Obiad za 3 zł, czyli „Niech żyją warzywa!”

58
2945
wyświetleń

Ilekroć sprawdzę, ilu z Was spędza czas przeglądając bloga, zawsze dostrzegę kilku amatorów jedzenia, zainteresowanych propozycjami na obiad za 5 zł za porcję.

Dzisiaj tamten wpis mnie nie zachwyca, a zawarte w nim potrawy niemal wymazaliśmy z naszego jadłospisu, zamieniając je na nieco zdrowsze wersje. Pomyślałem więc, że czas na aktualizację. Tydzień temu był wstęp do tematu odżywiania w naszym wykonaniu, dzisiaj natomiast skupię się na konkretach i przedstawię kilkanaście przykładowych potraw, które aktualnie są częścią naszego codziennego menu. Dzięki tytułowi wpisu już wiesz, że nasza nowa dieta pozwoliła nam zejść do poziomu nieco ponad 3 zł za porcję (chociaż nie było absolutnie naszym celem). Myślę, że to najlepszy dowód na to, że „moda” na zdrową żywność nie musi kosztować dużo, zwłaszcza jeśli bazujemy na świeżych, nieprzetworzonych produktach sezonowych i usuniemy (lub chociaż mocno ograniczymy) z menu pewne produkty, które i tak nie są najlepsze dla naszego zdrowia.

Co i rusz obserwuję, że chęć zysku potrafi przesłonić oczy ludziom, również tym zajmującym się szeroko rozumianą żywnością, której końcowymi konsumentami jestem ja i Ty. Mam wrażenie, że równowaga, zachowanie właściwego bilansu i odpowiedzialność za wytworzony produkt (również ta moralna) to często czcze hasła. W związku z tym zatoczyliśmy wielki krąg i – uzbrojeni w wiedzę – wracamy powoli do tego, co zdrowe, nieprzetworzone, nie naszpikowane chemią i antybiotykami. Rewolucja przemysłowa, automatyzacja i optymalizacja produkcji żywności sprawiła, że dzisiaj jest ona relatywnie tania i dostępna. Niestety, jest też druga strona medalu: dzisiejsza żywność nie jest już tym, czym była dawniej, dobrze więc we własnym interesie wyostrzyć naszą nieufność do tego, co leży na sklepowych półkach. Chciałbym powiedzieć, że nie jest aż tak źle, ale według mnie tylko dzięki zdrowemu rozsądkowi popartemu chociaż podstawową wiedzą możemy unikać pułapek, jakie zastawiają na nas producenci żywności. Całość niestety komplikuje wielka kasa, która usprawiedliwia nie tylko wszechobecny marketing, ale i publikację całej masy sprzecznych badań, opinii, a także żywieniowe mody, które wyrastają jak grzyby po deszczu.

Z poprzedniego wpisu wiesz już, że mocno ograniczyliśmy produkty pochodzenia zwierzęcego, wyeliminowaliśmy większość produktów przetworzonych, a także zdecydowanie zwiększyliśmy ilość spożywanych warzyw i owoców, najchętniej świeżych i sezonowych. Zmieniliśmy również sposób przygotowywania żywności, niemal całkowicie eliminując smażenie. Poniższe potrawy bazują właśnie na tych zasadach i są przeciwwagą do tego, co prezentowałem poprzednio. Nie twierdzę jednak, że mamy jakikolwiek monopol na prawdę i nieomylność. Nie twierdzę, że powinieneś – najszybciej jak się da – wyrzucić wszystkie zapasy z lodówki, spiżarni i „przejść na jasną stronę”. Ba – nie twierdzę nawet, że to jest nasza dieta docelowa i że nic w niej w przyszłości nie zmienimy. Jednak staramy się czytać, pogłębiać wiedzę i próbować, bo nawet jeśli czasami zrobimy gdzieś krok wstecz, to później jest duża szansa na dwa kroki do przodu. To efekt otwartości na zmiany i chęci podążania mniej uczęszczanymi ścieżkami , która do tej pory nas nie zawiodła, a wręcz przeciwnie: zaprowadziła w bardzo ciekawe miejsca, niedostępne dla większości.

Zanim przejdziemy do potraw, kilka informacji technicznych:

  • Ceny poszczególnych składników brałem z internetowego sklepu Tesco, mimo że nigdy z niego nie korzystałem. Tak było mi po prostu najwygodniej.
  • Rozbicie na makroelementy oraz kalorie podała mi natomiast aplikacja Fitatu, z której korzystaliśmy rozpoczynając naszą „warzywną przygodę”. Aktualnie nie notujemy kalorii, nie spisujemy co jemy, nauczyliśmy się nieco nowego podejścia i słuchamy naszego ciała. Poniższe zestawienie powstało stricte dla potrzeb tego wpisu.
  • Z góry przepraszam, że zdjęcia nie są żywcem wyjęte z katalogów lub blogów z przepisami. Robiłem je tak, jak umiałem, a duszy artysty raczej nie posiadam 🙂
  1. Pizza

Na początek zaczynamy na grubo. Kto powiedział, że pizza nie jest zdrowa? Kto wrzucił ją do jednego wora z nazwą „junk food” razem z hot-dogami i burgerami? Przecież pizza to całe mnóstwo węglowodanów, których pełno w cieście. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to ciasto było zrobione z mąki pełnoziarnistej, prawda? Nikt nie każe nam też na ową pizzę wrzucać kilkuset gram mięsa i podobnej porcji sera! Sam od długiego czasu eksperymentuję z różnymi składnikami i obecnie do kanonu składników na pizzę zaliczam cebulę, pora, świeżą paprykę, pieczarki, kukurydzę, szpinak czy jajko. Jeśli rzeczywiście potrzebujesz sera, bo bez niego pizza według Ciebie nie jest pizzą, dorzuć go, ale naprawdę nie musi on oblepiać grubą warstwą całej powierzchni placka!

Pizze w wersji mini, akurat dla 1 osoby. Plus bułeczki, tak przy okazji 🙂

2. Frytki 🙂

Skoro zaczęliśmy na grubo, czemu nie podnieść jeszcze napięcia? Przedstawiam więc niesamowicie smaczny mix warzyw z piekarnika. Bataty, cukinia, papryka, marchew, a do tego ziemniaki, pokrojone w kształt frytek. Całość wrzucamy na głęboką blachę, podlewamy odrobiną wody (tak tak, wystarczy woda, nie musi to pływać w oleju!), posypujemy ulubionymi przyprawami i wstawiamy do piekarnika na jakieś 40 minut. Po wyjęciu dekorujemy i podbijamy smak pestkami dyni i ziarnem sezamu. Mniam 🙂

 3. Zupa bretońska

Tak, wiem, może nie wygląda obłędnie, może nie powoduje szybszego bicia serca, ale to naprawdę bardzo smaczny, zdrowy posiłek. Całość bazuje na gotowej mieszance, więc przygotowanie naprawdę nie zajmuje wiele czasu. Miską takiej zupy chyba nie sposób się nie najeść: jest tu zarówno ryż, kasza pęczak, fasola, jak i ziemniaki. Smacznego!

Baza do zupy, można oczywiście przygotować całość samemu, to jedynie kwestia czasu.

4. Ryż / kasza z burakami

To u nas raczej przepis na drugie śniadanie. Wystarczy ugotować buraki (można kupić też ugotowane, jeśli zależy Ci na czasie), dorzucić do przygotowanego ryżu (najlepiej pełnoziarnistego) lub kaszy właściwie dowolnego typu, dodać sok z połowy cytryny (BARDZO poprawia smak) i masz ciekawą przekąskę w cenie lizaka, która do tego praktycznie „sama się zrobiła”.

5. Kotlety z kaszy gryczanej i fasoli

Ponieważ obiad bez mięska to dla niektórych nie obiad, przedstawiam zdrową alternatywę czegoś, co wygląda jak kawałek kotleta 🙂 Kotlety z kaszy, do tego ryż, ugotowane (w piekarniku, razem z „mięsem”) marchewki oraz kapusta kiszona z marchewką. Nie sposób się taką porcją nie najeść…

 

6. Łódeczki cukiniowe z warzywami

Przyznaję, tutaj troszkę poszliśmy za modą i spróbowaliśmy słynnej komosy, kosztującej krocie. Szczerze mówiąc: bez szału, z powodzeniem może ją zastąpić któraś z polskich kasz.

7. Kotlety jaglane ze szpinakiem

I kolejne pseudo-mięsko 🙂 Do tego warzywka, całość upieczona w piekarniku na mięciutko.

8. Risotto z warzywami i kurkami.

9. Ryż z fasolą i boczniakiem.

Bardzo smaczny posiłek, oczywiście dzięki słonemu sosowi sojowemu.Chcesz jeszcze zdrowiej: upoluj świeżą fasolę, a biały ryż zamień na brązowy.

10. Makaron z brokułem, fasolą i szpinakiem.

Przyznaję, makaron wręcz uwielbiam! Ugotuj mi go, wrzuć niemal cokolwiek (może być obrzydliwie zdrowe i tak samo niesmaczne), a wciągnę wszystko 😉

11. Warzywa po chińsku z makaronem ryżowym

12. Ryż z pieczarkami i szpinakiem.

Prościej się chyba nie da?

13. Placki warzywne z piekarnika

To jedno z dań, które Wolna przygotowała mi podczas remontu. Spory garnek, posiłek na dwa razy, akurat dla zapracowanego majstra 🙂 Można podać z kaszą, ryżem itp.

A na śniadanie, nasza nieśmiertelna owsianka, w wersji „na teraz” i „do pracy”. Gości na naszym stole praktycznie codziennie, nieprzerwanie od jakichś 2 lat i nie ma mowy, żebyśmy mieli jej dość 🙂

Ufff… sporo tego wyszło. Pod koniec pracy wręcz przebierałem nóżkami, żeby wreszcie skończyć, a także dowiedzieć się, ile kosztuje jedna porcja naszego posiłku. Okazuje się, że w praktyce zeszliśmy z ceną do 3,11 zł za porcję.

Te magiczne 3 zł z małym kawałkiem ładnie wyjaśniają, dlaczego każdego miesiąca wydajemy około 900-1100 zł na żywność, mimo że jemy dużo i niekiedy używamy produktów uchodzących za drogie. Jeśli jednak na co dzień obędziesz się bez mięsa i pochodych, a także będziesz bazował na sezonowych produktach (jeśli nie ma, wybieraj mrożonki), najlepiej kupowanych w dużych opakowaniach (przykład: kartonik z 4 małymi osobnymi torebkami ryżu to dla mnie jakaś abstrakcja, mimo że większą część życia właśnie tak jadłem), to każda porcja pysznego, przygotowanego w domu jedzenia będzie wręcz śmiesznie tania. Licząc na szybko: 5 posiłków dziennie x 3 zł każdy x 30 dni w tygodniu x 2 dorosłe osoby = równiutkie 900 zł. Dzieci jedzą głównie w przedszkolu (za co płacimy 9 zł za dzień za osobę), pozostała stówka do dwóch z powodzeniem wystarczy, żeby ugotować trochę więcej dla nich na posiłki w domu.

Wnioski? A jakże 🙂

  • cały wpis oraz wnioski i obserwacje są nasze i absolutnie nie muszą się przełożyć na Ciebie! Zarówno ja, jak i Wolna mamy zdecydowanie szybką przemianę materii i skłonności do niedowagi niż nadwagi. Do tego regularnie uprawiamy sport, więc nasza utrata wagi mimo wysokokalorycznej i wysokowęglowodanowej diety absolutnie nie musi być czymś uniwersalnym! Zachęcam jednak do pójścia w nasze ślady i do zdroworozsądkowego połączenia właśnie tych dwóch rzeczy: sensownej diety (cokolwiek ona dla Ciebie oznacza) oraz aktywności fizycznej.
  • zdrowsze jedzenie naprawdę nie kosztuje dużo. Przynajmniej pieniędzy, bo nieco czasu zabiera samo przygotowanie potraw. Ale to też coś, co lubimy i co można całkiem nieźle zoptymalizować (chociażby: gotując więcej porcji). Zwróć uwagę na różną kaloryczność porcji – jeśli masz ochotę na porządny obiad, wybierz te potrawy, gdzie wrzucisz w siebie w okolicach 700-800 zdrowych kalorii. Myślę, że w przypadku takich posiłków żaden facet nie użyje starej jak świat, ale mizernej wymówki „bez mięsa się nie najem”. Najesz się, wystarczy zjeść trochę więcej, wystarczy zwiększyć liczbę posiłków do 5-6 zamiast jeść zdecydowanie nadmiarowo, ale tylko 2-3 razy dziennie. Wystarczy się nieco przestawić, dając sobie troszkę czasu na detoks i wyczucie smaku nowych potraw. Wystarczy przypomnieć sobie, że Wolny daje radę wrzucać 3000-3500 kcal każdego dnia, mięska na oczy nie widząc 🙂

Ostatni hit Wolnej, cudownie zamarynowane tofu z grilla z pseudo-frytkami i szparagami.

  • gdybyś chciał mocno zmienić swoją dotychczasową dietę (lub w ogóle podejść do tematu odżywiania nieco bardziej świadomie), polecam na początek ważenie i spisywanie produktów, chociażby przy pomocy wspomnianej już aplikacji Fitatu. To dość pracochłonne, ale zapewniam, że po kilku dniach stanie się to nawykiem, a po dłuższym czasie będziesz mógł przejść na „autopilota” i zrezygnować z tak dokładnego notowania. Spisywanie składu posiłków jest działaniem podobnym do spisywania wydatków, tylko dotyczy innego obszaru życia. Chcesz ogarnąć swoje finanse: zacznij spisywać wydatki i budżetować. Chcesz ogarnąć dietę: postępuj analogicznie, chociaż przez pewien czas.
  • przedstawione propozycję posiłków niemal w 100% bazują na warzywach. Nie oznacza to absolutnie, że unikamy owoców – po prostu są one nieodłącznym składnikiem codziennej, porannej owsianki, a później traktujemy je jako przekąski, nie rozdmuchując do miana „posiłku”, który trzeba przygotowywać. Niemal codziennie dodajemy je również do koktajli owocowo-warzywnych, które traktujemy niemal jak słodycze 🙂
  • obróbka termiczna poszczególnych składników również ma znaczenie. W ciągu ostatniego roku niemal wyeliminowaliśmy smażenie (a jeśli już muszę to robić, to raczej nalewam do patelni nieco wody zamiast tłuszczu i przynajmniej częściowo zamieniam tym smażenie na gotowanie) na rzecz gotowania, pieczenia i gotowania na parze. Lub: jedzenia na surowo (czy wiedziałeś, że cukinia to taki inny ‚ogórek’, który też możesz wcinać od razu po umyciu?).
  • Poniższe potrawy bazują w większości na świeżych, sezonowych składnikach. Nie stronimy jednak od produktów importowanych, zarówno jeśli chodzi o warzywa, jak i owoce. Staramy się jednak, żeby stanowiły one mniejszość używanych przez nas składników. Czasami (niezbyt często) „szarpniemy” się na jakieś produkty typu „BIO”, najczęściej jest to marchew czy banan. Zwykle jednak kupujemy zwykłe produkty, dostępne w marketach lub lokalnym warzywniaku  – aktualnie (po przeprowadzce 2,5 roku temu) nie mamy łatwego dostępu do produktów od producentów z rynku, za którym bardzo tęsknimy. Produkty z kategorii „superfoods” jakoś nie podbiły naszych portfeli; oprócz awokado (które zastąpiło nam masło i którego używamy do sporządzania koktajli) nieczęsto kupujemy coś, co brzmi obco, modnie i drogo 🙂

A jak nie mam zbyt dużo czasu ani pomysłu, to biorę resztki z lodówki i w 20 minut mam 2-3 porcje szamy. Z makaronem spaghetti wszystko smakuje mi lepiej, niż wygląda 🙂 

  • staramy się korzystać z jak najmniej przetworzonych składników. Oczywiście nie znaczy to, że odrzucamy wszystko, co przetworzone w jakikolwiek sposób: w końcu mąka, makaron, chleb czy przecier pomidorowy to również produkty, które musiały przejść przez pewną obróbkę, żeby uzyskać swoją formę. Staramy się jednak, żeby owa obróbka była możliwie jak najmniejsza, a lista dodatków jak najkrótsza.
  • uprawiamy regularnie sport, dlatego dieta oparta w dużym stopniu na węglowodanach jest dla nas mniej obciążająca, niż dla tych, którzy prowadzą bardziej siedzący tryb życia. Nasze organizmy potrafią dobrze spożytkować nadmiar węglowodanów i zamienić je na energię potrzebną chociażby podczas kilkunastokilometrowego biegu. Jeśli boisz się, że kaloryczność przedstawionych potraw lub zawartość węglowodanów prostych jest zbyt duża, wystarczy że zamienisz produkty typu ryż czy makaron na wersje pełnoziarniste lub zmniejszysz ich gramaturę, jednocześnie zwiększając ilość pozostałych składników (szczególnie: samych warzyw).
  • w ciągu ostatniego roku pogłębiliśmy naszą wiedzę odnośnie odżywiania. Właściwie to zaczęliśmy od zera i osiągnęliśmy… niezbyt wysoki stopień wtajemniczenia (spokojnie, z czasem będzie coraz lepiej). Wiem, że mimo wykonanej rewolucji jeszcze mnóstwo pracy i zmian przed nami.
  • Dodanie do diety mnóstwa warzyw i przeproszenie się z owocami to rzecz bezsprzecznie właściwa, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Odstawienie produktów zwierzęcych być może było zbyt radykalne – ciężko mi na tą chwilę to ocenić, ale faktem jest, że aktualnie mocno ograniczamy te produkty, ale nie eliminujemy ich całkowicie. To, co na tą chwilę jest dla mnie jeszcze do analizy i poprawy to rozkład makroelementów w naszej diecie. Dość naturalną konsekwencją pójścia w dietę roślinną było zwiększenie udziału węglowodanów w diecie. Niską kaloryczność marchwi, buraków czy innych warzyw równoważymy najczęściej makaronem, ryżem, kaszą lub ziemniakami. Czyli – jakby nie patrzeć – węglowodanami. One dają nam poczucie sytości i bardzo dużo energii na każdy dzień, ale mam pewne wątpliwości, czy na dłuższą metę będzie to dobrze działało. Jedną z dróg, którą może pójdziemy będzie zmiana węglowodanów prostych na złożone – w końcu nie ma co wrzucać wszystkiego do jednego worka i myślę, że zmiana ryżu białego na brązowy czy makaronu na wersję pełnoziarnistą będzie krokiem w dobrą stronę. Już teraz przyrządzamy pizzę / ciasta z udziałem mąki pełnoziarnistej, pieczywo jemy wyłącznie w tej wersji, ale nie chcemy dać się całkiem zwariować, w końcu dieta ma być czymś przyjemnym, a dla mnie nie ma nic lepszego niż bialutki makaron spaghetti w ilościach ponadprzeciętnych 😉 Do wszystkiego z czasem pewnie dojdziemy, bo przecież…
  • Poczucie smaku zmienia nam się z miesiąca na miesiąc. Wraz ze zmianami w diecie, zmysł smaku zaczął nam się wyostrzać, a przede wszystkim: przystosowywać do nowych potraw. Jeszcze niedawno nie wyobrażałem sobie porannej kawy bez czegoś słodkiego: najczęściej była to niestety drożdżówka (lub coś podobnego) z cukierni. Starałem się kupować te lepszej jakości (tiaaa…), później jadłem tylko pół, w końcu odstawiłem te gotowce niemal całkowicie. Dzisiaj, jeśli zdarzy mi się zjeść coś tego typu, jestem zaskoczony, jakie to okropnie słodkie. Organizm przystosowuje się do potraw, które mu serwujesz, dlatego ciężko mi przyjąć argumenty typu „nie dam rady przejść na podobną dietę, jedzenie ma być przyjemnością a nie męczarnią” – wiem bowiem, że wystarczy troszkę czasu, a organizm zacznie czerpać przyjemność z zawartości talerza, niezależnie od tego, czy będzie na nim szparag czy stek. Wraz z odstawianiem niektórych produktów, przestajemy mieć na nie ochotę, a po pewnym czasie nie brakuje nam ich wcale. Ja mam tak z mięsem, które – o dziwo – było mi niezmiernie łatwo odstawić. I muszę Ci się przyznać, że podczas tworzenia tego wpisu wykonałem pewien eksperyment. Otóż spędzałem jakieś 3-4 godziny poza domem, jeżdżąc po mieście na rowerze i załatwiając różne rzeczy. Kiedy poczułem głód, wiedziałem, że nie ma co z nim walczyć – do domu było jeszcze trochę kilometrów, a na gotowy obiad po powrocie też nie miałem co liczyć. Stwierdziłem, że w drodze wyjątku zajrzę do pobliskiej burgerowni, która uchodzi za jedną z lepszych w Gdańsku i w której dawniej zdarzało mi się pałaszować buły z wołowiną. I tym razem zamówiłem burgera z 200-gramowym kotletem z wołowinki, który był… nijaki. Tak odzwyczaiłem się od smaku mięsa, że nie znalazłem przyjemności jedząc je, mimo nastawienia „pewnie będzie pyszne, raz na jakiś czas można zrobić odstępstwo”. Kiedy dotarłem do plastra świeżego pomidora, poczułem się jak kosmita, bo mimowolnie stwierdziłem „no, w końcu coś, czego smak czuję”. Ten pomidor był najlepszym składnikiem całego dania, co wydało mi się wręcz komiczne. Mózg jest niesamowity 🙂
  • zaprezentowane potrawy absolutnie nie wyczerpują naszego jadłospisu. Przede wszystkim, częstym posiłkiem jest u nas sałatka (typu: szpinak, miks sałat, czasami jajk, pomidor, papyka, oliwa, ziarna itp) z kawałkiem pieczywa. Od czasu do czasu raczymy się również rybą (zwykle pieczoną w folii).

Przykład sałatki w wersji „na wynos”

  • każda z powyższych potraw może być traktowana nie tylko jako obiad, ale również drugie śniadanie, lunch czy kolacja. Wyjątkiem jest pierwsze śniadanie, gdzie codziennie rządzi u nas owsianka. Później lecą już różne kombinacje powyższych (i innych) potraw. Ponieważ jesteśmy osobami aktywnymi fizycznie i nie narzekającymi na nadmiar kilogramów, staramy się jeść sporo (ja: 3000-3500 kcal, Wolna: 2000-2500 kcal), co przekłada się na 5-6 posiłków dziennie.
  • w naszym menu nadal jest miejsce na pieczywo, jakby ktoś się nad tym zastanawiał. Raz na 2-3 dni kupujemy 500-gramowy bochenek absolutnie prawdziwego, nie oszukanego żadnymi karmelami i innymi cudami, pełnoziarnistego chleba, który jemy z rzeczami najróżniejszymi (od awokado, przez szpinak, jajka, sałatki, gotowe pasty itp). Okazjonalnie kupimy jedną czy dwie białe bułeczki, niestety zdecydowanie przeceniane przez nasze małe Wolniątka.

  • ponieważ mamy „dojście” do dobrych jakościowo jajek „od szczęśliwych kurek”, nie stronimy od nich i raz na kilka dni goszczą na naszym talerzu (najczęściej w postaci gotowanej).
  • nie cierpimy na alergie na gluten, a nasze organizmy dobrze radzą sobie z cukrem, mimo znacznego udziału węglowodanów w diecie, ale przedstawione poniżej propozycje mogą nie być właściwe dla tych, którzy mają tego typu (lub inne) problemy żywieniowe. Nie przedstawiamy też jedynie słusznej recepty, a jedynie proponujemy i zachęcamy do sprawdzenia, czy nieco lepiej zbilansowana dieta wpłynie pozytywnie również na Ciebie! Proponuję, żeby chociaż co jakiś czas spróbować obiadu bez mięsa (a najlepiej, produktów pochodzenia zwierzęcego w ogóle) – już samo to nieco odciąży organizm, da mu chwilę odpoczynku. Nie mam zamiaru „nawracać” Cię na żadną religię ani przekonywać, że nie istnieje nic poza owocami i warzywami. Będzie mi za to niezmiernie miło, jeśli wprowadzisz do swojego jadłospisu jakieś pomysły z poniższych dań lub chociaż jeśli zainspirują Cię one do zmian na lepsze. Bo bycie lepszą wersją samego siebie każdego dnia to całkiem niezły plan na przyszłość 🙂

Drugie śniadanie, również poniżej 3 zł za porcję. Pyszny, prawdziwy chlebek posmarowany awokado, pomidor i sól morska, a w miseczce zdrowe różności. Mniam!

  • nasze dzieci (wiek: niemal równe 3 i 5 lat) jedzą w przedszkolu. Nie byle jak, bo jak patrzę na przedszkolne menu to czasami aż mi ślinka poleci, ale jest to kuchnia standardowa, bez wyłączeń jakichś grup produktów. Poza przedszkolem Wolniątka dostają to, co przygotowaliśmy – w praktyce jedzą to, co my. Jeśli nie chcą (nie będę tu ściemniał: nie wszystko z naszego menu im się podoba), dostają coś innego, prostego, lub po prostu rezygnują z posiłku. Muszę jednak zaznaczyć, że trudno tu o generalizowanie i porady dla rodziców, bo jesteśmy w bardzo szczególnej sytuacj, mianowicie nasze dzieci to chodzące przewody pokarmowe. Zjedzą niemal wszystko, najlepiej z trzema dokładkami. Nie mamy absolutnie żadnych problemów z jedzeniem dla nich, a wręcz przeciwnie: musimy często wręcz wydzielać porcje, bo pochłonęłyby niemal wszystko i poprosiły o jeszcze 🙂 Słodycze? A jakże, jedzą z wielką chęcią, jak chyba każde dziecko, racjonujemy te otrzymane, sami praktycznie nie kupujemy (oprócz lodów w sezonie). Obie zdają sobie sprawę z tego, że większość z tych przekąsek jest niezdrowych i najzwyczajniej na świecie nie można ich jeść za często (3-latka wie, ale i tak by jadła słodycze do oporu, wiedza jeszcze nie przekłada się na podejmowane decyzje). Na szczęście dziewczyny dość gładko akceptują naszą wersję słodyczy i ze smakiem pałaszują domowe ciasta (często w wersji fit, na przykład całkiem bez cukru, który zastępują na przykład daktyle, najczęściej też z mąką pełnoziarnistą) czy koktajle, które – owszem, są słodkie, ale zawierają też mnóstwo witamin, błonnika czy zielonych warzyw. Takie „słodkości” podajemy im najchętniej!

  • mimo mody na bycie „fit” obserwuję, że statystyczny Polak nadal odżywia się wręcz dramatycznie. Przykład pierwszy z brzegu: moja dzisiejsza wizyta w Auchan (cel: zapas pełnoziarnistych płatków owsianych, 1,70zł za 600g to naprawdę dobry pretekst żeby raz na jakiś czas kupi co najmniej 20 opakowań :)). Pan przede mną: dramat (najtańsze, największe opakowania zwykłych parówek, pseudo-kotletów na hamburgery, gotowe bułki do nich, ketchup, piwo i kilka litrów słodkich, kolorowych napojów), pani za mną: niewiele lepiej (mięso w puszkach czy słodziutkie-pyszniutkie jogurciki dla dzieci). Zdaję sobie sprawę, że pewną rolę odgrywa tutaj aspekt ekonomiczny, natomiast on sam nie tłumaczy takiego „menu”. Dopiero ekonomia i brak wiedzy zachęca do tego, żeby sięgać po tanie jedzenie bardzo niskiej jakości. Ten wpis pokazuje, że zdrowa dieta nie musi być droga, ale warunkiem jest nieco wiedzy odnośnie wpływu diety na zdrowie, trochę pracy i chęć zmiany dotychczasowych nawyków. A tego niestety brakuje.
  • większość wniosków z wpisu sprzed 4 lat pozostaje w mocy: bazowanie na sezonowych, jak najmniej przetworzonych produktach to właściwy kierunek. Planowanie, improwizowanie czy mrożenie też zdaje egzamin. Patrząc wstecz mam wrażenie, że podejście i wnioski były słuszne, natomiast samo wykonanie nieco szwankowało. I to dzisiaj starałem się nieco poprawić.
  • ostatnio rynek podbijają zestawy gotowych posiłków na cały dzień, dostosowane do najrozmaitszych potrzeb i pakowanych w piękne pudełeczka. Osobiście nie korzystałem z takich rozwiązań i jestem za tym, żeby nauczyć się samemu gotować smacznie, zdrowo i odpowiednio do indywidualnych potrzeb. Jeśli jednak dopiero raczkujesz i potrzebujesz inspiracji, masz zwariowany dzień bez szans na gotowanie lub jesteś na wyjeździe, a nie chcesz jeść „śmieciowo”, czemu nie – spróbuj. Lepiej jednak, jeśli będzie to wyjątek a nie reguła.

Ufff… niesamowicie nam się wpis rozrósł. Tym bardziej będę wdzięczny za otrzymane komentarze, bo dzisiejsza publikacja kosztowała mnie niezwykle dużo pracy i przygotowań. Mam jednak prośbę o wzajemny szacunek, którego zwykle u mnie nie brakuje, natomiast z jakiejś nie do końca znanej mi przyczyny temat diety, żywienia oraz weganizmu jest mocno kontrowersyjny i budzi emocje. Niesamowicie dużo energii włożyłem w stworzenie dzisiejszego wpisu i wierzę, że nie była to para w gwizdek, a wielu z Was wyniesie coś wartościowego dla siebie, a wpis będzie odwiedzany co najmniej tak często, jak jego wcześniejsza wersja!

58 KOMENTARZE

  1. Wolny! Jak Ty super piszesz! Zazwyczaj nie mogę przebrnąć przez artykuły o zdrowym odżywianiu. Mało tego, jako ogromną mięsożerczynię, takie artykuły wzbudzają we mnie pewien rodzaj oporu i wkurzenia – znowu fit, warzywa, owoce, o rany😭😭a Twój post przeczytałam z ogromną przyjemnością, bo jest pełen konkretów i nie moralizujesz, że to jedyny słuszny sposób odżywiania. Dużo wiedzy, rozsądku, super zdjęcia i tak fajnie napisane, że czytało się jak mój ulubiony szwedzki kryminał. Zainspirowałeś mnie i skorzystam pewnie z wielu przepisów. Super blog!

    • Jak to się mówi, „you made my day” 🙂 Tak, wiem, to próżne i małostkowe, ale takie komentarze niesamowicie mnie ładują i najzwyczajniej na świecie utwierdzają w przekonaniu, że jest sens w tym, co robię. Proszę więc jeszcze, nie krępujcie się 🙂 Serdecznie Cię pozdrawiam, a innych zapewniam, że nigdy nie zapłaciłem nikomu za żaden komentarz 😉

      • Ja też bardzo serdecznie pozdrawiam i wszystkich zapewniam, że wynagrodzenia nie dostałam😁😁😁naprawdę super piszesz i bardzo się cieszę, że wróciłeś, bo przerwa była dluga….

  2. „organizm zacznie czerpać przyjemność z zawartości talerza, niezależnie od tego, czy będzie na nim szparag czy stek” – uśmiałem się, bo akurat mój obiad na dzisiaj zawierał właśnie te dwie rzeczy 🙂 Co do „jednej z lepszych burgerowni w Gdańsku” – jeśli chodzi o miejsce z czarno-białym logo zaczynającym się na S – ich jakość w moim odczuciu bardzo podupadła w stosunku do tego co było jak się otwierali.
    Przy pęczaku podałeś kaloryczność 343kcal/100g – to jest kaloryczność suchej kaszy, celowo tak podałeś? Po ugotowaniu waga znacznie wzrośnie, czyli kaloryczność w 100g zmaleje.
    Część przepisów z pewnością wypróbuję, zwłaszcza, że przydałoby się zrzucić kilka kilogramów – mimo regularnej jazdy na rowerze (praktycznie codziennie 10km do pracy i z powrotem, a oprócz tego z 2-3 wypady tygodniowo do TPK po ok. 40km) brzucha jest jeszcze trochę więcej niż bym chciał 😉 Więcej ruchu ciężko mi będzie zmieścić czasowo, zwłaszcza, że większość posiłków przygotowuję sam, czyli jedyną opcją jest ograniczenie spożywanych kalorii. Niestety, silna wola w finansach nie przekłada mi się do końca na silną wolę w żywieniu i chwile słabości (słone przekąski… tak, wiem, zło w czystej postaci, ale to one mnie ciągną a nie słodycze) zdarzają mi się znacznie częściej niż powinny, ale nie poddaję się 😉 Szczerze polecam gotowanie na parze osobom, które nie mogą się przekonać do niektórych warzyw – do dziś z obrzydzeniem patrzę na np. brokuły czy kalafiory gotowane w wodzie, ale na parze – MNIAM.

    • Tak, pisałem o Surfie. No zero przyjemności, dosłownie. Aktualnie jestem na delegacji w Niemczech i zarówno wczoraj, jak i dzisiaj wpadła „narodowa potrawa Niemców”, czyli kebab 😉 Nie pytaj czemu, tak niestety wyszło. Wczoraj wziąłem wersję wegetariańską, mimo że zostałem wyśmiany, że to tak jak lizanie lizaka przez papierek. Było ok, mimo że to nadal było śmieciowe jedzenie. Dzisiaj zdecydowałem się na wersję standardową. I znowu porażka, no po prostu absolutne ZERO przyjemności z jedzenia tego mięsa, postanowiłem że więcej nie testuję, odzwyczaiłem się i to już nie mój klimat. Koniec eksperymentów 🙂 Swoją drogą, sensowny wybór potraw podczas hotelowych śniadań czy lunchów na mieście to też sztuka… ale schodzę z tematu.
      Zastanawiają mnie te Twoje nadmiarowe kilogramy, skoro tygodniowo robisz niemal 200 km rowerem (jeśli dobrze liczę). Owszem, rower to bardzo wydajny środek transportu i wcale nie musi męczyć czy podnosić tętna, ale mimo wszystko to ruch, którego masz sporo. Może to bardziej kwestią diety niż dodatkowej porcji wysiłku?
      W potrawach podaję kaloryczność i rozkład makro suchego produktu. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale na chłopski rozum, jeśli wrzucam do garnka 80g ryżu który ma około 300kcal i zalewam wodą, to nawet jeśli po ugotowaniu ryż napęcznieje i będzie ważył 200g, to nadal wrzucam w siebie te 300 kcal, w końcu woda ma 0 kalorii. Podałem wartości dla suchego produkty celowo, bo przygotowując posiłek łatwiej przecież zważyć ryż czy kaszę przed ugotowaniem, prawda?
      Pozdrawiam.

      • Technicznie rzecz biorąc aż tak nadmiarowe te kilogramy nie są – 76kg przy 176cm wzrostu mieści się jeszcze w normalnej wadze wg BMI (choć jest prawie na granicy), tym niemniej znacznie lepsze byłoby 70kg lub przerobienie tych 6kg w mięśnie (przy czym to pierwsze jest znacznie bardziej realne, jakoś nie mogę się przemóc do siłowni) i to będę się starał osiągnąć.
        Dobrze liczysz – 40-50km dojazdów (zdarzy mi się jechać tramwajem) i około 120km wycieczek. Czasem mniej, czasem więcej, przy czym jeżdżę raczej intensywnie, choć nie zawsze szybko jednak pot i przyspieszone tętno zawsze są – niektóre podjazdy w TPK dają w kość a z kolei przy zjazdach lecę ile fabryka dała – uwielbiam poczucie prędkości 😉 Na pewno to kwestia diety – nie przybieram na wadze, mimo że kalorii wrzucam naprawdę dużo. Muszę się po prostu zdyscyplinować i przy ssaniu po wycieczce jeść coś sycącego, ale znacznie mniej kalorycznego niż teraz, upiekę wtedy dwie pieczenie na jednym ogniu, spadnie waga i posiłki będą znacznie zdrowsze (na ogół to właśnie wtedy siada mi dyscyplina, bo łatwiej jest mi się usprawiedliwić przed samym sobą). Może właśnie któryś z podanych przez Ciebie przepisów mi z tym pomoże – niektóre wyglądają na łatwe w przygotowaniu większej ilości, dobrze przechowujące się i dobre do zjedzenia na zimno.
        Co do podawania kaloryczności suchego produktu – jasne, jak najbardziej ma to sens, po prostu 100g suchej kaszy wydawało mi się dość dużą ilością, stąd wolałem się upewnić czy faktycznie o to Ci chodziło.

  3. Super! Dzięki za inspiracje. Często nie mam pomysłów na posiłki. A mięso staram się ograniczać, bo mój organizm zle reaguje jak jem codziennie.

  4. Sam staram się zmienić swoją dietę, natomiast u mnie jest taki problem, że nie mogę przekonać do tego reszty rodziny. Próbuję chociaż małymi kroczkami włączyć do swojej diety jakieś warzywa, bo do tej pory były to tylko ogórki kiszone i czasem pomidory 😁

    • Rozumiem, że w takiej sytuacji jest Ci ciężko. Wsparcie innych jest bardzo ważne, a konieczność oddzielnego robienia zakupów i gotowania tylko dla siebie zniechęca – zwłaszcza jak na talerzu obok pachnie coś pysznego, ale mniej zdrowego. Mogę polecić chyba tylko rozmowę – zawsze przecież są jakieś argumenty, za którymi stoi chęć zdrowszego odżywiania się lub opór przed spróbowaniem.
      Odnośnie warzyw (i owoców), to chyba wszyscy wiemy, że to właśnie one powinny stanowić większość naszego talerza na każdym posiłku, a bardzo często traktujemy je jako zbędny dodatek. To tak jak wiemy, żeby nie brać pożyczek konsumpcyjnych, a biznes od lat kwitnie 🙂
      Życzę dojścia do porozumienia z resztą domowników. I powodzenia!

      • U mnie każdy je co innego i to naprawdę problematyczne 🙁 teraz mam pod opieką osobę ze specjalna dieta, ktora nijak mi nie podchodzi, więc i tak gotuje dwa osobne obiady

  5. Dzięki, wsparcie jest mi szczególnie potrzebne, ponieważ z gotowaniem jestem na bakier. Po prostu nie lubię tego robić, gotowanie to głównie domena partnerki, która generalnie mogłaby jeść samo mięso 🙂 Pewnie nawet bym nie próbował nic zmieniać, gdyby nie to, że widzę jak obecną dieta niekorzystnie wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie.

    Będę próbował, Tobie dziękuję, naprawdę fajnie czyta się te wpisy i uważam, że nie ma nic złego w tym, że zmieniasz niektóre swoje poglądy czasem nawet prawie o 180°. Sam miewam podobnie, coś co kiedyś wydawałoby mi się abstrakcja dziś już takie nie jest (tyczy się to wielu tematów).

    • Ty, no ale skoro sam nie gotujesz to jie wymagaj 😛 ja to bym Cię zaraz zganila od góry do dołu i zagonila do roboty. Warzywa można jeść w postaci sałatki. Tam wystarczt pokroić, nic nie trzeba gotować.

  6. Wolny, dzięki za inspiracje! W ogóle się nie spodziewałem, że w takich kwotach można przygotować takie fajne posiłki 🙂 Szanuję Waszą drogę wege, chociaż samemu bardzo lubię mięso, to jednak staram się jeść coraz więcej warzyw. Wpis, jak zwykle, nie zawiódł 😀

    • Bardzo miło mi to słyszeć (czytać). Szczerze powiedziawszy, sam się zdziwiłem kwotami, podobnie jak przy tym wcześniejszym wpisie. Niby to dość łatwo policzyć (kwota wydawana miesięcznie na jedzenie przez 30 przez liczbę domowników przez liczbę posiłków), ale mimo wszystko dopiero jak masz to czarno na białym, kwoty wydawane w restauracjach okazują się zupełnie nieproporcjonalne do tego, co otrzymujesz w zamian. Tak, wiem, w restauracji nie płacimy tylko za jedzenie, ale mimo wszystko.

  7. Hej! Dzięki za ten tekst. Czytam Cię regularnie chyba od samego początku i aż nie mogę uwierzyć, że to mój pierwszy komentarz :O Generalnie nie udzielam się na blogach, ale dziś chciałam po prostu dać znać, że robisz świetną robotę (masło maślane ;P). Przeszłam podobną drogę tak jak ty od fascynacji minimalizmem i skrajnym oszczędzeniem do zdroworozsądkowego podejścia do życia 😉 I ja również od dłuższego czasu coraz bardziej ograniczam mięso, także takie wpisy od ludzi, którzy są dłużej w tym ode mnie są mega inspirujące 🙂
    Ogólnie macham łapką chcąc się w końcu przywitać i potwierdzić, że są tu ludzie, których tematy niekoniecznie finansowe ale około życiowe też interesują. Zwłaszcza podane w taki sposób 🙂

    P.s. Piszesz, że razem z Wolną zdobywaliście wiedzę w tym temacie. Możesz zdradzić jakieś źródła do których warto sięgnąć?

    • Powinnaś dostać reprymendę za te parę lat za komentowania, ale rozumiem i dziękuję, że się w końcu przełamałaś 🙂
      Co do naszego zgłębiania wiedzy, to podstawą jest internet, zwłaszcza różnego rodzaju filmy na YouTube. Parę książek też łyknęliśmy, przede wszystkim „The China study” w tym ostatnio „food pharmacy” (po polsku, bo po tytule to oczywiste nie jest :)). Do tego dochodzi obserwacja samego siebie, reakcji organizmu, sygnałów przez niego wysyłanych (senność, zmęczenie, poziom energetyczny, wytrzymałość, chęć na słodkie/słone itp). Proponowałbym zacząć od wpisania w YouTube czegoś w stylu „plant-based diet”, jest mnóstwo wykładów, często poprowadzonych na wysokim poziomie a jednocześnie tak, żeby zainteresować słuchaczy.
      Jeśli chodzi o konkretne nazwiska, to na początek polecam T. Colin Campbell (ten od China study) oraz dr. Greger (od „How not to Die”)

  8. Super!

    Cieszę się, że w Polsce weganizm i wegetarianizm z woooolna robią się popularne. Fajnie, że się do tego przyczyniasz (w końcu z „wolna” ;).

    Z ciekawości wpisałem wszystkie twoje potrawy do aplikacji liczącej składniki odżywcze. Ogólnie, większość witamin i minerałów masz dostarczonych w bardzo dużych ilościach – świetnie!

    Niedobory wyszły następujące:
    Witamina B-12 – tylko około 7-10% zalecanej dawki. W diecie wegańskiej nie ma witaminy B-12, więc poleca się suplementy.
    Witamina D: około 4-6 %. Czy jesteś dużo na słońcu? Jeśli nie, to poleca się suplementować.
    Wapń: około 63%-73%. Nadmienię tutaj, że chodzi o rekomendowaną ilość (RDA), natomiast jeśli chodzi o średnie zapotrzebowania (EAR), to wyszłoby tutaj 78%-91%. Być może wystarczą Ci te ilości, ewentualnie można częściej sięgać po mak, sezam, nasiona chia, migdały, siemię lniane, orzechy włoskie.
    Kwasy omega-3 typu EPA, DHA, być może też ALA (zalecenia są różne, więc bez procentów). Nie podałeś, jaki rodzaj olejów spożywasz. W diecie wegańskiej trudno o kwasy EPA i DHA, ale ALA konwertują do EPA i DHA, choć z małą efektywnością. Bogate źródło ALA: nasiona chia, siemię lniane.

    • Wow, ale fajnie, że Ci się chciało. Jakiej aplikacji użyłeś? Wiem, że tego typu dieta to praktycznie zerowa ilość B12 i wiem też, że od jakichś 2 lat jej poziom regularnie mi spada. Trochę suplementuję, ale naprawdę minimalnie, bo to co przedstawiłem to nie 100% naszej diety, jednak regularnie wpada coś odzwierzęcego. Zaszcza teraz, kiedy jestem na delegacji…
      Odnośnie witaminy D, też mam jakieś pudełeczko D+K, ale szczerze mówiąc praktycznie nie używam. Nie umiem tego obiektywnie ocenić, z jednej strony praca biurowa, z drugiej sporo biegam i jeżdżę na rowerze, średnio co najmniej godzinę dziennie, niemal zawsze na zewnątrz, czy to wystarcza… nie wiem.

  9. Wolny,

    Bombowy wpis!!! Mój mąż też cię czyta, więc może zmieni zdanie na temat obiadu. Bo dla niego obiad bez mięsa to nie jest obiad (wyniesione z domu). Ale jakbym go stopniowo zaczęła odstawiać. Np. W piątek ryba a we wtorek inny bezmięsny posiłek i tak zwiększać dni bezmięsne. 😀

    Twoje dania wyglądają przesmacznie 🙂

    Pozdrowienia,
    Beata

    • Cześć, zawsze można zastosować metodę małych kroków. tzn. stopniowo zmniejszaj porcje mięsa, a zwiększaj warzywa. Zarówno ciało, jak i mózg potrzebuje chwili na przystosowanie się. Ból jest mniejszy, objawy odstawienne również 🙂 Trzymam kciuki!

  10. Cześć. Ciekawe przepisy. Jedną mam sugestę związaną z gotowaniem. Frytki można przygotować w następujący sposób:
    Obierasz ziemniaki
    Kroisz
    Płuczesz
    Gotujesz do połowicznej twardości, jak makaron al’dente.
    Wyjmujesz z wody i studzisz.
    Możesz usmarzyć w głebokim oleju lub upiec beztłuszczowo w piekarniku na papierze do pieczenia.
    Frytki są chrupiące na zewnątrz i miekie w środku.

    • Hej, robimy właśnie w piekarniku, całkiem bez tłuszczu. Nie ma się co oszukiwać, dokładnie jak „prawdziwe” frytki nie smakują, ale po pewnym czasie to wcale nie jest wada!

  11. Jestem pod wrażeniem tego wpisu. Potrawy wyglądają smakowicie, cena za posiłek wychodzi niesamowicie niska, a do tego są to zdrowe posiłki. Chciałabym kiedyś dojść do takiego sposobu odżywiania. Podziwiam cię Wolny i Wolną też – musicie być niesamowicie zorganizowani – macie dwójkę dzieci i mieszkanie do ogarnięcia (tak jak my), dochód prawie pasywny który też niekiedy wymaga trochę czasu (tak jak my-mieszkanie na wynajem), obydwoje jesteście aktywni zawodowo (jak my) i do tego macie czas na sport i jeszcze przygotowanie zdrowych posiłków. Zdradź proszę kilka szczegółów jak wy a zwłaszcza Wolna to wszystko ogarniacie. Po urodzeniu bliźniaków, które mają teraz 1,5 roku wróciłam właśnie do pracy na etacie i jestem podłamana tym jak mało mam czasu na wszystko. Jest gorzej niż przed ciążą-wciąż gonię, każde 15 minut jest na wagę złota. Po pracy do żłobka po dzieci, potem do domu-spacer z dziećmi, coś dla nich do jedzenia (jedzą głównie w żłobku-uważam że zdrowo)- zwykle jakiś mus owocowy, pieczone jabłko, jogurt naturalny, kanapka, zabawa z nimi. Przy nich nic nie mogę zrobić w domu, biegam za nimi bo wszędzie chcą się wdrapać-taki wiek. W końcu ok 20 położenie ich spać.-usypia mąż. Wtedy mam dosłownie 2 godziny na swoje sprawy, co oznacza zwykle ok.pół godziny ogarniania zabawek, ubrań, wstawienie prania, odgruzowanie podłogi itp, pół godziny na moją kąpiel, godzina na przyjemności typu książka, film, czytanie blogów, spacer z psem, rozmowa z sąsiadką, ogarnięcie finansów (budżet domowy) itp. Zakupy i tak zwykle zamawiamy przez internet bo nie ma czasu żeby pojechać do supermarketu. Po 22 idę spać, wstaję przed 6 rano. Gdzie tutaj wcisnąć sport i przygotowanie posiłków na kolejny dzień-nie mam pojęcia. Druga sprawa jest taka, że niestety zdrowy tryb życia -przygotowywanie posiłków i sport nigdy nie były moją mocną stroną i nijak nie umiem się zmobilizować 😉 Może gdybym bardziej chciała…to by się udało. Kiedyś jak miałam więcej czasu to próbowałam biegać czekając na tą obiecywaną przez regularnie biegających falę endorfin ale po miesiącu się poddałam, bo mimo że udawało mi się przebiec prawie 10 km codziennie (pn-pt) to nijak nie czerpałam z tego przyjemności. Przez pół roku ćwiczyłam też w domu z Chodakowską (45 min), ale to też było ciągłe zmuszanie się do tego i bakcyla nigdy nie złapałam :/ Jeździłam do pracy na rowerze (10 km w 1 stronę, 10 km powrót) ale też krótko bo to też nie było przyjemne i zajmowało dużo więcej czasu niż autem. W efekcie teraz gdy czasu jeszcze mniej niż przed ciążą, mam 6 kg nadmiarowe których nie mogę się pozbyć. Mam nadzieję, że ten wpis mnie zainspiruje na tyle, że chociaż spróbuję te 2 razy w tygodniu (weekend) przygotować coś zdrowego do jedzenia do zabrania do pracy w kolejny dzień. Dziękuję za ten wpis.

    • Dziękuję za wspaniały i szczery komentarz. Jak to robimy? Hmmm, przede wszystkim, „wygrzebaliśmy się” z najbardziej zajmującego okresu, kiedy dzieci były małe. Teraz mają niemal równe 3 i 5 lat, a to ogromna różnica w porównaniu z rocznym dzieciaczkiem czy dwulatkiem, sporo czasu dla rodziców się uwalnia. Do końca 2017 roku Wolna nie pracowała, więc czas był. Obie nasze córki chodzą do przedszkola od 09.2017, a dopiero od 01.2018 Wolna podjęła pracę, do tego na pół etatu. Także często zdarzają się dni, że dzieci w przedszkolu, a my oboje w domu. Ja pracuję zdalnie, czasami mam mnóstwo pracy, ale przeważnie jest trochę czasu na ogarnięcie siebie, domu czy jedzenia. Albo na trening – zakładam, że czas który spędzałbym na dojazdy do pracy poświęcam na sport, najchętniej własnie z rana. Wolna często dojeżdża do pracy rowerem, jak ma trening (przeważnie wieczorem), ja opiekuję się dzieciakami. Zresztą nimi już prawie nie trzeba się opiekować, z nimi teraz już po prostu fajnie spędza się czas.
      Ale zdajemy sobie sprawę, że gdyby Wolna pracowała na pełen etat i oboje musielibyśmy dojeżdżać do pracy, to nie bylibyśmy w stanie tak ładnie ogarnąć sobie życia. Dlatego nie planujemy na razie zmian, bo właśnie po to zapracowaliśmy na dochód pasywny, żeby już nie musieć pracować całymi dniami i wiecznie podejmować kompromisów.
      Może Wy również możecie sobie pozwolić na niewielkie ograniczenie etatu, okazjonalną pracę z domu lub jakiś inny układ z pracodawcą, ktory dałby Wam nieco czasu dla siebie?
      Pozdrawiam i życzę dużo wytrwałości!

  12. Dziękuję ci za odpowiedź 🙂 Czyli muszę uzbroić się w cierpliwość i przetrwać a za ok 2 lata będzie łatwiej 🙂 Co do układu z pracodawcą to raczej rozważam DG ale boję się, że aby ją rozhulać to na początku będę potrzebować więcej czasu niż te 8 godzin dziennie na etacie. Stoję właśnie na rozdrożu i czytam wszelkie poradniki i blogi tematyczne 😉 Generalnie mój cel w życiu to mieć więcej czasu i mniej pracować i mieć więcej dochodu pasywnego. Na razie mam więcej pieniędzy ale czasu mniej -więc albo coś robię źle albo może to taki etap przejściowy 😉 Pozdrawiam was i życzę wytrwałości w regularnym zamieszczaniu ciekawych wpisów, bo bardzo lubię twojego bloga i chcę aby był zawsze 🙂

    • Tak, z czasem na pewno nieco się „zluzuje” z dziećmi. Co do działalności, to też mieliśmy podobne plany dla Wolnej. Ale jednym z kontrargumentów na tą chwilę było właśnie to, że firmy nie rozkręca się „ot tak”, przy okazji, mając kilka godzin dziennie. Wydaje mi się, że na początku (miesiące-nawet pierwsze lata) musisz dać z siebie niesamowicie dużo, żeby firma „wypaliła”. Więc jeśli chcesz więcej czasu „na już”, raczej nie polecam DG 🙂 Jeśli możesz poczekać kilka lat i jesteś gotowa w najbliższym czasie wręcz pracować ciężej, czemu nie. Oczywiście generalizuję, tak „przepowiednia” nie musi się w Twoim przypadku sprawdzić.
      My z Wolną odłożyliśmy założenie DG, ale prawdopodobnie do tego wrócimy za jakiś czas

      • Wszystko zależy od tego co w ramach DG masz robić. Modele prowadzenia i budowania DG oparte na Internecie zakładają, że osoba nie ma pełnego czasu, tych 8 godzin. Ale patrząc z drugiej strony, większość z nas ma czas na przeglądanie facebooka, instagrama i innych narzędzi do trwonienia czasu. Wieczorem część ludzi siada przed telewizorem z wymówką, że są zmęczeni, że jutro zaczną. A może warto ten czas poświęcić na pracę, na rozwój własnego pomysłu. Tak licząć na szybko: pracujemy 5 dni po 8 godzin, co daje 40 godzinw tygodniu, tydzien ma 168 godzin, to co się dzieje w pozostałych 128 godzinach? Oczywiście, każdy ma jakieś obowiązki po za pracą, ale część tego czasu marnujemy na rzeczy, które nam nic nie dają np.: psa szczekającego I love. Jeśli jesteśmy zmęczeni wieczorem lub rodzina nam nie pozwala pracować, to trzeba wstać rano np.: o 4:30 – 5:00 i popracować około 2 godzin. 2 godzinny dziennie w tygodniu to jest 10 godzin w tygodniu plus czas weekend.

  13. Wytworzył się jakiś mit, że zdrowe odżywianie jest drogie. Cieszę się, że swoimi wpisami pokazujesz, że może być inaczej. Swoją drogą – bardzo apetyczne są Twoje dania, np. nie przepadam za owsianką, a Twoja wygląda obłędnie! 🙂 Pewnie zainspiruje się Twoimi przepisami, jak już będzie sezon na cukinię i paprykę (jakoś tak mam, że wolę poczekać na polskie wersje tych warzyw zamiast jeść importowane). Ja mam jeszcze jeden patent na tanie jedzenie 😉 Lubię zbierać różne zdrowe zielska po łąkach i lasach (akurat mam taką możliwość). Aktualnie to głównie pokrzywa, ziele i kwiat mniszka, stokrotki, listki chrzanu, czy ziele bratka. Można sobie zrobić ekstra darmową sałatkę, prawdziwą bombę witaminową 😉 PS Ta super droga komosa, o której piszesz to też pospolity chwast – lebioda, jej liście smakują jak szpinak 🙂

    • Spróbuj owsianki, naprawdę warto. Poważnie, ja i Wolna jemy coś takiego codziennie od ponad 2 lat. Jak się pytają, czy nam się nie nudzi „odpytowuję” czy kanapka z wędliną i serem się nie nudzi, w końcu ludzie jedzą to latami 🙂
      Extra sposób z tymi ziołami. Domyślam się, że trzeba mieć trochę wiedzy, żeby wiedzieć co zebrać, ale na pewno warto! To też pewnego rodzaju powrót do natury, fajnie łączy się z ideą slow life. Masz jakieś podpowiedzi, jak zacząć?
      Pozdrawiam.

      • Przekonałeś mnie, chyba się skuszę na Twoją wersję owsianki 🙂 A co do ziół, faktycznie – potrzebna jest tu wiedza (w sumie ciągle staram się ją rozszerzać), ale to niezwykła frajda, kiedy stosuje się ją w praktyce! Dla mnie bazą jest książka „Prawie wszystko o ziołach i ziołolecznictwie” Senderskiego – są tu praktyczne informacje co kiedy zbierać, w jakich warunkach dane rośliny naturalnie rosną (czyli gdzie je znaleźć), jest kalendarz sezonowości ziół, są też monografie ponad 250 roślin leczniczych! Natomiast jeśli chodzi o zastosowanie ziół w kuchni, to często inspiruję się przepisami ze strony „Kociołek wiedźmy” (można znaleźć na facebooku).

        • Dosadnie powiedziane, ale cóż… nie sposób mi się z tym nie zgodzić 🙂 Kupowanie tych drobnych, posiekanych płatków to pomyłka, chyba że ktoś lubi konsystencję kleiku. Ja nie, gryzienie jest fajne 🙂 Dopóki nie odkryliśmy niesamowicie tanich płatków pełnoziarnistych w Auchan (bodajże 1,75zł za 600 gr) kupowaliśmy drożyznę z marketach (~5zł za ~400 gr), która jakościowo i smakowo jest według mnie lata świetlne przed tym tanim, płatkowym „miałem”.

  14. Wolny, gratuluję świetnego wpisu! Dziękuję za inspirację, z chęcią wypróbuję w najbliższych dniach łódeczki z cukini, placki warzywne i zamarynowane tofu z grilla – nigdy nie próbowałem, pora wreszcie się przełamać. Ze swojej strony mogę polecić kanapki z pastą z awokado/guacamole, jajkiem sadzonym, pomidorem i np. szczypiorkiem – obłęd! Ostatnio przyrządziłem również naleśniki z mąki pełnoziarnistej z owocami smażone na minimalnej ilości oliwy (nie sądzę, żeby było więcej niż 3g na 3 spore porcje). Również polecam.

    W swojej diecie od jakiegoś czasu ograniczam spożycie mięsa, staram się jeść więcej owoców morza, warzyw i owoców, rezygnuję ze smażenia na rzecz gotowania i pieczenia. Efekty są bardzo pozytywne – bardziej się najadam, mam więcej energii, lepiej się czuję i wysypiam. Nie planuję rezygnacji z mięsa, planuję wprowadzić 2-3 dni w tygodniu, kiedy go nie spożywam, jestem ciekaw efektów i wrażeń, to będzie pierwszy taki eksperyment.

    Ze zmianą nawyków żywieniowych jest dokładnie tak jak mówisz – wystarczy trochę chęci, wiedzy, umiejętności planowania i poświęcenie odrobiny większej ilości czasu, przynajmniej na samym początku. Liczenie kalorii jest przydatne w pierwszych kilku tygodniach, później nie jest ono konieczne, sami orientujemy się mniej więcej ile kalorii i makro spożywamy.

    Mam 2 pytania, czy spożywacie nabiał i jak radzisz sobie z przewożeniem zakupów? Z tego co wiem starasz się nie korzystać z samochodu i jestem ciekaw, czy używasz do tego celu roweru? 20 paczek płatków w końcu trochę miejsca zajmuje 🙂

    • Hej, naleśniki też u nas goszczą, również z mąką pełnoziarnistą, zwykle na napoju sojowym/ryżowym zamiast mleka. I czasami z syropem klonowym – dzieci (i nie tylko one) uwielbiają 🙂
      Odnośnie zakupów, to płatki kupujemy mniej więcej raz w miesiącu, zwykle jednak wtedy jedziemy autem. Ostatnio, ponieważ jest sezon kupowałem również będąc na rowerze – 8 paczek po 600g spokojnie mieści się w plecaku, także dla chcącego nic trudnego. Zwłaszcza, że Auchan blisko naszej siłowni, na którą i tak regularnie jeżdżę rowerem.
      Nabiał… na pewno bardzo mocno ograniczyliśmy. Praktycznie zero mleka, czasami plaster sera białego czy żółtego, troszkę częściej pleśniowego (lubimy i tyle). Jogurtów też nie jem, śmietany też nie używamy.

  15. Cześć 🙂 Bardzo inspirujący wpis, kolejny! Cieszę się, że jesteś kolejną osobą, która obala mit drogiego i czasochłonnego w przygotowaniu zdrowego jedzenia. Sama byłam przez kilka miesięcy wege, teraz wróciłam do okazjonalnego jedzenia ryb i sporadycznego spożywania mięsa. To, czego mnie brakuje w Waszych posiłkach i co mogłoby wyjaśniać dlaczego chudniesz, chociaż się najadasz, jest mała ilość tłuszczu i białka. Dobrym rozwiązaniem, które sprawdziło się u mnie, jest dodawanie do posiłków pestek i orzechów, łyżeczki oleju, a odnośnie białka: tofu i różnego rodzaju strączki. Wystarczy garść fasoli, by ryż z pieczarkami miał nieco inne marko. Bardzo dziękuję za ten wpis, na pewno będę się inspirować, niech tylko już się zacznie sezon na pyszne polskie warzywa <3

    • Dzięki za komentarz. Pestki dyni i ziarna słonecznika jemy codziennie do owsianki, używamy też nieco oleju rzepakowego i oliwy, tofu też regularnie u nas gości. Ale może jest tak, że mimo dużych ilości wchłanianego pożywienia, tych produktów jest po prostu nieco za mało.
      Ale na spadek wagi patrzę też (nie wiem czy słusznie) trochę jako coś naturalnego, na pewien etap, w którym organizm się oczyszcza po zmianie diety.

    • Kiedyś (jeszcze nie tak dawno temu) gotowałem wodę w czajniku i zalewałem nią płatki owsiane (kupuję tylko całe płatki, wprost nie znoszę tych drobnych, posiekanych), tak żeby prawie przykryć całą owsiankę. Efekt po kilkunastu minutach (akurat na przygotowanie całej reszty do owsianki): miękkie płatki. Później ktoś zdradził mi tajemnicę, że wystarczy chłodna woda i więcej czasu (wtedy na przykład możesz zalać płatki wieczorem żeby mieć na rano. To do mnie jednak nie do końca przemówiło. Podczas jednej delegacji na śniadaniu były wszystkie składniki do płatków, ale jakoś nie zauważyłem w pobliżu ciepłej wody, więc po prostu na szybko nałożyłem płatki, owoce, nasiona itp, plus chyba kapkę jogurtu i tak zjadłem. I tak bardzo spodobało mi się to, że płatki były dość twarde, że trzeba było je trochę pogryźć, że aktualnie robię tak: wsypuję 8 dużych, czubatych łyżek płatków :D, polewam dosłownie kapką wody (może 50-80ml) z kranu, bez gotowania, wrzucam owoce / nasiona i bezpośrednio przed jedzeniem (czasami robię owsiankę z samego rana, a jem ją nieco później) dolewam napój sojowy w ilości podobnej do wody (czyli również bardzo niedużo). Tak mi aktualnie najbardziej smakuje i zupełnie nie widzę konieczności gotowania płatków.
      Ilością Wody / napoju sojowego kontrolujesz „mokrość” 😉 oswianki tak, żeby Ci dobrze weszła.

  16. Zupa bretońska <3 nawet nie wiedzialam, że takie coś istnieje, ale muszę wyprobowac koniecznie, bo wreszcie mam legalny przepis na taką kombinację tego, co zwykle jemy osobno i czego nie laczymy 😀

  17. Hej Wolny!

    Świetne posiłki 🙂 widać dużo warzyw i mało przetworzonych i niewymyślnych produktów i o to chodzi. Tanio, prosto, szybko i zdrowo. Sprzedam Ci jeszcze mój patent na buraka: burak w kostce, prażone orzechy włoskie i słonecznik, feta(prawdziwa), sól, pieprz, opcjonalnie kawałki podsmażonego przyprawionego kurczaka.
    Fajny wpis, sama jem podobnie, ale jeszcze się zainspiruję i spróbuję paru Twoich propozycji 🙂

  18. To i ja dodam kilka propozycji od siebie. Pracujemy na obudwoje na pełen etat, córka je w przedszkolu. Z mięsa całkowicie zrezgnowaliśmy jakieś póltora roku temu, zresztą i wcześnie nie było go u nas dużo. Jako, że czasu wieczorem na ogrnięcie obiadu na następny dzień nie mamy zbyt dużo, panuje u nas prosta regóła . Na pon i wt jest zapienkanka warzywna ( robiona w niedz wieczorem) . Podstawą są ziemniaki i warzywa: kalafior, brokuł, szpinak, jarmuż, w sezenie fasola, bób, cukinia itp. Zamiast żółtego sera polecam fetę albo mozarellę. Na śr i czw gotuje makaron. I tu również pełna warzywna dowolość. Piątek to czas na zupę (zimą soczewicowa lub dyniowa) , latem często chłodnik ( burakowylub pomidorowy) . W weekend czas na inne dania i eksperymenty.
    Tak ulozone menu pozwala nam w tygodniu łatwiej zaplanowac zakupy i oszczędzić czas na myślenie „cojutornaobiaad”.
    Oczywiście zdarzają sie odstępstawa 🙂 Tip przy totalnym braku czasu: kuskus zalać wodą i wrzuciś pomidowki koktajlowe i rukolę ( czas 4 minut z zegarkiem w ręku , wraz z posprzątaniem ). Zdecywonie lepsze od nagminnie jedzonych przez moich kolegów w pracy hamburgerow czy lazanii Pozdrawiam

  19. Bardzo fajne pomysły. Ale 900-1100 zł miesięczie na obiady to nie jakiś super wynik. Ja mogę pozwolić sobie przy 3 osobowej a za chwilę 4 osobowej rodzinie na wszystkie posiłki łącznie z jakimiś przyjemnościami:) tez staramy się jeść zdrowo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię