliśmy przyzwyczajać się na dłuższy czas do tego auta, odpuściliśmy. Koniec końców, byliśmy razem 8 lat, w czasie których zrobiliśmy wręcz śmieszne 70 tysięcy kilometrów. Ale nawet tak małe roczne przebiegi połączone z dłuższą eksploatacją auta pozwoliłyby na znaczne oszczędności jeżdżenia na gazie. Tutaj może być podobnie, a jeśli do tego uwzględnimy możliwość ujęcia montażu instalacji w kosztach firmy, może to być dobry ruch.

Domyślam się, że moje chłodne podejście do zmiany auta jest odczuwalne w tym wpisie. Nie do końca wiem, z czego to wynika… nie boli mnie, że musieliśmy wydać całkiem sporo papierków na zakup samochodu… raczej nie do końca jeszcze czuję, że to przyniosło nam realną wartość. To tylko samochód, który traktuję wyłącznie instrumentalnie. Którym nie jeżdżę więcej, niż wcześniej – ASX na razie tak samo jak Corolla stoi pod domem i czeka na okazjonalną przejażdżkę. Przez pierwsze 2 tygodnie zrobiłem nim jakieś… 7 km, Wolna chyba ze dwa razy tyle 😀 Może kiedy przejdzie zamieszanie i natłok pracy związany z masą zmian w naszym życiu; kiedy minie zima i zaplanujemy pierwszy dalszy wyjazd… może wtedy bardziej to wszystko do mnie dotrze. I wtedy jednoznacznie stwierdzimy, że biorąc pod uwagę nasze plany podróżnicze (m.in. wymiana domów, pamiętasz?), większe bezpieczeństwo jest czymś, za co warto co nieco zapłacić.

Ale będąc zupełnie szczerym, wolę zawiesić oko na którymś z moich rowerów, niż na jakimkolwiek samochodzie 🙂 Wolę przemieszczać się siłą własnych mięśni, niż dzięki pracującemu z zawrotną prędkością silnikowi, wymagającemu do działania energii z paliw kopalnych (których – nawiasem mówiąc – nawet nie potrafi w jakimś sensownym procencie wykorzystać). I nawet ten wpis stworzyłem bez większej pasji… czas więc zakończyć i może trochę popedałować? 😀

PS Nasza biedna Rolcia stoi w różnych okolicznych miejscach z karteczkami “sprzedam” na szybach pasażerów. A to pod jakąś Biedronką, a to pod innym sklepem czy bardziej uczęszczanym skrzyżowaniem… co ciekawe, z tego kanału mamy więcej telefonów, niż z ogłoszenia wystawionego na otoMoto i OLXie.

PS2 Przypominam, że cały czas zbieram zgłoszenia do naszej tajnej (pssstttt ;)) grupy zrzeszającej miłośników wakacyjnych wypraw za grosze!

50 KOMENTARZE

  1. Ja wciąż śmigam 22-letnią Corollą, choć mógłbym pozwolić sobie na dużo świeższe auto 😉 Jednak prosta kalkulacja wskazuje, że wymiana nie byłaby w ogóle opłacalna – rolka jeździ za grosze, bo ma założony gaz (tak, polecam bardzo!), wymieniam w niej głównie części eksploatacyjne, koszty ubezpieczenia OC są małe, a i fakt, że nie jest zbyt urodziwa pozwala spać spokojniej (bo nikt nie będzie chciał jej ukraść!).
    Oczywiście rozumiem potrzebę wymiany na nowszy model – po tym, co tu napisałeś, to wręcz oczywiste, że wykorzystałeś super-okazję. Ale jeśli tylko silnik nadaje się do gazowania – nie zastanawiaj się zbyt długo! 🙂

    • Te Rolcie mają coś w sobie, co? Nie potrafię tego wyjaśnić, bo brzydale jakich mało 😉 gdybym nie wciągnął ASXa do firmy… teraz miałbym wątpliwości, które auto sprzedawać 😂

  2. Gratuluję zakupu, też się zastanawiałem nad tym modelem bo był w promocji ale jak sampiszesz nie warto aż tyle wydawać

    Mam 5,5 letnia Renówkę Fluence 1,6 od 4 lat rocznie robię 40 000 km, mam instalację LPG polską KME nevo i wtryski hana + butla 78 l brutto jest to budżetowy składak za dokładnie 2000 zł. Instalacja zwróciła mi sie juz x razy . Benzyny zużywałem około 6/100 km a gazu idzie 7/100 w zimie w lecie 8/100 km. Liczyłem różnicę po 2,5 latach około 140 000 km eksploatacji i wyszło około 21 000 oszczędności. Najlepszy hicior podróż do Splitu plus jazda kolana i z powrotem 600 zł na LPG zwanym przez Chorwatów autoplin 🙂
    Następne autko będzie najprawdopodobniej od razu z LPG fabrycznym, takie https://www.dacia.pl/samochody/pelna-gama/sandero/konfigurator.html#summary/AzZwvZa7cTz

    lub takie

    https://www.dacia.pl/samochody/pelna-gama/nowy-duster/konfigurator.html#summary/A0cxctax3cZ8pA

    negocjacje trwają 🙂 …. z samym sobą:)

    • Przy 40000km rocznie to nie ma się co zastanawiać – też mogłoby się tak zdarzyć, że zdecydowalibyśmy się na auto z salonu. U nas może będzie 5000km, a może 15000km – życie to zweryfikuje. Wszystko zależy od naszych planów podróżniczych, bo na co dzień jeździmy niezwykle mało.

  3. Gratuluję zakupu, auto faktycznie wygląda jak przepis na nudę, więc nie powinno się nic dziać.
    Odpuść LPG, bo to jest jednak loteria, ja mam raczej złe doświadczenia, a dobrych warsztatów właściwie brak. Eksploatowałem dwa ople z salonu – jeden miał LPG założone i działy się cuda wianki, drugi nie – i dopiero niedawno go sprzedałem po 245 kkm bezawaryjnej eksploatacji. Może gdyby to była fabryczna instalacja…
    Jeśli jednak zależy Ci na dlugiej i bezproblemowej eksploatacji a nie robisz 30 tys km rocznie, to jak w początkowej tezie.
    Szerokiej drogi!

      • To taka pozytywna nuda, że tylko lać i jeździć, żadnych dwumas turbin i innych dpf. Chociaż te sprzęty odpowiednio traktowane od nowwości także są bezawaryjne, a w Polsce gdzie duża część aut jest powypadkowa i z przekręconymi licznikami tworzą się potem stereotypy.
        Jak tutaj inni sugerowali, absolutnie nie wstydzę się gazu. Gdyby wynaleziono samochód na CO2, też by się znaleźli Janusze mówiący, że wstyd jeździć na powietrze 🙂
        Moje przebiegi są kilkukilometrowe, trasy stosunkowo rzadko. Jeśli pokonujesz głównie trasy to faktycznie LPG może się zwrócić, choć jak mówię, przy takich przebiegach jak zeznajesz to cena świętego spokoju i tej tytułowej nudy vs użeranie się z LPG jest do rozważenia.
        Tak czy siak, życzę zadowolenia z podjętej decyzji 🙂

        • Dzięki za podpowiedzi. Uwzględnię je, ale na tą chwilę po prostu trudno mi oszacować nasze przebiegi. Wydaje się, że moja być dość niskie… a później zębowy minie 7 laty i okaże się, że zrobiliśmy 70000km, przez cały czas lejąc benzynę.

  4. Szczerze mówiąc, to ten zakup kojarzy mi się z ludźmi, którzy widząc w supermarkecie napis PROMOCJA nie mogą się powstrzymać, i kupują coś, co nie spełnia ich wymagań, i czego tak naprawdę wcale nie potrzebują 😉 Nie jest to IMHO do końca chłodna kalkulacja. Wolę wydać więcej pieniędzy, a kupić coś, co spełnia wymagania i naprawdę posłuży… niż pierwsze lepsze co się trafi w okazyjnej cenie.

    • Zapomniałam dodać. Ja również nie polecam LPG. Nie dlatego, że to jakieś Januszowanie, tylko dlatego, że oszczędność może okazać się pozorna. Oszczędzasz na paliwie, a tracisz na naprawie instalacji, wymianie filtrów, regulowaniu w nieskończoność… Oczywiście pewnie nie zawsze tak jest, no ale w moim aucie to była tragedia 😉 Po kilku latach męki po prostu sobie odpuściłam i jeździłam na benzynie.

      • Odnosnie LPG… zaczepiłem moderatora ogólnopolskiego forum, który akurat jest z Trójmiasta. Stwierdziłem, że nie będę o tym czytał i analizował, bo szkoda mi czasu. Pomyślałem, że kogoś poleci… no i polecił. Jakieś 100km od Gdańska, według niego to najbliższy zakład, który może polecić. Po wszystkich lokalnych poprawiał mniejsze lub większe babole 😆 także myślę, że jakość instalacji i jej wystrojenie ma kluczowe znaczenie, jak się później sprawuje auto.

          • Tak, ale elementy układu to jedno, a ich montaż i późniejsze ustawienia to już inna para kaloszy. I wierzę, że tutaj warto pójść do kogoś sensownego. Nie do końca jednak dowierzam, że w całym Trójmieście naprawdę nikogo takiego nie ma 😉

      • Ja do pracy robię miesięcznie 3500 km, gdybym jeździł na benzynie to wydawałbym 1200-1300 zł/ 1 miesiąc. Ile, według Ciebie trzeba zarabiać aby sie to opłacało?

          • Z ciekawości jeszcze spytam, ile cię kosztuje miesięcznie pokonywanie tej trasy na gazie?

        • Pewno że znajdziesz dobrego gazownika, ale czasem na ‘zadupiu’ jest i taniej i uczciwiej poczytaj na forach LPG i pogogluj zawsze po osobistym kontakcie na 90% zweryfikujesz czy zakład jest ok. Zwróć też uwagę na koszty serwisu ja miałem 100 zł co 10 000 km na gwarancji, drogo i upierdliwie. Po gwarancji wymieniam filtry co 20 tys km od 60 tys nie regulowałem komputera bo nie tzreba absolutny spokój, koszt przeglądu u innego gazownika 40-60 zł.

        • Ponad 100km dziennie? :O To ja bym powiedziała, że opłaca się zmienić pracę lub miejsce zamieszkania 😉 Jeśli jesteś zadowolony ze swojego LPG to super, nie oceniam. Po prostu dorzucam moje spojrzenie, gdzie LPG wysysało pieniądze, zamiast powodować oszczędności. Może to dlatego, że jestem z Trójmiasta i też nie znalazłam gazownika godnego polecenia 😀 I nie robię 100km dziennie 😉 Wolny z resztą też nie.

          Ale gdybym robiła, to zastanowiłabym się nad dobrym silnikiem diesla. Na trasie palą prawie nic… Gorzej w mieście 😉

          • Niestety diesel jest na starcie nieopłacalny ze względu na koszt nabycia , koszt przeglądów oraz bardzo wysoką awaryjność ON nie wiem na czym opierasz swoje stwierdzenia. nawet nie posiadając LPG można to policzyć, więc całkowicie nie rozumiem twojej wypowiedzi:(. Oceniasz wszystko pobieżnie wysnuwając niezbyt mądre wnioski.
            Co do pracy, gdybyś miała za 300 dni emeryturę na poziomie 2 średnich krajowych netto pod warunkiem dokończenia kontraktu to tez być zachowała się jak debil i to straciła ryzykując pracę przez kolejne 17 lat, zamiast wolności finansowej od razu?

          • Gaweł, co do pracy – oczywiście, że nie, a w mojej wypowiedzi była taka emotka z przymrużeniem oka 😉

    • Twoje prawo mieć taką opinię. Promocje w marketach raczej kojarzą mi się z badziewiem, nie wartym żadnej ceny. Tutaj jest inaczej – auto jest mega rozsądne, a kalkulacją podzielę się za klika lat 😉 podskórnie czuję, że to dobra decyzja, chociaż gdybym był fanem motoryzacji, na pewno stwierdziłbym, że zbyt rozsądna. Pozdrawiam

  5. Mam drugi samochód na LPG i nie rozumiem ludzi, którzy jeżdżą na benzynie/ropie. Dobrowolnie płacą 2 razu więcej za to samo (poruszanie się samochodem). Możesz pokonać 100km za 15zł albo 30zł. Dla mnie wybór jest oczywisty. Rzeczywiście są dodatkowe koszty związane z gazem, ale nawet jakby stanowiły 30% zaoszczędzonej kwoty, a jest to znacznie mniej, to dalej jest to dobry interes.
    Kłopotów z instalacją nigdy nie miałem, ale jak ktoś wspomniał, trzeba dobrego warsztatu. Do tego obecne instalacje są znacznie lepsze niż np 10 lat temu. Nikt z osób, które tutaj narzekają na gaz, nie wspomniał kiedy to było. Z moich obserwacji wynika, że przeciwnicy zwyczajnie wstydzą się gazu, a “argumenty” są jedynie racjonalizowaniem emocjonalnego wyboru.

    • Masz 100% racji !
      Poza tym jak w moim przypadku jeżeli za samo paliwo zaciepliłbym miesięcznie więcej niż za wyżywienie i dom to cos jest nie tak

    • A ja myślę, że ci ludzie, którzy mają negatywną opinię o gazie po prostu kiedyś przejechali się na początkujących gazownikach, którzy zakładali instalacje pierwszej generacji i do tego nie umieli jej wyregulować. I legenda, że na gazie auto gorzej jeździ trwa do dzisiaj.
      Wstydzić się, że jeżdżę taniej? Nigdy w życiu! 🙂 Jestem raczej z tego dumny, że nie wydaję niepotrzebnie pieniędzy na coś, co mogę mieć taniej!

      • Masz rację, ja dodam że mając na uwadze zawartość w podatków w paliwie to płacąc mniej dajemy sie mniej ładować w …. :)) ucho. I tu może być problem rezygnacji z benzyny i ON niektórym chodzi o to ładowanie w…. no cóż któż bogatemu zabroni ?

    • Dopowiem więc, że auta z gazem pozbyłam się ok. 5 lat temu. Nie wstydzę się gazu 😀 Gdybym się wstydziła, to chyba bym nie przyznawała się do jego używania? 😉 Po prostu mam złe doświadczenia. Gdy wtedy decydowałam się na gaz, przemówiły do mnie argumenty, że “teraz to są lepsze instalacje niż kiedyś”. Teraz pewnie są jeszcze lepsze, jednak tamto “lepsze” dalej było kiepskie. Miałam instalację drugiej generacji.

      • Ło cie pierdykam, z ciekawości pogoogle’ałam o genreacjach gazu, i widzę, że teraz to można mieć VI generację, dedykowaną dla konkretnego silnika :O No to na pewno niebo a ziemia.

  6. Od dzisiaj słowo “bimbalion” wchodzi na stałe do mojego słownika 🙂 Już je sprzedałem żonie i się nieźle obśmiała 🙂

    Prywatnie jak na razie świetnie radzimy sobie bez auta. Po prostu nie jest nam ono potrzebne. Mieszkamy w dobrze skomunikowanej okolicy i mamy relatywnie blisko do pracy, także auto przez większość czasu byłoby postawione na parkingu. Problem może się rodzić dopiero przy większych wyjazdach, ale jak do tej pory świetnie dawaliśmy sobie i z tym radę 🙂

    Nie mniej gratuluje wykorzystanej okazji – nie często się taka zdarza 🙂

    • I super. My mieszkamy na obrzeżach… a mimo to też byśmy sobie radzili bez auta, ale kiedy masz dzieci, to naprawdę ułatwia w wielu sytuacjach. Zresztą… co ja się tu będę tłumaczył, przyzwyczailiśmy się przez lata do tej wygody i chwała tym, którzy sprawnie funkcjonują bez własnego auta.

      • Pewnie, że tak 🙂 Według mnie auto powinno być przede wszystkim pomocnym narzędziem w realizacji codziennych celów. Zwłaszcza przy dzieciach. Niby można wszytko (w miarę możliwości oczywiście) ogarnąć komunikacją miejską, ale wygoda wzięcia czegoś ekstra jest czasami niezastępowalna 😉

  7. Pojęcia o motoryzacji nie mam, ale rozważając LPG weź pod uwagę, że znakomita większość parkingów podziemnych ma nad wjazdem magiczny znaczek “zakaz wjazdu LPG”, który… w sumie nie ma żadnej mocy prawnej, ale jednak “w razie czego” może chyba przesądzić kwestię odpowiedzialności w razie wypadku spowodowanego awarią instalacji.

  8. Gaz super sprawa. Miałam dwa SUVy z taką instalacją, były bezawaryjne. A najlepsze to uczucie gdzie tankujesz całą butlę gazu za 80 zł a inni narzekają na cenę benzyny. 😉

  9. Wolny, to może w niedalekiej przyszłości popełnisz jakiś wpis szczegółowy o tym jak amortyzować auto w firmie i jak to policzyłeś, że w waszym przypadku opłaciło się wprowadzać je do firmy, a nie użytkować w DG jako prywatne? Jestem zielona w temacie, ale 3 miesiące temu założyłam DG i na razie mojego używanego auta nie wciągnęłam do DG, bo pewnie za ok 1-2 będę je sprzedawać i nie chciałabym płacić podatku. Ale szczerze mówiąc nie wiem jak temat ugryźć i jak policzyć czy nie bardziej by mi się opłaciło wrzucić auto do DG, zamortyzować i potem sprzedać płacąc ten podatek. To temat do zgłębienia na kolejny rok 😉 Podobnie jak formy leasingu. A że to moja pierwsza firma, dopiero raczkująca, a ja etatowiec od zawsze, to szczerze mówiąc zaawansowane artykuły porównujące, zwłaszcza w kontekście jak było do 2019 i jak jest od 2019 mnie przerastają i są dla mnie za trudne. Do tego dochodzi VAT, na razie jestem zwolniona z VAT ze względu na obrót ale nie wiem jak to się ma do odliczenia VAT w razie zakupu/leasingu. Fajna by była konkretna kalkulacja gdybyś ją rozpracował. Swego czasu Michał Szafrański taką obiecał gdy kupił mustanga, ale w efekcie nie powstała a bardzo na nią czekałam, bo on też, podobnie jak ty, ma świetną umiejętność rozkładania tematu na czynniki pierwsze, dzięki temu wszystko jest dla mnie klarowne 🙂

    • Hmmm, jeśli dobrze kojarzę, to od tego roku auto prywatne w firmie to tylko 20% kosztów. My też dopiero raczkujemy z DG, dlatego nie czuję się na siłach tworzenia takiego wpisu (przynajmniej na razie), poza tym nie wiem, czy nie byłby dla większości zbyt… księgowy? A jak to sam policzyłem? Wyszedłem z założenia, że będziemy tym autem jeździ co najmniej 5 lat i na koniec sprzedamy po niskiej cenie. To upraszcza dużo.

  10. Jeśli chodzi o LPG – sam roczny przebieg to nie wszystko co powinno się brać pod uwagę. Ważne jest jakie są odcinki tych przebiegów. Jeśli masz codziennie dojeżdżać do pracy 3-4 km to bez sensu jest zakładać gaz. Co innego gdy do pracy jedziesz raz w tygodniu 15-20km. Przebieg tygodniowy ten sam, ale jego struktura zupełnie inna.

    Sam przejechałem na LPG pewnie 200kkm (trzema różnymi autami). Teraz jeździmy 230 konnym subaru i gdyby nie gaz, po prostu bym takiego auta nie miał. Dla mnie to oczywista oszczędność, a przy tym frajda, że mogę jeździć tanio mocnym autem. Fakt, są pewne minusy: dość częste tankowanie (co 250 km), mało miejsca w bagażniku po zamontowaniu zbiornika, droższy coroczny przegląd, serwis LPG. Jednak w moim przypadku zyski zdecydowanie przewyższają niedogodności. Są też plusy – kończy się jedno paliwo, masz zawsze drugie 😉

    Nie wiem ile paliwa pali ASX, im więcej tym bardziej opłaca się instalacja LPG. Mój pali 13 litrów paliwa (chociaż nigdy chyba całego zbiornika dokładnie nie wyjeździłem, żeby to sprawdzić) albo 14-14,5 lpg. Trzeba wziąć pod uwagę, że zimą samochód przełącza się na gaz dopiero po 2 kilometrach. Jeśli robisz głównie krótkie odcinki, długie przerwy (stygnięcie), to LPG może być średnim pomysłem.

    Samochody z LPG mają też często zakaz parkowania w garażach podziemnych

    Rodzaj/marka instalacji ma znaczenie drugorzędne. Ważniejszy jest dokładny montaż oraz dostrojenie instalacji. Z drugiej strony warto założyć instalację popularną, którą umie serwisować wiele zakładów i forumowiczów :). Znając Ciebie z bloga, w przypadku problemów wiele z nich sam rozwiążesz 😉

  11. Przy 10 tys. km/rok odpuscilbym sobie gaz. Pewnie mnostwo krotkich tras, pokonywanych poczatkowo na benzynie. Szkoda czasu i nerwow, bagaznika, wagi, narzekania mechanikow, utraty wartosci auta itd. Dla niewielkich oszczednosci moim zdaniem nie warto.

    Sam mam LPG, ale inne zalozenia, duzo km, ktore musze robic i dla przyjemnosci oraz wygody auto benzynowe, ktore duzo pali. Gdyby nie gaz, to by bylo dla mnie za drogo; de facto nic nie oszczedzam, tylko nie przeplacam za widzimisie. W moim przypadku to ca. 500zl miesiecznie “oszczednosci” (srednio z wakacyjnymi wypadami tyle wychodzi) i przy takiej kwocie gra jest warta swieczki.

    • Trasy raczej dłuższe i rzadkie, zamiast krótkich i częstych. Ale fakt: nie potrafimy na razie przewidzieć średniorocznych przebiegów i jeszcze się zastanawiamy, czy LPG ma sens.

      • Dużo też zależy od spalania tego ASXa. Czym więcej samochód pali tym gaz opłacalniejszy. Ja stosunkowo niedawno miałem samochód z gazem i drugi raz bym się mocno zastanowił.

      • Uwaga przedmowcy dot. spalania ASXa trafna. Ja _jestem_ zwolennikiem LPG, ale przelicz ile tak naprawde miesiecznie zaoszczedzisz i czy warto pompować czas i nerwy. Pamietaj, ze gazu idzie od 15-20% do 30-40% (zima) wiecej niz benzyny, o tym malo kto glosno mowi, a nieco to zmienia kalkulacje.

        Albo zakładaj i staniesz się wlaśnie bardziej Wolny, po prostu zaczniesz wiecej i dalej jezdzic, bo “tanio”. Ja po to mam gaz. Ale to tez kolejna pulapka, bo auto to nie tylko paliwo, chociaz taki ASX powinien sie jakos trzymac, moze dlatego tyle warty, bo sie nie psuje…(?)

  12. Można mieć pieniądze i nie chcieć zmieniać samochodu na „nowszy”. To się nazywa miłość 🙂 Kocham moją 16-letnią (jezu, teraz to policzyłam!) Alfę od pierwszego wejrzenia (choć, kiedy ją kupowałam, miała już 10 lat). Ten samochód to część mnie, za „nowymi droższymi” się nie oglądam, uwielbiam jej dźwięk silnika, to jak rozumiemy się i jak czuję jej reakcje na drodze – jakby Alfa była mężczyzną, znalazłabym miłość swojego życia. Pozdrawiam Twoją Corollę!

  13. Widzę, że Twój ojciec ma jasno sprecyzowane preferencje – pancerne, niewysilone Japończyki, które nie zwracają na siebie za dużej uwagi. 🙂 Stąd nic dziwnego, że trzymają cenę na rynku wtórnym. Równolatek jakiejś francuskiej marki, z małym, ale uturbionym silnikiem jest potencjalną miną dla kupującego.
    Oby służył jak najdłużej!

  14. @Wolny
    “Wiedząc jednak, że taka salonowa kalkulacja to złodziejstwo w biały dzień (lub inaczej: propozycja ceny o co najmniej 20% niższej, niż rynkowa), zaproponowałem ojcu, że wezmę od niego to auto za kwotę, którą zaproponuje salon.”

    Szczerze to nie rozumiem tego argumentu.
    Gdybym to ja jak chciał odkupić od kogoś znajomego czy z rodziny auto żeby go “nie okradli” w salonie przy skupie starego auta to zaproponowałbym ok 10 % więcej niż zaproponuje salon a nie taką samą kwotę…

    • Cóż, mój tok myślenia był taki: skoro ojciec się godzi na takie rozwiązanie, to ze świadomością tego, jakie plusy (np. dużą oszczędność czasu) i minusy (cena niższa niż rynkowa) ono ze sobą niesie. Mi nie było go żal – przecież podjął decyzję, że chce mieć łatwo, więc sprzedając auto mi utrzymał wszelkie zalety tego podejścia, a dodatkowo miał świadomość, że auto zostaje w rodzinie i prawdopodobnie będzie się dobrze sprawowało.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię