Praca: mądra czy ciężka? A może wystarczy nieco szczęścia?

31
3225
wyświetleń

Ostatnio sporo czasu poświęcam na optymalizację pracy zawodowej. Poczułem jakiś przypływ motywacji do realizacji rozmaitych projektów pobocznych i realizowania siebie, co naturalnie wymaga czasu. A ten nie jest z gumy, dlatego jeśli gdzieś chcemy wygospodarować go nieco więcej, to gdzie indziej prawdopodobnie go zabraknie. Chyba, że… nauczysz się pracować w sposób, który jednocześnie zadowoli Twojego pracodawcę/klientów i da Ci czas na rozwijanie własnych projektów i pasji. Czy to w ogóle możliwe? Czy warto pracować ciężko, czy może należy dążyć do pracy mądrej? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, skoro sprawiedliwość na tym świecie to mit, a każdy z nas zna przykłady tego, że ciężka praca nie popłaca, a szczęście i znajomości mogą zdziałać cuda bez kiwnięcia palcem?

I na chęci powtórzenia tego typu wyczynu żerują czarodzieje, którzy sprzedają swoje patenty (w postaci szkoleń, warsztatów, seminariów itp) na to, żeby dojść od zera do bohatera z prędkością światła, jednocześnie dłubiąc jednym palcem w nosie. Rozumiem ich: to po prostu adresowanie potrzeb ludzi, którzy oczekują od życia dużo, ale nie na zasadzie „dam z siebie 120% i cierpliwie poczekam na efekty”, tylko zgodnie z podejściem „należy mi się, tu i teraz, mam przecież papier z uczelni wyższej”. Owszem, niektórzy mieli sporo szczęścia i znaleźli się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu przy odpowiednich ludziach i po prostu nie zmarnowali okazji. Ale w 99% za sukcesem (niezależnie od tego, jak go zdefiniujemy) stoi wieloletnia, ciężka praca i powolne budowanie potencjału do tego, żeby w końcu właściwie wykorzystać. To trochę tak, jakby każdy z nas codziennie napinał cięciwę przeogromnego łuku. Ci, którzy w to zadanie włożą jak najwięcej siebie, są w stanie napiąć cięciwę w taki sposób, że strzała poleci daleko i efektownie. I właśnie ten lot strzały widzimy my, patrząc na efekty działań tych, których podziwiamy. Widzimy niesamowity efekt, widzimy kwintesencję ich osiągnięć, widzimy migawkę i mówimy „WOW, ja też tak chcę”.

Większość obserwatorów nie patrzy na łuk, ale skupia się na strzale; zamiast całej góry, widzimy tylko jej czubek, który ktoś zdecydował się pokazać. Patrzymy na rozmaite jutuby i myślimy sobie, że to wygląda tak prosto, że każdy może to powtórzyć. Zaczynamy wierzyć, że – przykładowo – takie zarabianie na nieruchomościach jest banalnie proste: przecież wystarczy niewielki wkład własny, parę tysięcy na remont i home staging, żeby po zaledwie kilku tygodniach sprzedać to mieszkanie i zarobić na wczasy na Bali. „Zrób to kilka razy w roku i śmiej się w twarz wszystkim żuczkom, którzy dzień w dzień harują w biurze za średnią krajową” – zdają się mówić te poradniki. Niestety, to tak nie działa. Nie widząc lat mozolnego naciągania tej cięciwy, nie zdajesz sobie sprawy z drogi, którą przeszły osoby, które są w stanie wdrożyć taki plan w praktyce. Widząc plan z lotu ptaka pomijasz poszczególne etapy, do których nawet nie wiedziałbyś, jak się zabrać. Ignorujesz tysiące potencjalnych problemów po drodze, z których niemal każdy może zjeść Twój potencjalny zarobek i wpędzić Cię w niewesołą sytuację. Nie widzisz tej setki mieszkań, które trzeba obejrzeć żeby znaleźć okazję, nie myślisz o stresie, nieprzespanych nocach, telefonie rozgrzanym do czerwoności, codziennej walki z przeszkodami i tego utwardzania materiału, które następuje w trakcie całego procesu. Nie myślisz o tym, jak doświadczenie z przeszłości (często w zupełnie innych dziedzinach) ułatwiło realizację tego projektu. Wniosek pierwszy zatem: nawet projekty wyglądające na banalne i do zrobienia przez każdego zwykle kryją drugie dno, które stanowi o tym, czy całość rzeczywiście tak łatwo powtórzyć przez kogoś innego (na przykład przez Ciebie) z podobnym skutkiem.

A jak to było ze mną? Wychowałem się w rodzinie, gdzie ciężka praca była świętością – mimo, że to mocne stwierdzenie, chyba nie ma w nim większej przesady. Oboje rodziców po transformacji zachłysnęli się możliwościami, jakie się przed nimi otworzyli i zaczęli tyrać ponad siły, praktycznie dzień w dzień. Oboje całe życie pracowali na etacie i obcy im był duch przedsiębiorczości. Zamiast tego, sprzedawali mnóstwo godzin swojego czasu i wymieniali je na coraz bardziej wyższe stawki (oboje mają wyższe wykształcenie i działają w ‚cenionych’ zawodach). Jednocześnie, właśnie praca zawodowa była dla nich priorytetem i najwyższą wartością, której podporządkowywali niemal każdy dzień.

Chyba nie będziesz zaskoczony, że i mi wpoili (raczej przykładem, bo nie pamiętam rozmów na ten temat) podobne wartości. Dobre oceny, porządne wykształcenie i dobra praca na etacie – to były ich oczekiwania wobec mnie. W które ja się wpisałem, nie mając innych alternatyw, nie znając innych możliwości, nie próbując innych dróg.

Co z tego wynika? Ano chociażby to, że każdy z nas do pewnego momentu swojego życia postępuje tak, jak oczekują od niego inni. Każdy wychowuje się w pewnym środowisku, ma wpajane określone wzorce, obserwuje jak postępują inni. I jeśli brakuje w tym wszystkim pewnego rodzaju konstruktywnej, otwartej dyskusji (a chyba u większość z nas wychowywała się w czasach, kiedy to absolutnie nie był standard) i konstruktywnej krytyki, to człowiek wchodzi w dorosłość i nadal kroczy tą samą, przetartą i wielbioną przez miliony ścieżką. Tak było w moim przypadku.

A ta ścieżka zazwyczaj oznacza ciężką pracę, która sama w sobie jest wartością nadrzędną. Bo jeśli chcesz mieć dobre oceny, zdobyć odpowiednie wykształcenie, a później realizować się w porządnej pracy, to ni mniej, ni więcej – na każdym etapie życia musisz stale dorzucać do pieca. Efekty są bardzo różne, bo ciężka praca jednemu przyniesie upragnioną pozycję i status, a dla innego będzie synonimem wypruwania sobie żył w imię dobrobytu innych. Ten element losowości sprawia, że sam zwrot „ciężka praca” jest postrzegany raczej negatywnie i dzisiaj raczej nie jest synonimem drogi, która prowadzi do sukcesu (jakkolwiek zdefiniowanego). Nie do końca słusznie, bo o ile ciężka praca sukcesu nie gwarantuje, to na pewno zwiększa prawdopodobieństwo jego osiągnięcia!

Nikt z nas nie wybrał sobie tego, gdzie i kiedy się urodził, ani jakie wartości i doświadczenia wyniósł z dzieciństwa. A one determinują w znacznym stopniu, jak łatwo będzie nam realizować życiowe projekty, jak szeroko będziemy patrzyli na świat i co z niego wyciągniemy. Dlatego staram się nie oceniać innych przez pryzmat tego, jak żyją, co mają i w jaki sposób do tego doszli. A przynajmniej, staram się nie wystawiać pochopnych ocen czy wyciągać krzywdzących wniosków. Łatwo przecież krzywo spojrzeć na kogoś, kto ‚sprytem’ dochrapał się bogactwa albo z pogardą popatrzeć na bezdomnego – w końcu pewnie sam do tego doprowadził… Ale to przecież tylko wycinek, migawka z życia jednej osoby, której zwykle nie znamy, lub znamy pobieżnie. Poza tym chyba nikt nie ma złudzeń, że nasz doczesny świat nie jest sprawiedliwy. Mając tego świadomość i wiedząc, że absolutnie nie jesteśmy pępkiem wszechświata (a najzwyczajniej: nasze życie nie jest warte tak wiele, jak nam się wydaje), łatwiej nam spojrzeć na świat nieco z boku, bez niepotrzebnych emocji.

Przez bagaż doświadczeń, który kiedyś wyniosłem, bardzo trudno było mi przejść od pracy ciężkiej do mądrej… i chyba jeszcze do końca tego nie dokonałem. Ta zmiana trwa od kilku lat i nie ma związku tylko z pracą, ale wpływa na praktycznie każdy aspekt mojego życia. Powiedziałbym nawet, że powooooli budzę się z pewnego letargu, z takiego pół-snu, którym żyłem – aż wstyd się przyznać – jakieś 30 lat mojego życia. Chociaż to chyba nic nadzwyczajnego: przez pierwsze kilkanaście lat życia inaczej się chyba nie da, a co będzie potem, zależy już głównie od nas samych. Niektórzy potrzebują mniej, inni więcej czasu na przebudzenie się i spojrzenie na samych siebie i świat (oraz – w kontekście tego wpisu – pracę) znacznie szerzej. Ba – wcale bym się nie zdziwił, jeśli okazałoby się, że zdecydowana większość z nas żyje mało świadomie aż do śmierci! To poniekąd życie życiem innych, o którym kiedyś pisałem. Życie, które ktoś nam naszkicował, codzienność którą ktoś nam narzuca, tryb życia ustawiony pod czyjeś potrzeby…

A co to znaczy w kontekście pracy? Między innymi to, że podążamy śladami tych, wśród których się wychowaliśmy, a więc z bardzo dużym prawdopodobieństwem przez całe życie będziemy ciężko pracowali na etacie, z lepszym lub gorszym rezultatem (na marginesie, pod pewnymi warunkami w samej pracy na etacie nie ma nic złego – będzie o tym niedługo wpis!). W końcu etatowców jest 14 mln (spośród 17 mln pracujących!), a do tego 2/3 Polaków po prostu woli zarabianie w oparciu o tego typu umowę. Dla mnie też było to coś naturalnego, oczywistego, aż do czasu…

W miarę powolnego przebudzania i rozwijania się w innych obszarach, wprowadzam coraz więcej elementów mądrej pracy, stopniowo hamując ten źle kojarzący się element nadmiernego wysiłku, którego efekty mogą być bardzo różne. Ale co to w ogóle jest ta mądra praca?

Według mnie to przede wszystkim praca, która jest dopasowana do nas samych na danym etapie naszego życia. Każdy z nas jest inny, ma inne priorytety, które dodatkowo zmieniają się w czasie. Każdy ma inny potencjał i z różnych zapałem i konsekwencją chce go realizować. Na moim przykładzie: jeszcze 5-10 lat temu moim priorytetem była maksymalizacja produktywności, zarobków, umiejętności i doświadczenia w mojej branży. Dzisiaj sprawa ma się zupełnie inaczej: mam rodzinę, ważny jest dla mnie rozwój osobisty i rozmaite projekty (jak chociażby ten blog), których się podejmuję. Dlaczego więc miałbym z tą samą intensywnością wykonywać te same obowiązki w tych dwóch, jakże odmiennych etapach mojego życia? Większość pracodawców tego nie uwzględnia, automatycznie przeciążając/nie dociążając swoich pracowników, sprawiając że nie są oni zadowoleni z tego, co robią na co dzień. Pracodawca dopasowuje przecież wymagania wobec pracowników wobec swoich potrzeb, rzadko uwzględniając potrzeby i możliwości podwładnych. A przecież każdy może mieć mniejszą lub większą chęć na rozwinięcie skrzydeł, rozwój, angażowanie się w pracę zawodową… to wszystko pływa i dopóki nie potrafimy tych czynników dopasować do nas samych (lub ktoś nam tego zabrania), to o mądrej pracy nie może być mowy.

Co dalej? Koncentracja na tych zadaniach, które mają największe przełożenie na efekty i zadowolenie klienta. Wkładając tam 100% wysiłku, możemy zredukować zaangażowanie w pozostałych obszarach do 20%, lub wręcz próbować je delegować czy automatyzować. Tam, gdzie to mało istotne, próbujmy stosować wielowątkowość (tego można się nauczyć!). Znajdujmy czas na małe przyjemności, podczas których przekierujemy myśli na inne tory. Nie róbmy nic na siłę – jeśli nie idzie, to nie idzie. Może trzeba nieco odparować, żeby później w 5 minut rozwiązać problem, nad którym bezskutecznie siedzieliśmy 3 godziny. Nie inaczej było w przypadku tego wpisu: czułem, że z pierwszą wersją było coś nie tak. Była OK, ale dla mnie to za mało, mimo że zabrała mi już 3 godziny… postanowiłem więc pobiegać, a podczas tych 15 km ułożyłem sobie wpis, który bije na głowę poprzednią wersję. Szkoda tylko, że zanim wstukałem go do komputera, połowa z tego wyparowała 🙂

Idąc dalej: starajmy się koncentrować na ludziach, od których bije dobra aura, z którymi nam się dobrze współpracuje, jednocześnie wycinając bezproduktywne rozmowy o niczym z przypadkowymi ludźmi – tym sposobem szanujemy swój czas i nie pozwalamy innym na ‚okradanie’ nas z cennych minut. Nie dajmy sobie wrzucić na głowę za dużo, bądźmy asertywni (to coś, co przychodzi z doświadczeniem i wraz z budowaniem pewności siebie). Dbajmy o swoje ciało i umysł, bo bez dobrego zdrowia (zarówno psychicznego, jak i fizycznego), nie ma co mówić o mądrej pracy.

Wiesz, co jeszcze jest wręcz uskrzydlające? Praca, której nie wykonujesz dla pieniędzy. A dokładniej taka, gdzie pieniądze są dodatkiem; efektem ubocznym tego, co robisz. To mocno weryfikuje rzeczy, które naprawdę chcesz robić od tych, które musisz. Zdaję sobie sprawę, że praca bez względu na wynagrodzenie to ciężka koncepcja, ale po to czytasz tego bloga i po to ja go piszę, żebyśmy wspólnie przyjęli pewne trudne na pierwszy rzut oka koncepcje 🙂

Po drugiej stronie bieguna stoi praca, której efekty nie zależą od liczby godzin, które w nią włożyliśmy. Czyli: wkładamy sporo pary w coś, co później kręci się w nieskończoność, przynosząc nam dochód pasywny, lub przez lata sprawia, że świat jest lepszy, a ludzie żyją bardziej świadomie. Coś pięknego! I – co lepsze – coś jak najbardziej realnego!

Jak widzisz, tych elementów jest całkiem sporo i nie ma co się łudzić, że ktokolwiek od początku swojej kariery zawodowej będzie w stanie wprowadzić chociaż połowę z nich. Dlatego – nieco przewrotnie – wcale nie neguję ciężkiej pracy na 120% swoich możliwości na początku swojej drogi. Ale – jeśli tylko chcesz czegoś więcej – już od pierwszego dnia obserwuj, bądź uważny, wyciągaj wnioski. Z czasem sam zauważysz, że jesteś w stanie coś zautomatyzować, usprawnić, zmienić w taki sposób, żeby włożony wysiłek był mniejszy, a efekty lepsze. To metoda małych kroczków i wieloletniej drogi, z której wyciągniesz to, co będziesz uważał za wartościowe i odsiejesz te rzeczy, które nie do końca będą grały z Twoim systemem wartości. To jednocześnie droga, która weryfikuje wszystko to, co wpojono Ci za młodu.

Żałuję, że nie podałem Ci żadnej magicznej recepty na szybki i łatwy sukces, przy którym nie musiałbyś ubrudzić sobie rączek. Z czasem jednak będziesz w stanie osiągać całkiem niezłe rezultaty, bez większego angażowania się w wykonywaną pracę. Wielowątkowość, spostrzegawczość, doświadczenie – to wszystko pomoże Ci realizować cele wielokrotnie szybciej, niż na początku kariery zawodowej.

Osobiście uważam, że na tym etapie niesamowicie dużo daje praca zdalna. Jestem zdania, że o ile nie jest ona optymalnym wyborem na początku drogi zawodowej, to po osiągnięciu samodzielności stwarza ona niesamowicie wiele możliwości. Będąc pewnym tego, co wiesz i potrafiąc ocenić poszczególne sytuacje, możesz w pełni wprowadzić koncepcję mądrej pracy i nie narażać się na nieprzychylne spojrzenia tych, którzy nadal pracują ciężko. Moje początki nie były łatwe i zdarzało mi się ze zdziwieniem stwierdzać o godzinie 16ej, że nadal jestem w pidżamie i nawet nie umyłem od rana zębów, za to zrobiłem tyle, co w 3 dni w biurze 😉 Stopniowo zyskiwałem coraz większą kontrolę nad tym czasem, a ostatnio osiągam coraz lepsze efekty podczas prób zrównoleglania pewnych czynności. Przykładowo, jeśli mam dłuższą rozmowę z zespołem czy klientem (w praktyce: codziennie), to nie siedzę już jak kiedyś w miejscu i nie koncentruję się wyłącznie na niej, a zamiast tego na przykład przenoszę się do kuchni i gotuję dżem ze śliwek, robię przecier pomidorowy czy smażę naleśniki. Ba – zdarza się nawet, że wsiadam wtedy na trenażer i dzielnie pedałuję tą godzinkę jeśli wiem, że będę głównie słuchał o rzeczach, które niekoniecznie mnie interesują. W ten sposób nie tylko zmniejszam czas poświęcany na pracę, ale dodatkowo sprawiam, że te 4-5 godzin dziennie nie należy wyłącznie do mojego pracodawcy, ale ja sam potrafię coś z nich wyciągnąć. Ostatnio też pisałem o koncepcji wakacji bez urlopu, co dodatkowo  zmniejsza poczucie, że jestem w pracy.

Przykładowo, ten wpis finalizuję w Szczyrku, podczas naszego tygodniowego pół-urlopu.

A jeśli jedziesz już wystarczająco szybko, możesz zawierzyć Newtonowi i jego trzem zasadom dynamiki 🙂 Dzięki nim, masz duże szanse na zachowanie pędu, mimo że będziesz stale zmniejszał ciąg silników. Innymi słowy: wraz z doświadczeniem uczysz się pracować mądrze i stopniowo przechodzisz z modelu pracy ciężkiej i mądrej na pracę mądrą, absorbującą w coraz mniejszym stopniu, z naprawdę niewielkimi skutkami ubocznymi tego podejścia. A wtedy od Ciebie zależy, co z zrobisz z dodatkowym czasem wolnym, który się pojawi: osobiście potrzebowałem nieco powietrza na realizację siebie w innych dziedzinach i korzystam z tego, że nikt mi tego nie utrudnia. To bardzo ważna zaleta, która wynika z mądrej pracy zdalnej.

Sam przez pierwsze 7-10 lat pracy zawodowej dawałem z siebie dużo, czasami bardzo dużo. Żadnego narzekania, wymówek, po prostu ciężka praca i jej powolna optymalizacja, dzięki czemu stałem się specjalistą, bardzo wysoko cenionym przez rynek. Z biegiem lat, stopniowo zmniejszam ilość pary, którą przeznaczam na pracę w zawodzie, jednocześnie nadal ciesząc się z abstrakcyjnie wysokich zarobków.

Muszę stwierdzić, że te wszystkie doświadczenia i stopniowe zmiany, które wprowadzam są niesamowicie odświeżające. Wraz z eliminacją czasu na dojazdy do/z biura, zdecydowanym ograniczeniem mało interesujących rozmów z przypadkowymi ludźmi w pracy i większą koncentracją na swoich potrzebach podczas pracy, satysfakcja z tego, co robię na co dzień jest znacznie większa. Jednocześnie wiem, że nadal w pewnym stopniu jestem niewolnikiem swojej przeszłości i jeszcze nie do końca wyszedłem poza wpojone mi w przeszłości schematy. Ciągle robię postępy, również (głównie?) dzięki pisaniu tego bloga i słuchaniu tego, co macie mi do powiedzenia. Jednocześnie, nie neguję mojej dotychczasowej drogi i doceniam możliwości, które mi dała. Wykorzystałem je jak najlepiej umiałem, a od kilku lat powoli wypływam na nieznane mi do tej pory wody, których eksplorowanie sprawia mi strasznie dużo radości 🙂 Czy nie żałuję, że dopiero w wieku 30-kilku lat doszedłem do tych wniosków? Przecież mogłem wprowadzić w życie większość z tego co opisałem powyżej już lata temu. Ale równie dobrze mógłbym nigdy tego nie zrobić, prawda? Bo tu nie chodzi tylko o pracę, ale raczej o świadome życie w ogólności, które wcale nie jest czymś łatwym ani oczywistym do poznania i wdrożenia w praktyce.

PS Tak na marginesie: uważam, że rzeczy duże, znaczące, a do tego fajnie łączące sukces zawodowy i osobisty są tam, gdzie łączą się koncepcje pracy mądrej i ciężkiej. To połączenie daje niesamowite rezultaty, ale też kosztuje niesamowicie dużo. I tego raczej nie zobaczymy na własne oczy – tam nie ma rozgłosu, gotowych przepisów i dróg na skróty. Tam jest zwykła, powtarzalna, codzienna praca, o której za dużo nie ma co pisać, bo czym się tu fascynować? Tak działają niektórzy przedsiębiorcy i oni po prostu robią swoje, nie chwaląc się zbytnio, nie ekscytując, nie próbując pudrować tej rzeczywistości. I czasami dochodzą do rzeczy wielkich.

PS2 Ostatnio coraz więcej słucham podcastów, a coraz mniej czytam. To chyba trend, w którym znowu jestem gdzieś w ogonku, a większość z Was praktykuje to już od dawna. Zadam więc luźne, niezobowiązujące pytanie: czy chcielibyście, żeby wpisy na blogu były dostępne również w formie audio?

PS3 Jeśli jeszcze tego nie robisz, zachęcam do dołączenia do 270 osób, które śledzą mnie na Instagramie. Aktualnie publikuję wnioski z naszego pół-urlopu, które spędzamy w Szczyrku, próbując łączyć wakacje z pracą zawodową. A jeśli nie chcesz mieć zaległości w kolejnych wpisach, gorąco zachęcam do zapisania się na całkowicie bezspamowy newsletter!

31 KOMENTARZE

  1. Tylko nie audio. Czytając, mogę przewijać tekst, jeśli jakiś fragment mnie znudzi. Słuchając, nie bardzo mam tę możliwość, bo jak przesunę, to może coś istotnego przegapię. Niech blog zostanie blogiem, tak jest lepiej.

    • Wszystko do ustalenia, natomiast mając świadomość, że 1 tekst zabiera mi jakieś 5-8 godzin (od A do Z, nie tylko samo pisanie), a początki podcastów łatwe by nie były, to równoległe ciągnięcie obu form mogłoby być baaardzo wymagające czasowo.

      • Pewnie, chociaż w ramach popularyzacji tak dobrej treści zachęcam! Nie wiem, czy takie opcje Cię interesują, ale może warto skorzystać z pomocy do transkrypcji podcastów.

    • Na razie to nie mam nawet pojęcia, czy sprawdziłbym się w tej formie publikacji, więc audio byłoby na początku jedynie dodatkiem, który ukazywałby się raz na dłuższy czas.

  2. Również jestem zwolennikiem słowa pisanego – podcast, który trwa 1.5h na ogół czytam w 15-20 minut w formie pisanej, dodatkowo na mowie znacznie trudniej mi się skupić. Tak że dla mnie, jeśli audio to tylko jako dodatek do tekstu.
    P.S. Dbasz o anonimowość, więc weź pod uwagę, że ktoś może Cię rozpoznać po głosie 😉

    • Ostatnio coraz mniej dbam o anonimowość, chyba zaczynam się łamać 🙂
      Ale masz rację, często godzina audio mogłaby tak naprawdę być skondensowana do kilku minut konkretów. Tyle, że podcastów słucham biegając, jadąc autem czy podczas innych czynności, kiedy głowę mam względnie wolną, ale nie byłbym w stanie skupić się na czytaniu.

      • Hej osobiście polecam trzy, których ja słucham. Michała Szafrańskiego, Marcina Iwucia i Marta Baczewska Golik z ruszamy nieruchomości. CO do produkcji podcatsów to Marek Jankowski z podcastem Mała Wielka FIrma.
        Fajnie, że otwierasz oczy niektórym pokazując, że moment w którym jesteś wymagał od Ciebie ogromnej pracy. Wszyscy naokoło widzą tylko czyjś sukces (albo porażkę) a rzadko kto zagłębia się by zobaczyć jaka wyboista droga była przed tymi osobami.
        Zdecydowanie wolę pracę mądrą, optymalizację i wykorzystywanie czasu na realizowanie siebie. Ale nie każdy ma takie szczęście jak my, że może sobie pozwolić na pracę zdalną. Nie każdy też może tak pracować – samodyscyplina jest mega wyzwaniem w takim wypadku.

  3. Bardzo ciekawy i mądry wpis (tak jak inne zresztą). Można sporo wyciągnąć z niego dla siebie. Jeśli chodzi o formę – ja wolę słowo pisane, ale podcasty też zdarza mi się posłuchać czasami. Najlepiej chyba jak sam zdecydujesz co jest Tobie bliższe. Pozdrawiam!

    • Ja dopiero zaczynam, na razie bardzo wciągnęło mnie „Więcej niż zdrowe odżywianie”, podobają mi się też podcasty „Projektant życia”. Przesłuchałem też parę odcinków Patta Flynna, chyba bardzo żeby sprawdzić, czym się inspirował Michał Szafrański. Też dobre, chociaż na razie żaden odcinek mnie jakoś strasznie nie porwał. Chyba że patrzyłbym na nie jako na lekcje angielskiego – tam naprawdę można liznąc sporo takiego ‚prawdziwego’ języka.

  4. Super artykuł i świetne przemyślenia. Jakże zbieżne z moimi obecnymi :).
    Bardzo się cieszę, że napisałeś o tym micie szybkiego sukcesu i ciężkiej regularnej pracy na sukces. Myślę, że sport jest tego odzwierciedleniem. W życiu jest tak samo jak w sporcie – musisz bardzo dużo i długo trenować daną dyscyplinę skupiając się na konkretnym celu, zanim dojdziesz do efektu WOW.
    Pozdrawiam.

    • To zasady, które można przełożyć na niesamowicie wiele sfer życia. Szkoda, że tak niewielu ma wystarczająco dużo zapału i determinacji, żeby wybrać tą dłuższą, ale pewną ścieżkę. Z jakiegoś powodu większość woli drogi na skróty, nawet jeśli prowadzą na manowce 🙂

  5. Działalność prowadzę od kilkunastu lat więc muszę przyznać że jest sporo racji w tym co napisałeś. Nie tak łatwo zbudować coś, tym bardziej jeśli zaczyna się od kompletnego zera. Ale jeśli ma się odpowiednio dużo samozaparcia i dużo pomysłów, to istnieje duże prawdopodobieństwo że prędzej czy później nam się uda wypracować założony cel.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię