Projekt „pomidor”.

Rok dobiega końca, a ponieważ podnoszenie tempa w samej jego końcówce świadczy zazwyczaj o wcześniejszych zaniedbaniach, dzisiaj nieco zwolnimy. Opowiem Ci historię o tym, czemu warto czasami przystanąć i pochylić się na rzeczach prostych, które dla obserwatora z zewnątrz absolutnie nie są warte wysiłku, którego wymagają. Dzisiaj co nieco o tym, że nie tylko pieczenie chleba daje poczucie satysfakcji i sprzyja równowadze psychicznej, mimo kompletnej nieopłacalności całego przedsięwzięcia. Czas na podsumowanie projektu „pomidor”, który rozpoczął się na początku tegorocznej wiosny i trwał około 5 miesięcy. Jeśli oczekujesz, że to nazwa kodowa dla jakiegoś ambitnego projektu finansowego, niestety się zawiedziesz. Nazwa idealnie oddaje cel projektu i nie ma w niej żadnych dwuznaczności.

Otóż pewnego wczesnowiosennego dnia na jednym z blogów natrafiłem na niesamowicie motywujący wpis dotyczący własnej, balkonowej hodowli pomidorów. Jeszcze tego samego dnia postanowiłem zrealizować ten projekt i podczas robienia kolacji (skoro kolacja, to zazwyczaj kanapki. A jeśli kanapki, to obowiązkowy jest pomidor. Proste 🙂 ) odłożyłem na bok kilka ziarenek z tego warzywa.

pomidor1To właśnie najlepsze źródło nasion pomidorów! Trzeba tylko odsączyć… maziaję 🙂

Po ususzeniu i wrzuceniu darmowych doniczek w postaci koszyków po owocach i lodach, zostały obficie podlane. Po jakimś czasie natura zaczęła walczyć z przeciwnościami losu…

pomidor2

Kolejne etapy to uważna obserwacja każdego potencjalnego źródła soczystych warzyw. Te, z których sam Darwin byłby dumny, czekała nagroda. Trzech najzacieklej walczących o prawo do przetrwania osobników zostało przesadzonych do osobnej donicy, w której dostały więcej przestrzeni życiowej.

pomidor3

Ponieważ daleko mi do poglądów brutalnych dyktatorów silną ręką trzymających władzę, pozostali członkowie stada, będący w najróżniejszym stopniu wzrostu, nie stracili swojej szansy i wesoło współistnieli z ziołami zasianymi przez moją lepszą połówkę:

pomidor4

Kiedy przodownicy stada nabrali siły wystarczającej do stawienia czoła groźniej naturze, trafili na… balkon 🙂 Byli już całkowicie gotowi na bliskie spotkanie trzeciego stopnia z pszczołą, a ja cieszyłem się jak dziecko na widok każdego owada, który doleciał na drugie piętro 🙂 Nie zawiodłem się, bo stopniowo na najbardziej rozwiniętym krzewie zaczęły się pojawiać takie oto cudeńka:

pomidor6

Reszta to była formalność – z każdym dniem pomidory stawały się większe:

pomidor7

Aż któregoś pięknego, wrześniowego ranka (tak tak – dużo czasu mu to zajęło) pierwszy z nich zaczął nabierać kolorów:

pomidor8

Jeśli czytają to dzieci, teraz jest odpowiedni moment na zakrycie uszu (a raczej: oczu), bo będą się działy rzeczy straszne. Przeprowadzka do Bydgoszczy pokrzyżowała nam plany i zdołaliśmy uratować tylko jeden okaz. Reszta – zupełnie zielona i niezbyt jeszcze wyrośnięta – wylądowała w śmietniku razem z całym krzewem! Ostał się jedynie ten pan:

pomidor9

Nie będę się rozpisywał na temat tego smaku, zapachu, dumy z mojego „dziecka” – i tak już pewnie ślinka Ci leci na sam widok, więc po co się jeszcze bardziej znęcać nad Twoimi zmysłami 🙂

Co mi to wszystko dało? Po co podjąłem się tak czasochłonnego i mało zyskownego zajęcia, skoro kupno warzyw na pobliskim rynku jest znacznie prostsze, a do tego nie ma obaw o nabycie marketowej sztuczności? Powodów było kilka:

Przede wszystkim, chciałem sprawdzić, czy to „działa”. Mój naukowy, wychowany z dala od natury umysł uznał projekt za dość egzotyczny i warty sprawdzenia. Kupienie gotowego pomidora byłoby mniej więcej milion razy prostsze, ale tylko utrwaliłoby mnie w przekonaniu, że jedynym źródłem pozyskania tego warzywa jest wizyta w sklepie.

Po drugie, dopiero samodzielnie wykonując pewne zajęcia, zamiast zlecać wszystkiego innym widać, ile czasu dana czynność zajmuje. Od momentu zakończenia hodowli patrzę na duże marże sklepikarzy na lokalnym rynku bardziej pobłażliwie. Przypomniałem sobie jednocześnie, jak dużo anonimowej pracy kosztuje kogoś wyhodowania tego, za co wydam kilka drobnych.

Po trzecie, oczekiwanie ma w sobie coś magicznego. A jednocześnie wychowującego i nie pozwalającego na trzymanie głowy wysoko w chmurach. Spełnienie zachcianki „ot tak”, bez konieczności zapracowania na nią, bez świadomości ogromu pracy, którą ktoś włożył w niemal każdy przedmiot, który Cię otacza, jest… zbyt proste! Zbyt mało satysfakcjonujące! Pozbawione efektu zadowolenia z dobrze wykonanej pracy! W przeciwieństwie  do ogrodnictwa, które nie tylko jest doskonałym i niemal darmowym hobby, ale równocześnie ujmuje swoją prostotą. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że przydomowy (albo nawet przyokienny) ogródek to kolejny sposób na zachowanie równowagi psychicznej i nie dopuszczenie do zbyt egocentrycznych myśli do głowy!

Jeśli ten pozornie łatwy i przyjemny wpis wydał Ci się dziwny, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, to… proponowałbym jego ponowną lekturę 🙂 A to dlatego, że… niepozorny pomidor był tylko sposobem na pokazanie Ci, że to właśnie Ty nadajesz sens wszystkiemu, co robisz w życiu. To od Ciebie zależy, czy odnajdziesz satysfakcję z drobnych sukcesów lub choćby ze starań o nie. Czy może postąpisz jak większość w mojej sytuacji, która uznałaby plony za mizerne, a cały projekt za stratę czasu, która nie przyniosła nic dobrego? Pamiętaj, że ten sam skutek może być odbierany diametralnie inaczej w zależności od podejścia, nastawienia, otwartości. Postronna osoba mogłaby skwitować całość jako poświęcenie mnóstwa pracy dla jednego pomidora, czyli w skrócie „dużo pary w gwizdek”. Plony, które zebrałem były zdecydowanie większe niż jedno warzywo, które było miłym bonusem do tego, co wyniosłem z podjętego wyzwania.

Korzystając z okazji, chciałbym Ci życzyć spokojnych i rodzinnych Świąt, podczas których nie tylko naładujesz akumulatory na nadchodzący rok, ale – przede wszystkim – zajrzysz wgłąb siebie i przemyślisz, co jest dla Ciebie naprawdę ważne. Być może okaże się, że zamiast pełnych akumulatorów na parcie do przodu, wystarczą niewielkie zmiany w priorytetach, żeby jeszcze szybciej osiągnąć ten sam cel?

22 komentarze do “Projekt „pomidor”.”

  1. D. 23 grudnia 2013 at 5:36 pm #

    Bardzo fajnie napisałeś tą historię o pomidorach 🙂
    Ale jeszcze bardziej podoba mi się wyciągnięty z niej morał. Podobne przemyślenia miałem gdy byłem zainteresowany grafiką komputerową – stworzenie „małego, głupiego obrazka” zajmuje strasznie dużo czasu, wymaga skupienia i talentu. Co prawda zabawę z grafiką dość szybko skończyłem ale teraz na wszystkie „głupie obrazki” patrzę zupełnie inaczej – nie tylko przez pryzmat swoich artystycznych odczuć czy rynkowej wartości dzieła , ale także całego procesu w którym ono powstało. I dlatego myślę że w życiu warto spróbować różnych zajęć – by wiedzieć skąd się biorą rzeczy którymi się otaczamy, które jemy, ale także sztuka która oglądamy czy słuchamy.

    Jeśli dobrze zrozumiałem i jest to ostatni przedświąteczny wpis to również chciałbym Ci życzyć rodzinnych i spokojnych Świąt 🙂

    • wolny
      wolny 24 grudnia 2013 at 8:18 am #

      I właśnie dlatego specjalizacja się sprawdza – to, co Tobie zajmie pół dnia kto inny zrobi w pół godziny. Ale raz na jakiś czas warto wejść w czyjeś buty, prawda? A w przypadku prostszych czynności – wręcz do tego namawiam.

  2. Szymon Barczak 23 grudnia 2013 at 6:44 pm #

    Świetne!

    • wolny
      wolny 24 grudnia 2013 at 8:19 am #

      Cieszę się, że spodobała Ci się ta prosta historia 🙂

  3. Dorota 23 grudnia 2013 at 8:21 pm #

    Aż chce się człowiekowi iść do kuchni, wyjąć nasionka z pomidora i zasadzić 🙂 Wiosną i latem poproszę więcej info na te tematy:)
    Spokojnych i w zdrowiu przeżytych świąt!

    • wolny
      wolny 24 grudnia 2013 at 8:22 am #

      Trzeba zacząć szybko – w tym roku zima była długa i zasiałem dopiero na początku maja – skutek był taki, że pod koniec września dopiero jedna sztuka była czerwona. Następnym razem zacznę eksperyment wcześniej. Szkoda, że zgubiłem ten wpis na blogu, który mnie zainspirował do tej próby.

  4. dan_daki 25 grudnia 2013 at 8:38 pm #

    Brawo za dorodnego Pana Pomidora 🙂 ja w życiu przeszłam epizod z Panną Fasolą, Państwem Ziemniakami oraz Panną Cytryną 😉 niestety znajomość z tą ostatnią była bezowocna… 😉 Chyba klimat jej nie sprzyjał. Skończyło się jedynie na dużej ilości listowia. Pozdrawiam, dd.

    • wolny
      wolny 27 grudnia 2013 at 9:12 am #

      A to wszystko też w warunkach domowych? Włącznie z ziemniakami? 🙂

      • dan_daki 27 grudnia 2013 at 6:49 pm #

        Fasola i ziemniaki w donicach/korytkach na balkonie 😉 kartochy zbyt okazałe nie wyrosły, ale eksperyment się udał – były smaczne 😀

    • kot Filemon 27 grudnia 2013 at 11:00 pm #

      Cytryny z pestek nie mają owoców i to nie tylko w naszym klimacie – bezpłodne takie. Owoce mają tylko te z sadzonek zrobionych z gałązek.

      • dan_daki 28 grudnia 2013 at 12:13 pm #

        I to wyjaśnia wszystko 🙂 niemniej, „bonsai” mi wyrosło z cytryny bardzo ładne 🙂

  5. Mateusz 27 grudnia 2013 at 1:13 pm #

    Fajny wpis, warto czasem bez „prób” zastanowić się ile czasu za jakimś produktem stoi i na tej podstawie wyestymować jego wartość.

    • wolny
      wolny 27 grudnia 2013 at 3:02 pm #

      I tą wartość pomnożyć co najmniej przez 2 – jak to robi każdy poważny project manager 🙂 Niestety często przyjmujemy uproszczone założenia i nie potrafimy przewidzieć trudności – nawet, kiedy robiliśmy już coś podobnego kilka razy, nie mówiąc nawet o pierwszym podejściu.

  6. kot Filemon 27 grudnia 2013 at 11:03 pm #

    W kwestii warzyw lepiej zainwestować w nasionka ze sklepu. Te „sklepowe” odmiany niekoniecznie mogą być dla nas najlepsze (na przykład nastawione „na masę”). Po kupieniu nasionek już można je brać z własnych pomidorów, z tym, że lepiej nie robić tego z gatunków F1 (w kolejnych pokoleniach mogą zatracić pewne cechy) i co pewien czas kupować nowe nasionka (pszczoły mogą nanieść różnych innych pyłków i niekoniecznie dostaniemy tą samą odmianę).

  7. Konrad 28 grudnia 2013 at 11:50 am #

    Wolny, podsuwam Ci temat na wpis: kiedy lub jakich dóbr nie opłaca się kupować, a korzystniej jest najmować. Przykłady: samochód, narty etc.

  8. Justyna Maserak 7 stycznia 2014 at 1:49 pm #

    Eh, w moim kraju pewnie nie zdążyłyby się zaczerwienić – za mało mamy słońca 😉 Może jednak spróbuję, jak tylko pogoda będzie lepsza (na razie sama ciemność, deszcz i chmury).

    • wolny
      wolny 7 stycznia 2014 at 6:04 pm #

      Ja zasadziłem dopiero na początku maja, bo zima była wyjątkowo długa. Ale jak tylko pojawią się pierwsze oznaki wiosny (tylko nie teraz, kiedy wiosna „jeszcze” jest :)), można zaczynać!

  9. pomagam.zzl.org 20 lutego 2014 at 9:59 pm #

    „Reszta – zupełnie zielona i niezbyt jeszcze wyrośnięta – wylądowała w śmietniku razem z całym krzewem! ”
    Zmarnowałeś jedzenie. Nie ładnie!
    Z niedojrzałych pomidorów, w połączeniu z innymi warzywami i octem wychodzi świetna sałatka.
    Pisałem już u Ciebie, że marzy mi się domek na wsi. Ogród to jego obowiązkowy element. Ogród permakulturowy 😉

    • wolny
      wolny 20 lutego 2014 at 10:26 pm #

      W wirze przeprowadzki nie było sentymentów – krzaki musiały gdzieś trafić, a próbując oddać w ostatnich dniach września całkiem jeszcze zielone pomidory sąsiadom, chyba by mnie wyśmiali 🙂

      • pomagam.zzl.org 22 lutego 2014 at 12:09 pm #

        Takich mamy sąsiadów, może by wyśmiali, na pewno byliby zdziwieni.
        Rozumiem ferwor walki przy przeprowadzce. Moja uwaga była tak pół żartem pół serio, miałem tam wstawić emotę ” 😉 „, nie wstawiłem, bo faktycznie nie lubię, kiedy jedzenie się marnuje. Głównym celem było pokazanie, że niedojrzałe pomidory nadają się do jedzenia, chociaż może na surowo zbyt smaczne nie są.

  10. Beata 1 sierpnia 2016 at 2:40 pm #

    Zielone pomidory pokrojone w plasterki można smażyć w cieście naleśnikowym lub jak kotlety – pyszne!

Dodaj komentarz