O zdrowiu słów kilka

38
2666
wyświetleń

„Człowiek poświęca swoje zdrowie, by zarabiać pieniądze, następnie zaś poświęca pieniądze, by odzyskać zdrowie. Oprócz tego, jest tak zaniepokojony swoją przyszłością, że nie cieszy się z teraźniejszości. W rezultacie nie żyje ani w teraźniejszości, ani w przyszłości; żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, po czym umiera, tak na prawdę nie żyjąc.”

Nie trzeba szukać daleko, żeby potwierdzić powyższe słowa Dalajlamy. Chyba większość z nas z łatwością znajdzie przykłady takiego podejścia w najbliższym otoczeniu. Nasze społeczeństwo się bogaci – wraz z upływem lat otaczamy się coraz to nowymi zbytkami, z których większość czyni nasze życie łatwiejsze, przyjemniejsze, lub wykonuje za nas pewną pracę, którą w innym wypadku musielibyśmy wykonać sami. Kupujemy auto i spędzamy w nim czas w pozycji siedzącej. Dojeżdżamy nim do restauracji i siadamy przy stoliku, kiedy obsługa spełnia nasze kulinarne zachcianki. Większość życia zawodowego spędzamy w pozycji siedzącej, wpatrując się w ekran komputera. Jesteśmy zapracowani i zestresowani, przez co w wolnym czasie odpoczywamy na kanapie lub korzystamy z salonów SPA, gdzie kolejny sztab osób dalej nas rozpieszcza.

Tak działa dobrobyt, którego jesteśmy ofiarą. Lata, które przeżywamy w taki sposób nawarstwiają się. Stres, zapracowanie, brak ruchu i kiepskiej jakości jedzenie, które na co dzień spożywamy to prosta droga do nabawienia się jednej lub kilku z chorób cywilizacyjnych, które są coraz częstsze w naszym społeczeństwie i absurdalnie powszechne na zachód od naszej granicy oraz za wielką wodą. Co zadziwiające, niemal wszyscy, którzy zdają sobie sprawę z powyższego, po prostu to zaakceptowali. To normalne i niemal oczekiwane, że ludzie w młodym wieku przyjmują codziennie garść leków. Leków, które w wielu przypadkach tylko okresowo uśmierzają skutki, nie dotykając nawet przyczyny. I które w przyszłości doprowadzą nas na stół operacyjny, również w żaden sposób nie rozwiązujący źródła problemów. To niesamowite, że dzisiaj nawet normy niektórych badań są ustawione na takim poziomie, że mieszcząc się w widełkach, możesz być na najlepszej drodze do problemów zdrowotnych (przykład pierwszy z brzegu: cholesterol i norma 200 mg/dl). Chociaż czemu ja się dziwię: przecież to normalne, że niemal każdy z nas będzie miał problem z układem sercowo-naczyniowym, więc i norma ambulatoryjna się do tej sytuacji dostosowuje. Dziwi mnie natomiast coś innego: czemu jest tak wielu lekarzy, którzy zamiast ruchu i zdrowego stylu życia zaleca garść specyfików? Pewnie częściową winę ponoszą pacjenci, tak chętnie sięgający po leki, ale z wielkim oporem decydujący się na radykalne zmiany w swoim stylu życia.

Chcę, żebyś mnie dobrze zrozumiał: nie chodzi mi o to, żeby dożyć stu lat, ale o to, żeby cieszyć się sprawnością i dobrym zdrowiem do wieku rzędu 50-70 lat. Po co mi niezależność finansowa lub możliwość finansowania niemal dowolnych zachcianek po zakończeniu mojej kariery zawodowej, jeśli wtedy nie będę mógł sobie pozwolić na większość aktywności, jakich chciałbym doświadczyć. Wreszcie: czemu mam to wszystko odkładać na starość, zaniedbując teraźniejszość i ryzykując tym, że tak naprawdę nie przeżyję swojego życia i za 20 lat częściej będę odwiedzał gabinety lekarskie niż robił cokolwiek, co podniesie poziom mojego tętna powyżej 120 uderzeń na minutę.

Mógłbym tak ciągnąć w nieskończoność – to raczej temat na książkę, a nie wstęp do wpisu o zdrowiu. Być może kiedyś rozwinę wątek, ale dzisiaj chciałbym się skupić na praktyce. Jak wiesz, jestem specjalistą IT pracującym z domu. To oznacza, że ilość ruchu, którą muszę wykonać na co dzień jest minimalna. Jeśli czytałeś ten wpis, wiesz też, że kiedyś jadłem podobnie do wszystkich. Teoretycznie nie najgorzej, bo niemal wszystkie posiłki przygotowywaliśmy sami, natomiast sposób ich przygotowania i używane produkty pozostawiały wiele do życzenia. Jeśli dodamy do tego moje jedyne ówczesne hobby, którym było blogowanie (wykonywane również w pozycji siedzącej przed monitorem), moja przyszłość raczej nie jawiła się w jasnych barwach.

Na szczęście jakieś 2 lata temu zachowałem się jak typowy konsument i zacząłem podążać za modą. Ale nie byle jaką i pierwszą z brzegu! Nie nie, z całą świadomością wybrałem coś, co pozwoliłoby mi dołączyć do grona najczęściej oglądanych jutuberów i brylować w rankingu blogów lifestyle’owych. Wybrałem bowiem… sport i zdrową dietę!

Z drogi do prawdopodobnego zawału za 20 lat do całkiem nowej jakości, wszystko w przeciągu pół roku. Jak? Czytaj dalej… 

Na przestrzeni wspomnianych 2 lat w tych sferach wykonaliśmy niemal zwrot o 180 stopni, który – mam nadzieję graniczącą z pewnością – zwiększy prawdopodobieństwo tego, że dłużej będziemy mogli cieszyć się zdrowiem i sprawnością. Marzę o tym, żeby bez większych ograniczeń – również jako dziadek – robić szalone rzeczy z moją rodziną, nie zastanawiając się co chwilę nad tym, czy mój stan zdrowia na to pozwoli.

W telegraficznym skrócie: kiedyś skupiałem się na treningu umysłu, poświęcając mniej więcej 10 godzin tygodniowo na blogowanie, które teraz przeznaczam na ruch. Zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzałem (i nadal spędzam!) przed monitorem, w pozycji chyba najgorszej z możliwych. Dzisiaj hobby uprawiane przed ekranem zamieniłem na sport i uważam, że to jedna z lepszych rzeczy, które mogłem zrobić dla swojego zdrowia i organizmu.

Robię wszystko to, co sprawia mi frajdę, staram się nie zamykać w wąskich specjalizacjach czy planach treningowych, które może i przynoszą efekty, ale często zabijają radość z tego, co robimy. Regularnie pływam, pedałuję i biegam, więc – chcąc nie chcąc – idę nieco w modę zwaną triathlonem. Staram się jednak nie zwariować i robić to z rozsądkiem, również jeśli chodzi o koszty. A te są niemałe – miesiąc w miesiąc ŚWIADOMIE wydajemy co najmniej 500pln na ogólnie rozumiany sport. Karty multisport, sprzęty do poszczególnych dyscyplin (które przecież się zużywają) – to wszystko kosztuje, i to niemało.

Do tego dochodzi siłownia, sport zwany kettlebells (serdecznie polecam! Wolna też się wkręciła!) czy okazjonalne zajęcia typu crossfit / spinning. Ostatnio nawet pedałuję w domu na trenażerze, oglądając jednocześnie coś w TV czy na tablecie. Dużo tego, ale wszystko staram się organizować w ten sposób, aby zrobić średnio 6 treningów w tygodniu, z których każdy trwa średnio 1,5 godziny. Tylko i aż, zależy od punktu widzenia, prawda?

Efekty? Jednym słowem: niesamowite. Robię sporo, żeby uniknąć lub chociaż mocno opóźnić rozwój wszelkich chorób cywilizacyjnych i chyba nie zaskoczę nikogo jeśli powiem, że nigdy jeszcze nie czułem się tak dobrze, jak teraz. Mam mnóstwo energii i chęci do działania, a co najśmieszniejsze: im więcej energii spożytkowuję na trening, tym więcej jej później mam na pracę czy inne aktywności. Staram się planować poranne treningi (plus pracy zdalnej…), po których aż kipię energią i dobrym samopoczuciem – to naprawdę nakręca mnie do działania na dobre pół dnia!

Pewnego rodzaju wisienką na torcie są dla mnie zawody, które traktuję jako zabawę i sprawdzian dla samego siebie. Są to z reguły zawody biegowe, przeważnie na dystansie półmaratonu (choć i maraton się trafił, w tym roku powtórzę ten wyczyn i nieśmiało wejdę w świat biegania ultra :)). 2018 to również pierwszy planowany triathlon na dystansie 1/2 IM, więc to już nie przelewki ale poważna, sportowa amatorka 🙂

To za ukończenie, nie najwyższe miejsca, ale i tak można się pochwalić, prawda? 😉

Skoro już piszemy o regularnym uprawianiu sportów, to nie można pominąć bardzo ważnego tematu, jakim jest dieta i regeneracja. Przy 8-10 godzinach treningów w tygodniu można oczekiwać dobrych rezultatów, za które organizm Ci podziękuje… lub Cię ukarze, w zależności od tego, jak będziesz traktował swoje własne ciało. Ono zniesie na treningach dużo, pozwoli Ci wejść na najwyższe obroty i później szybko wróci do równowagi, jeśli tylko dasz mu odpowiednie paliwo i pozwolisz się zregenerować.  Odpoczynek to podstawa w sporcie, a przy okazji to również kluczowy aspekt dbania o własne ciało i zdrowie w ogólności. Wystarczająca liczba godzin snu, żadnego zarywania nocek, a do tego…

Dieta. Kolejny aspekt, którego absolutnie nie można zaniedbać uprawiając sport, nawet na poziomie czysto amatorskim. Pamiętasz mój wpis pod tytułem „obiad za 5 zł„? Wydaje mi się, że od czasu jego publikacji – i od czasu odżywiania się w ten sposób – minęły wieki. Ze względów typowo zdrowotnych zrobiliśmy wręcz rewolucję w tej sferze życia i przeszliśmy na… weganizm. W moim przypadku nieco oszukany, bo wyjątki się zdarzają (mam wręcz wrażenie, że z czasem jest ich coraz więcej), natomiast podstawą jest to, że prawie nigdy nie planujemy posiłków zawierających produkty pochodzenia zwierzęcego. Owszem, czasami „wpadnie” jakieś jajo czy kawałek ryby (a nawet łyżka majonezu) i jest to całkowicie normalne dla takich „świeżaków” jak my, nie jesteśmy w tym aspekcie dogmatyczni, świat się nie zawalił nawet jak ostatnio wciągnąłem parówkę (której przecież do mięsa i tak zaliczyć raczej nie można ;)). Natomiast podstawą planowanych, codziennych posiłków są zawsze owoce i warzywa. Z tymi pierwszymi się przeprosiłem (kiedyś nieco się obawiałem o nadmiar „cukru” w owocach), a te drugie nie są tak złe, jak się wydaje na pierwszy rzut oka 😉 Obecnie nasza dieta zawiera mnóstwo węglowodanów (ryż, kasze, ziemniaki, makarony itp.), z których organizm robi dobry użytek podczas regularnych treningów, a codzienne samopoczucie (wręcz nadmiar energii) i kompleksowe badania, które wykonaliśmy po 3 miesiącach diety pokazują, że idziemy w dobrą stronę. Czy tak już zostanie, czy może nieco odpuścimy – nie wiem. Wiem natomiast, że to ciekawa przygoda połączona z nauką przygotowywania posiłków na nowo a także coś, z czego na pewno sporo wyniesiemy. Już samo ograniczenie produktów odzwierzęcych daje dużo, a umiejętność zastępowania niektórych potraw zdrowszymi odpowiednikami otwiera całe morze możliwości!

Żeby nie było, że jestem w tym całkiem sam: w moje ślady poszła Wolna, która kilka razy w tygodniu odpoczywa psychicznie od nas wszystkich, wylewając na siłowni siódme poty. Po których spełnia się kulinarnie w kuchni, chyba jeszcze bardziej niż ja angażując się w nasz nowy styl odżywania.

Jeśli chodzi o dzieci, tutaj działamy w sposób bardziej zrównoważony. Dziewczyny i tak mają 4 posiłki w przedszkolu, które są bardzo fajne jak na standardy masowego żywienia, natomiast to normalna (nie wegańska) dieta.  Poza przedszkolem jedzą najczęściej to, co my, więc weekendy i poranki/wieczory zawierają minimalną ilość produktów pochodzenia zwierzęcego (ale czasami trafi im się kawałek kiełbasy czy jajko).

Co więcej – widzimy, że nasze nowe przyzwyczajenia wpływają na innych. Najbliższa rodzina zareagowała różnie – od zdziwienia, przez zaprzeczenie aż do wymyślania mniej lub bardziej realnych problemów typu „i co ja teraz przygotuję na wasz przyjazd”? Koniec końców, widzimy już pierwsze kiełkujące ziarenka w postaci mniejszych lub większych zmian w diecie naszych bliskich. Koniec końców, nie chodzi o nazewnictwo: weganizm, wegetarianizm czy jeszcze jakiś inny frutiarianizm – ważniejsze jest to, żeby nieco bardziej dbać o to, co wrzucamy do żołądka. Już niewielkie zmiany w jadłospisie prowadzące do lepszego zbilansowania posiłków zrobią różnicę. I to taką namacalną, odczuwalną, do tego w krótkim czasie!

Wpis już zrobił się przydługi, a mam wrażenie, że tylko liznąłem temat. Daj znać, czy chciałbyś przeczytać więcej, jakie szczegóły Cię interesują. Na szybko dopiszę tylko, że nadal gotujemy sami i pijemy kranówkę. Jednocześnie muszę ze smutkiem stwierdzić, że prawie całkowicie zrezygnowaliśmy z samodzielnego zaprawiania żywności, a zamiast tego wydajemy znacznie więcej na dobrej jakości gotowe produkty. Najbardziej oczywiste wytłumaczenie to brak czasu, ale sam wiem że to nie do końca prawda… po prostu chwilowo nie mamy do tego zapału.

Na koniec zaznaczę tylko, że opisane powyżej zmiany nie nastąpiły z dnia na dzień. O ile na weganizm przeszliśmy migusiem (i przez to teraz się to troszkę rozmywa), to aktywność sportowa zaczęła się ponad 2 lata temu od jednego treningu tygodniowo. Wraz z coraz większą radochą, jaką mi to zaczęło dawać i z odkrywaniem kolejnych dyscyplin sportowych, doszedłem do aktualnej intensywności. Która zresztą nie jest ani żadnym celem ani wyznacznikiem. Zacząć możesz nawet dzisiaj, na spokojnie, rozsądnie, bez jakichś wielkich aspiracji. Rób to dla siebie, dla fun-u, dbaj o regenerację i nie ryzykuj kontuzji.

PS Przypominam, że niemal codziennie dzielę się z Wami zdjęciami z placu boju, jakim jest aktualnie wykonywany przeze mnie remont mieszkania na wynajem: klik. I jednocześnie przyznaję, że wszelkie aktywności sportowe zawiesiłem na czas remontu. To po prostu nie do pogodzenia… ale o szczegółach za kilka wpisów.

Ze sportowym pozdrowieniem,

Wolny 🙂

38 KOMENTARZE

  1. Ja preferuje spacery – jakieś 3km – 2-3 razy w tygodniu, w lecie dokładam rower i jakoś to idzie 😉 Ale nad dietą to muszę popracować 🙂

  2. Och, zdrówko jest bardzo ważne. Jestem potwornie zapracowany, ale za wszelką cenę staram się wyrwać życiu trochę czasu na odrobinę sportu.

    Gratuluję reaktywacji bloga – aż chyba sam się w sobie zbiorę i z moim zrobię podobnie, bo mnie motywuje Twoje działanie 🙂

    • Taka reaktywacja kosztuje strasznie dużo – jeśli mogę coś podpowiedzieć, to zanim ruszysz na nowo, przygotuj sobie bazę co najmniej 5 wpisów na dobry początek, to pomoże w chwilach, kiedy naprawdę nie będziesz miał kiedy pisać.

  3. Coz za podobna historia do mnie 🙂
    U mnie beda w lutym juz dwa lata jak przeszedlem na weganizm, a wlasciwie pelnowartosciowa diete roslinna. Swoja droga nie wiem czemu niektorzy reaguja emocjonalnie slyszac slowo weganizm… W kazdym razie, w zyciu nie czulem sie lepiej. Reflux zniknal, tak po prostu. A cholesterol w ciagu roku zmalal z 208 do 116…

  4. Wolny,

    Jakbym dostała w pysk od dobrego przyjaciela.
    Muszę się za siebie zabrać. Ostatni rok był tak kiepski, że chyba się poddałam i uważałam, że ten będzie jeszcze gorszy.
    Cały 2017 zajmowałam się małym dzieckiem. Od października wróciłam do pracy. plus dom. plus maluch. plus kupno nowego mieszkania. plus zajmowanie się domem. Wysiadałam. A do tego od tego października jestem w ciąży. Teraz już prawie 5 miesiąc. Tak więc zero ruchu. Zero siłowni, mało basenu. Brak mojego ukochanego roweru.
    Muszę, że ogarnąć, bo wiem, że się da. Nawet mając 13miesięczne dziecko w domu i będąc w 5 miesiącu ciąży. Przestałam już pracować. Maluch jest w żłobku 5h, więc powinnam dać radę. Sprawy kredytowe już prawie na finiszu.

    Dajesz kopa.
    Idę walczyć,
    Beata

    • Damskim bokserem to nie jestem, ale jeśli zmotywuję Cię trochę do działania, to się bardzo cieszę. Jeśli mogę coś zasugerować, to zacznij raczej od diety – po dłuższej przerwie od ruchu zaczynanie na ostro z wysiłkiem w 5 miesiącu ciąży może być ryzykowne. Pozdrawiam serdecznie!

  5. Po raz kolejny będąc w podobnej sytuacji życiowej dochodzimy w podobnym czasie do podobnych wniosków:) Jakieś dwa miesiące temu powiedziałem dość dotychczasowemu żywieniu i wziąłem się za planowanie posiłków w domu. Od tego czasu jesteśmy pseudo wegetarianami (jedyne mięso jakie jemy pochodzi od teściów z ekologicznej hodowli, ale są to minimalne ilości z perspektywą dalszego ograniczenia). Weganizm też mam w perspektywie, ale wszystko w swoim czasie. Bałem się o reakcję dzieci, ale te zaakceptowały brak mięsa bez problemu (choć w dalszym ciągu w przedszkolu i żłobku żywią się „normalnie”).

    Przy okazji – taka dieta to też spora ulga w portfelu. Tylko państwo mniej zarabia – prawie cały rachunek z 5% stawką VAT 🙂

    • Hmmm, my wydajemy więcej niż wcześniej. Zwłaszcza na początku, kiedy zaopatrywaliśmy się w różne zapasy nowych dla nas produktów. Poza tym przy uprawianiu sportu dbamy o kaloryczność potraw – w praktyce wychodzi z 6 posiłków dziennie, połowa na ciepło, objętościowo też trochę tego jest (potrawy roślinne są znacznie mniej ‚geste’ kalorycznie). Ale o tym wszystkim może kiedyś osobny wpis…

  6. Bardzo dobry post łączący zdrowe odżywianie, aktywny wypoczynek czy też sport amatorski. To co ja jeszcze z tego wszystkiego wyłapałem i wyniosłem to to, że warto czasami zastanowić się czy ta tzw „drabina” jest przystawiona do odpowiedniej ściany. Czy aby na pewno w dobrym kierunku zmierzamy. Czasem wydaje mi się warto „śpieszyć się powoli” jakkolwiek to głupio zabrzmi, ja np tak wole, lepiej się czuję niż gdybym był w pośpiechu. Dziękuje za ten wpis jest mi bliski. Pozdrawiam!

  7. Z tymi badaniami to faktycznie fajny patent – zobaczyć, gdzie się jest w życiu w kwestiach zdrowotnych 🙂 ogólnie to jestem za jedzeniem większej ilości warzyw i owoców, ale nie ukrywam, ze po prostu lubię mięso czy masło. A Wam ich nie brakuje ?

    • Zupełnie! I to jest zaskoczenie dla nas samych 🙂 Przez ostatnie pół roku z 5 razy spróbowałem odrobiny mięsa w różnej postaci i za każdym razem stwierdzałem, że… naprawdę nie ma szału. Nie zarzekam się, że nigdy nie zjem już schabowego, ale na razie naprawdę nie ciągnie nas do mięsa, masła czy produktów mlecznych.

  8. Fajnie, że wróciłeś! Jeśli znów przestaniesz blogować, to Cię znajdę i nie pozwolę wstać od biurka, dopóki nie wydusisz z siebie kolejnego wpisu 🙂 Przecież to nieludzkie zostawiać ludzi bez wartościowych treści na tak długo!

    Ten twój „pseudonim artystyczny” faktycznie dużo o Tobie mówi. Widać, że nie jesteś więźniem nawet swoich przekonań i jeśli tylko uważasz to za słuszne, to je po prostu zmieniasz. Wielki szacunek za to!

    A propos starszego wpisu „Obiad za 5 zł” – to ile teraz kosztuje Twój obiad? Skoro więcej w nim warzyw i owoców, to teoretycznie powinien być tańszy. Czy stawiasz mocno na produkty z upraw ekologicznych, które do tanich nie należą?

    • Dzięki za ten komentarz, będę o nim pamiętał jak następnym razem przejdzie mi przez myśl, żeby odpuścić 🙂
      Ile teraz kosztuje nas obiad? Nie liczymy, nie widzimy takiej potrzeby, ale strzelałbym że mieścimy się w szerokich widełkach 2,5-10 PLN za osobę. Tylko kiedyś ‚obiad’ znaczył dla nas jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia, reszta to głównie jakieś kanapki itp. Aktualnie jemy 6 posiłków dziennie, w tym że 3 można by zaliczyć do kategorii ‚obiad’ (zwykle jakieś warzywa na ciepło, z ryżem/kaszą/ziemniakami/makaronem).

  9. Super, świetna sprawa! Ja też jestem w trakcie zmian, przechodzę z mężem na weganizm, ale masełko czy rybka się zdarzy. Znacznie gorzej jednak z ruchem, osiagnelam już 4 razy po 15 minut dziennie, a później chore zatoki nie pozwoliły na ćwiczenia..

      • W tym sęk, że cholesterol jest mocno mitologizowany, a w rzeczywistości jest z nim sporo niuansów:
        – sam wysoki poziom sumarycznego cholesterolu nie mowi w zasadzie o niczym, o niczym też nie wyrokuje na przyszłe zdrowie.
        – wysoki poziom HDL jest mile widziany, u Ciebie jest obecnie niskawy.
        – LDL to występuje w dwóch wariantach, z których tylko jeden jest rzeczywiście szkodliwy. Ale tego w zwykłych badaniach się nie uchwyci.
        – Proporcja HDL do całkowitego cholesterolu powinna wynosić 1:4 lub więcej (najlepiej 1:3 1:2). Im większa ilość HDL tym lepiej.
        – trójglicerydów do HDL powinno byc poniżej 2, u Ciebie to 57/47 = 1,2, więc OK.

        Do czego więc zmierzam? Wyniki przeszłe były jak najbardziej OK, zmiana widoczna w obecnych w sumie o niczym nie świadczy poza tym, że wywróciłeś styl życia i dietę do góry nogami. Czy obecny poziom aktywności zabezpieczy cię przed efektami starzenia bardziej, niż o połowę mniejsze obciążenie? Śmiem wątpić.
        Podejrzewam, że od 8 godzin przed komputerem i 2 godzin biegania wieczorem, „zdrowsze” będzie pamiętanie o przerwach co 40-50 minut i zmianach pozycji w czasie pracy, wtedy nawet 30 minut aktywności dziennie po pracy wystarczy do zachowania zdrowia, o ile oczywiście geny i środowisko nie spiskują przeciwko nam 🙂

        Nie to, żebym był przeciwko aktywności fizycznej, ale na zmieniające sie cyferki w badaniach trzeba patrzeć sceptycznie, ciało dąży do homeostazy i żaden współczynnik widoczny na badaniach nie jest jednoznacznie zły lub dobry. A nie ma chyba większej pułapki od myślenia, że niski cholesterol jest synonimem zdrowia.

  10. Dzięki za wpis 🙂
    Warto jest zagłębić się w temat wyznaczania norm dla np cholesterolu.
    A norma ta nie ma poparcia w żadnych badaniach i co jakiś czas jest zaniżana by mieć więcej klientów na tabletki..
    A propo aktywności fizycznej to układ limfatyczny nie ma swojej pompy w postaci serca dlatego wysiłek fizyczny jest nam niezbędny by organizm funkcjonował prawidłowo

    Zerknij na mój film „Skąd brać zdrową żywność”
    https://youtu.be/wdxvJ_31MMM

  11. Aż sam muszę zbadać sobie z ciekawości cholesterol. Kiedyś kiedyś miałem 210 czy coś koło tego potem spadł na 190. Sam z siebie ograniczyłem od kilku miesięcy albo już roku mięso, praktycznego nie jem. Wieprzowina czy wołowina zero, jednak od wielkiego dzwonią zjem parę kawalkow piersi z kurczaka, w sałatce czy ma pizzy domowej. Lub kawałek ryby.
    Ale jem dużo serów żółtych, i pewnie przez nie miałbym nadal duży cholesterol.
    Co prawda z sera nie zrezygnuje ale ogranicze go. Do Max dwóch plasterkow dziennie a czasami wcale Choć z drugiej strony wiem że tłuszcze odzwierzece mi szkodzą bo źle mi je organizm trawi. Potem mam różne przeboje żołądkowe. Kiedyś miałem badanie na to w szpitalu. Więc może w ogóle zrezygnować. Tylko co jeść wtedy na kanapkę.
    Co proponujesz?

  12. Czy zainwestowaliście w jakiś sprzęt do przygotowywania zdrowego jedzenia? Ja od roku przymierzam się do kupna blendera wolnoobrotowego i ciągle się waham ze względu na cenę. Może napiszesz przykładowy jadłospis i co z tego zjedzą dzieci. U nas to problem. Pozdrawiam

  13. Fajnie, że wróciłeś do blogowania. Czy zainwestowaliście w jakiś sprzęt do przygotowywania zdrowego jedzenia? Ja od roku przymierzam się do kupna blendera wolnoobrotowego i ciągle się waham ze względu na cenę. Może napiszesz przykładowy jadłospis i co z tego zjedzą dzieci. U nas to problem. Pozdrawiam

  14. Ojej, jesteś:) Cały i zdrowszy:) Fantastycznie.Po tych ohah i ahah, lekturze tego wpisu wystąpiła refleksja nad swoim zdrowiem. Poprzedni rok odpuściłam sobie aktywność pławiąc się i usprawiedliwiając swoje dodatkowe kilogramy, gorsze samopoczucie i cholesterol całkowity na poziomie 220 Hashimoto.Wstyd.
    Liczę, że tak jak wcześniej nauczyłam się z pomocą Twojego bloga racjonalnie gospodarować budżetem domowym, tak teraz Twoja obecność na blogu będzie działała mobilizująco na mnie w aspekcie zdrowia i lepszej jakości życia.
    Dziękuję za powrót.

  15. Wolny! Witaj! Myślałam, że już nie wrócisz a czekam i czekam! ;-))
    Cieszę się, że jesteś :))

    U mnie zmiany dopiero nastąpią. Muszą. Hemoglobina 9.8 …. Kiepsko 😦 sporo trzeba zmienić żeby ten wynik zmienić na lepszy

  16. Hej, widzę że wróciłeś do blogowania :). A do tego tak fajnie piszesz o zdrowiu.

    „[C]zemu jest tak niewielu lekarzy, którzy zamiast ruchu i zdrowego stylu życia zaleca garść specyfików?” – czy miałeś na myśli „czemu jest tak WIELU lekarzy, którzy zamiast ruchu i zdrowego stylu życia zaleca garść specyfików”? Czy że większość lekarzy faktycznie zaleca ruch? (Chyba to pierwsze?).

    „[C]hcąc nie chcąc – idę nieco w modę zwaną triathlonem”. Jakiś czas temu też się nad tym zastanawiałem. Znalazłem jednak dużo badań pokazujących, że ekstremalne sporty (maraton, i triathlon) zwiększają ryzyko chorób serca. Najbardziej korzystny jest umiarkowany wysiłek.

    „[P]rzeszliśmy na… weganizm”. A to ciekawostka, niedawno też zacząłem moją przygodę z weganizmem. Ciekawe, jak długo wytrwam.

    Pozdrowienia!

    • Cześć, poprawiłem odnośnie lekarzy, oczywiście chodziło o opcję nr 1, dzięki za wyłapanie.
      Co do sportu, to ciężko generalizować – każdy jest na nieco innym poziomie, każdy inaczej znosi wysiłek i ma nieco inne predyspozycje. Sądząc po mojej budowie ciała i dotychczasowych osiągnięciach w różnych dziedzinach uważam, że jestem wręcz stworzony do sportów wytrzymałościowych. Może to też kwestia wieku (z tego co kojarzę, 30-40 lat to idealny wiek właśnie na takie wyczyny)… faktem jest, że nakręca mnie to i daje olbrzymią dawkę adrenaliny. Jestem wręcz zdania, że ciało zniesie niemal wszystko, jeśli tylko odpowiednio je odżywimy podczas takich ekstremalnych wyczynów. W zeszłym sezonie w szczycie formy biegałem nawet po 25 km w ramach treningu, przed pracą czy w weekend i funkcjonowałem później niesamowicie dobrze. Chyba trzeba się wsłuchać w samego siebie i nie robić nic wbrew sygnałom wysyłanym przez organizm. Co do samych badań, to ja z kolei natrafiłem na takie, że szczupli żyją dłużej, więc po kilku mniej lub bardziej udanych próbach wyraźnego przybrania na wadze pogodziłem się z tym, że już chyba zawsze będę szczypiorem 😉
      Pozdrawiam!

    • Aha, dzisiaj wróciłem z tygodniowej delegacji. Ponieważ hotel był spory kawałek od miejsca pracy, a ja byłem odcięty od innych aktywności, ograniczyłem się do biegania (ok 5-6 km/dzień, czyli bardzo krótkie dystanse jak na mnie) i… chodzenia. Zegarek pokazywał, że niemal codziennie robiłem niemal 25 000 kroków 🙂 Jak się człowiek nie spieszy do rodziny bo i tak wraca do hotelu, można trochę zmęczyć nogi i w ten sposób 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię