Miesiąc bez auta – podsumowanie.

78
3031
wyświetleń


Jeśli do tej pory nie przekonałeś się, że szczerość jest jedną z najważniejszych zasad wyznawanych na tym blogu, dzisiaj nawet z największych sceptyków wylecą resztki wątpliwości. Okazało się bowiem, że sam na siebie ukręciłem bacik, a do tego lekko zrewidowałem dotychczasowe poglądy na temat motoryzacji i ani myślę tego przed Tobą ukrywać! Człowiek uczy się całe życie, a projekt “miesiąc bez” już w pierwszej fazie przyniósł bardzo ciekawe wnioski. I to mówi ktoś, dla kogo rower to wehikuł wolności! Aż strach pomyśleć, co będzie dalej…

Wrzesień, czyli “miesiąc bez auta” zakończył się… klapą. Oczywiście, gdyby dosłownie traktować postawiony warunek (cały miesiąc bez czterech kółek) i nie próbować spojrzeć na temat szerzej. Nie byłbym sobą, gdybym nie wyciągnął wniosków ze złamania reguł i nie podzielił się nimi z Tobą. Ale zamiast suchego raportu typu “użyłem auta X razy, jadąc tu i tu, bo to i tamto”… wymyśliłem coś, co nazwałbym swoim “profilem podróżowania” (nazwa robocza, może trochę zbyt rozdmuchana?), analogicznie do “profilu inwestycyjnego”, o którym wspomniałem w poprzednim wpisie. Pewnie po raz kolejny odkryłem koło na nowo i zaraz ktoś wskaże prawowitego pomysłodawcę, ale co tam: mój pomysł polegał na spisywaniu liczby kilometrów pokonywanych każdego dnia na różne sposoby. Jak każda tego typu inicjatywa, i ta przyniosła nieco pozytywów: trochę się o sobie dowiedziałem, kilka rzeczy już usprawniłem, a do tego zyskałem dodatkową motywację do tego, żeby się więcej ruszać. Zachęcam Cię do stworzenia takiego transportowego “budżetu domowego” i spisywania danych chociaż przez miesiąc. Zresztą… zobacz sam:

miesiac_bez_auta_3

SUMA PRZEJECHANYCH KILOMETRÓW:   1387 km

KOSZT CAŁKOWITY: 317,7 zł

I co? Prawda, że ciekawe? Wnioski, które można z powyższego wyciągnąć są następujące:

podróżuję więcej, niż myślałem. Mimo, że we wrześniu pokonywałem trasę z domu do pracy (i z powrotem) tylko 3-krotnie, razem przebyłem trochę ponad 1.000 km tylko w związku z pracą zawodową. Takie odległości wykluczają niestety korzystanie z moich ulubionych środków transportu i efekt jest taki, że… trochę kombinuję. Kilkukrotnie już skorzystałem ze wspólnych przejazdów (tzw. carpooling ze sztandarowym portalem blablacar.pl zrzeszającym największą liczbę kierowców i pasażerów), a kiedy brakuje odpowiadających mi ofert, wybieram ponad 2-krotnie droższy, ale równie szybki środek transportu: pociąg. Ten kursujący na trasie Gdynia – Berlin oferuje naprawdę przyzwoity standard i… napój z ciasteczkiem w cenie biletu 😉

auto nie jest złem. Powtarzam: AUTO NIE JEST ZŁEM. I już tłumaczę, żeby każdy dobrze zrozumiał. Otóż… wielokrotnie powtarzałem, że samochód może być gwoździem do trumny Twojej niezależności finansowej i powtórzę to jeszcze nie raz. “Może” nie znaczy jednak “musi” i mądre korzystanie z tego środka lokomocji nie musi być mocno odczuwalne dla budżetu – co pokazałem chociażby tutaj. Zwłaszcza, że kiedy auto traktować będziemy właśnie jako środek lokomocji, a nie przedłużenie własnego… ekhhhmmmm… nie jako trofeum, za które często oddajemy dużo za dużo. Ostatnio jeżdżę jako pasażer różnymi autami (przypominam: blablacar.pl) i widzę, że większość z nich jest ładniejsza/bardziej komfortowa/bardziej “wypasiona” niż nasz 10-letni japończyk. Kiedyś byłem fanem motoryzacji i nadal na widok ciekawych kształtów i pod wpływem podróży w komfortowych warunkach myślę o tym, że nawet dzisiaj mógłbym stać się posiadaczem podobnego cacka… tylko po co? Żeby nacieszyć oko? Zrobić wygodniej swoim czterem literom? Minimalnie zwiększyć bezpieczeństwo? Na te 3-4 razy w miesiącu, kiedy odpalam silnik auta? Dochodzę do wniosku, że nie warto, a mimo to resztki benzyny jeszcze krążą w moich żyłach i muszę walczyć z pokusami dostępnymi na wyciągnięcie ręki. Ot – sytuacja, z jaką każdy z nas spotyka się niemal na co dzień. Ale – wracając do tematu: samochód niekiedy okazuje się być tym optymalnym rozwiązaniem i wrzesień dobitnie mi to udowodnił. Pamiętaj, że nie chodzi mi wcale o utrudnianie sobie życia, a ekologia ma być dla mnie, a nie ja dla niej – i właśnie dlatego zawaliłem wrześniowe wyzwanie. Mając 3,5-osobową rodzinę (uściślając: w kwietniu 2015 spodziewamy się przyjścia na świat drugiego dziecka :)) nie będę przecież stawał na głowie tylko dlatego, że chcę sobie coś udowodnić. Odpaliłem auto 3-4 razy mniej niż gdybym nie podjął się wyzwnia, ale jednocześnie upewniłem się, że wcale nie chcę żyć bez tego środka lokomocji. A to dlatego, że…

miesiac_bez_auta_1Wsiadać, drzwi zamykać! 

– samochód jest niekiedy nie tylko najwygodniejszym (mało ważne), ale i optymalnym czasowo lub finansowo rozwiązaniem. A skoro i tak się go nie pozbędę (“wrzesień bez auta” i radosna nowina o powiększeniu rodziny mi to uzmysłowiły), to czemu nie wykorzystać go w odpowiedni sposób? Nadal preferuję rower lub spacer, ale już nie obstaję tak twardo przy tym, że komunikacja miejska musi zawsze wygrać z autem. Przykład z życia wzięty? 2 bilety (ja + żona) na 7-12 kilometrowych trasach kosztują 6 zł (2 x 3 zł sztuka). Mój względnie paliwożerny (7l benzyny na 100 km) pojazd za każde 10 kilometrów skasuje mnie na około 3,70 zł. A ponieważ jak się już gdzieś dojechało, to i wrócić wypada, różnica robi się jeszcze większa. Pewnie – dochodzą inne koszty eksploatacji (nie samą benzyną auto żyje), ale skoro i tak stoi pod domem i nadgryza je ząb czasu, odpalenie silnika raz na tydzień czy dwa jest nawet pozytywne dla stanu technicznego. Oczywiście inny wynik otrzymamy dla najczęściej spotykanego widoku, czyli jedna osoba w dużym aucie dojeżdżająca codziennie kilka-kilkanaście kilometrów do pracy i z powrotem.

– korzystanie z carpoolingu się opłaca! Za 170-kilometrowy odcinek płacę:

transport3_1Jeśli więc czas i miesjce odjazdu/przyjazdu w miarę mi odpowiada, nadal będę korzystał z blablacar.pl. Na bardziej popularnych trasach ofert jest sporo i zwykle nie ma problemu z dopasowaniem ich do swoich oczekiwań. Jeśli jednak nie znajdziemy tego, czego szukamy – zawsze zostają pozostałe rozwiązania.

– wykonanie takiego zestawienia było o tyle ciekawe, że wiem mniej więcej, jak rozkładają się odległości w rozbiciu na cel “podróży”. I tak transport związany z pracą to aż 75%  – reszta to sprawy bieżące i rozrywka. Wydałem około 320 zł na komunikację w ciągu całego miesiąca i ponad 90% tej kwoty wiąże się z pracą zawodową. I mimo, że dopiero kilkumiesięczne (roczne?) statystyki miałyby większą wartość, to jeden wniosek nasuwa mi się już teraz: będąc rentierem (lub bezrobotnym – zależy jak na to spojrzeć :)), na komunikację mógłbym wydawać  nawet 300 zł miesięcznie mniej. Być może życie pokaże, że to całkiem cenna informacja.

miesiac_bez_auta_2Faaaaascynująca wycieczka, tato! 😉

– pomijając zróżnicowanie na poszczególne środki transportu, wydałem około 23 groszy na pokonanie każdego kilometra (317,70 zł / 1387 km). Czy ta informacja mi się do czegoś przyda? Gdybym nadal prowadził takie zapiski jak we wrześniu, mógłbym starać się optymalizować tą wartość. Osobiście nie zamierzam tego robić, ale być może ktoś z czytelników skorzysta?

– Przypominam moje podejście dotyczące dojazdów autem:

  • odległość poniżej 5 km w jedną stronę: pieszo lub rower
  • odległość poniżej 10 km w jedną stronę: rower
  • zdecydowanie większa odległość: kombinujemy. Tu mam na myśli szybkie przeanalizowanie alternatyw: komunikacja publiczna, wspólny dojazd ze znajomymi, skorzystanie z oferty carpoolingu jako pasażer. Jeśli z jakichś powodów żadna z tych możliwości nie będzie optymalna, pozostaje samochód. (Dzisiaj bym jeszcze dodał: lub jeśli Twoje auto stoi pod domem już drugi tydzień, a koszty biletów dla wszystkich osób są porównywalne lub wyższe niż koszt benzyny)

Po “miesiącu bez auta” dostrzegam, że wyjątków od tych reguł jest więcej, niż myślałem, dlatego do każdego z punktów dopisałbym “o ile to możliwe”. Czasami pogoda, okoliczności, czas i masa innych czynników sprawiają, że i my wybieramy auto. Przykład? Mimo, że sam machnąłbym ręką na zacinający deszcz, to małe dziecko i żona w ciąży wymuszają inne rozwiązanie 🙂 Gdybym był kawalerem żyjącym w dużym mieście – jestem niemal pewien, że nie miałbym absolutnie żadnych problemów z pozbyciem się auta. Jednak dla 3-4 osobowej rodziny to olbrzymie ułatwienie i nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy – obiektywnie uznając koszty utrzymania auta jako pomijalnie małe w naszej sytuacji – miałbym marnować całe godziny na karkołomne akrobacje tylko po to, żeby przemieścić całą wesołą gromadkę z punktu a do b. Jestem pewien, że sami potraficie wskazać inne okoliczności, ale mam nadzieję, że w żadnym wypadku nie będzie to zwykłe “lenistwo”. Jak zwykle króluje rozsądek – żeby go zachować, wystarczy mieć w pamięci ten oto obrazek:

burn_fat

Sam dostrzegam, że nieco zmianiam swoje poglądy i wybory. Niekiedy po prostu odpuszczam widząc, że nie warto robić nic na siłę, a własne upodobania i przyzwyczajenia czasami trzeba odłożyć na bok i uwzględnić potrzeby bliskich, nawet jeśli w efekcie siedzę w blaszanej puszce, czekając na kolejne zmiany świateł i czując się jak klaun. Ostatnie półtora roku to dla mnie ciągłe zmiany, w wyniku których sam również ewoluuję i dostosowuję się do nich mając na względzie nie tylko siebie, ale przede wszystkim – najbliższą rodzinę.

PS Pisząc te słowa, siedzę w kolejnym z aut, którymi ostatnio mam przyjemność podróżować dzięki uprzejmości użytkowników serwisu blablacar.pl. I stwiedzam, że… podoba mi się to! Po pierwsze, poznaję ciekawych ludzi – absolwentów medycyny szukających pracy w bydgoskich szpitalach, panie po 50-tce wybierające się na weekendowy wypad nad morze,  serwisantów sprzętu medycznego czy – tak jak dzisiaj – studentów ostro testujących wypasione auto tatusia 🙂 Zawsze wywiąże się ciekawa rozmowa, zawsze czegoś nowego się dowiem, a czasami staję się nieco bardziej wyrozumiały dla głośnej muzyki czy kontrowejsyjnych poglądów. Zwykle siedzę sobie wygodnie i kiedy już nagadamy się na różne tematy, mogę rozsiąść się niczym prezes i przeczytać maile, których zwykle trochę się nazbierało. Wbrew pozorom, wcale nie marzę o usunięciu aut z ulic – ale rzeczywistość, w której każde z nich jest używane przez większą liczbę osób i wozi zwykle kogoś więcej niż kierowcę jest bardzo ciekawa. Dzięki temu na drogach byłoby mniej aut, a zatem i korków – chyba nawet rowerowi sceptycy zgodzą się, że to byłby krok w dobrą stronę. A ponieważ najlepsze, co mogę zrobić, to zacząć od siebie, to nadal będę szukał przejazdów w ramach carpoolingu!

78 KOMENTARZE

  1. Zdrowy rozsądek przede wszystkim, więc używanie samochodu kiedy jest taka konieczność to bardzo rozsądne rozwiązanie 🙂
    Mi niestety bardzo słabo poszło z moim miesiącem czytania dla przyjemności… Może w październiku pójdzie lepiej 🙂

  2. Zawsze warto eksperymentować! Wnioski są zazwyczaj dużo ciekawsze niż te planowane przed eksperymentem 🙂 Społeczeństwo zwariowało na punkcie motoryzacji. Z własną nadmierną mentalnością samochodziarza zawsze warto więc walczyć! Ja kiedyś mocno się zastanawiałem nad problemem lokomocji, ale robiłem nieco inną statystykę. Otóż policzyłem ile średnio czasu w moim życiu spędziłem za kierownicą… Wynik był zatrważający i wymusił kilka ważnych zmian… Proponuję abyście tego nie robili jak nie chcecie połykać relanium 🙂

    • U nas chyba nie byłoby najgorzej – jeśli już jedziemy, to raczej poza godzinami szczytu i na dłuższy trasach. Ale do tej pory pamiętam, jak destrukcyjnie działało na mnie w przeszłosci stanie w korkach…

      • Hmmm… Korek jeżeli się trafi to stress spory, wiadomo…
        Ja miałem bardziej na myśli całkowity (średnio policzony) czas spędzony za kółkiem w życiu. Powiedzmy 1.500.000 km – średnia prędkość 60 km/h – wynik: 25.000 godzin – czyli prawie 1.042 doby spędzone w życiu za kierownicą 🙁 🙁 🙁 I w tym momencie mocno się nad tym wszystkim zacząłem zastanawiać… No bo to były prawie 3 lata MOJEGO życia… 🙁 Nie ważne według jakiego współczynnika i jakiej waluty starałbym się to przeliczyć ale to około 3 lata życia!!!

        • Jeszcze gdyby te kilometry były zróżnicowane, połączone z ciekawymi podróżami i poznawaniem świata… a to zwykle ta sama trasa w miejsce, którego nie darzymy jakąś wielką symoatią 😉
          i ta średnia 60km/h… mam taką tylko dlatego, że jeżdżę głównie poza miastem, bez korków. W mieście to raczej ok. 30 km/h, prawda?

          • Moje kilometry może i były połączone ze zróżnicowaniem, bo to cała Europa, ale… zazwyczaj nocą 🙁 Średnią wziąłem ze średnich o jakich piszą media… Zaczynałem kiedy jeszcze na graniach stało się na przykład 24 godziny 🙂 Ale chyba mój wątek za bardzo ucieka w bok 🙂 Chciałem tylko dorzucić do rozważań oprócz finansów kwestię CZASU.
            Niech więc dalej “zakontynuują” inni, bardziej w temacie, ja teraz tylko poczytam 🙂 🙂 🙂 m.

      • Od jakiegos czasu czytam bloga, lecz dopiero teraz zdecydowałem sie napisac. Przyznam że jak trafiłem do Ciebie Wolny byłem zaskoczony ,czytając kolejne wpisy na blogu , tym że tak wiele mam wspólnego z Twoimi pogladami odnośnie optymalizacji kosztów życia. Jedyna różnica to to ze wiekszość tu piszących pochodzi z miasta, a ja mieszkam na wsi zajmuje sie rolnictwem a do najbliższego miasta mam około 20km bez samochodu traci sie bardzo dużo czasu, można powiedziec ze samochód to oprócz prądu druga podstawowa sprawa. Tyle ze odpadają dojazdy do pracy bo praca jest na miejscu 🙂 Dodam ze samochodem rocznie robimy około 10tys km

        • Rzeczywiście ciekawe, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogrom różnic, które w naszych sposobach na życie. Z ciekawości spytam – czy w Twoim otoczeniu jest więcej rodzin patrzących w ten sposób na świat? Czy również należysz do zdecydowanej mniejszości?

          • Właśnie nie zauważam takich ludzi wokół zbyt wielu 🙂 sąsiedzi że się tak wyraże utożsamiają “własną wartość” z tym jakie bryczki mają. Myszą to być nowe średniej klasy pojazdy w stylu BMW 5 czy modne obcnie suwy prosto z salonu. To jest powszechne jesli nie samochody to maszyny rolnicze co z tego ze są nie efektywnie wykorzystane, ciagnik za 300tys w niewielkim gospodarstwie a nasiliło to sie po wejsciu do UE dopływ gotówki, nie powiem sa też przykłady własciwych inwestycji i rozwoju ale tez wiele ostetnatacyjnej konsumpcji która ma na celu dowartościowanie sie wsród znajomych

  3. A mnie zastanawia dlaczego przy wyborze środka transportu nie rozwazasz wyboru swojego auta i udostępnienia kilku miejsc innym użytkownikom serwisu blablacar

    • Strzał w dziesiątkę! Próbowałem na razie raz i nawet miałem dwoje zainteresowanych. Ale w ostatniej chwili pojawił się inny kierowca i zabraliśmy się z nim we trójkę. Jak pisałem – wolę być pasażerem i nie myśleć o tym, czy znajdą się chętni na przejazd i czy koszt podróży będzie sensowny. – nawet kosztem konieczności dopasowania się do innych jeśli chodzi o czas i miejsce. Ale to oczywiście też opcja i nie wykluczam, że w przyszłości też ją wypróbuję. Pozdrawiam.

  4. Gratulacje Wolny! 🙂
    A odnośnie eksperymentu to byłem ciekaw jego wyniku. Kiedyś już pisałem że całkowita rezygnacja z auta w przypadku rodziny to jest w wielu przypadkach niewykonalne. Tzn jest wykonalne ale jest to gigantyczne utrudnianie sobie życia. Ja już dawno przestałem myśleć zero jedynkowo (no może nie w pracy ;)) i uważam że najlepszym rozwiązaniem jest po prostu zdrowy rozsądek. Wszystko jest dla ludzi tylko trzeba z tego z umiarem korzystać. Ciekawe czy w kolejnych miesiącach też będziesz dochodził do podobnych wniosków jak w tym czy może jednak złapiesz na coś bakcyla np. na wegetarianizm 🙂
    Powodzenia.

    • Dzięki. Na razie pierwszy dzień w ‘miesiącu z ćwiczeniem’ wypadł pozytywnie i wiem, że jutro będą zakwasy – zbyt intensywnie, bez wcześniejszego, stopniowego zwiększania tempa. No cóż, nie chciało mi się to mam za swoje 🙂

  5. Te rozważania o przemieszczaniu się innymi środkami lokomocji niż samochód trzeba jak zwykle odnosić do realiów każdego z Nas. Ja w swoim życiu zaliczyłem wszystkiego od dojeżdżania autobusem miejskim w latach 80 tych na studia (w ścisku takim, ze kanary nie chodziły i wszyscy mieli bilety miesięczne) przez jazdę PKS w latach 90 tych, jazdę na stopa (tak się mówiło w latach 90 tych na modny obecnie carpooling) przez dojeżdżanie własnym samochodem. Dojazdy PKS i stopem na dystansie 40 km w jedną stronę codziennie do najlżejszych nie należały i czasowo też nie było rewelacji. Tak więc dla mnie osobisty samochód to jedyna alternatywa. Ale jak przyszło mi jeździć z Pruszcz Gdańskiego do Gdańska w okolicach 8.00 rano przed przebudowa Traktu Św. Wojciecha gdzie przejazd 12 km zajmował 35 min to z zazdrością patrzyłem na motocyklistów, że tak sobie mijają korek ale jak padało lub sypał śnieg to już mniej im zazdrościłem. Tak więc środek lokomocji trzeba dobrać jak i inne rzeczy do sytuacji.

    • Zgoda, ale… czasami można też dobrać sytuację do środka lokomocji, a nie odwrotnie 🙂 Zobacz – sam piszesz, że “przyszło Ci jeździć z Pruszcza Gdańskiego” – to była prawdopodobnie Twoja decyzja o kupnie tańszego mieszkania, prawda? Z tą decyzją przyszła nie tylko mniejsza rata kredytu, ale również więcej czasu i pieniędzy na dojazdy do pracy. Czasami rzeczywiście nie mamy zbyt dużego wyboru (być może tak było i w Twojej sytuacji), ale często to właśnie nasze decyzje i związanie z nimi zalety i wady.

      • Cóż, jeśli chodzi o tańsze mieszkanie za miastem, to rzeczywiście więcej kasy wydaje się na dojazdy i marnuje się więcej czasu, ale spójrz na to z drugiej strony: kasę na dojazdy wydajesz wyłącznie, kiedy masz tę pracę. A różnie w życiu bywa i czasem możesz na jakiś czas zostać bez pracy- znam to z autopsji. I wtedy wyższą ratę musisz płacić, a jeśli masz tańsze mieszkanie, to koszt dojazdów na ten czas odpada i zawsze łatwiej zapłacić mniej, niż więcej. Druga sprawa- możesz kupić mieszkanie które w danym momencie jest najbliżej Twojej pracy, ale za chwilę może się okazać, że zmienisz pracę i już jest dużo dalej… Sama mam taki przykład w firmie- ja dojeżdżam codziennie 30 km w jedną stronę do Trójmiasta i nie robi mi tak naprawdę, czy dojeżdżam do Gdańska czy do Gdyni. Natomiast w przypadku pracujących ze mną kolegów, przy zmianie miejsca pracy z Gdyni do Gdańska, to z kilku czy kilkunastu kilometrów, zrobiło się ok. 37 km… Do tego, niektórzy w Trójmieście też potrafią stracić więcej czasu na dojazd, niż ja…

        • Zawsze są dwie strony, każda z nich ma swoje wady i zalety. Kupując mieszkanie ciężko nie uwzględniać aktualnego miejsca pracy – na dobrą sprawę myśląc o potencjalnych zmianach decyzja powinna brzmieć “wynajem”, prawda? My sami aktualnie rozglądamy się za mieszkaniem nieco dalej od centrum Gdańska, uwzględniając naszą aktualną sytuację zawodową. I mając świadomość, że za kilka lat możemy mieszkać zupełnie gdzie indziej… ale nie ma co przesadzać, zawsze jest wyjście pod tytułem sprzedaż, wynajem kupionego mieszkania itp. Pozdrawiam.

  6. Po pierwsze i najważniejsze: szczere i ogromne gratulacje dla Szanownej Małżonki i oczywiście dla Ciebie z racji zbliżającego się powiększenia rodziny 🙂
    Bo co by nie mówić; rodzina jest najważniejsza (dla malkontentów uszczegóławiam: zdrowa, normalna rodzina jest najważniejsza).

    Po drugie (też ważne choć odrobinę mniej od poprzedniego) 🙂
    Może sie mylę, może źle pamiętam (z lenistwa nie chce mi sie zaglądać do archiwum), ale odnoszę wrażenie, że kiedyś byłeś bardziej “dogmatyczny”, a dziś jakże pięknie zauważasz, że dogmaty są dla ludzi, a nie ludzie dla dogmatów. Ale nie tylko zauważasz; Ty to w praktyce stosujesz 🙂
    Jeśli faktycznie tak jest to równie szczerze gratuluję 🙂

    • Dziękuję i… dziękuję, bo “po drugie” też jest w sporej części prawdziwe. Zmieniam się i rzeczywiście widzę, że czasami idee – choćby piękne i szczytne – są mało praktyczne i nieco sztuczne. Więc tak sobie z upływem czasu… mięknę 🙂

    • Roman, nie mylisz się i pamiętasz bardzo dobrze 🙂
      Wolny, serdecznie gratuluję Tobie i Żonie rychłego powiększenia stadła. Dobrze, że ewoluujesz w kierunku zdroworozsądkowego podejścia do środków transportu.
      Gdybym podróżowała sama, myślę, że też bym chętnie korzystała z carpoolingu. Lubię poznawać nowych ludzi. Najczęściej (myślę, ze w 99% przypadków) w dłuższe trasy jeżdżę jednak z dwójką dzieci.

  7. Gratulacje składałam na szybko, to teraz na spokojnie odnośnie samochodu.
    Chciałam obalić mit, że większa rodzina potrzebuje samochodu. Przykładem są moi rodzice. Posiadając piątkę dzieci, nigdy nie mieli własnego samochodu. Wszędzie jeździliśmy komunikacją miejską (zaleta: mieszkanie w centrum większego miasta), pociągiem lub autobusami. Dużo chodziliśmy pieszo. Byliśmy na wakacjach w górach i nad morzem. Odwiedzaliśmy rodzinę i znajomych rodziców. Jeździliśmy na wycieczki pod miasto. Nigdy nie czułam, że samochód jest niezbędnie potrzebny. Nigdy mi go nie brakowało.
    Teraz z mężem mamy samochód, który używamy średnio raz na tydzień i na wyjazdy do teściów lub wakacyjnie. Jak dla mnie, moglibyśmy go nie mieć, chociaż często jest wygodniej.

    • Masz absolutną rację – bo to chyba kwestia przyzwyczajenia do dobrego, które szybko staje się standardem i czymś, bez czego ciężko się obyć. Luksus staje się potrzebą – przynajmniej w naszym mniemaniu. Niektóre rzeczy ciężko odstawić, ale wydaje mi się, że czasami wystarczy nieco rozsądku w ich użytkowaniu i efekt jest optymalny, prawda?

    • Moi rodzice też nie mieli samochodu. Mieszkaliśmy w niezbyt dużym mieście, wszędzie było blisko, więc chodziło się najczęściej na piechotę. Na wakacje jeździliśmy zwykle pociągami.
      Oczywiście, że się da, jednak w życiu chyba nie chodzi o udowadnianie czegokolwiek na siłę.
      Dobrowolnie nie zrezygnowałabym z tej wygody i niezależności jaką daje mi samochód.

      • I ja teraz wiem, że tego bym nie zrobił, biorąc pod uwagę sytuację rodzinną. A mimo to nadal uważam, że właśnie “nieodpowiednie” podejście do motoryzacji zamyka drogę do niezależności finansowej w wielu przypadkach.

    • Ale pewnie (choć może bardzo rzadko) brak samochodu ich “męczył”…
      Tsak, da sie żyć wygodnie bez samochodu.
      Tak samo jak da się umyć w 0,5 litra wody (wiem co piszę).
      Tylko, że nie zawsze jest to najbardziej optymalne rozwiązanie
      Warto się przetestować, poznać swoje możliwości (i ograniczenia), ale nie zawsze warto w czymś trwać.

      • Podoba mi się to testowanie samego siebie 🙂 Wydawało mi się, że w związku z naszym dotychczasowym podejściem do motoryzacji łatwo się wyzbędziemy luksusu jakim jest auto, a tu niespodzianka. “Miesiąc bez” – niby nic, a horyzonty poszerza 🙂

  8. Gratuluję drugiego potomka w drodze!

    A teraz kamyki do Twojego ogródka:

    kazdy -> każdy (jest powtórzenie)
    warto oddajemy -> często oddajemy

    blablacar.pl Cię sponsoruje? Jeden link by wystarczył 😛

    I do mojego:

    Miesiąc bez słodyczy mi też nie wyszedł, skusiłem się na urodzinowe ciasto i czekolada jednak wygrała z moją słabą wolą ;(

    Próbowałem kiedyś skorzystać z blabla, dwa razy skończyło się tak, że jednak skorzystałem z PKS. W moim przypadku oszczędność byłaby rzędu kilku złotych i może godzinę czasu. Wolę kupić bilet i nie musieć się z nikim dogadywać.

    • “Gdzie z kołem na ławkę?!” – tym razem to Twój komentarz nadaje się do poprawki, skoro zadajesz pytanie i w jednocześnie na nie odpowiadasz 🙂 A teraz na serio: ławki to moje tegoroczne odkrycie. Zdarzyło się kilkukrotnie, że Maja zasnęła na rowerze – nic dziwnego, jeśli jeździmy niemal codziennie. Pozycja śpiącego dziecka w takim foteliku jest taka, że człowieka aż kręgosłup zaczyna boleć, jak na to patrzy. Wymyśliłem więc, że wystarczyłoby podnieść przednie koło, wtedy Maja automatycznie odchyla się do tyłu i ma w miarę wygodnie. Tylko jak tu podnieść koło na odpowiednią wysokość i tak, żeby było bezpiecznie? Z pomocą przyszły właśnie ławki – akurat ta na zdjęciu jest wyjątkowo słaba, a dużo lepiej sprawdzają się takie starszego typu – z kawałkiem przestrzeni pomiędzy siedziskiem a oparciem – wtedy koło lądowało tak i się ładnie i bezpiecznie klinowało. Niestety egzemplarz ze zdjęcia takiej “funkcjonalności” nie posiadał 🙂
      Zapewniam Cię, że koła roweru jeżdżącego w lecie po mieście są na tyle czyste, że czasami więcej brudu zostaje po odzianej pupie, która raczy zasiąść na ławce. Chociaż przyznam, że akurat kwestia zostawiania brudu na ławce całkiem mi umknęła – być może dlatego, że nic widocznego na siedziskach nie zostawiałem.

  9. moje postanowienia niestety też nie do końca udało się zrealizować ale nie przerywam, przerzucam je częściowo na ten miesiąc po prostu ;p a jeśli chodzi o oszczędność i odpowiedni środek transportu to dla mnie pod każdą postacią rower będzie zawsze ideałem ;p pozdrawiam 🙂

  10. Hej. Zajrzałam tu jakiś czas temu i pochłonęłam Twój blog. Nie ze wszystkim się zgadzam, nie każdy Twój pogląd uważam za słuszny, ale przyjemnie się “Ciebie” czyta. Dziś wpadłam podziękować Ci za “miesiąc bez”. Tobie nie do końca wyszło, choć miałeś dzięki temu możliwość skorygowania swojego podejścia. Ale mój ‘miesiąc bez’ zakończył się sukcesem, i ciągnie się dalej 🙂 Od kilku lat mam problem z organizacją czasu i lekkim (dobre sobie..) uzależnieniem od internetu. Jako informatyk, początkujący, studentka ledwie, ciężko mi stawiać sobie wymagania typu “miesiąc bez komputera”. Jednak uznałam że nie umrę (a chętnie spróbuję) kiedy przez cały wrzesień nie zajrzę na demotywatory, portale plotkarskie i tego typu czasopochłaniacze. I udało się 🙂 Dziś 4 października a ja nadal nie zdjęłam blokady. I o dziwno nie uschłam bez oglądania zdjęć gołych gwiazdek tv ani bzdurnych memów. Dumna jestem ogromnie, a że i Twoja w tym sukcesie zasługa więc dzięki raz jeszcze 🙂
    Miesiąc październik miesiącem bez.. słodyczy. Będzie trudniej, więc proszę o trzymanie kciuków.
    I oczywiście gratulacje nowego małego podróżnika 🙂

    • Asiu – bardzo się cieszę, że właśnie tak podchodzisz do mojego bloga. To, że nie przyjmujesz ślepo wszystkiego, co napiszę świadczy o tym, że nie podchodzisz do tych treści jak do kolejnego “zjadacza czasu”, ale filtrujesz, wyciągasz wnioski i idziesz do przodu 🙂 Brawo – tym bardziej, że “miesiąc bez” wypadł tak pozytywnie. Trzymam kciuki za kolejne tego typu akcje i bardzo dziękuję za Twój komentarz!  

    • Życzę sukcesów w październiku 🙂
      Mnie się udało, aczkolwiek nie zakładałam całkowitej rezygnacji, tylko bardzo mocne ograniczenie. Pozwalałam sobie od czasu do czasu na kawałek domowego ciasta czy kostkę czekolady. Teraz mnie nie ciągnie do słodyczy więc miesiąc bez nadal trwa, mimo że wrzesień się skończył.

      • Wiesz, co mi się najbardziej podoba w Waszych komentarzach? Dopiero teraz okazuje się, że sporo czytelników rzeczywiście podjęło się CZEGOŚ we wrześniu. To właśnie największa nagroda dla mnie za tworzenie tego bloga – uwielbiam mieć poczucie, że nieco zmobilizowałem Was do działania! Pozdrawiam serdecznie.

  11. Masz zupełną rację, że nie zawsze warto na siłę udowadniać (sobie? innym?), że coś da się zrobić. Bo oczywiście i w tym przypadku mógłbyś przeżyć ten miesiąc całkowicie bez auta, tylko po co robić to na siłę. Niekiedy trzeba w trakcie dążenia do celu wprowadzić pewne zmiany i nie oznacza to, że “miesiąc bez” nie miał sensu.

  12. Wolny, gratuluję!

    Właśnie skończyłem eksperyment – “miesiąc bez” – w trakcie którego zrezygnowałem z … czytania blogów 😀
    Mam w związku z tym kilka uwag:
    1. Taki miesiąc to świetny trening silnej woli, bo nic innego nie powstrzymuje nas przed zrobieniem tego, z czego rezygnujemy.
    2. Miesiąc to dość czasu by wyrobić w sobie nowy nawyk. Są na te temat jakieś badania, ale szczegółów nie pamiętam. Ograniczyłem w ten sposób liczbę czytanych blogów do trzech, które są moim zdaniem wartościowe.Zyskałem w ten sposób nieco czasu.
    3. Pomysł na miesiąc bez lepiej odnieść do jakichś obszerniejszych czasowo rzeczy (internet w ogóle, czy TV jak ktoś ogląda), albo szkodliwych (używki etc.) lub ważnych z perspektywy etycznej/społecznej (fajnie pasują tu koncepcje z Twojego “innego tygodnia”.
    4. “Miesiąc z…” to też dobry pomysł,,ale znając ludzką psychikę mogę obstawiać że jest trudniejszy do realizacji. Kto nie miał postanowienia noworocznego w stylu “będę chodził na siłownię”?
    .
    Co do samochodu – kluczem jest tu racjonalny wybór. Albo kupujemy pojazd mały, zwrotny, ekonomiczny i bezpieczny (dla mnie optymalny wybór), albo decydujemy się na krążownika szos, rodem z USA. Każdy ma inne potrzeby i oczekiwania, ale warto wiedzieć że auto to pewna opcja a nie oczywisty wybór Wystarczy spojrzeć na Amsterdam, gdzie na każdym skrzyżowaniu spotkasz więcej rowerów niż samochodów. Racja, mają oni lepszą infrastrukturę(ścieżki rowerowe), ale drogi tez mają niczego sobie (jedna z najgęstszych sieci dróg w europie). Więc jest to ich świadomy wybór.

    • Sam nie wiem, czy gratulować Ci sukcesu, czy nie 😉 Zauważyłem, że 100% sukces w czasie “miesiąca bez” wcale nie jest najważniejszy. Tak jak piszesz, chodzi o spróbowanie, wyrobienie dobrych nawyków, zrobienie chociażby małego kroczku do przodu i głębsze zastanowienie się nad podjętym wyzwaniem. Pozdrawiam.

  13. Wolny!
    Gratuluję kolejnego potomka 🙂
    Ciekawy wpis. Nie posiadam auta, ale czasami mój Przyszły pożycza od swoich rodziców, jak musimy coś załatwić i żeby było szybciej dotrzeć do celu, bo zawsze towarzyszy nam córka. Taka wyprawa jest zdecydowania krótsza, niż podróż komunikacją miejską z całym majdanem dla malucha.
    To jest dobre rozwiązanie, zważywszy, że przez długi czas własny samochód pozostanie na razie w sferze marzeń. Obecnie nie jest nas na niego stać.
    Może też wprowadzę jakiś miesiąc bez. Ale musiałabym przekonać do tego Przyszłego, który czasami bywa oporny w wdrażaniu nowych innowacji.
    Może mi się jednak uda 🙂

    • Bardzo fajne rozwiązanie – to taki “car sharing” wśród najbliższych. Niestety, jeśli już rodzinę stać na auto to potrzebny jest jeszcze wspólny światopogląd żeby stosować takie rozwiązanie – przecież to “naturalne” żeby mieć auto, jeśli możesz sobie na to pozwolić – sam wpadłem w tą pułapkę dobre 10 lat temu i teraz bardzo ciężko byłoby mi się z tego uwolnić. W Twoim przypadku sprawdza się to z konieczności i to najlepszy dowód na to, że można. Pozdrawiam i trzymam kciuki za podjęcie (wspólnie z Przyszłym) “miesiąca bez”.

        • To już dużo – naprawdę! Całkowite odcięcie się od TV to nie tylko uwolnienie masy czasu i części comiesięcznych zobowiązań – to często początek większych zmian! Czas trzeba jakoś zagospodarować, więc jeśli tylko to zrobicie mądrze, wkrótce sami będziecie zaskoczeni zmianami, które dokonują się na Waszych oczach i dzięki Wam samym!

  14. Witam, gratulacje przede wszystkim. Tu nasuwa mi się pewne pytanie dotyczące urlopu macierzyńskiego. Wspominałeś ze po jego zakończeniu małżonka zdecydowała się na urlop wychowawczy. Czy jeśli podczas niego zajdzie się w ciążę to należy się jakieś wynagrodzenie bo przecie wychowawczy nie jest płatny. Jesteś teraz z tym na bieżącą dlatego pytam u źródła. Zawsze wydawało mi się ze taka kumulacja urlopów macierzyńskich i przy okazji zwolnienia lekarskiego na 2 dzieci jest najbardziej optymalnym rozwiązaniem. Chyba ze jednak na 2 dziecko nie przysługują świadczenia wtedy lepiej byłoby wrócić do pracy na jakiś czas

    • Należy się, jeśli kobieta dostanie zwolnienie lekarskie. Wtedy przechodzisz na normalną, 100% pensję do urodzenia, a później znowu macierzyński… państwo opiekuńcze – nie ma co…

        • Co masz na myśli? Umowy śmieciowe? Brak pracy? Obawa o późniejsze zwolnienie? Jeśli tak, to trochę racji w tym jest, ale ci “wybrani” często zawdzięczaja bardzo dużo swojej ciężkiej pracy. Czasami człowiek ma pod górkę niezależnie od tego, jak się stara – zgadzam się. Ale jeszcze częściej człowiek mówi że ma pod górkę, nie dostrzegając wcześniejszych zaniedbań i nie widząć pracy innych, którym zazdrości. Prawda jest pewnie gdzieś pośrodku (jak zwykle), więc ciężko generalizować. Możemy tylko wyrażać swoje opinie patrząc na środowisko, w którym sami się obracamy. A nasze – Kasiu – różnią się mocno, prawda?

          • Kiedy ubiegałam się o moją ostatnia pracę zostałam “przemaglowana”: czy jestem mężatką, czy mam dzieci, czy mam narzeczonego i czy w ogóle mam zamiar wychodzić za mąż i mieć dzieci. A umowa była “śmieciowa”. Mogę się założyć, że Tobie nikt takich pytań nie zadawał.

          • To, że pracodawcy w ogóle zadają takie pytania jest przykre i nie powinno mieć miejsca. Nie twierdzisz chyba jednak, że całość można zamknąć stwierdzeniem “ja jestem wybrańcem, a Ty nie” – to, że pracodawcy zabiegają o mnie (a nie odwrotnie) jest wynikiem wielu czynników, w którym szczęście i sprzyjające okoliczności odgrywają pewną rolę. W jakim stopniu się one do tego przyczyniły… nie sposób stwierdzić czy porównać – zbyt dużo czynników miało na to wpływ, i to nie tylko takich zależnych od Ciebie czy mnie.

          • Raczej miałam na myśli Twoją żonę: urlop macierzyński płatny 100%, potem wypoczynkowy płatny 100% i znów teraz macierzyński płatny 100%.

          • Rzeczywiście, żona może sobie na to pozwolić dzięki pracy w budżetówce i dzięki temu, że nie musimy martwić się o ewentualny koniec tych przychodów po Jej powrocie do pracy.
            Sprostuję tylko, że macierzyński to nie 100%, a 80%.

  15. Fakt trochę się pod tym względem poprawiło. Rozumiem ze żeby dostać to zwolnienie trzeba najpierw jednak złożyć wniosek o zakończenie wychowawczego wrócić choćby na 1 dzień i wręczyć l4. Z tego co czytałam na wychowawczym l4 nie przysługuje

    • U nas było jeszcze trochę inaczej. Żona zaszła w ciążę podczas urlopu wypoczynkowego, który rozpoczęła po zakończeniu macierzyńskiego, a więc jeszcze nie zdążyliśmy wejść na wychowawczy. Nie była ani razu w pracy – chyba żeby rozpoczęcie urlopu wypoczynkowego uznać jako powrót do pracy.

  16. Ja staram się równoważyć przejazdy samochodem i rowerem ale wiadomo – lenistwo często wygrywa. Uwielbiam rower, ale samochód nie zawsze można zastąpić innym środkiem transportu. Samochód wiadomo – wymaga pieniędzy ale przy okazji zdecydowanie pomaga zaoszczędzić czas – który jak wiadomo można wykorzystać na ich zdobycie 😉

    Każdy powinien znaleźć swój złoty środek na pogodzenie kilku możliwości komunikacji.
    Ciekawa analiza i wnioski. Pozdrawiam i powodzenia w kolejnych wpisach.

  17. Strasznie denerwuje mnie, gdy stoję w korku a w każdym samochodzie widzę jedną osobę. Nie dość, że to w gruncie rzeczy powoduje największe korki to jest nieekonomiczne. Mam nadzieję, że w krótce powstanie jakaś apilikacja, która połączy ludzi jadących w tym samym kierunku. Nobel dla osób które to wymyślą. Przewóz osób jest dużo bardziej ekonomiczny nie tylko dla pasażerów, ale również dla samych kierowców. Ja zawsze staram się nie jechać sam.

  18. Ja nie potrafię sobie wyobrazić życia bez samochodu, niestety. Chciałbym móc podróżować rowerem ale niestety to utrudnione w moim przypadku. Muszę jeździć samochodem do pracy.

  19. Jako dyżurny rowerowy sceptyk potwierdzam – o to chodzi! Nie chodzi o to by wszyscy na siłę rezygnowali z samochodów, tylko o to by je używać z głową, w tedy gdy jest to uzasadnione nie tylko lenistwem i przyzwyczajeniem ale dbałością o zdrowie rodziny, czasem dojazdu na znaczne niekiedy odległości i kosztem podróży.Każdy z powinien być czasem pieszym, czasem rowerzystom, czasem kierowcom a czasem pasażerem.
    Warto dywersyfikować środki transportu – można zyskać zdrowie, czas i pieniądze (dwa pierwsze są bezcenne).

  20. Fajny tekst z którym się wyjątkowo w całości zgadzam. Zresztą sam nawet jak miałem samochód to po mieście poruszałem się używając zbiorowej komunikacji, a autko było na trasy.

    Samochód jest jednak wygodniejszym (niekoniecznie szybszym) środkiem podróżowania między miastami niż PKS czy PKP.

    Do carpoolingu się nie mogę przekonać. Wolę prowadzić niż być wożonym 😀

    • Wiesz co? Akurat jutro jadę w krótką (70 km) trasę, którą wrzuciłem na blablacar.pl i mam komplet pasażerów 🙂 Ponieważ to sobota, zawiozę pewnie 4 studentów na zjazd, nie tylko nie wydając przy tym nic na paliwo i własną podróż, ale jeszcze na tym zarabiając 🙂
      Spróbuj – moje dotychczasowe doświadczenia pokazują, że to naprawdę ciekawa alternatywa i poznaje się masę ciekawych ludzi. To też pewnego rodzaju terapia dla takiej aspołecznej jednostki jak ja.

  21. Kolejny przeczytany dzisiaj temat 😉 Ja korzystam i z samochodu, i z roweru i ze zbior-komu (chociaż tutaj coraz rzadziej). Zacznę od tej komunikacji miejskiej. Do tej pory jak miałem zajęcia na uczelni tak, że rzeczywiście korzystałem te 2x dziennie z tramwaju to brałem miesięczny. Taki bilet to fajna sprawa, bo człowiek jak już zapłaci to może jeździć do oporu i nie liczy za każdym razem czy mu się opłąca bardziej samochodem czy komunikacją. Nie ma też problemu jak porwie go melanż i będzie wracał do domu nieco na około 😉 Właśnie zaczęło się od imprezy u znajomych mieszkających niedalego uczelni, po pijaku źle sprawdziłem sobie nocny, więc ruszyłem do domu z buta, nie pierwszy nie ostatni raz ;)… tylko tym razem byłem na tyle przytomny, że sprawdziłem ile czasu mi to zajmuje… i ku swojemu zaskoczeniu odkryłem, że 10 min dłużej niż komunikacją miejską. Od tej pory mimo posiadanego miesięcznego jak mam czas to wychodzę do szkoły 10 min szybciej i idę pieszo. Dlatego myślę, ze od przyszłego miesiąca z biletu zrezygnuje. Zostanie ‘z buta’ i samochód, a zbiorkom tylko na powroty z imprez… jak się uda złapać 😉 … a tak był jeszcze rower, właśnie tu jest problem. Lubię jazdę rowerem, ale lubię tez mój rower. Jako, że mój poprzedni został zwyczajnie zaje.. to mój rowerowy optymizm ostygł i nowym jeżdżę tylko dla przyjemności, rekreacyjnie i nigdzie go bez opieki nie zostawiam. Musiałbym dokupić sobie drugi – szrot na dojazdy, ale gdzie ja będę z 2 rowerami w pokoju mieszkał 😛 Póki co odpuściłem. Ok, więc został but i samochód. Samochód nie jest taki zły, jak mam mało czasu to nawet na uczelnie jadę samochodem – zwyczajnie dlatego, że podróż trwa nie 40 min (nogi), nie 30 min (nogi+komunikacja), ale 4-8 min i to w godzinach szczytu. Lepiej się nie spóźnić wcale niż spóźnić się 20 min, zostać wyproszonym i musieć przyjeżdżać odrabiać kiedy indziej 😉 jeśli chodzi o podróże dalsze to zdarza mi się korzystać z polskiego busa, pkp, czy nawet z samolotu (chociaz to raczej czasy OLT i ‘studenckiego’ za 49 zł 😉 ) Ale to w przypadku typowo studenckich, weekendowych, imprezowych wypadów, gdzie zwyczajnie nie ma czasu na trzeźwienie – impreza z piątku na poniedziałek i takie klimaty. Przy dłuższych i bardziej zaplanowanych wyjazdach jednak wygrywa samochód. Podczas 3-tygodniowego wyjazdu wakacyjnego potrafię zrobić podad 10 tys km nie puszczając nikogo innego za kółko i jestem wniebowzięty. Uwielbiam wycieczki samochodem na zasadzie – namiot na dach, mapa w dłoń, toboły do bagażnika i ruszamy często dokładnie sami nie wiedząc gdzie i którędy. Podobnie lubię pływać łódką, bo tez klamoty na pokład i na podbój świata 😉 Zresztą nawet ruszając na piesze wycieczki to zwyczajnie wygodniej, taniej i przyjemniej było mi zebrać parę osób ze sobą i pojechać na ‘start’ samochodem. Próbowałem trochę jeździć stopem. W 1-2 osoby jeszcze jakoś idzie, ale w większej ekipie nie ma szans się zgrać, i nie ma co sie dziwić. Ja jednak wolę podróże gdzie po jest się wolnym jedzie się tam gdzie chce, szczególnie że lubię zahaczać o mało uczęszczane, nieznane miejsca. Aha, jakieś wypady z biurem w stylu tydzień w Egipcie spędzony na dupie na plaży + jakieś wycieczki stadem jak w podstawówce to od odpadają i nawet nie będę się o tym rozpisywał 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię