Mam, co chcę. Teraz chcę, co mam.

52
3264
wyświetleń

Jedna z ostatnich publikacji na blogu mówiła o naszej najnowszej inwestycji: kolejnym mieszkaniu na wynajem, którego remont i wynajęcie zwieńczyło ambitne plany inwestycyjne, zainicjowane przez nas ponad 2 lata temu. Wtedy to zdecydowaliśmy, że przeznaczamy niemal wszystkie nasze oszczędności plus to, co w najbliższym czasie zarobimy, żeby kupić 2 mieszkania na wynajem, nie posiłkując się żadnym kredytem. Decyzja z jednej strony ambitna, nieco ryzykowna (niemal wszystkie jajka do wrzuciliśmy do jednego kosza), a z drugiej: przemyślana, zgodna z naszym przeczuciem, spinająca się finansowo (przynajmniej na papierze, bo wtedy mogliśmy tylko gdybać), a także poparta naszym stanem finansów.

W dniu dzisiejszym (po mniej więcej 12 latach pracy zawodowej na etacie!!!, specjalizacji i kolejnych awansów) widzimy, że wszystko się spięło i dzięki zakończeniu ostatniego z projektów, znaleźliśmy się w niesamowitej sytuacji: dysponujemy portfelikiem (zdrobnienie świadome :)) trzech 2-pokojowych mieszkań na wynajem w niezłych lokalizacjach Gdańska, z których każde generuje mniej więcej 2000 zł przychodu. Zakładając 11,5 miesięcy najmu w roku (do tej pory nie mieliśmy ani jednego miesiąca pustostanu), przynoszą one 69862 zł rocznie. Po uwzględnieniu podatków (zarówno dochodowego, jak i od nieruchomości/gruntu), ubezpieczenia i 200-złotowej, comiesięcznej składki na ewentualne naprawy/niewielkie remonty, zostaje niemal 61000 zł. Nieco ponad 5000 zł miesięcznie netto. Niemal pasywnie, bez naszego zaangażowania, bez porannego wstawania, stania w korkach, wielogodzinnego, codziennego realizowania czyjejś wizji; bez nikogo nad głową; zaledwie z kilkoma klientami, jakimi są nasi najemcy. 

WOW. Po raz pierwszy od baaaardzo dawna mam poczucie, że zrealizowaliśmy coś dużego. Że te lata pracy i codzienne, drobne decyzje, postępowanie nieco w poprzek temu, czego inni od nas oczekiwali, najzwyczajniej na świecie przyniosły owoce. Ale ponieważ to wynik wieloletniej pracy, a nie niespodziewane wzbogacenie się z dnia na dzień, to mieliśmy czas, aby się do tego przygotować i przyzwyczaić – można powiedzieć, że po prostu wszystko poszło zgodnie z planem, dlatego korki od szampana strzelać nie będą (a zamiast tego będzie aktywny weekend we Włoszech bez dzieci, też fajnie :)).

Tak było ostatnio, aż chce się wracać 🙂

Można powiedzieć, że dzisiaj, kiedy oboje z Wolną mamy po 34 lata, nasz projekt  „wolnym być” technicznie dobiegł końca. Oczywiście: dorobiliśmy się zaledwie portfelika a nie portfela, a całość wykonaliśmy niezwykle amatorsko i skrajnie nieprofesjonalnie (do tego stopnia, że teraz kombinujemy, jak to wyprostować na przyszłość), ale twardy fakt jest taki, że ten (niemal) pasywny dochód przewyższył średniomiesięczne wydatki naszej 4-osobowej rodziny. Kolejne WOW.

Jak jednak wspomniałem, to nie była wygrana w totka, ale wynik powoli rosnących oszczędności i przychodów pasywnych, wzrostu wynagrodzenia, nauki obchodzenia się z coraz większymi kwotami, mądrych (a także nieco mniej mądrych) inwestycji i trzymania w ryzach inflacji stylu życia. Nie ma w tym żadnej magii, nie jest to nic spektakularnego, a jeśli chcesz dowiedzieć się, jak to wszystko wyglądało po kolei, przebrnij przez 240 wpisów na blogu, pamiętając że to MOJA droga, która absolutnie nie musi Ci pasować lub nawet zadziałać w Twoim przypadku. Jest też duże prawdopodobieństwo, że wcale Ci się ona nie spodoba i uznasz ją jako niewartą realizacji, poniekąd pewnie zgodnie z prawdą. Ponieważ już od jakiegoś czasu wiedzieliśmy, że idziemy jak czołg, to świadomie i regularnie luzujemy pasa, zaczynamy coraz więcej podróżować i z roku na rok nieco odpuszczamy hamulce, pozwalając sobie na coraz więcej tam, gdzie nam zależy.

Jakie mamy wnioski z tych 12 lat wspólnej podróży?

  • można szybciej 🙂 W 2013 roku na pokrycie naszych wydatków wystarczało 2500 zł miesięcznie. Gdybyśmy nadal trzymali się ówczesnych założeń, szli ścieżką minimalizmu oraz nie powiększali rodziny, osiągnięcie dzisiejszego stosunku przychodów pasywnych do wydatków nastąpiłoby dobre kilka lat wcześniej. My jednak świadomie zmieniliśmy model rodziny z 2-osobowego na 4-osobowy oraz stopniowo luzowaliśmy pasa, a nasze wydatki szybowały w górę i nadal będą rosnąć. To wszystko kwestia wyborów, a ja mogę tylko doradzić tym z Was, którzy również dążą do niezależności finansowej, że Wasza wizja i decyzje, które podejmiecie po drodze mogą mocno namieszać w Waszych inicjalnych planach i wyliczeniach.

Ale jak tu przedkładać kasę ponad te gwiazdeczki… przecież się nie da 🙂 

  • można też wolniej, ale (przynajmniej potencjalnie) przyjemniej :). Absolutnie nie twierdzę, że chciałbym coś zmieniać, cofać się w czasie i zmieniać powzięte decyzje – przeszliśmy niesamowitą drogę (która jest ważniejsza niż cel!) i cały czas byliśmy spójni z naszymi przekonaniami i priorytetami. Faktem jest jednak, że one się zmieniały i – przykładowo – pieniądze dzisiaj zdecydowanie spadły w hierarchii naszych wartości, a zdecydowanie bardziej doceniamy inne zmiany – w nas samych, a nie w naszej wartości netto. Gdybym miał doradzać sobie samemu, młodszemu o 10 lat, powiedziałbym: wyluzuj nieco, odpuść trochę; rób swoje, ale ciesz się dniem codziennym, miej pasje i nie bój się wydawać pieniędzy na to, co dla Ciebie ważne. I tak dojdziesz tam, gdzie chcesz, a będziesz mógł się dłużej delektować samą drogą.

My przykładowo wracamy do podróżowania, które zawiesiliśmy na dłuższy czas po urodzeniu się dzieci. I tak, to chyba pierwsza fota naszej rodziny w całej okazałości 🙂

  • etat nie jest złem skończonym, a działalność gospodarcza nie jest jedyną drogą do osiągnięcia ambitnych celów finansowych. O tym ostatnio pisałem, ale zdecydowanie warto powtórzyć, że etat nie odbiera możliwości; można i w ten sposób, mimo że nie jest to do końca optymalne, a na pewnym etapie siłą rzeczy pojawiają się decyzje biznesowe i podejście, które są bardzo zbliżone do tego, czym na co dzień żyją przedsiębiorcy.
  • nadal uważam, że życie zdecydowanie poniżej swoich możliwości finansowych, minimalizm, prostota, ograniczanie posiadanych rzeczy, jedzenie małą łyżeczką i konsumpcja tego, co już zostało wyparte przez nowe wersje/modele/technologie jest dobre. Nie tylko dla finansów osobistych, ale również dla zachowania pewnej normalności i psychicznej równowagi w dzisiejszym świecie, w którym niemal wszyscy zdają się działać według wiecznego „chcę; teraz; należy mi się”
  • satysfakcja z tego, co robisz jest zdecydowanie większa, jeśli w to wierzysz i działasz w oparciu o swoje własne cele, pasje i zainteresowania. Właśnie rozpoczęliśmy kolejny etap rozwijania kariery zawodowej Wolnej, tym razem już „na swoim” i muszę przyznać, że pierwsze 150zł zarobione na drobnym projekciku ucieszyło nas bardziej, niż 10-krotność tej kwoty, która wpłynęłaby na nasze konto za pracę zawodową na etacie.

  • warto znać umiar. Otaczają nas ludzie, którzy – podobnie jak my – zarabiają konkretne pieniądze. Ich postawy są wręcz skrajne, ale często widzimy, że równowaga zdecydowanie nie jest ich mocną stroną, a to przecież klucz do zdrowego i pełnego życia. Konsumpcja ponad miarę lub wieczny pościg za coraz większym majątkiem, zapominając o rodzinie, czasie dla siebie i zdrowiu – to często obserwowane przez nas postawy. Balans w życiu dał nam niesamowicie dużo i ciężko przecenić jego pozytywny wpływ na radość z dnia codziennego.
  • Jeśli tylko zdrowie dopisuje Tobie i Twojej rodzinie; jeśli dbasz o kontakty międzyludzkie z najbliższymi; jeśli jesteś aktywny, masz jakieś hobby (niech nawet będzie nim to, co robisz zawodowo!) i dajesz innym coś od siebie (niech to będzie blog, na którym dzielisz się wiedzą i doświadczeniem :)), to tylko od Twojego umysłu (a nie stanu portfela!) zależy, czy potrafisz znaleźć szczęście i satysfakcję z kolejnych przeżywanych dni. To bardzo ważne w kontekście umiaru z punktu wyżej: niestety często zapętlamy się w ten wieczny cykl „więcej = lepiej” i wydaje nam się, że kolejny tysiąc czy milion na koncie pozwoli na kupno tego czy tamtego, dzięki czemu w kooooońcu będziemy szczęśliwi. A później okazuje się, że owszem, jest fajnie, ale czemu nie dozbierać jeszcze kilka razy więcej, żeby wspiąć się nakolejną górę próżności i osiągnąć satysfakcję absolutną, która jakimś dziwnym trafem nigdy się nie pojawia… i nie pojawi przy takim podejściu, nawet za miliardy.
  • uważam, że nasz aktualny komfort finansowy powinien być normą dla wszystkich osób, które traktują poważnie swój budżet domowy. Poczucie bezpieczeństwa i brak wszelkich obaw o jutro, jakie daje niezależność finansowa jest niesamowite. Podejmowanie się zadań (w tym pracy zarobkowej), kiedy wynagrodzenie jest niemal pomijalne (a to zrobiła Wolna jakiś czas temu) daje niezwykle dużo. Jednocześnie, wzrasta pewność siebie, efektywność wykonywanej pracy, a same pieniądze stają się jedynie jednym z wielu czynników, które motywują do działania. Kiedy nie są one główną siłą napędową, pojawia się lepszy balans w życiu, a jednocześnie…
  • Pewność siebie, którą daje ta olbrzymia poducha finansowa sprawia, że – paradoksalnie – w pracy osiągasz znacznie więcej niż inni w znacznie krótszym czasie, bo nie obawiasz się o swoje stanowisko ani opinię innych, a zamiast tego pracujesz mądrze, wydajnie i nie masz problemów z podejmowaniem odważnych decyzji. Nie jesteś też fałszywy, nie zabiegasz o niczyje względy, nie wchodzisz nikomu w cztery litery – po prostu możesz żyć w zgodzie z samym sobą. Prawdopodobnie podobny stan można osiągnąć inaczej, bez wsparcia oszczędności, ale u mnie one odegrały tutaj znaczącą rolę.

A jak rozumiem tytułowe „Mam to co chcę, teraz chcę tego, co mam„? Otóż początek naszej drogi do niezależności finansowej definiowały ambitne cele i żelazne przestrzeganie reguł gry, które sobie narzuciliśmy (w szczególności mam tu na myśli oszczędne życie i wycinanie większości zachcianek, często aż do przesady). Z biegiem czasu zaczęliśmy rozumieć, że w zasadzie nic nas już nie powstrzyma przed osiągnięciem tych początkowych założeń, a do tego pokonaliśmy pewną ciekawą drogę, która zmieniła nas samych. Wraz z czasem pieniądze zaczęły schodzić na dalszy plan, stawały się coraz mniej istotne; wtedy też zaczęliśmy żyć mądrze, a nie tylko oszczędnie. Ten proces transformacji nadal trwa, ale jakby na to nie patrzeć, osiągnęliśmy cel postawiony lata temu. Mamy więc to, czego chcieliśmy. Teraz płynnie przechodzimy do „chcenia tego, co mamy”. Tak, wiem – łatwo powiedzieć, że czerpiemy radość z obecnego życia i wygaszamy nasze ambicje o więcej w sytuacji, kiedy nasze potrzeby są w zasadzie zapewnione na zasadzie „czy się stoi czy się leży”. Ale wierz mi, to też jest sztuka, bo te wszystkie lata – co by nie mówić – wyrobiły w nas pewne nawyki. Na przykład ten, że jeśli mamy nadwyżki finansowe, to nie myślimy o tym, jak je przepuścić, ale raczej: w co inwestować, żeby zagonić je do cięższej pracy niż ta, którą wykonujemy sami. A to też zajmuje czas, rodzi potencjalne problemy, wymaga wysiłku i dodaje kolejne stopnie odpowiedzialności za naszą rodzinę czy klientów naszej ‚firmy’. Mentalnie jesteśmy przedsiębiorcami/inwestorami (może nie rasowymi, ale coraz bardziej skutecznymi), a do tego doświadczamy efektu finansowej kuli śniegowej, dlatego niemal oczywiste jest to, żeby ciągnąć to dalej; żeby wciąż pomnażać i rosnąć, definiując coraz to nowe cele finansowe. Bo przecież za każdą górą, którą zdobędziemy jest kolejna, jeszcze wyższa. Bo przecież dobiliśmy do niezależności finansowej, która może trwać 1 dzień – wystarczy, że wezmę auto w leasing, zachce nam się zamieszkać w domu, wyjedziemy na droższe niż zazwyczaj wakacje czy rynek nieruchomości na wynajem zaliczy jakąś spektakularną wpadkę. Piszę też o luzowaniu pasa, więc dzisiejsze 5000 zł może przeistoczyć się w 7000 zł czy 10000 zł, które będziemy niedługo potrzebowali każdego miesiąca.

Oto przykład tego, że jeden zakup może całkowicie zmienić obraz comiesięcznego budżetu. Nasze miesięczne wydatki w październiku zamknęły się w kwocie 12.000 zł (zamiast standardowych 5 000 zł). Dzisiaj jednak wiem, że warto wydawać pieniądze na swoje hobby… poza tym nie byłbym sobą, gdybym nie zrealizował tej zachcianki w sposób bardzo rozsądny 😉 – kluczem było tutaj skorzystanie z funduszy celowych, o których pisałem tutaj.

Mamy świadomość, że zawsze jest coś dalej, coś ponad. Jeśli nie ułożymy sobie tego w głowie, nigdy nie będziemy szczęśliwi z tym, co mamy. Sam przez kilka lat goniłem za czymś, co dzisiaj niekoniecznie ma taką wartość, jak mi się wcześniej wydawało. Myślę, że kluczem jest racjonalny poziom potrzeb i pragnień (czyli dla każdego co innego :)), a także nauka czerpania satysfakcji z rzeczy małych. Rozdmuchanie stylu życia nie jest trudne i nie ma takich pieniędzy, których nie można przepuścić; nie istnieje sufit ani taki poziom pasywnego przychodu, który nadążyłby nad umysłem, który nakręca się na coraz to nowe zachcianki.

Dlatego z jednej strony będziemy starali się zachować pewien rozsądek, a jednocześnie już jakiś czas temu odpuściliśmy marsz najtrudniejszym szlakiem, ciągle pod górę. Obraliśmy łagodniejszą, dłuższą i mniej wymagającą ścieżkę. Mamy bowiem świadomość, że dotychczasowe 12 lat zrobiło swoje i nawet, jeśli zredukujemy nasze tempo, to i tak utrzymamy obecny, super bezpieczny stosunek poziomu dochodu pasywnego do comiesięcznych wydatków. Dlatego dzisiaj chcemy już tylko (lub aż…) tego, co mamy – kolejne inwestycje i wzrosty w obszarze finansów możemy robić ‚dla sportu’, jeśli dana inwestycja czy projekt będzie nas interesowała; jeśli da nam jakąś satysfakcję i popchnie do przodu nas jako ludzi, a nie tylko nasze finanse. A najlepiej, jeśli dzięki niej zrobimy coś dobrego dla innych.

Wierzymy, że pieniądze to nie żaden cel, ani nawet środek spełniania celów; one są dzisiaj tylko skutkiem ubocznym tego, co robimy. Nasze codzienne decyzje finansowe (od tych najprostszych, w sklepie, po te duże, inwestycyjne) podejmujemy zgodnie z własnymi przekonaniami, priorytetami (czas dla rodziny i samorealizacji, dbanie o swoje ciało i umysł, a dopiero później aktywność zawodowa) i zainteresowaniami, a nie tylko wedle stanu portfela. Niektóre z planów biznesowo/inwestycyjnych wręcz wygaszamy w zarodku, bo odpowiedź na pytanie „czemu chcielibyśmy się tego podjąć” nas nie satysfakcjonuje. Inaczej mówiąc: nakład pracy, stres, poświęcenia w obszarze naszych hobby i czasu dla siebie nawzajem są na tyle znaczące, że w naszych oczach nie są warte schylania się po potencjalne zyski i zdobywania kolejnych szczytów. 

Prawdziwie wolna Wolna 🙂

Co zatem dalej? Na razie bez rewolucji w stylu rzucania papierami i tym podobnych, nie wpiszę się więc w jakże modny wśród blogerów trend 🙂 Wielokrotnie pisałem już, że dostosowałem pracę do moich potrzeb i osiągnąłem pewien stopień satysfakcjonującej nas równowagi. Przyznaję też, że ciężko mi odpiąć się psychicznie od pracy zawodowej, która jest klasyczną złotą klatką… kiedyś to przeprocesuję w swojej głowie, ale na to potrzebuję więcej czasu i odpowiedzi na pewne pytania/wątpliwości.

Dlatego na tą chwilę postanowiliśmy, że skupimy się na Wolnej, która od roku na nowo definiuje swoją ścieżkę zawodową i która absolutnie nie jest w tak komfortowej sytuacji, jak ja (a to wynika z wielu czynników, chociaż na pierwszy plan wysuwa się decyzja o posiadania dzieci i jej konsekwencje). Po powrocie do pracy zawodowej na etacie, w niecały rok nauczyła się już chyba wszystkiego, co mogła w obecnej firmie, zdecydowaliśmy, że czas na kolejny krok. Tak oto powstała Pracownia Dobrych Wnętrz, usługi której oczywiście polecam 😉

Jaki jest cel naszego nowego projektu? Chcemy zadbać o rozwój Wolnej i teraz – kiedy nasze dzieci mają 3 i 5 lat – w końcu jest to możliwe. Już dawno temu ustaliliśmy, że nie chodzi nam o bierną emeryturkę w cieniu palmy, ale o robienie tego, co lubimy, dawanie innym wartości i czerpanie z tego satysfakcji. Oprócz tego, jesteśmy ciekawi, jak wygląda prowadzenie biznesu, bycie kapitanem i sternikiem własnego okrętu (no dobrze, na początku: szalupy ratunkowej), jesteśmy też głodni zbudowania czegoś nowego, od podstaw. I mimo, że nie zamierzamy stosować podejścia „praca przez 14h/dzień przez pierwsze 2 lata prowadzenia działalności”, to jestem spokojny o efekty. To wynika z jakże prostego przeświadczenia pod tytułem „damy radę”. Skoro nasze umysły i ciała są przystosowane do tego, żeby dokonywać rzeczy znaczących; skoro nie boimy się pracy i wyzwań; skoro mamy kolejny cel, w którym finanse absolutnie nie grają pierwszych skrzypiec, to czemu mielibyśmy polec?

Powiem więcej, mimo że może to zabrzmieć nieprawdopodobnie: aktualnie żyję z przeświadczeniem, że jestem w stanie zrealizować niemal dowolny pomysł, którego się podejmę. Jeśli tylko będzie mnie on wystarczająco ‚kręcił’, jeśli poświęcę mu wystarczająco dużo, jeśli będę konsekwentny w tym, co sobie zaplanowałem. Przykłady? Jeśli chciałbym polecieć w kosmos, przebiec 100-kilometrowy ultramaraton czy stworzyć firmę zarabiającą miliony, to wszystko byłoby możliwe. A jednocześnie nadal mam w sobie sporo pokory, ostrożnie definiuję kolejne cele w życiu, stąpam twardo po ziemi i jestem wierny tym samym podstawowym wartościom, w które wierzę od dawna. W związku z tymi priorytetami, zamiast dokonywać rzeczy biznesowo wielkich, wolę pobawić się z dziećmi… ale czuję, że te 100 km kiedyś zaliczę 🙂 Wniosek dla Ciebie? Proszę bardzo: zanim się czegoś podejmiesz, spytaj sam siebie, czy tego właśnie chcesz, czy jesteś na to przygotowany, czy to właśnie cel, o który Ci chodzi i czy godzisz się na wszystko, co związane z pracą nad jego osiąganiem. A przy okazji: czy pieniądze to główny motywator do zrobienia tego, co planujesz 🙂

Ale po co to wszystko? Po co dalej coś budować, po co zabierać się za coś nowego, jeśli jest tak dobrze i mogę w nieskończoność dreptać tą samą ścieżką, co teraz i zbytnio się nie przemęczać, jednocześnie odcinając kupony od tego, co do tej pory zbudowaliśmy? Przede wszystkim, to przyzwyczajenie do działania, przez które stagnacja nas nie kręci; to chęć rozwoju, ciekawość… ale jest coś jeszcze. To chyba dość naturalne, że z biegiem lat stopniowo przestawiamy się z modelu, w którym bierzemy w ten, gdzie dajemy. I we mnie jest coraz więcej chęci (jeszcze nie popartej większą praktyką i konkretnymi pomysłami), żeby w jakiś sposób pomagać innym. Być może finansowo, być może życiowo, być może po prostu edukując i pokazując możliwości (to robię już za pośrednictwem tego bloga). Czas pokaże, na pewno coś fajnego z tego wyniknie. Jednym z pomysłów jest to, żeby 10% przychodu firmy Wolnej (przychodu! A więc każdej złotówki, którą otrzymamy, bez względu na koszty) przeznaczać na jakiś cel dobroczynny. Musimy to jeszcze sprawdzić pod kątem podatkowym i znaleźć beneficjentów naszych działań, ale właśnie takie pomysły sprawiają, że trochę bardziej nam się chce, nawet jeśli nie za bardzo potrzebujemy kolejnych źródeł dochodu.

Na koniec kontrowersyjnie: może zabrzmi to dziwnie, ale te ambitne plany na przyszłość nie będą naszym priorytetem. Z jednej strony, nadal stawiamy sobie pewne cele i dążymy do ich realizacji, ale mając świadomość przemijania, chcemy bardziej skupić się na „tu i teraz”. Osobiście planuję żyć jeszcze uważniej i świadomiej niż teraz. Co to znaczy? Nie będę żył wiecznie – to pewne. Nie mam też potrzeby gromadzenia w nieskończoność – chciałbym nadal żyć racjonalnie i mieć czas na moje priorytety oraz korzystanie z życia (chociaż pod tym pojęciem chyba widzę coś innego, niż większość :)). Czas na medytację, czytanie książek, rozwój osobisty, realizację różnych projektów, bycie przy moich dzieciach w mniej lub bardziej ważnych momentach ich życia, podróże i wiele innych. A także ten blog, który chyba daje mi więcej niż większości z Was (o tym też przygotowuję osobny wpis, bo spisywanie własnych myśli, planów i przekonań jest niesamowicie przydatne, niezależnie od tego, czy publikujemy to gdziekolwiek, czy nie).

Zacząłem też prowadzić inspirownik, w którym zapisuję wartościowe zdania i myśli, żeby móc do nich wracać i przypominać sobie, co w życiu jest ważne i co warto. Pierwszą myślą jest w nim zdanie „sukces to mieć, czego się chce„. Jeśli w to uwierzysz, być może nieco inaczej spojrzysz na dzisiejsze, standardowe definicje tego słowa i poczujesz się bardziej spełniony tu i teraz? Czego Ci serdecznie życzę!

52 KOMENTARZE

  1. Wolny,

    dziękuję Tobie za wszystkie dotychczasowe wpisy (może książka ;-). Towarzyszyłeś mi w mojej drodze do niezależności finansowej.

    Masz rację, sukces to mieć to, czego się chce. Ale nie każdy z nas wie, czego chce. Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Musimy zmierzyć się ze stereotypami, opiniami bliskich, znajomych i nauczycieli oraz obrazem szczęścia kreowanym przez media/reklamę.

    Moje doświadczenie jest takie, że dużo łatwiej znaleźć tę odpowiedź, jeżeli idzie się w kierunku niezależności finansowej. Co ciekawe, niezależność, która była dla mnie na początku celem, stała się dla mnie z czasem środkiem do celu.

    Jeszcze raz dziękuję za inspirację, którą dajesz.

    • Heh, a tak się bałem, jak odbierzecie mój wpis. To, co napisałeś jest dla mnie czymś niesamowitym. Niby wiem, że robię tutaj coś dobrego, pozytywnego, ale tak na co dzień nie widzę wielkiego przełożenia tej działalności na Was. Tym większe dzięki!

    • Dodam jeszcze zasłyszane u Jacka Walkiewicza, że „szczęscie to chcieć mieć, to co się ma”.

      Napisałeś, że ten blog wiele dla Ciebie znaczy. Dla dużej części czytelników również. Ja jestem chyba drugą osobą (po Chucku Norrisie 😉), która wydrukowała internet. No nie cały. Jak na dłuższy czas przestałeś pisać, to wydrukowałem profilaktycznie wpisy, żeby móc do części wrócić ponownie.

      To ja również kontrowersyjnie 😀 – praktycznie nic nie zmieniłem w swoim postępowaniu po lekturze twoich wpisów. Na pewno dla wielu osób były one inspiracją do zmian, oszczedzania itd. Ja potrzebuję wiedzieć, że osób o takim samym postrzeganiu świata jak ja jest więcej. Tylko tyle i aż tyle.

      • Ja też tego potrzebuję… i to w zasadzie była jedna z przyczyn uruchomienia przeze mnie bloga. Jest nas na tyle mało, że ciężko spotkać kogoś w „realu”. A Jacek Walkiewicz jest niesamowity, potwierdzam 🙂

      • Bardzo podoba mi się Wasza filozofia życia. Dobrze jest wiedzieć, że nie tylko my sami odstajemy od ludzi z naszego otoczenia i że są podobni nam. Może już to kiedyś pisałem u Ciebie w komentarzach. Z zaciekawieniem śledzę Twoją historię, nastawienie do konsumpcji itp. W dużej mierze moglibyśmy z Żoną napisać bardzo podobny wpis. Jesteśmy odrobinę starsi, ale myślę, że sposób podejścia do życia mamy bardzo podobny. Też z nas Zosie-samosie, antykredytowcy :).
        Bardzo interesująca (i wg nas prawdziwa) jest Twoja teza o lepszej efektywności w pracy, gdy czujemy się mniej zależni. Jesteśmy gotowi na odważniejsze decyzje, czujemy się mniej skrępowani. Zwłaszcza gdy jest się typem introwertyka z dystansem, taki przypływ pasywnego przychodu zapewnia niesamowite uczucie. Oczywiście jeśli umie się trzymać w ryzach konsumpcję.
        Przyłączam się do funboy’a – jeśli bylibyście w okolicach stolicy, to także chętnie wymienilibyśmy się doświadczeniami.

        Pozdrawiam serdecznie.

        • Fajny komentarz. Co do pojęcia introwertyk/ekstrawertyk, to sam już nie wiem, jak do tego podchodzić. Z jednej strony sam czuję się lepiej w mniejszych grupach itp, natomiast szufladkując się w ten sposób, raczej nie będziemy pracowali nad tym, żeby bardziej ‚wyjść do ludzi’.

          • Każde pojęcie tego typu jest pewnego rodzaju uproszczeniem. Z pewnością nikt z nas nie jest w czystej postaci ani jednym, ani drugim. Wydaje mi się jednak, że chodzi tu o szersze określenie stosunku do otaczającej rzeczywistości. Ja jestem bardziej obserwatorem, słuchaczem, zdystansowanym do tego co widzę wokół. Brak umiejętności delegowania, chęć zrobienia wielu rzeczy samemu itp. Myślę, że masz podobnie. Jednocześnie lubimy mniejsze grupy bo gadki-szmatki nas nie interesują, lubimy konkrety itp. Stosunek do konsumpcji również jest w pewnej części wynikiem takiej, a nie innej naszej natury. Tak przynajmniej uważam na swoim przykładzie. Michał Szafrański też siebie opisuje podobnie, co nie przeszkadza mu mieć setki tysięcy fanów :). Więc może nie jest to cecha, która nam tak całkiem będzie przeszkodą.

          • To dlatego, że popularne rozumienie tych określeń jest zwyczajnie błędne 😉 Różnica pomiędzy tymi dwoma grupami (choć, jak większość cech psychologicznych – jest to spektrum, ambiwertycy oraz wiele stanów pośrednich też istnieje) zależy od fizjologii. I wcale nie polega na towarzyskości czy jej braku, a raczej wrażliwości na bodźce, ogólnej strategii działania i sposobie regeneracji energii – faktycznie introwertycy raczej ją regenerują w samotności czy mniejszych grupach, czyli po prostu tam gdzie jest mniej bodźców, nie znaczy to jednak w żadnym razie, że nie radzą sobie w sytuacjach społecznych. Jeśli jeszcze nie czytałeś, polecam „Ciszej Proszę” autorstwa Susan Cain, obala wiele mitów właśnie w tym temacie 😉

  2. To i ja dołączę do dziękczynno-gratulujących komentarzy 😉 O ile JOP, z którego do Ciebie trafiłem który był pierwszym czytanym przeze mnie blogiem finansowym dał mi odpowiedź na pytanie „jak” oszczędzać (szczęśliwie trafiłem tam wystarczająco wcześnie żeby uniknąć grubych błędów, które mogłyby mi się odbijać długo czkawką), to u Ciebie znalazłem odpowiedź na pytanie „po co”. Co prawda od samego początku podążałem drogą bliższej Twojej obecnej (czyli w żadnym momencie nie odpuszczałem sobie rozsądnych wydatków „na siebie”, choć część była i nadal pewnie pozostaje nieco nierozsądna), ale robiłem to z premedytacją i wiedzą, że można inaczej, akceptując konsekwencję w postaci późniejszego dotarcia do celu. Może to duże słowa ale obiektywnie prawdziwe – dzięki temu co piszesz co najmniej jedno życie (a pewnie znacznie więcej) skierowało się na znacznie lepszą ścieżkę, nie tylko finansowo, ale osobiście i zdrowotnie 🙂 Więc pewnie i w materii czynienia dobra dla innych osiągnąłeś więcej, niż Ci się wydaje. Choć w żadnym razie nie należę do tych, którzy pomocy POTRZEBUJĄ – życie miałem zawsze wygodne i o ile nie wydarzy się katastrofa, prawdopodobnie nie doświadczę dyskomfortu jeśli sam go nie wybiorę. I w uświadamianiu, że warto go wybierać, też włożyłeś dużą rolę. Tak że jeszcze raz dzięki i gratulacje za wypracowany sukces.
    Pozwolę sobie też zapytać z drobną obawą – to nie ostatni wpis na blogu, prawda? 😉

    • Tak to już jest, że lubimy otaczać się ludźmi postępującymi podobnie do nas. Wtedy umacniamy się w własnych wyborach, zwłaszcza jeśli są nietypowe.
      To oczywiście nie ostatni wpis, już dawno wyszedłem w tematyce poza to pierwotne założenie odnośnie niezależności finansowej. Ale regularności jak nie ma, tak pewnie dalej nie będzie – to nadal moje hobby, na które muszę mieć ‚dzień’ i fajny pomysł na treść, inaczej nie ma sensu produkować czegoś na się.
      Pozdrawiam i dziękuję za ciepły komentarz

    • Dzięki. Z jednej strony to raczej prosta wizytówka niż skomplikowana witryna, a z drugiej: byłem zadziwiony, jak prosto robi się teraz (z pomocą szablonów oczywiście) takie rzeczy.

  3. Jestem wiernym czytelnikiem twojego bloga, niedawna dość długa przerwa w pojawianiu się nowych wpisów uświadomił mi jego znaczenie. Ogromnie gratuluję Tobie i Wolniej osiągnięć życiowych, będących efektem świadomych wyborów, ciężkiej harówki, ale przede wszystkim pokory wobec życia oraz wzajemnego zaufania i szacunku jakim się wzajemnie obdarzacie. W Twoich wpisach pomiędzy wierszami meteorytyki i autentyzmu widzę zawsze tę pewność w dążeniu do celu i wsparcie Wolnej. Tym bardziej gratuluję Wam prawdziwej Wolności życzę powodzenia w kreowaniu nowych celów i ich realizacji. Będę z niecierpliwością oczekiwał nowych wpisów, gdyż ich duch i przesłanie są dla nie ogromną inspiracją w życiu. Bardzo Wam dziękuję.

  4. Oczywiście, jeśli ma się dobre dochody to inwestycja pieniędzy w mieszkania pod wynajem będzie najlepszą możliwą opcją. Trzeba jednak najpierw mieć ten odpowiednio wysoki dochód, a jeśli ma się go we dwójkę to już wogóle droga niemal usłana różami.

    • Wolna akurat przez ostatnie lata zarabiała minimalnie/nic. Znam natomiast pary, gdzie oboje małżonków zarabia dobrze lub bardzo dobrze i wiesz mi, ich życie wcale nie jest usłane różami, tylko cała masą kredytów i wysiłkiem, żeby utrzymać tą rozpędzoną machinę konsumpcji.

  5. Gratulację Wolny! Jestem z Tobą praktycznie od początku bloga. Pięknie obserwuje się Twoją drogę, wyniki robią wrażenie. Co dla mnie istotne, i co zostało tutaj wspomniane, siłą Twojego bloga jest to, że oprócz „jak?” jest jeszcze „dlaczego?”. Sam wyznaję podobne zasady do Twoich, chociaż nigdy nie byłem takim ortodoksem i daleko mi do Twoich osiągnięć na polu szeroko pojętej wolności finansowej. Z jednej strony zazdroszczę, ale tak pozytywnie, bo to z pewnością wspaniałe uczucie wiedzieć, że już nic nie musisz. Z drugiej strony wiem, że za każdym sukcesem stoi ciężka praca i z pewnością mnóstwo było ciężkich momentów, zmęczenia, etc. Jeszcze raz gratuluję, tak po ludzku. I proszę, pisz dalej. Wśród syfu, który zalewa internet, jesteś jedną z perełek.

    • „to z pewnością wspaniałe uczucie wiedzieć, że już nic nie musisz” – szczerze? Wręcz odwrotnie 🙂 Ja lubię mieć ambitne cele, lubię coś zaczynać/rozkręcać/poznawać/odkrywać. Chyba dlatego skupiłem się na sporcie – tam nadal raczkuję, a coraz bardziej ambitne cele przede mną. Droga, nie cel 🙂

  6. Wolny/Wolna/Wolniątka,

    Gratuluję. Mam nadzieję, że za 8 lat będę z mężem tam gdzie Wy. Czyli mieć ok 1-1.5 pensji z dochodów pasywnych. Na razie nasze „opóźniacze” mają 22 miesiąca i 4 miesiąca. Ale to też była świadoma decyzja. Dzieci to skarb.
    Mamy też 2 mieszkania. I już w przyszłym roku jedno będzie się wynajmować co pozwoli nadpłacać szybciej niewielki kredyt. Mam nadzieję, że w 2-3 lata się go pozbędziemy. Ja w przyszłym roku wracam do pracy, więc też ruszymy ten pociąg. Z mężem mamy po 33 i 32 lata i deadline do 40. Szkoda, że człowiek zaczął się interesować wolnością finansową dopiero jak miał 25 lat a nie wcześniej. Ale przez te 7 lat życia i tak nasza wartość netto wynosi teraz ok 300 tys zł. Do 40 chcielibyśmy mieć milion.

    Jeszcze raz gratulację.
    Pozdrowienia,
    Beata

  7. Jest tutaj już tyle komentarzy, że trudno napisać coś oryginalnego, więc przede wszystkim GRATULUJĘ i PODZIWIAM umiejętność sprecyzowania celów, określenia drogi do ich realizacji i wytrwałość w dążeniu tą drogą. Inspirujecie swoim działaniem wiele osób (pewnie nawet tych, którzy po lekturze bloga uważają że to nie dla nich, a jednak ziarno już zostało zasiane i gdzieś tam kiełkuje).
    Może warto pomyśleć o zorganizowaniu jakiegoś spotkania osób myślących tak jak Wy oraz innych szukających drogi do WOLNOŚCI? Warto dalej się wzajemnie inspirować i motywować 🙂

    • Dziękuję za ciepłe słowa. Odnośnie spotkania… pewnie musiałbym w sobie przełamać całkiem sporo barier, nim ono by się odbyło. Ale poza tym, nie mam za bardzo weny/pomysłu na formę czegoś takiego? Chyba nie chodzi o żadne szkolenie czy warsztaty… temat do przemyślenia.

  8. Wolny, gratuluję Wam i cieszę się razem z Wami 🙂 Bloga zaczęłam czytać kiedy miałeś „przerwę w pisaniu” i szczerze się ucieszyłam gdy zobaczyłam, że wróciłeś, bo bardzo lubię czytać Twojego bloga. Traktuję go jako bardzo inspirującą lekturę, często dopiero w łóżku przed zaśnięciem znajduję czas na czytanie, a że Twoje wpisy wprowadzają mnie w dobry nastrój i napędzają do pozytywnego myślenia to pora jest jak najbardziej właściwa, żeby dobrze zakończyć dzień 😉 Nawet mój mąż zaczął zaglądać na Twoją stronę, bo choć ja głównie napędzam tematy oszczędnościowe to doskonale zdajemy sobie sprawę, że tylko przy teamworking możemy osiągnąć dobre rezultaty. U nas sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż u Was, mamy co prawda oszczędności, ale ze względu na aktualną sytuację (poważna choroba męża) nie inwestujemy ich tylko „trzymamy”, bo możemy ich potrzebować. Niemniej jednak sposób życia, myślenia, podejście do konsumpcji mamy bardzo zbliżone i dlatego tak dobrze mi się Ciebie czyta. Nie przestawaj inspirować! Pozdrawiam Was ciepło 🙂

  9. Hej,
    bardzo fajny pomysł z oddawaniem części przychodu na dobroczynność.
    Kibicuję – chciałbym też za jakiś czas podobnie robić.
    Jak będziesz znał podatkowy kontekst, podzieliłbyś się na blogu, jak to wygląda?

    • Wydaje mi się, że to kwestia wykonania darowizny i późniejszego jej uwzględnienia w rozliczeniu. Michał o tym pisał kiedyś, jeśli dobrze pamiętam. Ale to trzeba dobrze sprawdzić.

  10. Po pierwsze fajnie, że wróciłeś do blogowania. Będzie co czytać 🙂
    A po drugie to chciałem nawiązać do Twojego tekstu. W świetny sposób pokazujesz na swoim blogu, że dążenie do celu nie musi być sprawą priorytetową, że oprócz pogoni za niezależnością macie też normalne, spokojne życie. Jest czas dla rodziny, dla samego siebie itp. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że wiekszość guru biznesu, motywacji itp każe nam biec, nie zważając na to co się dzieje po drodze. A wy prezentujecie odwrotną postawę- małymi kroczkami do celu. Okazuję się jednak, że nie trzeba gonić na złamanie karku. Można spokojnie, konsekwentnie iść do swojego celu i przy okazji cieszyć się życiem. Super!

    • Większość guru biznesu nawołuje do dziwnych zachowań, każąc sobie jeszcze za to słono płacić, bo robią to na szkoleniach/warsztatach 😉 takie moje osobiste spostrzeżenie.

  11. Podpowiem Ci myśl do Inspirownika: Są rzeczy które warto i które się opłaca.

    Będą na pewnym etapie, poziomie łatwiej jest robić rzeczy które warto, kosztem tych, które się opłaca. I wszystkim tego życzę!

  12. Hej, gratuluje swietnego wyniku. Nie obylo by sie to bez mocnego zaciskania pasa.
    My z naszej strony troche celowo nie zmniejszamy konsumpcji do minimalnych poziomow aby podrozowac i korzystac z zycia (jesc ze znajomymi na miescie, kupic ciekawa elektronike do domu). Unikamy kredytow itp ale unikamy tez nadmiernej oszczednosci. Najwazniejsze jest zdrowie i radosc z zycia! Zabezpieczenie finansowe to tylko element i ciekawa przygoda dajaca jakas satysfakcje.

  13. Przypomniałeś mi zaskoczenie ludzi, którzy dowiedzieli się, że nie mam na co wydawać pieniędzy, bo zwyczajnie mam wszystko czego potrzebuję. Uprzedzam, nie jestem milionerem. W sumie to nawet własnego mieszkania nie mam, ale to na szczęście efekt mojego wyboru, a nie nieudolności finansowej.
    Z drugiej strony, ciągle prę do przodu realizując swoje ambicje, bo jednak chcę więcej. Koniec końców zarabiam więcej.
    Kolejny raz, kurde, wychodzi, że u mnie nic nie może być normalne. Jednocześnie mam co chcę i tego nie mam. 🙂 Nie dziwię się, że moja żona mówi, że mnie się nie da ogarnąć 😉

  14. A jak tam kwestia moralności ? Oferowanie ludziom biednym wynajmu tandetnych mieszkań za 2 tys miesięcznie nie jest niczym chlubnym i nie wiem skąd ten zachwyt nad zerowaniem z innych.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię