Tworzyć, czy kupować? Naprawiać, czy wymieniać? O zaletach DIY.

61
1998
wyświetleń

Po moich ostatnich zwierzeniach, tematy finansowe chwilowo idą w odstawkę, a zamiast tego postaram się przekonać Cię, że czasami warto, mimo że się nie opłaca. Będzie też o człowieku, jako o turyście, który skupia się głównie na konsumowaniu i braniu, zupełnie zapominając o tym, żeby dać coś od siebie. A także o tym, jak pchnąć ducha w przedmioty, którymi się otaczamy i właściwie po co to wszystko. Jak ja lubię dawać do myślenia, zarówno sobie, jak i Wam 🙂

Ale najpierw historia jednej ściany. Jakiś czas temu byliśmy z dziećmi na urodzinach córki sąsiadów. Dzieciaki jak zwykle szalały, dorośli rozmawiali o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie zainteresowaliśmy się jedną ze ścian, która była wykończona „z przytupem”: coś a’la nowoczesny parkiet w jodełkę, tyle że na całej ścianie. Efekt: więcej niż ciekawy. Mniej więcej taki, jak poniżej:

Komentarz sąsiadów jednak nie współgrał z tym, co było widać: owszem, cieszyli się z efektu, ale z biegiem czasu to zeszło na drugi plan, natomiast najbardziej żywym wspomnieniem było opóźnienie całej przeprowadzki do nowego mieszkania o 2 tygodnie i zdecydowanie większe koszty niż planowane, które ponieśli. Hmmm… czy to nie dziwne, że zamiast na piękno tego przedmiotu, te osoby większą uwagę zwracają na problemy, których źródłem była kiepska ekipa, przeciągająca pracę w nieskończoność i wyciągająca rękę po kolejne dopłaty? A ponieważ sami „odpicowaliśmy” jedną ze ścian w naszym mieszkaniu, zaskoczyły mnie diametralnie inne wnioski i emocje, które pojawiają się we mnie, kiedy patrzę na to dzieło:

Otóż ja widzę propozycję i projekt Wolnej, Jej zapał i przekonywanie mnie, że „warto”. Pamiętam też moje wątpliwości i trudny wybór pomiędzy „pomalować w godzinę” vs „wzmocnić ścianę, kupić materiałów za 1500 zł i spędzić kilka dni na realizacji”. Koniec końców, decyzja zapadła. Przez kolejne dni przygotowywałem ścianę, planowałem rozmieszczenie cegiełek, rysowałem linie przed ich położeniem, a później – razem z kuzynem, sącząc z wolna piwo – układaliśmy te 500 ‚pseudo-cegiełek’, mozolnie przyklejając je do ściany. Po 3 dniach brakowało już tylko fugi, która miała pójść w mig… i zabrała kolejne 2 dni cennego czasu 🙂

Dzięki temu patrząc na efekt końcowy nadal (po 3 latach!) czuję radość (żeby nie powiedzieć: dumę) z tego projektu. Wspominam też pot, ciężką pracę, wypite piwa i setki przekleństw, że to cholerstwo tak wolno idzie. Ale duma z efektu końcowego zawsze wysuwa się na pierwszy plan. I nieważne, że nasza ściana (czy całe mieszkanie) nie jest tak efektowna i gustowna jak sąsiadów (bo nie jest, bez dwóch zdań). Ważniejsze, że jest coś, czego nie widać gołym okiem i co nie zależy od tego, ile złotówek pochłonął sam remont. Bo satysfakcja z dobrze wykonanej pracy, w którą włożyło się sporo czasu, zaangażowania i trudu jest znacznie większa niż ta, kiedy „jedynym” wkładem w efekt końcowy było odliczenie odpowiednio grubego pliku złotówek i wręczenie go ekipie budowlanej. Nawet, jeśli samo ich zarobienie było okupione ciężką pracą, nadgodzinami czy kolejnymi wyrzeczeniami.

A wynika to z prostej przyczyny: zdobywanie i osiąganie daje dużo więcej radochy niż kupowanie. Bycie twórcą/producentem jest nieporównywalnie ciekawsze od biernej konsumpcji tego, co ktoś wyprodukował. A przecież dzisiejszą normą jest ciężka (a czemu nie mądra?) praca, która tak nas wykańcza, że jedyne o czym myślimy, to rozpieścić się w jakiś sposób. A nagradzamy się zwykle przez konsumpcję, czyli – inaczej mówiąc – płacenie za efekty pracy innych.

Zapominamy jednocześnie, że radość z działania i tworzenia jest autentyczna i trwa znacznie dłużej niż ta, kiedy po prostu coś sobie kupimy. To między innymi efekt tego, że bez uczestnictwa w tworzeniu danego dobra nie tworzymy z nim żadnych więzi emocjonalnych. I o ile przywiązywanie się do dóbr materialnych może brzmieć dziwnie, to tak naprawdę chodzi o emocje i przeżycia, których doświadczamy podczas tworzenia/naprawy/projektowania przedmiotu. A te przecież trafiają do pamięci długoterminowej i zostają z nami na długo (czasami wręcz na zawsze!). Chodzi też o budowanie wiary w swoje umiejętności i zaufania do samego siebie. Im więcej osiągniesz na polach, w których niekoniecznie się specjalizujesz, tym odważniej będziesz szedł przez życie i tym efektywniej rozwiążesz problemy, które staną Ci na drodze.

Osiągając jakiś cel własną pracą tworzysz pewną więź między sobą samym, a efektem tejże pracy. Wspomniana wyżej ściana jest przecież ‚nasza’, a kiedy patrzą na nią nasi goście, to widzą co innego, niż my. Podobnie jest z medalami, które wiszą nad moim biurkiem: tylko ja wiem, ile jest w nich wspomnień i emocji. Rower, który serwisuję; auto, w którym sam zmieniam koła – to wszystko z biegiem czasu staje się bardziej „moje”. Oczywiście, nadmierne przywiązanie do przedmiotów może skutkować przeszacowywaniem ich wartości, ale jednocześnie ma inny skutek: sprawia, że mamy mniejsze parcie na ich wymianę.

Z kolei nowa wersja bloga, którego właśnie czytasz została wykonana przez Kubę (pozdrawiam :)), w przeciwieństwie do wcześniejszej, której w 100% ja byłem autorem. I muszę obiektywnie przyznać, że jest ładniej, atrakcyjniej i nowocześniej niż wcześniej… ale jakoś nie darzę nowej wersji taką samą sympatią, jak poprzedniej.

W ostatnich latach otrzymałem tyle dowodów, że własnoręczna praca i projekty w duchu DIY są czymś niesamowicie pozytywnym, że – szczerze mówiąc – nie uważam już, że POWINIENEM delegować najrozmaitsze tematy. Z jednej strony… nie można być ekspertem w każdej dziedzinie, moja godzina pracy jest zwykle warta więcej, niż specjalistów od prac różnorakich, a wolny czas przecież mógłbym przeznaczyć na rozwój bloga czy odpoczynek od wiecznej pracy. Ale wiesz co? Coraz bardziej pewnie czuję się z moim podejściem typu „zosia-samosia”, a powyższe argumenty coraz mniej do mnie trafiają. Owszem, niemal wszystko można zoptymalizować, zrobić lepiej i skuteczniej dzięki pomocy z zewnątrz, a samemu skupić się na tym, co dla mnie ważne. Tylko, że projekty, których się podejmujemy właśnie są dla mnie ważne! To oderwanie od pracy zawodowej, rozwój, zdobywanie nowych doświadczeń i cała masa satysfakcji. Nieważne, że to odbiera dziesiątki innych możliwości, potencjalnie zdecydowanie bardziej opłacalnych – przecież nie o to w życiu chodzi, żeby wszystko się opłacało, a wspólna praca z Wolną nad rzeczami, które później będą nam służyły to zdecydowanie coś, czego lubię się podejmować. Dlatego od teraz oficjalnie akceptuję moje dotychczasowe podejście i nie mam zamiaru więcej czuć się z nim niewygodnie.

Skoro już ułożyłem to sobie w głowie, może czas zastanowić się, czy zawsze ta emocjonalna i niewidoczna dla innych strona przedmiotów jest czymś pozytywnym? Czy mam zamiar iść o krok dalej i stać się w 100% samowystarczalny? Pewnie, że nie! Są sytuacje, kiedy daną rzecz chcemy jedynie kupić, wykorzystać, a następnie wymienić. To domena współczesności i czasami nie ma w tym nic złego… twierdzę wręcz, że tak się dzieje w większości przypadków. Ale podobnie, jak przed jakimkolwiek zakupem zawsze zadaję sobie pytanie „czy warto zainteresować się rzeczą używaną?”, od jakiegoś czasu dodaję kolejne pytanie: „czy warto zrobić/naprawić/usprawnić to samemu”? To takie złote pytania, które bardzo fajnie wpisują się w nurt rozsądnego gospodarowania zasobami naszej planety, a jednocześnie pozwalają zachować we mnie sporą dozę normalności, przy okazji podrzucając od czasu do czasu tematy, które mnie w pewien sposób rozwijają.

Zwróć też uwagę, że nie pytam siebie „czy coś się opłaca”, ale „czy warto”, czyli podchodzę do tematu znacznie szerzej i nie ograniczam się do aspektu finansowego. Czasami warto, bo się czegoś nauczę, dam czemuś drugie życie, nie skonsumuję niepotrzebnie zasobów Ziemi, spędzę ciekawie czas, czy razem z Wolną zrobię kolejny kroczek do rozwoju naszego powoli rodzącego się projektu pod tytułem Pracownia Dobrych Wnętrz.

Teraz możesz skorzystać z naszych usług w zakresie projektowania i aranżacji wnętrz!

Warto sobie zadawać takie pytania nawet, jeśli i tak na większość z nich odpowiesz „NIE”. Nie ma przecież nic złego w delegowaniu mało ciekawych i żmudnych zadań, o ile od czasu do czasu podejmiesz się czegoś, co Cię interesuje, a jednocześnie: popchnie nieco do przodu. Nie łudzę się też, że podejście DIY zawsze ma sens: przecież nawet przez myśl mi nie przejdzie, żeby samodzielnie naprawiać zepsuty telewizor – mimo, że mój ojciec jeszcze robił to w czasie swojej młodości. Trzeba jednak zweryfikować poziom skomplikowania danej czynności i spojrzeć na nią przez pryzmat olbrzymiego postępu technologicznego, którego sami jesteśmy świadkami.

Ale – idąc krok dalej – tu nie chodzi tylko o rzeczy materialne. Trend „zepsuło się? Wymień!” zatacza coraz szersze kręgi i już dawno rozlał się na inne sfery naszego życia. Widać go przede wszystkim w szalejących statystykach rozwodów i widocznym wkoło podejściu „nie gra? czas na zmianę”, które niestety zadomowiło się również w życiu osobistym i rodzinnym. Wymiana współmałżonka na „inny model” jest przecież łatwiejsza niż rozmowa, kompromisy i czekanie na rezultaty tych wszystkich działań naprawczych. Ludzie dzisiaj w ogóle nie lubią czekać ani wkładać wysiłku w naprawianie tego, co nie działa tak, jak kiedyś. Wolimy wyrzucić, wymienić, spróbować od nowa. To łatwiejsze, szybsze i – niestety – coraz bardziej akceptowalne. Nie mówiąc o tym, że w ogóle niechętnie bierzemy sprawy w swoje ręce i zamiast korzystać z co i rusz nadarzających się okazji do działania, wolimy płynąć z prądem.

Zwróć uwagę, jak dzisiejszy temat łączy się z ideą prostszego życia, zwolnienia obrotów, minimalizmu, rozwoju osobistego, dbania o relacje z innymi i racjonalnego wydawania pieniędzy. Wyszliśmy od prac remontowych, a kończymy bardziej ogólnie: na działaniu i tworzeniu, zamiast biernego życia życiem innych, siedząc na kanapie przed telewizorem. Kończymy na walce, zamiast poddawania się przy najmniejszych trudnościach. Na świadomym oderwaniu się od pędu zarabiania pieniędzy i skupieniu na tym, co Cię interesuje, rozwija, uczy i skłania do myślenia. Na wyciąganiu wniosków z przeszłości i wprowadzaniu zmian na ich podstawie. Lub – mówiąc bardziej ogólnie – na życiu w bardziej świadomy sposób. W taki, gdzie pieniądze nie są Twoim priorytetem i autentycznie potrafisz zrobić coś, co według Ciebie warto, chociaż niekoniecznie się opłaca. Nie mówiąc już o tym, że dzięki emocjonalnej więzi z przedmiotami bardziej je docenisz, będziesz o nie bardziej dbał i niewykluczone, że postarasz się, aby były z Tobą znacznie dłużej – w końcu planowane postarzanie produktów to nie żaden mit, tylko realne działanie producentów sprzętów.

Podsumowując: czy chcesz mieć poczucie, że Ty sam wykreowałeś rzeczywistość, która Cię otacza? Jeśli tak, to masz dwie drogi: albo na wszystko zarobisz i nabędziesz drogą kupna :), czego efektem będzie fajne życie, posiadanie fajnych rzeczy i ciągła pogoń za kolejnymi, w miarę jak obecne zaczną Cię nużyć. Ale możesz też stopniowo przeobrażać się z konsumenta w twórcę, do którego nie należy jedynie korzystanie z dobrodziejstw tego świata, ale – a może przede wszystkim – prawdziwe jego doświadczanie. Nie wiem jak Tobie, ale mi ta druga wizja wydaje się bardziej interesująca…

PS Na przyszły tydzień szykuję serię krótkich wpisów o naszych mini-projektach DIY (nawiasem mówiąc, chwilowo pisanie idzie mi lepiej, bo jestem nieco uziemiony przez skręconą kostkę, o czym wiedzą Ci, którzy śledzą mnie na Instagramie). Na pierwszy rzut pójdzie właśnie nasza ściana, więc jeśli chcecie o niej dowiedzieć się trochę więcej, proszę o nieco cierpliwości.

61 KOMENTARZE

  1. Witam serdecznie,
    z reguły nie komentuję, jednak od początku istnienia bloga śledzę Twoje wpisy – gratuluję od początku do końca. Nawet mimo długiej przerwy trwającej wieki w blogosferze, wchodziłem i odwiedzałem, czasami wracałem do starych wpisów bo były dobre i przypominały mi kierunek. Nurtuje mnie jednak jedna sprawa, która albo mi umknęła albo nigdy dokładnie tego nie wskazałeś. Czym konkretnie zajmujesz się w życiu zawodowym oprócz tego, że jest to branża IT ? Życzę wszystkiego najlepszego i z góry dziękuję za odpowiedź.

    • Odpowiedź najkrótsza z możliwych, bez wchodzenia w szczegóły: SAP. Jednocześnie, dziękuję za pierwszy komentarz i serdecznie zachęcam do pisania kolejnych. To one mnie napędzają do działania i minimalizują ryzyko kolejnych, długich przerw w pisaniu 😉

  2. A czy oprócz oszczędzania, gromadzenia, inwestowania oraz ograniczania konsumpcji i zlecania prac dzielisz się też z innymi? Czy wspierasz czasem inicjatywy charytatywne?
    PS. W jodełkę, nie w sosenkę 🙂

    • Cześć. Przyznaję, że jeśli chodzi o pomoc charytatywną, to nadal nie mam tu sensownego pomysłu (wiem, to tylko wina mojego niewystarczającego zainteresowania tematem). Dlatego na razie co miesiąc odkładam kilka stówek (kupka ‚charytatywne’ ma już niemal 5000zł), z którymi do tego pory nic nie zrobiłem. Kiedyś regularnie wpłacałem na siepomaga.pl, od kilku lat stale wspieram UNICEF, ale to drobne sumy (kilkadziesiąt złotych miesięcznie).
      ‚Sosenka’ poprawiona, dziękuję 🙂

        • Wspieram, chociaż czuję, że mógłbym zrobić zdecydowanie więcej. Ale na to też przyjdzie czas. Myślę, że muszę na swojej drodze spotkać odpowiednie osoby / znaleźć się w konkretnych sytuacjach, żeby ten strumyk zamienił się w prawdziwą rzekę.

          • Wolny, im bardziej lokalna pomoc tym lepsza – biedna staruszka w okolicy albo staruszek, buty dla dziecka z biednej rodziny bez 500+. Karma dla psów biednych staruszków. Cokolwiek byle lokalnie. Tylko tak mamy pewność co dzieje się z naszymi zasobami czy to czasowymi, finansowymi czy materialnymi i możemy być elastyczni z pomocą.

          • Tak, pisałaś kiedyś o tym, pełna zgoda. To też najwięcej daje temu, kto pomaga. Tylko nadal nie za bardzo wiem, jak dotrzeć do takich osób.

          • Za 5 tysiakow można na luzie opłacić małą grupę teatralną, która wystawi przedstawienie w domu spokojnej starości/domu dziecka albo na onkologii dziecięcej.

  3. Wolny,

    100% zgoda. Outsourcing życia zatacza coraz szersze kregi 😉 byl nawet taki film, w ktorym ludzie juz nawet nie wstawali z lezanki a żył za nich ich awatar (jaki to byl tytul?).

    Ogolnie sprzedawanie swojego czasu (czyli de facto życia) po to aby zaplacic za dobra i uslugi jest lekko bez sensu.

    Na mnie jakis czas temu spore wrażenie wywarla ksiazka No logo Naomi Klein odczarowujaca swiat marketingu i zakupow. Kreowania potrzeb po to aby je odplatnie zaspokoic. …

    Zamiast przedmiotow wole gromadzic przezycia, spotkania, ciekawe rozmowy … to sens życia przeciez. Czas spedzony z dziecmi czy „poswiecony” na hobby plynie wolniej. Wywoluje usmiech na mojej twarzy. wole to niz dawanie usmiechow na facebooku 😉

    btw mam podobny wieszak na rodzinne medale tylko, ze my mamy ich wiecej 😋

      • Przecież te więcej medali nie jest pochwałą posiadania większej liczby przedmiotów ! Nadmierna konsumpcja jest zestawiona z liczbą medali będącą symbolem czasu przeznaczonego na coś co dla tej osoby jest wartościowe. Sport, czas spędzony z rodziną na wspólnych imprezach biegowych itd.

        Te 10 zdań jest o bezsensownej konsumpcji a nie o gromadzeniu.

      • Daniel,
        ja tych medali nie kupilem i nie gromadze ich niepotrzebnie 😉 sa wazne dla mnie i dla moich dzieci.
        sa efektem hobby, czasu milo spedzonego z rodzina …

        Inna sprawa, ze napisalem do jako zart. Myslalem, ze dosyc czytelny 😉

  4. Co prawda pisałeś o delegowaniu zadań wybiegających poza posiadaną przez siebie ekspertyzę, ale dla uzupełnienia obrazu pozwolę sobie dodać, że delegowanie zadań też może być pracą niesamowicie twórczą i satysfakcjonującą. Że co, że jak? Ciebie Wolny pewnie nie zaskoczę, ale sekret tkwi w delegowaniu zadań z dziedzin, w których mamy dużą wiedzę, a ich oddelegowanie jest okazją by ją przekazać komuś innemu. Niedawno miałem ku temu okazję i mimo iż zdaję sobie sprawę, że efekt końcowy jest głównie zasługą talentu osób, które uczyłem, nie ukrywam że jest spora dawka satysfakcji w tym, że się w jakiś sposób do tego przyczyniłem 😉

    • Nie zaskoczyłeś mnie, ale fajnie uzupełniłeś cały wpis. Sam wielokrotnie przekazywałem wiedzę po to, żeby pójść gdzieś dalej i wiem, że już nigdy nie użyję tak popularnego stwierdzenia „nie mam czasu przekazać moich obowiązków, zbyt zarobiony jestem” 😉

  5. Zgadzam sie z wpisem jak i komentarzami. Dodam od siebie, że dużo osób wpadło w pułapkę życia na pokaz i życia życiem innych osób. Cytując klasyka „Ludzie kupują rzeczy, których nie potrzebują, za pieniądze, których nie mają, by zaimponować ludziom, których nie lubią”. Stąd pròba maksymalizacji tego co się opłaca i tego co będzie dobrze widziane/klikane/likeowane (sic !). Ludzie rezygnują z hobby ktore lubią jeżeli nie jest one wystarczająco modne. Znam przykłady osób, które lecą ponurkować w Egipcie chociaz wolałyby połowic ryby albo pochodzić po Bieszczadach. Albo taka sytuacja. Ja lubię pracować w ogrodzie i spędzam w nim dużo czasu. Znam osoby, które płacą ogrodnikowi itd. Pracują bardzo długo, zarabiając między innymi na takie uslugi. Niestety czasu na korzystanie z ogrodu nie ma. Jest ogród na pokaz.

    • Oj tak, ogród na pokaz jest baaaardzo popularny. I tutaj znowu pokutuje podejście, które znam z remontów: „nie znam się na tyle, żeby wyglądało na 100%, więc nawet nie próbuję”. A z takim podejściem doświadczenie nie przyjdzie nigdy. Ani satysfakcja z grzebania w ziemi.

  6. We wpisie o ścianie poproszę o info w jakich okolicznościach wymaga ona wzmocnienia i jak to zrobić. Być może sam też niebawem spróbuję swoich sił z takim przedsięwzięciem 🙂

    • Coś o tym wspomnę, natomiast nie jestem ekspertem, który jest w stanie stwierdzić, jak dokładnie przygotować różne typy ścian. U nas sprawa była dość prosta: mieliśmy zwykłą ścianę G-K na stelażu, a to zdecydowanie wydawało się zbyt mało. Dlatego położyłem na zakładkę kolejną warstwę płyt G-K. Przy ścianach murowanych o wzmacnianie raczej bym się nie martwił, za to zadbałbym o zapewnienie odpowiedniej przyczepności podłoża, żeby cegiełki nie odpadały 😉

  7. Szkoda roboty na przyklejanie „cegiełek”, wolałabym gładką ścianę. Nie lubię „oszukiwania” we wnętrzach i ogólnie w architekturze. Niby cegła na ścianie, a na podłodze panele z tworzywa sztucznego (na moje oko).

    • Hmmm, ciekawy komentarz, chociaż jestem pewien, że wynika on z Twoich osobistych preferencji a nie jakiegoś odgórnego pojęcia „oszukiwania”. Jeśli jeszcze nie jesteś tego świadoma, to serdecznie witam Cię w cywilizacji oszukiwania i udawania. Bo czymże innym są wszelkie operacje plastyczne, strojenie się, życie ponad stan, publikowanie chwil idealnych na Instagramie, cały świat reklamy i marketingu, pułapki producentów w-zasadzie-czegokolwiek, co kupujesz na co dzień, wmawianie sobie „od jutra zaczynam odchudzanie”… i tak można w nieskończoność. Tacy jesteśmy, to wszystko akceptujemy (świadomie lub nie), więc czymże w tym wszystkim są gipsowe odlewy udające cegłę czy panele, nie będące przecież naturalnym drewnem. Osobiście akceptuję tą rzeczywistość, jednocześnie starając się nie oszukiwać sam siebie w kwestiach naprawdę ważnych. Pozdrawiam.

      • Na szczęście wszyscy tacy nie są. Nigdy nie zdecydowałabym się na operację plastyczną, nie stroję się, nie żyję ponad stan itd. Rozumiem sens układania kafelków w łazience i kuchni (np. względy higieniczne i przy okazji estetyczne), ale w pokoju dziennym układanie „cegiełek” – na prawdę szkoda Twoich kolan, rąk, pracy, czasu i pieniędzy.

        • Szkoda czy nie… ja to fajnie wspominam, czuję dumę z wykonania tego projektu i nadal cieszy on oko. Ja w ogóle lubię iść pod prąd – gdybym kalkulował wszystko w swoim życiu, to ani sportu bym nie miał, ani tego bloga by nie było 😣

          • dzieci tez sie podobno nie oplacaja 😉 a kto na starosc tą przyslowiowa szklanke wódki poda, no kto? 😉

          • @funboy Wiem, że to było żartobliwe, ale jeśli to jest czyjś jedyny argument za tym żeby mieć dzieci, to już lepiej niech ich nie ma 😉

  8. A nie myślisz Wolny, że różne podejście do swoich ścian, które prezentujesz Ty i sąsiedzi, nie jest efektem tego, że oni ja kupili, a Ty zrobiłeś, a tego że jesteście innymi ludźmi?
    Wydaje mi się, że gdyby oni zrobili swoją ścianę to też by narzekali, że się narobili, że piwo było za ciepłe, a kuzyn za dużo przeklinał. Myślę też, że Ty na ich miejscu, byłbyś zadowolony z dobrze wydanych pieniędzy, mimo że kosztowo to więcej i trwało dłużej.
    To jak dysponujemy zasobami, nie jest przyczyną, a skutkiem. Tak mi się przynajmniej wydaje. A Tobie?

    • W punkt. Ja byłabym tą drewnianą ścianą zachwycona niezależnie od tego ile bym za nią nie zapłaciła, bo ona jest przepiękna. Nie uważam urządzania mieszkania po taniości za wartość samą w sobie. Nic nie poradzę, że lubię piękno i ma ono dla mnie dużą wartość. I uważam, że warto za nie zapłacić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wcale nie jest tak, że im więcej zapłacimy, tym lepsze/piękniejsze rzeczy kupimy, to nie jest zależność liniowa. Jednak wiadomo, że jak coś jest bardzo tanie, to raczej ani nie jest ładne, ani dobrej jakości. Wyjątki od tej zasady się zdarzają, ale to wciąż są wyjątki.

    • Pewnie, tu nie chodzi tylko o bierne podejście do przedmiotów, ale pewną postawę życiową w ogólności. I chyba to, że – kiedy mówi nam się „wow, ale fajna ściana” – zaczynamy się tłumaczyć i kajać, zamiast powiedzieć „też tak myślę, sam ją zrobiłem” 🙂

  9. Co do samego DIY, to stoi przede mnąi żoną perspektywa kupna lokalu, który wymaga totalnego remontu. Chyba wszystko jest tam do zrobienia. 🙂
    Wizja ta powoduje u żony płacz, bo zamiast świątecznego odpoczynku, będzie remont, a u mnie podniecenie z dokładnie tego samego powodu xD.
    Już wymyśliłem, że położę tam elektryczna podłogówkę, zrobię podwieszany sufit, wentylację mechaniczną z rekuperatorem, który też chcę zrobić samodzielnie (żeby moje życie nie było zbyt łatwe:). Najpierw muszę się tego jednak nauczyć, ale od czego mamy YouTube? 🙂

    • Widzę, że podobnie jak ja, lubisz na własne życzenie utrudniać sobie życie 🙂 pozdrów żonę! Moja już to we mnie zaakceptowała i powoli sama zaczyna podejmować decyzje, które wychodzą poza Jej strefę komfortu.

      • Moja też to zaakceptowała, ale jest zupełnie inna osobą i potrzebuje trochę czasu, aby się oswoić z tą myślą, zawiesza że strzeliło mi to do głowy kilka dni temu😁
        Za to jak przychodzi co do czego, to „walczy” na równi ze mną. Mam w niej niesamowite wsparcie.
        Przekaże pozdrowienia, dzięki 🙂

    • Odradzam rekuperację: to są bardzo wysokie koszty utrzymania, jeśli chodzi o prąd, zwłaszcza wobec zapowiadanych podwyżek. A jak się nie używa, to w domu zaduch i w ogóle nie ma wymiany powietrza (nie ma oddzielnych przewodów wentylacji grawitacyjnej).

      • Kasiu, to jest lokal użytkowy. Przez 12h dziennie będzie tam 6-8 osób, które dużo gadają🙂
        Do tego będę miał ogrzewanie elektryczne, które jak wspomniałaś, nie zapowiada się na tanie.

        • Miałam na myśli rekuperację, która pochłania bardzo dużo prądu w trakcie użytkowania. Ogrzewanie elektryczne wobec mega podwyżek prądu dla firm? Rozumiem, że nie ma możliwości założenia innego ogrzewania?

          • Kasiu, a skąd opinia że rekuperacja pobiera tak dużo prądu? Mierzyłem u siebie i w trybie nocnym (95 czasu u nas w tym trybie rekuperator pracuje) zużycie to około 17W) (dom wolnostojący 150m) To na prawdę nie jest duże zużycie. Tryb dzienny to około 35W.

          • Wentylacja mechaniczna pobiera prąd, zaś wentylacja grawitacyjna nie pobiera prądu. Plus wydatek na rekuperator plus hałas który rekuperatora generuje (czyli wygłuszenie czyli wydatek kolejny). A co się stanie jak będą jakieś poważne przerwy w dostawie prądu? Można się udusić w skrajnym przypadku.

          • Wybacz, ale wydaje mi się że powielasz jakieś zupełnie niepotwierdzone mity. I mówię to nie jako jakiś sprzedawca rekuperatorów, ale wyłącznie jako zadowolony użytkownik (od około 5 ciu lat).
            Odpowiadając bardziej precyzyjnie:
            Oczywiście że pobiera prąd, ale pierwszy z brzegu kalkulator energii podaje, że przy zużyciu 17W roczny koszt tego prądu to 100 zł. Ale pamiętaj że głównym celem rekuperacji jest odzysk ciepła. Wystarczy trochę poszukać w internecie, że dla średniego domu 120-150m możemy odzyskać 3500kWh, co w zależności od tego czym grzejemy dom może nam dać kilkaset do ponad 1000 PLN zł oszczędności rocznie.
            Jeśli chodzi o hałas – w naszym przypadku na nocnym trybie jest zupełnie niesłyszalny, na dziennym słychać bardzo cichutki szum powietrza wylatującego z anemostatu. Sama jednostka jest zupełnie bezgłośna – o żadnym wyciszaniu budynku nie było u nas mowy.

            Najpoważniejsza przerwa w dostawie prądu na naszej wiosce trwała jakieś 4-5 h i zdarzyła się raz w przeciągu 5 lat.
            Argument z uduszeniem się trudno mi skomentować szczerze mówiąc. Po pierwsze dom nie jest idealnie szczelny więc tak czy inaczej jakaś wymiana powietrza następuje (chociaż dla rekuperacji im bardziej szczelny tym lepiej), Dom ma kubaturę jednak dość sporą, więc powietrza w środku jest dużo, a jeśli już przez kilka dni nie będzie prądu po prostu rozszczelnisz okno…
            Cena rekuperacji – oczywiście to rozwiązanie kosztuje, ale nie budujesz kanałów wentylacyjnych, których koszt również jest niemały…

          • Żeby następowała wymiana powietrza musi być jakiś ciąg, wywołany różnicą ciśnienia. Jeśli rekuperacja przestanie działać, to z tego, że rozszczelnisz okna, czy nawet je otworzysz, a i tak nie będzie ciągu, żeby zużyte powietrze zostało wywiane na zewnątrz. Wentylacja grawitacyjna jest niezawodna, nigdy się nie zepsuje. Rekuperacja wymaga dodatkowo płatnych przeglądów. Ceny prądu będą dramatycznie rosły, więc te 100 złotych, to tylko na razie. Ale każdy robi co uważa za stosowne.

          • heh, numer IP się zgadza, strzał w dziesiątkę. Ręce opadają… chociaż, czuję się doceniony, w końcu każdy szanujący się blog ma swojego trolla 🙂

          • Cóż, zaskoczę Cię: nie jesteś centrum mojego wszechświata i nie żyję myśleniem o tym, w jaki sposób ta Kasia próbuje wbić mi szpilkę. Ale ciesz się: podeszłaś mnie w ten sam sposób po raz kolejny, taktyk z Ciebie wyborny 👏

          • Nie próbuję wbijać Ci żadnych szpilek.
            To są niewinne żarty, a Ty wszystko bierzesz na poważnie.

    • Ja tam się żonie nie dziwię. Nigdy nie zafundowałabym sobie remontu w Święta. To jest taki szczegolny i ważny czas (przynajmniej dla mnie), że do głowy by mi nie przyszło go w ten sposób zepsuć.

  10. Chcesz być bardziej samowystarczalny i kierować się zasadą „naprawiam, nie wyrzucam” a dodatkowo rozwijać się w kierunku DYI – zbuduj dom i przeprowadź się na wieś, wtedy zawsze znajdziesz sobie coś do roboty, a jak będziesz chciał wszystko outsource’ować to zbankrutujesz ;-). Oczywiście zdecydowanie przesadzam, ale coś w tym jest 🙂
    Sam jestem zdecydowanym zwolennikiem DYI i naprawiania rzeczy. Telewizor też naprawiałem kilka razy aż w końcu matryca wyzionęła ducha i tego sam nie naprawię 🙂
    Sam projektowałem i wykonywałem automatykę domową, robiłem kontroler oświetlenia schodów, a nawet lustro do makijażu dla żony 🙂 (dla zainteresowanych opisem „technikalaika” w google’u)
    Osobiście zdecydowanie polecam takie podejście, ale tylko wtedy gdy traktujemy to jako hobby. Dopóki chcę coś zrobić samemu i mnie to „kręci”, wszystko jest OK. Gorzej jest gdy muszę coś zrobić – wtedy niestety narasta we mnie poczucie zmarnowanego czasu i świadomość że mógłbym ten czas jakoś lepiej wykorzystać. Zgadzam się jednak z faktem że ludzie zrobili się zdecydowanie bardziej wygodni – łatwiej coś kupić, a jak się zepsuje po prostu wyrzucić. Może wynika to z tego że wbrew pozorom mamy coraz bogatsze społeczeństwo?

    • Odnośnie domu, to kilkukrotnie to analizowaliśmy z Wolną i uważamy, że jeszcze na to dla nas za wcześnie. I to mimo, że osiągnęliśmy niezależność finansową! Ale fakt, chodzi mi czasami pomysł wybudowania domu samemu – to byłby na pewno wspaniały projekt. Zwłaszcza, że kilka osób mi pokazało, że to absolutnie wykonalne.

      • Samemu jak samemu:) Będziesz sam kopał fundamenty albo wylewał beton? No chyba, że będziesz sam układał cegły:) Tym razem te prawdziwe:) Nie piszę tego złośliwie, po prostu pewnych rzeczy samemu się nie zrobi. Nawet prawo na to nie pozwala.

        • To było oczywiście uproszczenie, ale myślę, że zdecydowaną większość prac (80-90%?) można wykonać samemu. Pytanie tylko, czy na koniec nie zaczną wychodzić różne niespodzianki związane z brakiem doświadczenia i czy nie będzie trzeba budować drugiego (albo i trzeciego?) domu, żeby w końcu było cacy 😉

          • Jest takie powiedzenie, że pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dopiero dla siebie:)

          • Budowa samemu jest możliwa. Mój dom budował mój Tata i ja. Sami kopaliśmy fundamenty, sami je laliśmy (z betoniarki), sami stawialiśmy ściany, szalowaliśmy strop na który zamówiliśmy beton z betoniarni, sami wykonaliśmy instalacje i całe wykończenie wykonał mój Tata – na co dzień taksówkarz :). Ekipy robiły więźbę oraz dach, tynki wewnętrzne oraz zewnętrzne, elektryk tylko spiął rozdzielnię, instalator zainstalował kocioł w kotłowni i podpiął do rozprowadzonego samodzielnie ogrzewania podłogowego. Tak więc – da się. Faktem jest , że potrzeba do tego masy zapału oraz sprzyjających okoliczności. Teraz nie dałbym rady pewnie mentalnie, ale 10 lat temu był na to dobry moment.

    • Tu Ci odpowiem o co chodzi z naszą Kasią ;). Jest osobą, dla której wszystko jest złe, a życie to pismo ciągłych nieszczęść. Każda decyzja jaką podjęła była zła, np rekuperacja, ale ciągle myśli, że wie lepiej od tych, którzy podejmują zadowalające decyzje 😉
      Nie wchodzw dyskusję. Można rzucić krótką ripostę, najwyżej 😉
      Należy docenić fakt, że w odróżnieniu od klasycznego trolla, nikogo nie obraża 😉

      • Ja rekuperacji nie mam i nie będę miała. Moje opinia wynika z doświadczenia zawodowego (własny osąd, opinie klientów i rodziny). Rekuperacja to wysokie koszty utrzymania, a w razie poważnej awarii zupełny brak wentylacji (chyba, że ktoś wybuduje dodatkowo kanały wentylacji grawitacyjnej).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię