Pochwała prostoty

Chciałbym Wam opowiedzieć o pewnym rytuale, który wykonuję od mniej więcej roku co 3 dni. Rytuale, który daje mi poczucie normalności i pokazuje, jak wiele pracy może kosztować zaspokojenie podstawowych potrzeb człowieka. Mowa będzie o pieczeniu chleba. Pytasz, co takiego jest w pieczeniu chleba, żeby nadawać temu jakieś specjalne znaczenie? W takim razie zapraszam do lektury 🙂

Wszystko zaczyna się na rynku – kupuję mąki. Takie, jakie w sklepie bardzo ciężko znaleźć – pszenną razową i żytnią razową. Razową, czyli typu 2000 – oznacza to, że ziarno zostało zmielone tylko raz i zawiera cały wachlarz bogatych w składniki mineralne łupin, które są odrzucane przy produkcji ‚zwykłej’, białej mąki. Słusznych rozmiarów pracownica młyna wsypuje mąkę do kartonowych worków i oznacza jej typ (P – pszenna, Ż – żytnia), chociaż to już dawno niepotrzebne – teraz nawet obudzony z głębokiego snu w środku nowy rozpoznałbym je bez oznaczeń.

maka

Przygotowania zaczynam dzień wcześniej. Wyjmuję z lodówki zakwas (który zacząłem hodować ponad rok temu) i daję mu chwilę na ogrzanie się do temperatury pokojowej. ‚Karmię’ go 150 gr mąki żytniej razowej i dodaję około 150 ml wody. Mieszam i odstawiam na noc. Rano ponawiam ten proces i wychodzę do pracy. Po powrocie zaczynam tworzenie mieszanki: wlewam zakwas do miski (50 ml odstawiam do lodówki na kolejne pieczenie), dodaję pół szklanki mąki żytniej razowej, drugie pół pszennej razowej, oraz 3 szklanki zwykłej mąki pszennej. Solę, dosypuję czarnuszki, dodaję ziarna słonecznika i dyni. Teraz czas wodę – około 400 ml. Mieszam. W jedną stronę, żeby chleb się nie rozwarstwił. Około 350 razy 🙂 Wlewam całość do foremek i odstawiam na 2 godziny do wyrośnięcia. Następnie ustawiam piekarnik, a w trakcie jego nagrzewania, nacinam chleb w taki sposób, żeby nie popękał w sposób niekontrolowany (czyli wzdłuż, co i tak zwykle następuje) i spryskuję mgiełką wody z rozpylacza do kwiatów. Wstawiam do piekarnika. 220 stopni przez 15 minut. 200 stopni kolejne 15. 180 stopni przez 40 ostatnich minut pieczenia. Wyjmuję z form i kładę na szczebelki (tak, żeby był dostęp powietrza od dołu) do ostygnięcia.

Pracochłonność całości: około 30 minut, rozbite na niewielkie, nawet 5-minutowe etapy, rozciągnięte na przestrzeni 2 dni. A efekt?

chleby

Może nie wygląda jak modelowy wypiek z książki kucharskiej, ale smakuje naprawdę wybornie!

Pytanie za 100 punktów brzmi: czy ktoś jeszcze celebruje w ten sposób tak banalną czynność, jak pieczenie chleba? I to w sposób najbardziej czasochłonny z możliwych – bazując na samodzielnie wyhodowanym zakwasie, zamiast na drożdżach ze sklepu? Przecież większość z nas nawet nie wie, że może własnoręcznie upiec domowy chleb – bez żadnych specjalnych sprzętów i umiejętności. Ale po co to robić, skoro można kupić pieczywo w dowolnej piekarni czy markecie?

Regularnie piekę chleb z kilku powodów. Najważniejszy to świadomość, jak bardzo piekarze udoskonalili umiejętność produkcji produktów chlebopodobnych pod takimi etykietami jak ‚słonecznikowy’, ‚codzienny’ czy ‚razowy’. Czy wiecie, że powszechną praktyką jest dodawanie karmelu do mieszanki chlebowej, dzięki której najzwyklejszy bochenek udaje ciemne pieczywo? Albo że w takim chlebie ‚razowym’ mąki razowej jest tyle, co kot napłakał? „Wielka mi rzecz” – powiecie – „co to ma za znaczenie?”. A właśnie, że ma. Chleb w naszej kulturze odgrywa ogromną rolę i zawsze był podstawowym produktem na niemal każdym polskim stole. Kiedyś gospodynie wypiekały prawdziwy, domowy chleb każdej niedzieli w wielkich piecach. Chleb taki najlepiej smakował z masłem – położenie na niego czegokolwiek więcej byłoby profanacją i zmieniłoby doskonały smak ciepłego jeszcze chleba z masłem. Przenieśmy się do przodu o kilka dekad – do czasów współczesnych. Przyzwyczailiśmy się do sztucznego smaku pieczywa z marketu, do jego chemicznego zapachu. I rzucamy się na bułeczki, bo ‚jeszcze świeże, jeszcze ciepłe’. A co powiecie na temat ich świeżości chociaż 1 dzień później? Mój chleb bez trudu zachowuje swoje walory 3-4 dni i zachowałby dłużej, ale jakoś jeszcze nigdy tak długo nie przetrwał choćby kawałek 🙂 Przetrwałby, mimo że nie zawiera żadnych sztucznych barwników i dodatków. Ale kto jeszcze piecze swój własny chleb? Jakiś czas po tym, jak zainicjowałem ten zwyczaj z radością spostrzegam, że nawet w dalszej rodzinie od czasu do czasu ktoś przypomina sobie dzięki temu smak własnego pieczywa i decyduje się poświęcić chwilę czasu na samodzielny wypiek.

chleb_zwykly

Jest jeszcze jeden – nawet ważniejszy – powód, dla którego wypiekam chleb dla rodziny. To tytułowa pochwała prostoty. To powtarzająca się, regularna procedura którą powtarzam aż do znudzenia, a której efektem jest powstanie czegoś w sam raz dla nas. To świadome zwolnienie obrotów, odseparowanie od pędzącego świata. To intencjonalna rezygnacja od wizyty w piekarni i kupna produktu chlebopodobnego. To manifest mojego niezadowolenia z faktu, że już niemal wszystkie niegdysiejsze obowiązki obdarliśmy z dostojności i znaczenia i – najzwyczajniej na świecie – zautomatyzowaliśmy. Śmiejecie się. „Automatyzacja jest dobra, to miara postępu, bez której nadal 90% swojego czasu poświęcalibyśmy tylko na to,  żeby przeżyć”. Zgadzam się – ale automatyzacja to również stopniowe obdzieranie nas z człowieczeństwa, próba stworzenia armii wyspecjalizowanych robotów, które bazują na codziennych dostawach gotowych produktów (wytworzonych przez inne roboty) i które – pozostawione samemu sobie – nie potrafiłyby się w żaden sposób odnaleźć w najprostszych czynnościach (jak nad tym pracować, niedawno pisałem).

Pieczenie chleba to moja pochwała prostoty. To jedna z kilku regularnie wykonywanych czynności, których świadomie nie zgodziłem się mi odebrać, zautomatyzować. O ile nie namawiam Cię do spędzania większości czasu poza pracą na czynności, których wynik można bardzo łatwo osiągnąć w inny sposób, to gorąco zachęcam do wyboru jednej czynności, którą aktualnie wykonuje za Was ktoś inny, i próby samodzielnej realizacji wybranej potrzeby. Docenisz wtedy pracę tych, których na co dzień nawet nie zauważasz. Będziesz pod wrażeniem prostoty, z jaką osiągasz skutek. A kto wie – być może tak jak ja – zasmakujesz w samodzielnym wykonywaniu wybranej przez siebie czynności i znajdziesz w niej spokój i choć chwilowe zwolnienie tempa życia?

A może już teraz robisz coś podobnego, nie zważając na zysk (mój chleb kosztuje więcej niż te, które standardowo są dostępne w sklepie), a doceniając samą czynność i jej niesamowitą prostotę? Chętnie się dowiem, co to takiego!

[ Edytowany 16.07.2013 ] Dzisiaj udało mi się cyknąć zdjęcie stoiska ‚mącznego’ na rynku – sami powiedzcie, czy to nie wygląda pięknie?

rynek_maka

Jedyne, co według mnie ‚przebija’ takie stoisko to dostęp do pobliskiego młyna z tanią, lokalną mąką. Jeśli ktoś tak ma – zazdroszczę!

58 komentarzy do “Pochwała prostoty”

  1. Daniel 15 lipca 2013 at 6:34 pm #

    I takie podejście mi się podoba! Zysk nie jest przez Ciebie przeliczany – jak to w dzisiejszym, kapitalistycznym społeczeństwie bywa – wyłącznie na czas i pieniądze. Liczy się przede wszystkim jakość życia i to co je ubogaca, wpływa prawdziwie na zwiększanie jego jakości (niekoniecznie przez powiększanie naszego „dobrostanu”). Nie damy z siebie zrobić automatów, obezwładnionych przez kajdany wąskiej specjalizacji! Świetny pomysł z tym chlebem, apetycznie wygląda 🙂 Rozumiem, że przygotowujecie pieczywo wspólnie z małżonką? 🙂 Jak sobie wyobrażam sobie, że w tym samym czasie większość małżeństw ogląda bez żadnego celu telewizję (może i w osobnych pokojach) to naprawdę robi się żal, że aż tak bardzo przyzwyczailiśmy się do tak biernych sposobów spędzania wolnego czasu. Erich Fromm miał chyba rację pisząc w książce „O sztuce miłości”: „Dzisiejszy człowiek uważa, że traci coś – czas – kiedy nie działa dość szybko; a jednak nie wie potem, co zrobić z czasem, który zyskał – może go tylko zabić”. Albo dalej: ” Kiedy nie pracuje, chce leniuchować, leżeć sobie, nic nie robiąc lub, innymi słowy „relaksować się”. I właśnie ta chęć nieróbstwa jest w dużej mierze reakcją przeciwko rutynie życia. Człowiek przez 8 godzin dziennie musi zużywać swą energię nie dla własnych celów, w sposób nie wymyślony przez siebie, lecz narzucony mu przez rytm pracy, i właśnie dlatego buntuje się i ten jego bunt przybiera postać dziecinnego folgowania sobie”. Cieszę się, że pokazujesz swoim przykładem, że można inaczej 🙂

    • Daniel 15 lipca 2013 at 6:37 pm #

      Tak sobie myślę, w nawiązaniu do Twojego bloga i słów Fromma, że osiągnięcie jednego z celów opisywanego na blogu – wolności finansowej- byłoby dla wielu ludzi po prostu prawdziwym koszmarem. Kompletnie nie wiedzieliby co zrobić ze swoim wolnym czasem, zanudziliby się na śmierć.

      • wolny
        wolny 15 lipca 2013 at 7:09 pm #

        TAK TAK i jeszcze raz TAK! Dlatego już jakiś czas temu napisałem ten wpis. I zdaję sobie sprawę, że emerytura, na którą ja przejdę, będzie postrzegana przez innych po prostu jak przebranżowienie, w niczym nie przypominająca powszechne wyobrażenie o sączeniu drinka gdzieś pod palmą (co za nuda! 🙂 )

    • wolny
      wolny 15 lipca 2013 at 7:06 pm #

      Bardzo, bardzo dziękuję za ten komentarz – czegoś właśnie takiego było mi potrzeba po ostatnich, nieco mniej przychylnych komentarzach. Przywróciłeś mój spokój – mimo chwilowego ‚trybu zombie’ w którym aktualnie żyję dzięki mojej kochanej córeczce, miło wiedzieć, że nadal potrafię coś wartościowego napisać 🙂
      Ale chleb piekę sam – to akurat tylko moja domena, żona go tylko później pałaszuje i to jest dla mnie wystarczająca nagroda 🙂
      Super cytaty – szczególnie ten pierwszy. Aż żal, że nie użyłem go we wpisie.
      Pozdrawiam!

      • Daniel 15 lipca 2013 at 7:42 pm #

        Cieszę się, że udało mi się przywrócić Ci spokój i motywację 🙂 Mam nadzieję, że sam na tym skorzystam dzięki kolejnym inspirującym wpisom 😉 Co do cytatów to bardzo polecam książki tego autora (np. „Mieć czy być”, „O sztuce miłości” „Ucieczka od wolności”). Myślę, że możesz w nich znaleźć sporo inspiracji, które wykorzystasz później w postach. Ja właśnie dzięki Frommowi zmieniłem swój światopogląd na zdecydowanie bardziej minimalistyczny. Polecam i pozdrawiam również 🙂

        • wolny
          wolny 15 lipca 2013 at 8:01 pm #

          Zajrzałem na Twój blog i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, że moje wpisy skłoniły Cię do takich zmian 🙂 Trzymaj tak dalej – i śmiało pisz, co zmieniłeś i co Ci to dało (zabrało?). Jeśli nie chcesz w komentarzach, to korzystaj z maila wolny@wolnymbyc.pl – zawsze jestem ciekawy, czy mój sposób życia sprawdzi się u innych!

          • Daniel 15 lipca 2013 at 9:28 pm #

            Blog dotyczy akurat zupełnie innej tematyki, dlatego w tamtym miejscu nie będę się skupiał na zmianach w stylu życia (może tylko w przypadku, gdy minimalizm będzie się wiązał z zarabianiem w Internecie :D). Planuję jednak założyć nowego bloga o takiej tematyce. Nie wiem tylko kiedy to nastąpi 🙂

            • Daniel 15 lipca 2013 at 9:31 pm #

              Będę na pewno odzywał się czasami w komentarzach, może też czasami się czymś pochwalę 🙂

            • wolny
              wolny 15 lipca 2013 at 11:16 pm #

              W takim razie kibicuję! W Internecie jest jeszcze mnóstwo miejsca na takie blogi jak ten, więc trzymam kciuki i służę poradą w razie pytań.

  2. iksińska 15 lipca 2013 at 9:14 pm #

    Rozumiem Cię wolny doskonale..mimo pędu dzisiejszego życia .. (chociaz na razie jestem na etapie szukania nowej pracy, niestety – więc nie znowu takim pędzie 🙂 ja uwielbiam piec..(przyznaję chleb raczej okazyjnie), ale świeże bułeczki na pełnoziarnistej mące to co sobotę- jak z mężem celebrujemy właśnie te poranki. Nie robiąc reklamy, serdecznie polecam blog gotuj.skutecznie.pl i przepis Pani Magdy na różne bułeczki (na chleb także i wiele innych), które naprawdę nie wymagają aż tyle zachodu..a baaardzo cieszą. Uwielbiam celebrowac takie chwile. Jak cały dom pachnie wypiekami – do upieczenia chleba wystarczy nam zwykły piekarnik, niekoniecznie super wypaśny zestaw agd, w którym tylko wsypujemy składniki…i już..mamy superaśny chleb..który i tak dalibysmy rade wypiec w normalnym piekarniku. Poza tym cenię sobie zdrową, ekologiczną zywność, dlatego sadzę swoją sałatę, marchewkę, groszek, pomidorki koktajlowe, truskawki, ogórki, fasolkę szparagową, maliny i wszystko co uwielbiam. Sieję i regularnie zbieram równiez zioła, a jak niektórych nie mam w ogrodzie, to wybieram się na pobliską łąkę i zbieram skrzyp polny, z mlecza robię syrop, to samo z kwiatów i owoców czarnego bzu..ile w tym radości..a jeszcze więcej zdrowia. Musimy się czasem zatrzymac i cieszyć się zapachem chleba, ciasta drożdzowego u mamy, słońcem, polnymi kwiatkami, śpiewem ptaków, rechotaniem żab..cieszyć się właśnie tymi małymi szczęściami ..

    • wolny
      wolny 15 lipca 2013 at 11:20 pm #

      super podejście…i zazdroszczę miejsca w ogródku na te wszystkie warzywa. Sam ledwo posmakuję tego i owego, ale w warunkach typowo miejskich trzeba iść na duże kompromisy.
      Czy po ostatniej wymianie komentarzy cokolwiek się ruszyło w sprawie pracy?

      • iksińska 17 lipca 2013 at 4:14 pm #

        Co do pracy..to generalnie jest dziwnie:D Mieszkam 2km od Poznania, czyli właściwie w Poznaniu 🙂 wszędzie słysze..”taa..w dużym miescie, owszem sa wieksze wydatki, ale płacą też więcej” A tu klops. Owszem nie powiem, miałam propozycje pracy! Całe 2000 brutto i to już z wliczoną premią! (co daje ok. 1459 netto- ale, jak się okazało w trakcie rozmowy, że to już z premią to balam się zapytać, jaka własciwie była sama zasadnicza (( pomijając że to na drugim końcu miasta, więc z tego jeszcze 4 stówki na paliwko myt) Już na pierwszym roku licencjata, gdzie miałam małe doświadczenie z zakresu księgowości, proponowali mi więcej- a tu taka niespodzianka i to notabene nie w małej firemce ale w uhuhu „spółce giełdowej”. Więc zastanawiam się co jest grane?? Czy to ja mam za wysokie wymagania..yy;/ ? Czy to po prostu pracodawcy żerując na obecnym propagowanym trendzie ” że o pracę dziś ciężko” proponują prawie że najniższą krajową…a na pewno jakiś jeleń znajdzie się do mrówczej pracy w zabawę w uzgadnianie cyferek. No nie ukrywam że mi trochę ręce opadają, a na te pseudo castingi już powoli nie mam siły chodzić. I weź tu bądz optymistą:D Pozostaje mi rozładowanie emocji, w trakcie sobotniego wyrabiania ciasta na bułeczki 🙂 Chyba, że ktoś mnie zarazi jakąś przepozytywną energią,

  3. stock 16 lipca 2013 at 7:51 am #

    Moja pierwsza próba wypieku chleba była nieudana, ale do tematu wrócę po urlopie. Natomiast co do kosztów, to jest wiele opinii, że chleb pieczony w domu może być tańszy od sklepowego. Sam się przekonam, ale to chyba możliwe, tym bardziej, że ja nie potrzebuję (wręcz nie powinienem) używać grubozmielonej, razowej mąki, a zwykła w młynie, do którego mam dostęp, kosztuje grosze.

    • wolny
      wolny 16 lipca 2013 at 8:16 am #

      Hmmm – pewnie tak, chociaż może być ciężko, nawet w przypadku zwykłego chleba z białej mąki. Chwilowo moja żona nie je pieczywa pieczonego przeze mnie (to w związku z karmieniem piersią, bo mała źle reagowała, a przynajmniej tak przypuszczamy) i kupuję Jej zwykły chleb biały w Lidlu. Bodajże 1,49 zł, a smak, konsystencja i jego trwałość nie jest wcale zła jak na takie marketowe pieczywo. Jak zsumujesz mąkę, drożdże i prąd zużyty przez piekarnik możesz przegrać z Lidlem 🙂 Chociaż prawdopodobnie wyjdzie chleb o znacznie większej gramaturze niż marketowy (a i tak znacznie szybciej go zjesz 🙂 ). Ale naprawdę nie ma co porównywać – moje chleby (piekę zawsze 2 małe, ~ 300 gram każdy – to zupełnie ‚na oko’) kosztują w sumie pewnie około 4 zł (a może i więcej) i nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby skorzystać z tańszej i szybciej opcji kupna gotowego produktu. Raz na kilka tygodni zdarzy mi się kupić bułkę, za którą często płacę 70-80 groszy, a jej walory (smakowe i każde inne) każdorazowo utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto piec samemu!

    • Kama 27 listopada 2014 at 8:24 am #

      Ja piekę chleb już jakieś pół roku i już to przeliczałam wiele razy. Fakty są takie, że taki chlebek wychodzi taniej. U mnie w domu od dawien dawna kupuje się chleb razowy i od pewnego czasu ciężko było znaleźć dobry chleb. Te, które kupowaliśmy popsuły się i ciężko było znaleźć godnego zastępcę. W końcu mi się udało ale kosztował 5,90. Czyli przy obliczaniu brałam pod uwagę tą cenę i dla mnie pieczenie samej wychodzi tak jakbym pół miesiąca miała chleb za darmo :). Wiem,że są razowce za 3,50 a nawet 2,90 ale nawet ich nie biorę pod uwagę bo są to właśnie wyroby chlebopodobne. No i pieczenie samemu otwiera oczy bo w tej chwili nawet nie zjem już chleba sklepowego czy to z hipermarketu czy sklepu osiedlowego a nawet z piekarni. Raz, że kolor mają jakiś sztuczny , dwa nie wiedzieć czemu wszystkie zajeżdżają jakąś stęchlizną a dwa smakują jak jedno wielkie g.. Tak więc polecam a na pewno się nie rozczarujecie .

  4. Nika 16 lipca 2013 at 11:17 am #

    Moim rytualem tego typu jest coroczne robienie przetworow: jarzyn na ratatouille albo konfitur z moreli , mirabelek, fig.
    Wtedy czas ie zatrzymuje, a ja pracuje w swoim „laboratorium” na tarasie pod figowcem.
    I nigdy nie kupuje owocow, ani jarzyn, bo albo mam swoje, albo dostaje od zaprzyjaznionych osob.
    Na czwartek i piatek wzielam specjalnie wolne, bo pora robic konfitury z moreli. Znajomy ma sad na wlasne potrzeby. Owoce dojrzewaja na drzewie, a slonca tam nie brak. Juz sie nie moge doczekac jutrzejszego wieczoru i momentu gdy wsiade do samolotu by poleciec do domu..
    Pozdrawiam
    Nika

    • wolny
      wolny 16 lipca 2013 at 11:27 am #

      Ehh – ale to pięknie brzmi! Taras pod figowcem i przygotowywanie własnych konfitur… zazdroszczę! Sami też staramy się zawsze ‚uzbroić’ na zimę, ale zakupy robimy na rynku, a pracę wykonujemy w kuchni, więc klimat jest ‚nieco’ inny 🙂
      Własne konfitury mają jeszcze dodatkowe zalety – nasza konfitura ze śliwek nie ma w sobie żadnego dodatkowego cukru (a i tak jest słodka, jeśli w odpowiednim momencie kupi się owoce) – a spróbujcie znaleźć coś takiego w sklepie… niestety zwykle cukru jest znacznie więcej niż wsadu owocowego, i to niezależnie od tego, czy taki produkt jest nazwany ‚dżemem’, czy otrzymał nobilitujące określenie ‚konfitury’.

  5. Aniya 16 lipca 2013 at 1:29 pm #

    Rozmarzyłam się tym chlebem, jego zapach był jednym z najsilniejszych w dzieciństwie. Może i sama się przymierze do niego 🙂

  6. Adam 16 lipca 2013 at 2:08 pm #

    Mam mieszane uczucia. Oczywiście, można rzecz pielęgnować. W praktyce jednak niewiele to zmienia. Z jednej bowiem strony nadal mnóstwo produktów spożywczych takich jak: masło, mleko, sery czy śmietana itd. będziemy kupowali w sklepie. Z drugiej strony: przy odrobinie chęci i szczęście można znaleźć piekarnię, w której wypiekają prawdziwe chleby na zakwasie, a nie na drożdżach. Polecam ciekawy artykuł o chlebie, na tyle dobry, że zarchiwizowany przeze mnie parę lat temu:
    http://wyborcza.pl/1,76842,8683125,Chleb_to_nie_jakas_pierdolka.html

    • wolny
      wolny 16 lipca 2013 at 4:13 pm #

      Artykuł Pani Bosackiej – pisałem o Niej w którymś we wpisów 🙂 Bardzo dobry, ale ciężko mi uwierzyć, żeby znalezienie takiej piekarni było zadaniem wykonalnym dla każdego. Są pewnie wyjątki, ale też słyszałem, że już nawet pieczywo na zakwasie kupione w piekarni nie jest gwarantem naturalności – zakwas również może być ‚oszukany’ i być pełny chemicznych dodatków. Szczegółów nie znam, ale na zdrowy rozsądek: jaka piekarnia ‚bawiłaby się’ w tak pracochłonny proces wypieku, skoro można lekko oszukać i znacznie to przyspieszyć? Widuję też czasami chleby za około 9-10 zł (za 400-gramowy bochenek) – być może to właśnie te mityczne, naturalne wypieki? Raz na jakiś czas bym kupił, ale na co dzień… znając siebie wątpię 🙂
      Zdajesz sobie na pewno sprawę, że sam wypiek chleba to tylko jeden z przykładów, które można mnożyć, i które mogą być zupełnie inne dla każdego. Mogą – ale zazwyczaj bywa tak, że – jak to napisał wyżej Daniel – wolimy oszczędzać czas na czym się da, żeby później bez wyrzutów sumienia go zmarnować przed telewizorem.
      PS Właśnie mi się przypomniało, że znajomy, o którym niedawno pisałem porównując nasze koszty typowego dnia pracy czasami kupuje właśnie taki ciemny chleb na zakwasie. Płaci on 3 zł… za 4 kromki takiego chleba. Owszem – duże, mokre, ciężkie, ale i tak na pewno nie ważą więcej niż 100-150 gram. To jest dopiero złoty interes 🙂
      Dziękuję za Twój pierwszy komentarz na moim blogu!

      • Adam 16 lipca 2013 at 8:14 pm #

        Dziękuję za miłe słowa Autorowi Blogu. W kwestii formalnej: to nie jest mój pierwszy wpis, a trzeci lub czwarty. Komentowałem m. in. „Historie kuchenne”, cz III.

        A propos zakwasu chlebowego: kupujemy go we wspominanej przeze mnie piekarni (0,90zł za 0,5l.) i używamy jako składnik zup. Uwielbiam takie zupy i polecam, bo są zdrowe i mają fajowy posmak. 🙂

        • wolny
          wolny 16 lipca 2013 at 8:27 pm #

          Ups – przepraszam, sugerowałem się tym, że musiałem zatwierdzić Twój komentarz, a zatwierdzanie dotyczy tylko pierwszego komentarza danego autora. Ale ta zmiana została wprowadzona niedawno, więc może stąd pomyłka.

          Czy ten zakwas chlebowy to co innego niż kwas dodawany do żuru?

          Ciekawy jestem, czy masz tam skład tego zakwasu. Jeśli jest prawdziwy, powinna być praktycznie mąka i woda.

          • Adam 17 lipca 2013 at 11:16 am #

            Niestety – tego nie wiem. Dobrotliwość tegoż produktu stwierdzam na własnym wrażliwym żołądku – na który niczym balsam działają jogurty i właśnie owe zupy na zakwasie. Więc tu działam nieco „na czuja”, intuicyjnie.

            Coś jednak pozytywnego musi być na rzeczy, bo nie tak dawno zwinęła się elegancka sieciowa piekarnia funkcjonująca nieopodal na osiedlu, a ta ma się świetnie, mając grono „wielbicieli”. Obecnie (niestety) jadam chlebowe podróbki, bo piekarnia na 2 tyg. zamknięta – urlop. 🙁

            • wolny
              wolny 17 lipca 2013 at 1:39 pm #

              Jeśli rzeczywiście widzisz dużą różnicę w jakości tych wypieków, to coś w tym musi być. A jak obecnie mają urlop, to masz idealną okazję do spróbowania pieczenia własnego chleba! 🙂

    • Kama 27 listopada 2014 at 8:35 am #

      ja też tak myślałam , szukałam dobrego chleba i wydawało mi się że znalazłam najlepszy chleb na Świecie dopóki sama nie zaczęłam piec. Ten piekarniany z pozycji króla spadł do czyścibuta tego domowego bardzo szybko. A i czasami jak nie upiekę bo mi się akurat nie chcę to kupuję ten, którym się tak zachwycałam i zdałam sobie sprawę w jakiej żyłam niewiedzy. Jak mogłam się zachwycać tak paskudnym chlebem.

  7. Tomasz T 17 lipca 2013 at 5:05 am #

    Tak, odpowiedź na postawione pytanie – pieczemy chleb na zakwasie od kilku lat z większymi bądź mniejszymi przerwami.
    W dobrą stronę podążasz :-).
    Pieczemy od kilku lat, ale dopiero w tym roku odkryliśmy czarnuszkę – wg. mnie pasuje bardziej niż kminek, który kojarzy mi się głównie z chlebem z Austrii :-).

    Z racji miejsca zamieszkania mamy możliwość kupowania mąki z podobnego źródła jak na załączonym przez Ciebie zdjęciu. Aczkolwiek zaopatrujemy się we młynie i taką formę polecam – jest najtańsza niż w sklepie.
    Jeśli mógłbym polecić (skoro pieczesz regularnie) zakup większej ilości prosto z młyna (może być z netu bądź z jakiegoś lokalnego) – będzie taniej.

    Czy eksperymentowałeś z mąką orkiszową? Jest dość droga, ale podobno smaczna i zdrowsza niż zwykła pszeniczna.

    Pozdrawiam i sukcesów przy kolejnych wypiekach.

    p.s 1. jeśli nie czytałeś to kiedyś pisałem o pieczeniu chleba (jak to wygląda u nas):
    http://wystarczy-mniej.blogspot.com/2013/03/rzecz-o-chlebie.html
    p.s 2. w głowie cały cza kiełkuje myśl o prawdziwym piecu chlebowym opalanym drewnem…… Kiedyś go zbuduję 🙂

    • wolny
      wolny 17 lipca 2013 at 7:13 am #

      Twój wpis czytałem i nawet go skomentowałem – właśnie wtedy napisałem o czarnuszce, więc bardzo możliwe, że spróbowałeś jej po moim poleceniu tej wspaniałej przyprawy 🙂 Czy sam ją wysiałeś – tak jak planowałeś?
      Aż ciężko uwierzyć, że tamten wpis i komentarze miały miejsce ponad 4 miesiące temu – widać, że w blogosferze czas (i następujące po sobie wpisy) pędzi równie szybko jak w życiu.
      Mąki orkiszowej nie miałem przyjemności wypróbować – ale zaciekawiłeś mnie tym pomysłem. Może następnym razem się skuszę. I chyba rzeczywiście muszę zrobić jakieś rozeznanie okolicznych młynów – tylko przy moim sporadycznym korzystaniu z samochodu w grę wchodziłaby tylko wysyłka, co pewnie mocno obniża atrakcyjność takiego zakupu.
      Pozdrawiam!

      • Tomasz T 18 lipca 2013 at 5:23 am #

        Dzięki za przypomnienie – przeoczyłem to jak teraz pisałem komentarz :-).
        Czarnuszki nie wysiałem bo nie znalazłem nasion do siewu jak wiosną sialiśmy różne zioła.
        Mogłem spróbować z tymi, które używam do chleba ale nie zrobiłem tego – stwierdziłem (nie sprawdzając tego), że te nasiona nie wzejdą i muszę mieć do siewu :-).

        Zakup jednorazowy, nawet jeśli będziesz jechał samochodem może się opłacać, u nas kg mąki żytniej prosto z młyna to koszt ok. 1,70-1,85zł.

        Pozdrawiam,

        • wolny
          wolny 18 lipca 2013 at 8:09 am #

          W takim razie opłacałoby się tylko przy większym zamówieniu – kupując po 10 kg żytniej + 10 kg pszennej, byłbym do przodu o 24 zł (kupuję za 3 zł), co pewnie z ledwością wystarczyłoby na paliwo. A więcej mąki… gdzie to przechowywać :/ Co innego, gdybym zebrał kilku klientów na mąkę – ale na tą chwilę tylko jedni sąsiedzi by na coś takiego poszli. W każdym razie – temat do zbadania – dziękuję za szczegóły.

  8. Roman 17 lipca 2013 at 7:49 am #

    Heh… chyba sie zgłoszę jesienią do ciebie na warsztaty pieczenia chleba 😉
    Tak sobie myślę czytając – któryś juz raz – Twoja notkę i komentarze pod nią umieszczone…
    Wszystko można przeliczyc na pieniadze, wszelako niekoniecznie wszystko trzeba, a niektórych rzeczy wręcz nie powinno sie tak przelczać. Czas, wbrew powiedzeniu, wcale nie jest pieniądzem. To tylko my lubimy go w pieniądz zamieniać. A potrzebna jest rozwaga…
    Mógłbyś ten czas wykorzystać „efektywniej” tylko po co? Efektywnie to powinno wykorzystywać sie czas na zarabianie pieniędzy. Czas życia należy wykorzystac dobrze. I odnoszę wrażenie, ze właśnie do tego dążysz 🙂

    • wolny
      wolny 17 lipca 2013 at 8:13 am #

      Dokładnie – po raz kolejny przytoczę pierwszy komentarz Daniela: „Dzisiejszy człowiek uważa, że traci coś – czas – kiedy nie działa dość szybko; a jednak nie wie potem, co zrobić z czasem, który zyskał – może go tylko zabić”. Istne błędne koło, przez które podbijamy statystyki spędzania czasu przed telepudłem 🙂

      • Roman 17 lipca 2013 at 9:05 am #

        No ja Cię proszę… Spędzanie czasu przed „telepudłem” wcale nie musi być czymś złym jeśli jest wyborem… To, że wielu z telemaniaków zachowuje sie i wygląda jak „telewizyjne warzywa” to ich wybór (może wynikający z tego, że nie widzą alternatyw, ale nadal ich).
        Ktoś inny powie, że czas, który spędzam w ogrodzie przy własnych warzywach też nie ma sensu, bo mógłbym go spędzić „lepiej”, a marchewkę kupić taniej. Lepiej – czyli jak? Najlepsze zycie jest wówczas gdy spędzasz je po swojemu, a nie „po czyjemuś”, bo to Twoje zycie i Ty masz byc jego „głównym reżyserem”. Nawet jeśli ten „film” w czyiś oczach jest nudną chałą… Dziękuję za poprawkę 🙂

        • wolny
          wolny 17 lipca 2013 at 9:21 am #

          Po raz kolejny biję się w pierś (poniżej przyznałem to również stock-owi). Ale takie już jest moje subiektywne postrzeganie telewizji – sam pamiętam, że była ona wypełniaczem mojego czasu, nawet jeśli szukałem wartościowych programów. Poza tym, zdecydowana większość moich znajomych ma włączone telepudło cały czas. Jest przyzwyczajona do tego, że ‚coś tam leci’ i czasami jest na czym oko zawiesić. Mój własny ojciec bez telewizora włączonego co najmniej do 3 rano nie umie spać…
          Pewnie stąd to moje – nieco zbyt krytyczne – spojrzenie na telewizję.

          • Roman 17 lipca 2013 at 10:19 am #

            Wolny czas spędzany w sposób świadomy jest wartościowy niezależnie od tego w jaki sposób ten czas spełniamy. Inna rzecz, że chyba każdemu potrzeba co jakis czas poleżeć brzuchem do góry, popatrzeć w sufit i pomyśleć o „dupie Maryni” (lub Mariana – zależy jak kto woli).
            Erni Zielinsky w swojej książce „Radość niepracowania” rozprawia sie z metodą „owczego pędu” w spędzaniu wolnego czasu. Jeśli sposób spędzania wolnego nie wynika z nas samych tylko z wyborów innych osób to jest to jego zdaniem marnowanie swojego życia… I to niezależnie od tego czy w skutek tego „owczego pędu”, czytamy książki, uprawiamy sport, oglądamy telewizję lub podróżujemy…

  9. stock 17 lipca 2013 at 8:35 am #

    Wolny, po raz kolejny implikujesz, że czas wolny = telewizja. Jeśli piszesz o tzw. „ogóle społeczeństwa” to pewnie tak, ale idę o zakład, że dla większości (obecnych) czytelników Twojego bloga to wcale tak nie wygląda. Zgadzam się w pełni z Romanem, że dla większości z nas czas to nie pieniądz, ale rozstrzygnięcie wcale nie jest tak oczywiste, że albo pieczenie chleba (dobre) albo telewizja (zła).

    Ktoś na blogu wystarczy-mniej (Konrad, Tomasz?) podał świetny argument za pieczeniem chleba w domu – robią to wspólnie z dziećmi, co świetnie moim zdaniem intergruje rodzinę. Co jednak w sytuacji, gdy mój maluch jest za mały na takie zajęcia i (na szczęście hipotetycznie) muszę wybrać: zabawa z nim czy pieczenie chleba?

    PS Jeślie dalsze próby nie przyniosa powodzenia,zapisuję się do Ciebie razem z Romanem na te warsztaty 🙂

    • wolny
      wolny 17 lipca 2013 at 9:18 am #

      Wiem wiem – jestem dość tendencyjny z tą telewizją. Może dlatego, że brak mi pomysłów na inne sposoby marnowania czasu (i również zgodzę się z Wami, że w rzadkich przypadkach można to nazwać ‚ciekawym spędzaniem czasu’ a nie jego marnowaniem). Następnym razem użyję bezproduktywnego chodzenia po sklepach albo… kurcze – chyba naprawdę muszę wyjść na ulicę i zobaczyć, w jaki sposób inni spędzają wolny czas 🙂

      • D. 17 lipca 2013 at 1:03 pm #

        Wydaje mi się że telewizja jako sposób marnowania czasu urosła już do rangi symbolu, pod którym można by umieścić całą masę innych czynności. Z tego co widzę to oglądanie telewizji jest bardzo popularne u pokolenia 30+, ale ludzie młodsi coraz częściej wolą marnować czas w sieci. Z kolei na przykładzie dzisiejszych 10 latków dostrzegam totalny brak zainteresowania telepudłem. Oglądanie filmów, kontakt ze znajomymi czy czytanie książek – wszystko to przenosi się do sieci. Tyle że nie wierzę w to aby liczba czytelników czy fanów internetowej komunikacji drastycznie wzrosła. Lukę musiało coś wypełnić, a zrobiły to gry komputerowe w które dzieciaki grają bez opamiętania. I to jest moim zdaniem marnowanie czasu. Tak jak kiedyś cała rodzina siadała przed TV, tak teraz młodzi ludzie spotykają się by wspólnie pograć. Widzę to na przykładzie najbliższego otoczenia, ale chyba coś jest na rzeczy.

        W kwestii pieczenia chleba – pomysł jest świetny, ale chyba się go nie podejmę. Wolę puki co zostać przy podpłomykach – jakaś mąka, woda, odrobina soli – smażone na oleju gotowe w kilka minut. Jak dla mnie idealny sposób na szybki posiłek, gdy zwyczajnie brakuje pomysłu na coś innego. I ta satysfakcja że się coś „upiekło” 😀

        • wolny
          wolny 17 lipca 2013 at 1:37 pm #

          Ciekawe obserwacje – i na pewno coś w tym jest, bo w dzisiejszych czasach smartfon i tablet to niemal standardowy stan posiadania nastolatków. A czym innym są te sprzęty, jak nie osobistym, mobilnym komputerem (ewentualnie z funkcją telefonu czy telewizji na żądanie)?
          Co do pieczenia chleba, to nie ma się czego bać. Sam twierdzę, że wypieki jako takie to wyższa szkoła jazdy i coś wręcz ‚magicznego’ – na razie mam tylko jeden popisowy wypiek (jabłecznik), którego się trzymam i więcej nie próbuję, bo i tak nie wychodzi. Ale chleb jest znacznie prostszy w wykonaniu niż jakiekolwiek ciasto! Na początek polecam się trzymać z dala od zakwasu i spróbować zwykły chleb na pszennej mące i drożdżach. Nic skomplikowanego, a po 30 minutach przygotowań i nieco ponad godzinie pieczenia w piekarniku mamy ciepły, pyszny chlebek!

    • wolny
      wolny 17 lipca 2013 at 1:44 pm #

      A jak próbujesz piec? Na początek polecam się trzymać z dala od zakwasu i spróbować upiec zwykły chleb na drożdżach, z białej mąki.

      Uderzyłeś w czułą strunę pisząc o moich czytelnikach. Uświadomiłem sobie, ile Wy wiecie o mnie, a jak ja mało wiem o Was. Chyba czas na serio podjąć temat ankiet na blogu, żeby co nieco dowiedzieć się o Was i sprawdzić, czego oczekujecie po kolejnych wpisach.
      Pozdrawiam!

      • Roman 17 lipca 2013 at 2:18 pm #

        No, jak trzeba to wypełnię 😉 Tylko do czego Ci to? Piszesz blog o sobie czy o innych? 😉

        • wolny
          wolny 17 lipca 2013 at 2:45 pm #

          Nie trzeba – jak już to można 🙂 Skoro blog żyje (co potwierdzają liczne komentarze), to chciałbym wiedzieć dla kogo piszę. Poza tym niektóre z moich tez są dość śmiałe i gdyby część czytelników w jakiś sposób je potwierdziła w ankietach, być może dla tych bardziej sceptycznych przekaz byłby bardziej przekonujący. To takie gdybanie – zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce – jeśli nie spróbuję, to się nie przekonam.

      • stock 17 lipca 2013 at 2:55 pm #

        Tutaj jest pies pogrzebany, bo mam wrażenie, że zacząłeś pisać bloga jako błędny rycerz 😉 minimalizmu i pokrewnych tematów, starając się usilnie przekonać do swoich tez, a tymczasem według mnie Twoi czytelnicy (zresztą dotyczy to każdego tego typu blogu) to w większości ludzie, którzy w temacie trochę juz siedzą i nie potrzebują wykładania rzeczy oczywistych typu „ogranicz TV”. Z drugiej strony mogę się mylić, bo przecież nie wiem nic choćby o tych czytających, ale niekomentujących. Sam jestem ciekaw, czy tak jest w rzeczywistości.

        • wolny
          wolny 17 lipca 2013 at 3:17 pm #

          Osobiście mam nadzieję, że trafiają tu również osoby ‚poszukujące’ i to oni mogą zyskać najwięcej czytając moje wpisy (ale ja próżny…). Zresztą sam byłem zaskoczony, jak dużo wyniosłem z ‚tygodnia innego niż wszystkie’ – gdzie niby wszystko wiedziałem, a mimo to wprowadziłem masę drobnych zmian na lepsze. Myślę, że czasami nawet weterani potrzebują przypomnienia z podstaw i świeżego spojrzenia na pewne tematy.

          • stock 17 lipca 2013 at 8:11 pm #

            Hej, nie chcę, żebyś zrozumiał mnie źle. Treść nie wymaga zmiany – zresztą widzisz, że blog odnosi sukces i ludzie chętnie angażują się w dyskusje. Jedyne, co być może wymaga delikatnej zmiany to forma przekazu, o czym wspomniałem wyżej. A świeże spojrzenie na nawet oczywiste kwestie zawsze się przydaje.

            • wolny
              wolny 17 lipca 2013 at 9:08 pm #

              Dzięki za wskazówki – nie neguję ich, po prostu jako autor wpisów nie jestem w stanie spojrzeć na każdy z nich obiektywnie i dostrzec wszystkich miejsc, w których przydałaby się korekta. Bardzo pomaga mi w tym mój główny recenzent – moja żona, ale i tak wszystkiego nie wychwycimy. Poza tym chcę, żeby wpisy były wyraźne i z charakterem. A przy takim założeniu chyba nie da się uniknąć lekkiego przegięcia od czasu do czasu 🙂

  10. Daniel 17 lipca 2013 at 4:22 pm #

    Osobiście chętnie wziąłbym udział w takiej ankiecie :). Wydaje mi się, że z pozoru oczywiste sprawy nie do końca takie są. U mnie problemem jest to, że czasami po prostu brakuje mi motywacji i nagle cały mój minimalizm się sypie. Właśnie takie pozornie oczywiste wpisy jak te o telewizji pozwalają mi trzymać się regularnie tej dobrej drogi. Na pewno jest to bardzo pomocne, że są takie miejsca jak ten blog, gdzie można się poczuć częścią większej grupy, która stara się realizować w życiu podobne wartości z którymi sami się utożsamiamy. Samemu bardzo łatwo jest się zatracić w pokusach konsumpcjonizmu, szczególnie jeśli doskwiera samotność.

    • wolny
      wolny 17 lipca 2013 at 5:21 pm #

      Dziękuję za komentarz w takim tonie 🙂 Oprócz tego, co odpisałem stockowi, dochodzi jeszcze jeden aspekt, o którym napisałeś: grupa. Sam wcześniej nie znałem nikogo z podobnym podejściem do życia i bardzo się cieszę, że na blogu, który stworzyłem spotkała się tak pozytywna grupa stałych czytelników, którzy w tak otwarty i nieskrępowany sposób wyrażają tu swoje opinie. Mam nadzieję, że uczycie się ode mnie tak dużo, jak ja uczę się od Was!

  11. Konrad 17 lipca 2013 at 11:36 pm #

    Pytanie nie o chleb, ale też żywnościowe 🙂 Czytałem o post o wodzie z kranu. W sumie byłbym w stanie ją pić, gdyby nie jedna rzecz – bąbelki. Nie cierpię pić niegazowanej wody i za nic nie mogę się do niej przyzwyczaić. Da się w jakiś sposób zrobić bąbelki w kranówce złapanej do butelki?

  12. Adam 18 lipca 2013 at 7:36 am #

    Tak coś mi się wydaje, że chleb firmujący tenże artykuł na pierwszej stronie – to nie jest prawdziwy chleb (Jest zbyt zbity, skórka chudziutka i wygląda na ciężkawą, ale nie na chrupiącą). Może lepiej umieścić tam to zdjęcie prawdziwego chleba wypieczonego w domu, chleba dobrego i pewnego, a nie to liche iluzyjne zdjęcie. Z tego co wiem, wielu blogerów kupuje fotki w odpowiednich serwisach, czy nie lepiej (o ile to możliwe) cyknąć je samemu? Lepsze ujęcie – gwarantowane, oryginalność – takoż, realizacja hasła prostoty – chyba też, a pal licho – jakość i pixele. Taka jest moja opinia. Proszę o komentarze.

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 8:01 am #

      Chleb na stronie tytułowej to zdjęcie pobrane z Internetu (używam do tego celu serwisu flickr.com). Owszem – jak teraz zwróciłeś uwagę – to rzeczywiście mógł wyjść z pieca jakiejś piekarni a nie gospodyni domowej (chociaż niekoniecznie). Starałem się jednak nie dublować zdjęć i nie wymyślać sztucznych scenerii, a zdjęcia z samego artykułu przedstawiają mój wypiek.
      Zdjęcia mają nieco uprzyjemnić oprawę wizualną bloga – nie jest to fotoblog, nie są one jego główną treścią. Przyznam się, że i tak czasami spędzam godzinę-dwie na ich wyszukiwaniu w taki sposób, żeby pasowały do treści, jednocześnie nie łamiąc praw autorskich.

  13. Darek 8 sierpnia 2013 at 8:33 am #

    Trafiłem tu przez wyszukiwane w internecie hasło „pochwała prostoty”. Pytasz, czy ktoś jeszcze piecze? Piekę od blisko 4 lat, Do Twego ostatniego akap[itu dodałbym tylko, że jest wyższa domowego wypieku (dolicz jeszcze energię ) ale jakość (w tym zdrowotna) jest nieprzeceniona.
    pozdrawiam DZ

    • wolny
      wolny 8 sierpnia 2013 at 10:05 am #

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam kolegę domowego piekarza 🙂

  14. Kosmatek 17 stycznia 2014 at 11:34 am #

    A zatem, jak pisałem pod postem o kosztach dziecięcych, sprowokowałeś mnie do powrotu do pieczenia chleba.
    Mam jeden problem: najlepszy zakwas wychodził mi, gdy temperatura otoczenia oscylowała wokół 25-27 stopni, to po pierwsze. Pamiętam też, że najtrudniej było zacząć – pierwsze próby, to kilka tygodni z nieudanym (spleśniałym, nadmiernie octowym itd.) zakwasem.
    Czy znasz sposoby na przyspieszenie zrobienia zakwasu?
    Chodzi mi po głowie, by dodać do tej brei trochę soku z ogórków lub kiszonej kapusty (własne, domowe), albo też trochę żurku (sklepowy). Da się? A może jakieś inne sposoby na zaproszenie „dobrych” bakterii?

    • wolny
      wolny 17 stycznia 2014 at 12:54 pm #

      Obawiam się, że nie mogę Ci za bardzo doradzić – ja zakwas hodowałem w lecie, kiedy temperatura rzeczywiście była wysoka (ok 25 stopni) i nie uznawałem żadnych skrótów. Nie znam się na tym na tyle, żeby stwierdzić, czy identyczny efekt osiągniesz stosując różne „przyspieszacze”. Podczas pieczenia chleba zimą (akurat teraz rośnie mi zakwas na wieczorne pieczenie) nie grzeję specjalnie i wszystko rośnie jak należy w 20-21,5 stopniach, czyli w temperaturze jaką mamy praktycznie bez grzania w mieszkaniu. Może ostatnia faza rośnięcia (już po zmieszaniu z mąkami itp) trwa nieco dłużej w niższych temperaturach. Możliwe, że brak problemów spowodowany jest dojrzałością zakwasu, który ma już chyba 1,5 roku. Niedawno zdarzyła się aż miesięczna przerwa w pieczeniu chleba na zakwasie (piekłem wtedy na drożdżach) i rzeczywiście dopiero po 1-2 cyklach zakwas „doszedł do siebie”.

  15. Iwona HARMON, Poznań 17 lutego 2014 at 10:03 pm #

    B. DOBRZE I CIEKAWIE OPRACOWANE: MĄDRE! *****
    ZOBACZ TEŻ INNY PRZEPIS.
    __________________________________________________________________
    CHLEB NA CUKRZYCĘ-IRL. ANTYCUKRZYCOWY. ♥♥♥♥♥

    4.TEMAT.
    CHLEB. PRZEPIS WZORCOWY WYPIEKU CHLEBA NA CUKRZYCĘ-IRL (MINI CHLEBKI). *****

    SKŁADNIKI:
    Kasza jaglana __400g, Kasza gryczana __400g. Gotujemy w jednym garnku (pojemność 4,0 l.) przez ok. 15 minut. Do gotowania dodajemy 2,5 l. wody.

    PRZYPRAWY TO:
    Sól kamienna nieoczyszczona, również pieprz, kminek, ew. ziała wg uznania. Po zakończeniu gotowania całość pozostawiamy pod przykryciem na ok. 5-10 minut.

    UGOTOWANE OBIE KASZE (MASA RAZEM 800 GRAM), WCHŁANIAJĄ WTEDY:
    Całą użytą (2,5l.) do gotowania wodę, co następnie ułatwia formowanie i lepsze klejenie się tzw. mini chlebków. Do tego właśnie zestawu składników (dwa rodzaje kasz) dodajemy suchą masę: 150 gram otrąb pszennych i dokładnie mieszamy łyżką. Otręby chłoną wówczas dużo wody, którą uzupełniamy wlewając ok. 0,5 litra (przegotowanej).

    DUŻĄ ŁYŻKĄ STOŁOWĄ NABIERAMY ZMIESZANĄ MASĘ TJ. OBIE KASZE WRAZ Z OTRĘBAMI:
    Z takiej objętości formujemy chleb tzw. cienkie mini chlebki (ugniatamy palcami). Kładziemy na papierze do pieczenia, którym uprzednio pokryliśmy powierzchnię blachy. Pieczemy w piekarniku (temp. 250oC przez ok. 50-60 minut) tj. do momentu uzyskania tzw. przyrumienienia.

    ISTOTNE:
    Wszelkie dodatki np. miód, rodzynki, wykluczone. Takie dodatki sprzyjają otyłości i cukrzycy typu 2.

    __________________________________________________________________

  16. pomagam.zzl.org 4 marca 2014 at 9:24 pm #

    „w środku nowy”->”w środku nocy”
    „Teraz czas wodę”->”Teraz czas na wodę”

  17. Gal Anonim 8 lutego 2016 at 7:52 pm #

    Ooo… widzę ryneczek rodem z „Krzyku” 🙂
    Też tam często bywam, jest baaardzo blisko mojej pracy.
    Pozdrawiam swojaka 🙂

Dodaj komentarz