Reguła 72, czyli kiedy z miliona będą dwa :)

Oszczędzając lub inwestując nadwyżki finansowe oczekujemy czegoś w zamian, prawda? Często możemy nawet przewidzieć procentową stopę zwrotu; w niektórych przypadkach jest ona wręcz znana z góry (przykładowo: lokaty). Ponieważ oszczędzanie bez celu jest bliższe dziadowaniu, każdy szanujący się ciułacz swój cel ma 🙂 Jego realizacja zazwyczaj kosztuje, a zyski z inwestycji rosną przecież tak wolno! Kilka procent rocznie – co to jest… kiedy z mojego tysiąca zrobią się dwa tysiące? A z nich cztery, a później osiem? Już widzę te uśmiechnięte twarze na myśl o cudownym wręcz rozmnożeniu odłożonych pieniążków… no właśnie – kiedy?!?

W jaki sposób to policzyć. Weźmy naszą stopę zwrotu, podstawmy ją do równania… STOP! Po co sobie komplikować życie, skoro jest reguła 72? Na dodatek, nie jest to żadna owiana mroczną tajemnicą ‚strefa 51’, ale dobrze zdefiniowana, wspaniale sprawdzająca się zasada, dzięki której w błyskawiczny sposób możemy z dużą dokładnością określić, kiedy nasza inwestycja przyniesie plony w postaci podwojenia swojej wartości!

Reguła 72 mówi: niezależnie od inwestowanej kwoty (no dobrze – groszowe ‚inwestycje’ się nie sprawdzają) podziel 72 przez oczekiwaną, procentową stopę zwrotu, a wynik będzie liczbą lat, po których zainwestowana kwota podwoi swoją wartość. Masz 10.000 w lokatach na 5.5 %?

72 / 5.5 = 13,09, czyli mniej więcej po 13 latach lokowania w 5-procentowe lokaty z 10.000 zrobi się 20.000, z 500 zł zrobi się 1.000 zł, a z miliona będą dwa 🙂

72_regula

Im wyższe oprocentowanie, tym wynik będzie obarczony większym błędem i przy kilkunastoprocentowych inwestycjach możecie poczekać na przykład pół roku dłużej niż wynikałoby to z reguły 72. Ale czego się spodziewać od tak prostego obliczenia, dzięki któremu w czasie poniżej minuty (dzielenie nie jest wcale takie banalne 🙂 ) możemy dać się ponieść fantazji, a być może uda się lepiej sprecyzować plany oszczędzania na najbliższe lata?

Ważna jest nie tylko prostota wyliczeń. Spójrzcie, jak olbrzymią różnicę stanowi drobna zmiana oprocentowania – choćby o jeden punkt. To powinno otworzyć oczy tym, którzy – posiadając znaczne środki – nie szukają okazji do ‚podkręcenia’ zysków – chociażby wybierając inny bank oferujący lokaty. Przy aktualnym poziomie stóp procentowych (2,5%) oferty lokat oscylują pomiędzy 3 a 4,5 %. Spójrz na tabelkę powyżej: różnica w wysokości 1-1,5 punktu procentowego to możliwość podwojenia oszczędności nawet o 6 lat szybciej! Czy to nie dobry powód, żeby zadać sobie nieco trudu i sprawdzić aktualną ofertę banków?

einstein-compound-interest-rule-of-72

Analogie występują nader często – 200 złotych odkładane co miesiąc nie wydaje się dużą sumą, oszczędność 1 metra sześciennego wody miesięcznie to nic nie znaczący wyczyn, a regularne unikanie nabicia kilkudziesięciu kilometrów na liczniku samochodowym jest ‚grą nie wartą świeczki’. Tak rzeczywiście jest, ale tylko, kiedy myślimy krótkoterminowo! Ale wystarczy, że przemnożymy małą kwotę przez 12 miesięcy, a następnie przez 10 lat – efekt będzie bardziej niż zadowalający. A jeśli oszczędzone pieniądze odpowiednio ulokujemy, robi się jeszcze ciekawiej. Przeanalizujmy moją rezygnację z pakietu telewizji cyfrowej, bez której żyję od początku tego roku. Nie będę po raz kolejny demonizował tego medium – skupię się na aspekcie finansowym.

Płaciłem 59 zł miesięcznie za pakiet kanałów. Bez żadnych fajerwerków – ot, taki standard. Do tej pory zaoszczędziłem 413 zł. Niewiele, ale to dopiero 7 miesięcy pierwszego roku bez telewizji. Cały rok zamknę oszczędnościami w wysokości 708 zł, a licząc 10 lat konsekwentnego braku dostępu do telewizji: 7080 zł. Ale zaraz – mieliśmy uwzględnić inwestycję comiesięcznych oszczędności. 59 zł miesięcznie, horyzont 10-letni, 5-procentowa stopa zwrotu: 9.162 zł. Jeszcze lepiej! Co 10 lat sam fakt rezygnacji z nie dającego mi absolutnie nic rozwiązania pozwala na bardzo, ale to bardzo egzotyczny, 3-tygodniowy urlop na drugim końcu świata. A to przecież tylko telewizja! I to w okresie zaledwie 10 lat – a dekad przede mną (mam nadzieję) znacznie więcej! Aż strach pomyśleć, jakie liczby pojawiłyby się dla 30-40-letnich okresów, uwzględniających nie tylko telewizję, ale również ograniczenie innych zbędnych lub nadmiarowych wydatków… a może wcale nie powinniśmy się bać o tym myśleć? Może właśnie takie wyliczenia, przeprowadzone na własnym przykładzie po analizie możliwej redukcji wydatków otworzą Ci oczy na olbrzymią różnicę finansową (i nie tylko) pomiędzy życiem statystyczego Kowalskiego, a tym bazującym na nieco bardziej świadomych wyborach, które absolutnie nie powodują obniżenia radości czerpanej z każdego dnia? Może sami macie pomysły na niebanalne oszczędności (poza standardami typu telewizja, abonament telefoniczny czy niewykorzystywany karnet na siłownię), które w skali miesiąca nie wyglądają zbyt efektownie, ale patrząc długoterminowo – sumują się do pokaźnych kwot?

Rule-of-72

Reguły 72 można również użyć w nieco bardziej ‚pesymistycznych’ (chociaż w zasadzie po prostu realistycznych) obliczeniach. Możemy za jej pomocą sprawdzić, po ilu latach inflacja ‚zje’ połowę naszych oszczędności. Schemat jest analogiczny: przyjmujemy wybrany poziom inflacji (niech to będzie 3%), a następnie dzielimy 72 przez tą liczbę. Ponieważ 72/3 = 24, to znaczy, że przy 3-procentowej inflacji wartość naszych oszczędności stopnieje o połowę w 24 lata, jeśli będziemy je trzymali w materacu. To niestety również pokazuje, jak niebezpiecznym dla oszczędzonych pieniędzy czynnikiem jest inflacja i jak wielkie niebezpieczeństwo czyha na tych, którzy jej nie uwzględniają w swoich planach finansowych.

32 komentarze do “Reguła 72, czyli kiedy z miliona będą dwa :)”

  1. Roman 5 sierpnia 2013 at 7:17 am #

    No to wyszło, że dziaduję 😉
    Znaczy ja cel oszczędzania mam, ale bardzo bym chciał nigdy go nie osiągnąć 🙂 To by było takie trochę dziwne marzyć o osiągnięciu niedołęstwa i niemożności pracowania 🙂

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 7:39 am #

      No właśnie – ciekawe, jak wygląda kwestia oszczędzania/dziadowania po osiągnięciu niezależności finansowej albo idealnego dla nas balansu pomiędzy życiem a ciekawą, niezbyt absorbującą pracą, którą chce się wykonywać (hmmm….). Jakie są kolejne cele? Związane z dziećmi, rodziną? Działalność charytatywna? A może cele są wtedy zupełnie pozafinansowe? Wtedy wychodzi na to, że będąc niezależnym finansowo i na przykład charytatywnie pomagając potrzebującym, a jednocześnie nadal żyjąc na poziomie sprzed lat (który nas satysfakcjonuje)… dziadujemy 🙂

      • Jan 13 sierpnia 2013 at 9:08 pm #

        Niestety niezależność finansowa jest na razie daleko poza horyzontem, ale robię WSZYSTKO, co tylko możliwe żeby kiedyś się tam znaleźć. Potem będę się „martwił” co dalej. Pozdrawiam wszystkich zależnych i niezależnych finansowo.

        • wolny
          wolny 13 sierpnia 2013 at 9:49 pm #

          Mam nadzieję, że jednak nie robisz wszystkiego, żeby osiągnąć niezależność. Pamiętaj, że jest tu i teraz, i że nie chodzi o odmawianie sobie wszystkiego w imię przyszłego „odbicia sobie” tych niedostatków. Robienie WSZYSTKIEGO dopuszczałoby też takie metody, jak choćby kradzież, a tym się zapewne w wolnym czasie nie zajmujesz 🙂
          Dziękuję za komentarz, kibicuję na Twojej drodze do niezależności i mam nadzieję, że dążąc do niej potrafisz czerpać radość z dnia codziennego.

  2. Roman 5 sierpnia 2013 at 8:31 am #

    Z własnego doświadczenia powiem Ci, że jest problem… Tenże balans, wydaje mi się, mam. Co do własnej wolności finansowej to nie wiem, ale w sumie nie za bardzo mnie to interesuje…
    Ale fakt, osiągasz własną „strefę komfortu” i zaczynasz zadawać sobie pytanie „po co więcej”? Zjesz ile zjesz, zobaczysz ile zobaczysz, doświadczysz ile doświadczysz i, jak mawiał mój dziadek: „wyżej marzeń nie siegniesz”…
    Warto moim zdaniem zaangażować sie na miarę własnych możliwości w poprawianie świata wokół siebie?
    Już dziś, bo to zaprocentować moze dopiero po wielu, wielu latach…
    Ale gdzie się spieszyć 🙂
    Wiecznosć jest… wieczna 🙂

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 8:38 am #

      Mimo wszystko, życzyłbym sobie i każdemu z czytelników, żeby miał właśnie taki ‚problem’ 🙂

  3. lukasz 5 sierpnia 2013 at 10:02 am #

    Bardzo ciekawa zależność, ale obarczona zbyt dużym błędem. Nie uwzględnia ona ani wpływu inflacji, ani wzrostu dochodu, a przecież jeśli ktoś myśli o długoterminowym oszczędzaniu te kwestie nie mogą być pominięte!

    Argument o prostocie do mnie nie przemawia bo w internecie pełno jest kalkulatorów gdzie można to szybko policzyć np. ten którego kiedyś używałeś.

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 10:11 am #

      Od tak prostego wzoru nie można zbyt wiele wymagać. Inflację można ‚objeść’ obniżając spodziewaną stopę zwrotu o przewidywaną stopę inflacji. Ale w dalszym ciągu to tylko proste obliczenie na zasadzie „mam teraz X i nic do niego nie dokładam – kiedy będę miał 2x?”. Czasami można tego użyć, aby puścić wodze fantazji i – bez dostępu do internetowych kalkulatorów – nieco pofantazjować (a może nawet coś ‚na oko’ zaplanować).

  4. Racjonalne Oszczędzanie 5 sierpnia 2013 at 10:31 am #

    tu jest trochę myślenia życzeniowego, bo niestety historia uczy nas, że po drodze wydarza się tyle czynników – bankructwa rządów, dewaluacje, nadzwyczajne opodatkowania (np. Cypr), że trudno poważnie traktować inwestycje długoterminowe o niskim procencie (np. lokaty)

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 10:32 am #

      Owszem – zgadzam się. Ale zawsze twierdzę, że planować trzeba i jakieś założenia należy wtedy przyjąć. A jak to życie zweryfikuje – tego żaden z nas nie wie.

  5. Konrad 5 sierpnia 2013 at 1:10 pm #

    Oszczędzać długoterminowo należy, ale nie w pieniądzu fiducjarnym, który obłożony podatkiem emisyjnym (inflacja). Zarobienie realnych 5% rocznie przy niskim lub umiarkowanym ryzyku inwestycyjnym (http://www.mbank.pl/images/inwestycje/sfi/ryzykoinwestycji.gif) to nie taka prosta sprawa. Jeżeli ktoś ma jakiś pomysły to chętnie posłucham. Póki co skaczę z lokaty na lokatę wybierając te z najlepszym oprocentowaniem.
    Unikanie niepotrzebnych wydatków to coś co ja nazywam „magią oszczędzania”. Po rozpoczęciu zapisywania wydatków i cięciu tego co zbędne (słodycze, fast foody, ograniczanie jazdy samochodem etc.) po 3 miesiącach zauważyłem ile więcej pieniędzy mam na koncie i tak na pierwszy rzut oka nie wiadomo skąd (to właśnie ta „magia” :-)). Kto nie spróbował niech żałuje. Największy mój „ból” do tej pory to wydatki na samochód i zamierzam tutaj przeprowadzić program oszczędnościowy.

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 1:16 pm #

      Zachęcam Cię do tego serdecznie – zdecydowanie warto! Moje wydatki na samochód są śmiesznie niskie: http://www.wolnymbyc.pl/zrownowazony-transport-po-raz-kolejny/ i to naprawdę widać w comiesięcznym budżecie! Cieszę się, że Ty również widzisz, jak ważne jest oszczędzanie, a nie tylko patrzysz na inwestycje (które – przynajmniej do pewnego progu – są znacznie mniej ważne niż oszczędności).

      • Konrad 6 sierpnia 2013 at 1:13 pm #

        Jeździsz naprawdę mało! Dla mnie sukcesem było by na początek zejście do 15 000 km rocznie z obecnych około 30 000 km. Najgorsze jest to, że 3/4 to czysta konsumpcja, a nie inwestycja. Pierwsze sukcesy są szczególnie, że pogoda sprzyja jeździe na rowerze.

        • wolny
          wolny 6 sierpnia 2013 at 1:22 pm #

          Od 2,5 roku przejechałem aktualnym autem około 18.000 km – z czego ponad 4.000 to był wyjazd samochodem do Chorwacji. To wszystko dzięki mieszkaniu blisko centrum i pokonywaniu większej liczby kilometrów rowerem, niż samochodem 🙂

          • Maga 9 sierpnia 2013 at 11:33 am #

            Bo ja wiem czy to tak mało? Wychodzi 15 km dziennie (również w soboty i niedziele), bez tych 4000 do Chorwacji.

            • wolny
              wolny 9 sierpnia 2013 at 12:47 pm #

              Rzeczywiście coś podejrzanie dużo – ale to wynika z faktu, że te 18.000 km strzeliłem ‚z palca’, a podałem Chorwację jako największy wyjazd wakacyjny, nie przytaczając pozostałych. Być może kiedyś zbiorę wszystko i opiszę wszystkie wydatki „samochodowe”, żeby był komplet informacji. Myślę, że dodając wszystkie wyjazdy, które można określić jako „wypoczynek”, codzienne użycie spadłoby do max 5 km po mieście – może mniej.
              Sprawdzę szczegóły wieczorem (sprawdzając dokumenty i rozmawiając ze ‚wszystkopamiętającą’ żoną) i jeśli będzie można precyzyjniej odpowiedzieć w kilku zdaniach – uzupełnię komentarz, a jeśli nie – być może podałaś pomysł na wpis 🙂
              Na marginesie – nie pretenduję do miana kogoś, kto nabija najmniej kilometrów w kraju – raczej kogoś, kto racjonalnie korzysta z auta. I bardzo się cieszę, że są ludzie, którzy jeżdżą jeszcze mniej!

            • wolny
              wolny 10 sierpnia 2013 at 12:46 pm #

              Już wiem więcej 🙂 Podając 18.000 km strzeliłem prawie w środek tarczy, więc ta wartość pozostaje. Należy od tego odjąć 4.000 na Chorwację, 1.500 km na Bieszczady (znad morza to daleeeeko), oraz 2 wyjazdy na warszawskie lotnisko w związku z wylotem na urlop z tego miasta – czyli 4 x 350 km = 1.400 km. Mamy już „wakacyjne” 6.900 km.
              18.000 – 6.900 = 11.100, czyli 12 km dziennie przez 2,5 roku. Nadal sporo. Ale robi się znacznie mniej, jeśli uwzględnimy jeden miesięczny wyjazd do teściów (270 km w dwie strony) lub na działkę moich rodziców (140 km w dwie strony) – średnio wychodzi właśnie tak, że raz w miesiącu pokonujemy jedną z tych tras (przeważnie tą dłuższą, działka tylko w sezonie). Nie wiem do jakiej kategorii te wyjazdy zaliczyć – ale na pewno nie jest to codzienny ruch miejski, a w przeciągu ostatniego 2,5 roku wyniósł 7.000-8.000 km z tych pozostałych 11.100. Jeśli te wyjazdy odejmiemy, to codzienne dojazdy w mieście skurczą się do 3-4 km dziennie.
              Żebyś mnie dobrze zrozumiała – nie tłumaczę się i wiem, że mógłbym podróżować jeszcze bardziej optymalnie. A raczej mogłem – bo teraz, z małym dzieckiem, wszelkie dalsze wyjazdy jednak wymagają auta.

              • Konrad 10 sierpnia 2013 at 3:06 pm #

                Jak już przy samochodach to chciałbym zapytać czy warto brać NNW? W przyszłym tygodniu muszę kupić obowiązkowe OC i tak się zastanawiam.

                • wolny
                  wolny 10 sierpnia 2013 at 4:00 pm #

                  Z NNW jest o tyle problem, że często jest błędnie rozumiane. Niejednokrotnie spotkałem się z twierdzeniem typu „a co będzie, jak coś komuś zrobisz w wypadku – bez ubezpieczenia nie wypłacisz się do końca życia”. Natomiast NNW obejmuje ochroną tylko i wyłącznie osoby podróżujące pojazdem, a więc kierowcę i pasażerów. Ewentualny uszczerbek na zdrowiu osób trzecich nie jest brany pod uwagę. To raz. Dwa: suma ubezpieczenia, która – wg mnie – jest śmiesznie niska, przy dość wysokiej składce. ~30-40 zł za górną granicę ubezpieczenia sięgającą około 20.000 to nieporozumienie i nijak nie uchroni przed skutkami tragicznego wypadku, kiedy w grę będzie wchodziła trwała niezdolność do pracy czy wieloletnia konieczność wypłacania odszkodowania.
                  Według mnie NNW chroni przed drobnymi, mało prawdopodobnymi zdarzeniami (im mniej jeździsz, tym prawdopodobieństwo spada), a poza tym dotyczy najczęściej Ciebie i rodziny. A jeśli tak, to z radością biorę to na siebie – przecież i tak jestem odpowiedzialny za członków rodziny. Moje zdanie: nie warto, o ile masz solidny fundusz awaryjny, albo wyjątkowo mało jeździsz. U mnie zdecydowanie wygrywa maksyma „ubezpiecz się sam!”. Ale decyzja oczywiście należy do Ciebie.

          • Kosmatek 17 stycznia 2014 at 2:11 pm #

            Powtórzę spostrzeżenie tutaj swoje samochodowe, do kwestii cięcia drobnych kwot:

            Kiedyś mieszkałem w takim miejscu, że dojazd do prac komunikacją był bardzo męczący, jeździłem więc małolitrażówką (4.5 l po mieście na sto, przebieg ok. 20 tys. rocznie) oraz większym „gazownikiem” (ten mnie kosztował sporo jeśli chodzi o naprawy, dobiła mnie w nim ciągle psująca się ze starości klima, co między innymi sprowokowało kupno – jednak – nowego samochodu).

            Teraz mam samochód spalający dużo więcej (miasto 12, trasa 7, średnio podobno 10), ale mieszkam przy metrze (Wwa), więc tego tak nie odczuwam.
            Przy wyprawach do pracy i po mieście, jadąc metrem oszczędzam około 25-30 złotych.
            I zyskuję często możliwość wygodnego czytania/dokształcania się/sprawdzania maili. PEwnie podobną wygodę umożliwia dojazd kolejkami (autobusy niestety przeważnie za bardzo trzęsą).
            Niektórzy mnie pytają to po co ci auto (rzeczywiście, średnio dotąd, wraz z utratą wartości samochodu wychodzi c.a. 2.5 zł/km; też 2.5 roku, przebieg 21 tys.)? W trasie jednak jest bardzo komfortowy i lubię tę odrobinkę przyjemności.

            Co więcej, łącznie przejazdy samochodem w sumie mniej mnie teraz kosztują, niż kiedyś, gdy używałem samochodu do jazdy po mieście …
            – – – –
            Podsumowując, tym przykładem chcę powiedzieć, że ważne dla kosztów transportu jest wybrać dobrą lokalizację swojego mieszkania i zapłacić nawet w przeliczeniu za metr więcej. Ale mając tych metrów nawet mniej, mądrze te metry zagospodarować i łatwo/szybko/tanio/wygodnie się z nich dostawać w różne miejsca rowerem lub komunikacją miejską.

            • Kosmatek 17 stycznia 2014 at 2:25 pm #

              Powtórzę spostrzeżenie tutaj swoje samochodowe
              (http://www.wolnymbyc.pl/nowy-samochod-czyli-racjonalizacja-zachcianek/#comment-9069),
              co do kwestii cięcia drobnych kwot:

              Kiedyś mieszkałem w takim miejscu, że dojazd do prac komunikacją był bardzo męczący, jeździłem więc małolitrażówką (4.5 l po mieście na sto, przebieg ok. 20 tys. rocznie) oraz większym „gazownikiem” (ten mnie kosztował sporo jeśli chodzi o naprawy, dobiła mnie w nim ciągle psująca się ze starości klima, co między innymi sprowokowało kupno – jednak – nowego samochodu).

              Teraz mam samochód spalający dużo więcej (miasto 12, trasa 7, średnio podobno 10), ale mieszkam przy metrze (Wwa), więc tego tak nie odczuwam.
              Przy wyprawach do pracy i po mieście, jadąc metrem oszczędzam około 25-30 złotych.
              I zyskuję często możliwość wygodnego czytania/dokształcania się/sprawdzania maili. PEwnie podobną wygodę umożliwia dojazd kolejkami (autobusy niestety przeważnie za bardzo trzęsą).
              Niektórzy mnie pytają to po co ci auto (rzeczywiście, średnio dotąd, wraz z utratą wartości samochodu wychodzi c.a. 2.5 zł/km; też 2.5 roku, przebieg 21 tys.)? W trasie jednak jest bardzo komfortowy i lubię tę odrobinkę przyjemności.

              Co więcej, łącznie przejazdy samochodem w sumie mniej mnie teraz kosztują, niż kiedyś, gdy używałem samochodu do jazdy po mieście …
              – – – –
              Podsumowując, tym przykładem chcę powiedzieć, że ważne dla kosztów transportu jest wybrać dobrą lokalizację swojego mieszkania i zapłacić nawet w przeliczeniu za metr więcej. Ale mając tych metrów nawet mniej, mądrze te metry zagospodarować i łatwo/szybko/tanio/wygodnie się z nich dostawać w różne miejsca rowerem lub komunikacją miejską.

              • wolny
                wolny 17 stycznia 2014 at 6:35 pm #

                W pełni się zgadzam z tezą na końcu Twojej wypowiedzi – nie wiem, czy już czytałeś, ale jeśli nie, to zachęcam: klik.

  6. KRZYSZTOF 5 sierpnia 2013 at 8:14 pm #

    Wolny, dzięki za ten zajebisty blog, dzięki za „otwarcie oczu”, dzięki za inspiracje Tobie, Henrykowi, Konradowi i innym wybierającym prostote :))

    • wolny
      wolny 5 sierpnia 2013 at 8:22 pm #

      Dziękuję za tak miłe, pełne energii słowa 🙂 Cieszę się, że wspólnie pomogliśmy – jakbyś mógł w kilku zdaniach napisać jeszcze, co zmieniłeś po „otwarciu oczu” to byłoby wspaniale!

      • Krzysztof 6 sierpnia 2013 at 8:03 pm #

        Co zmieniłem? Myślę, że całkiem sporo.
        Przewartościowałem swoje dotychczasowe życie. Moja żona mówi, że stałem się materialistą; ja twierdzę, że staram się być teraz rozsądnym człowiekiem, uważnie obserwującym swoje finanse i rozważnie planującym wydatki.
        Rzuciłem palenie; przesiadłem się na rower (12 km w jedną stronę do pracy przy 118 kg wagi i – jeszcze 6 tygodni temu – 30 papierosach dziennie) to jest coś!:) Podpisałem aneks z Energą na taryfę G12W – efekt? Rachunek za prąd – 74 zł, gdzie przy taryfie G11 było to średnio 130 zł. Zrobiłem plan na kilkanaście miesięcy odchodzenia od różnych niepotrzebnych umów (cyfrowa telewizja, dodatkowe abonamenty tel.) co w perspektywie da oszczędności w kwocie grubo ponad 100 zł miesięcznie. Spłacam długi i kategorycznie postanowiłem nie zaciągać ich więcej; chwilowo nie starcza pieniędzy, żyjemy całą rodziną gorzej niż skromnie, ale to raczej chwilowe zawirowania:)
        To tak pobieżnie, jeśli chodzi o finanse.
        Ale najważniejsze w tym wszystkim jest poczucie, że robię coś pozytywnego dla siebie (najwyższy czas, bo 40 niedawno stuknęła), dla rodziny, dla naszej wspólnej przyszłości. Poczucie, że prostota, minimalizm to nie tylko zdrowe finanse i pozbywanie się zbędnych rzeczy, nałogów, czy kilogramów. To kompletna filozofia życia, z jasno określonymi, realnymi celami.
        A fajnie mieć w życiu cel:)

        • Daniel 6 sierpnia 2013 at 9:17 pm #

          Ale pozytywny post 🙂 Dobrze wiedzieć, że nigdy nie jest późno na znalezienie w życiu celu i rozpoczęcie wszystkiego od nowa 🙂 Trzymam kciuki za wytrwałość w postanowieniu życia w prostocie i zdrowiu 🙂

        • wolny
          wolny 6 sierpnia 2013 at 10:22 pm #

          Toż to prawdziwa rewolucja w życiu! Z tonu Twojego komentarza widzę, że masz mnóstwo energii i zapału – tak trzymaj! Mam nadzieję, że żona – oprócz tego, że stwierdziła, że jesteś materialistą – wspiera Cię w Twoich postanowieniach?
          Trzymam oba kciuki za to, żebyś dalej szedł tą drogą i za jakiś czas znalazł się w takim miejscu, o jakim nawet jeszcze nie marzysz. I bardzo Ci dziękuję – tego typu komentarze ładują moje baterie i zachęcają do dalszej, wytężonej pracy. Po to właśnie robię to, co robię!

          • Krzysztof 7 sierpnia 2013 at 7:33 pm #

            Wspiera, wspiera 🙂

        • Roman 7 sierpnia 2013 at 8:20 am #

          Życzę powodzenia i trzymam kciuki 🙂
          Pamiętaj, że nie ma sie gdzie spieszyć; to dopiero „czterdziestka”.
          My mamy czas 🙂
          Spieszyć to sie trzeba po „osiemdziesiatce” 🙂 Jak to stwierdziła onegdaj moja urocza 85-letnia sąsiadka: „Panie Romku, sie na angielski zapisałam… cholera… tyle jeszcze człowiek chciałby się nauczyć i poznać, a tak niewiele mu zostało”. Po czym, kilka miesiecy później zapisała sie też na kurs obsługi komputera 🙂

          • Krzysztof 7 sierpnia 2013 at 6:14 pm #

            Ale ja się nigdzie nie spieszę; ja się dopiero rozkręcam 🙂

  7. Daniel 5 sierpnia 2013 at 10:02 pm #

    Bardzo ciekawy wpis. Uwielbiam te wszystkie Twoje obliczenia na blogu 🙂 Najczęściej patrzymy na wszystko krótkoterminowo, bowiem perspektywa nagrody w dłuższej perspektywie czasu zniechęca nas do działań w teraźniejszości – wolimy wszystko mieć od razu. Stąd pewnie częstsza jest tendencja do wzmożonej konsumpcji niż do długoterminowego oszczędzania. Odnosi się to również do innych aspektów życia. Brakuje nam dziś dyscypliny, dlatego wiele czynności porzucamy niedługo po ich rozpoczęciu. Weźmy tutaj choćby naukę języka obcego. Wszędzie reklamuje się kursy i pomoce naukowe, które umożliwią nam opanowanie danego języka w parę tygodni czy miesięcy. Szkoda tylko, że tak to nie działa. Jeżeli chcemy coś osiągnąć, musimy się do tego przyłożyć i najczęściej długo poczekać na efekty.

    • wolny
      wolny 6 sierpnia 2013 at 7:50 am #

      Oj – językowej dyscypliny mi również brakuje – ile to ja już kursów zaczynałem (w wersji oszczędnej – od książki / kursu na płycie) i szybko się poddawałem.
      Cieszę się, że przemawiają do Ciebie obliczenia, które rozciągam na całe lata (wręcz dziesięciolecia). Większość ludzi żyje chwilą i nie wybiega dalej niż do końca miesiąca.

Dodaj komentarz