Kuchenne historie cz.3: Gry wideo

I oto w chwale (nieco wątpliwej, ale zawsze) wraca bohater z pierwszej części kuchennych opowieści. Stosunkowo rzadko mam szansę ‚wychylić’ z nim kubek kawy, a ostatnio w nieco szerszym towarzystwie była ku temu okazja. Co z tego wyszło, sprawdźcie sami. Wybaczcie brak prowokacyjnych zaczepek z mojej strony, ale tym razem byłem tylko słuchaczem tej oto konwersacji o… konsolach do gier:

– Sony wczoraj nieźle dowaliło Microsoftowi na konferencji prasowej, nie?
– No – cena konsoli o 100$ niższa – tamci nie mają szans.
– Teraz to chyba nie kupię obu konsol. Mam co prawda Playstation 3 i XBOXa 360, ale tego drugiego użyłem chyba ze dwa razy. Kupiłem go w zasadzie dla serii gier Gears of War, której nie było na PS3.
– Oj tak – to było dobre. A teraz w piątek na premierę The Last of Us.
– Wiem właśnie – dlatego będę później w pracy. Jadę z rana do Saturna bo później wszystko wykupią. Ostatnio jak w dniu premiery Uncharted 3 pojechałem, to dosłownie zostało kilka egzemplarzy.

Pozwólcie, że mniej obeznanym w temacie gier wyjaśnię o co chodzi: otóż wojna pomiędzy gigantami produkującymi konsole do gier (Microsoft vs Sony) toczy się od lat, a sam rynek gier wideo już niedługo może być wart niż rynek filmów. Sprawa dotyczy milionów osób w skrajnie różnym wieku (podobno średnia wieku gracza w Stanach Zjednoczonych to 30 lat). Wszystkie one są mamione artykułami zapowiadającymi kolejne wielkie ‚tytuły’, obrazkami z powstających gier i wręcz bombardowane reklamą na każdym branżowym portalu (a od jakiegoś czasu już nawet w telewizji). I nic dziwnego – w końcu wyprodukowanie gry która zdobędzie rynek kosztuje w dzisiejszych czasach dobre kilkanaście-kilkadziesiąt milionów dolarów. Taki osobnik reprezentujący postawę „chcę mieć; nie – muszę! teraz!” ma określone wzorce zachowań – w przypadku ‚bohatera’ felietonu to:

gracz_1

kupowanie gier w dniu premiery. Cena? Bagatela 220-250 zł. Chyba dość dużo jak na kilka godzin zabawy w pozycji siedzącej na kanapie. Do tego dochodzi jeszcze większe przyzwyczajenie do natychmiastowego otrzymywania czegokolwiek, na co masz ochotę. Opóźniona gratyfikacja, hartowanie siły woli to puste hasełka. Moja rada: kupuj gry używane, dobre kilka(naście) miesięcy po premierze; korzystaj z portali aukcyjnych, a jeszcze lepiej branżowych, takich jak gametrade.pl. Będzie dużo taniej, a zabawa ta sama. A że nie możesz dotrzymać kroku kolegom i nie pochwalisz się swoimi osiągnięciami podczas rozmowy? Tym lepiej – skoro wszyscy już zagrali i odstawili tytuł na półkę, po co ma się kurzyć – może pożyczą? 🙂 Na gry możemy wydać dosłownie grosze (kupowanie używanych gier, a następnie odsprzedawanie ich dalej), a równie dobrze możemy tracić na nie setki złotych miesięcznie (bo taaaak ładnie wyglądają później na półce, a poza tym za rok może do niej wrócę…).

kupowanie obu rywalizujących konsol. Osobiście znam kilka osób posiadających obie aktualnie najpopularniejsze konsole: PS3 i XBOX 360. Nowe generacje najprawdopodobniej również trafią w ich ręce. Absolutnie nie rozumiem tego fenomenu i według mnie jest to co najmniej śmieszne – trochę jak posiadanie dwóch samochodów – jeden na parzyste, inny na nieparzyste dni miesiąca. Cena takiej (wątpliwej?) przyjemności? Zależy od momentu kupna sprzętu, ale można przyjąć ok 1500 zł wydawane raz na 3 lata.

kupowanie konsoli dla gry exclusive. Tu słowo wyjaśnienia – chodzi o tytuły, które wyszły tylko na jedną, konkretną konsolę i są niedostępne dla rywala. Chcesz zagrać a masz ‚nie tą’ konsolę? Musisz kupić tą ‚właściwą’ 🙂 Tego chyba nigdy nie zrozumiem. I co z tego, że do tej sytuacji doprowadziła wojna pomiędzy konsolami i duże pieniądze firm za nimi stojących… w głowie chyba trzeba mieć trociny (no niestety – inaczej ciężko to nazwać), żeby kupić sprzęt za 1500 zł tylko po to, żeby móc uruchomić na nim jedną grę!

Sam muszę przyznać, że temat gier nie jest mi obcy, i gdybym podliczył te wszystkie godziny spędzone przed konsolą (a wcześniej przed komputerem), wyszłoby… na tyle dużo, że boję się sięgać pamięcią wstecz. Policzmy to w inny sposób – mniej bolesny dla mnie 🙂
Przeciętna gra potrafi zapewnić około 10 godzin rozrywki (są takie na 3-4 godziny, a są też takie na 100 i więcej. I niestety właśnie do tych drugich miałem zawsze słabość…). Koszt zagrania w taki tytuł przedstawia się następująco:

gracz_2

zakup gry. 30 – 250 zł. Osobiście polecam gry używane bliższe tej dolnej granicy cenowej 🙂
sprzęt, na którym ta gra będzie uruchomiona. Przy podejściu niskobudżetowym (1 konsola za 1500 zł kupowana raz na 8 lat), to około 15 zł/m-ąc które można zakwalifikować jako ‚dzierżawa sprzętu’.
Twój czas. Przy zarobkach 4000 pln brutto to 10 pln/h. Przy dziesięciu godzinach to 100 zł.
– I wreszcie zużyty prąd. Czy wiesz, że konsola pobiera średnio około 200 W? To często więcej niż 40-calowy telewizor! Przyjmując jego zużycie na poziomie 150 W, każda godzina gry to 350 Wh, czyli 0,35 kWh. Przyjmując cenę 0,6 zł za 1 kWh, każda godzina kiedy zarówno telewizor, jak i konsola są włączone, kosztuje Cię około 21 groszy. 10h gry = 2,10 zł. Może mało, ale osobiście znam osoby, które traktują konsolę tak jak reklamują ją producenci, a więc jako ‚centrum multimedialne’. I mimo, że wydaje mi się to abstrakcyjne, słuchają muzyki odtwarzanej przez konsolę, podłączonej do telewizora. Muzyka wypływająca przez tak słabe głośniki jakie są montowane w telewizorach, a jednocześnie pobieranie kilkuset wat energii jest jakimś kiepskim żartem.

Żeby nie być tak jednostronnym, muszę posypać głowę popiołem i przyznać się, że do tej pory zdarza mi się w coś zagrać. Przez moje ręce przeszło około 20 tytułów w przeciągu ostatnich kilku lat, chociaż aktualnie posiadam chyba 2. Na szczęście blog pochłonął moje ostatnie wolne godziny w ciągu dnia i od jakiegoś czasu gra to luksus, na który pozwalam sobie niezwykle rzadko. Na dniach córka ‚zabierze‚ mi nawet te godziny, o których jeszcze nie wiem, że mogą być wolne 🙂 Mam jednak pewną teorię, z którą chętnie się z Wami podzielę – chociaż prawdopodobnie będzie ona ciekawa tylko dla nielicznych.

kolekcja_gier

Czy to ptak? Czy to samolot? A może to kolekcja gier warta milion euro?

Otóż moją przygodę z komputerami (w praktyce – z grami) zacząłem w podstawówce – akurat był to moment, kiedy komputery osobiste zaczęły masowo trafiać pod strzechy. Od razu rozsmakowałem się w strategiach i trwało to przez długie lata (do czasu, kiedy stwierdziłem, że 5 godzin na dobre rozpoczęcie rozgrywki to trochę za dużo…). Było w nich coś magicznego: trudny, wymagający planowania start, a jeśli zaczęło się odpowiednio, procentowało to niesamowicie w późniejszych etapach gry. Albo rozpoczynanie z niewielkimi funduszami, co wymuszało używanie najtańszych rozwiązań i stopniowe pięcie się po szczebelkach coraz wyżej. Wreszcie: oszczędzanie punktów/pieniędzy w początkowych etapach gry i zbieranie ich na późniejsze, ważniejsze potrzeby. Czy widzicie pewną analogię? Czy w życiu również nie jest tak, że od startu – wczesnego, ambitnego, właściwego – zależy łatwość osiągnięcia sukcesu później? Czy rozpoczynając na miarę swoich możliwości (a nie banku, który udzieli pożyczki), zaspokajając swoje potrzeby (a nie zachcianki), wreszcie – oszczędzając na przyszłe wydatki – również – tak jak w grze – nie robimy tego ze względu na przyszłość i świadomość, że wczesne decyzje bardzo mocno rzutują na późniejsze życie?  Tak było w moim przypadku – dzięki pracy włożonej lata temu, a także minimalistycznym decyzjom podejmowanym na co dzień, teraz moja sytuacja finansowa (i nie tylko) jest znacząco lepsza niż znajomych czy współpracowników. I to mimo porównywalnych zarobków oraz tego, że z zewnątrz wygląda to wprost odwrotnie 🙂 *

* Akurat dzisiaj w pracy poruszyliśmy temat zarobków (bardzo oględnie, w końcu pracodawca nie życzy sobie, żeby te informacje były znane…). Usłyszałem coś takiego: „przecież nie możesz zarabiać więcej od niego. Zobacz czym on jeździ: qashqai-em! A ty? rowerem!”. Pewnie niejeden by się obruszył na taki ‚zarzut; ja natomiast tylko się uśmiechnąłem i powstrzymałem od komentarza. A co się będę chwalił czy przypominał, że ten samochód ma już 3 lata, stracił na wartości połowę, a kredyt na niego dopiero niedawno został spłacony 🙂

20 komentarzy do “Kuchenne historie cz.3: Gry wideo”

  1. Adam 25 czerwca 2013 at 11:04 am #

    Ja – poza gierkami on-line oraz typu szachy czy literaki – wcale nie gram, więc wychodzi jeszcze taniej. Na konsolach zupełnie sie nie znam – do tego stopnia, że nie wiem, w czym ona jest lepsza od gry na zwykłym kompie. Najlepiej mieć takie hobby, które nie wymaga wielkich nakładów lub nawet jakieś zyski może przynieść (nie tylko zdrowotne, ale i finansowe).

    Przypomniała mi sie taka scena z dyskontu: otóż jegomość stojący za mną w kolejce chwalił mi się świetnym zakupem, jaki właśnie dokonał – zgrzewki markowych piw za niską cenę. No tak: cena była faktycznie niywysoka, jak na tę markę. Ja jednak niezbyt może grzecznie, ale prawdziwie wypaliłem, że jeszcze taniej byłoby w ogóle nie kupić.

    Inna rzecz, że jeśli Autorem i tego wpisu jest ten sam Autor, który właśnie spodziewa się potomka, to zdaje się, że to będzie niejaki koniec pewnego etapu życia. Oj, nowa era nadchoidzi Dlań.

    • wolny
      wolny 25 czerwca 2013 at 11:34 am #

      Auto jeden i ten sam co wszystkich innych wpisów. I ten sam, który zdaje sobie sprawę, że życie zaraz przewróci się do góry nogami 🙂
      Temat gier poruszyłem ze względu na przytoczoną konwersacje, której byłem świadkiem. Ale zdaję sobie sprawę, że to temat często uważany za ‚dziecinny’. Według mnie jest to rozrywka bardzo podobna do telewizji, tyle że w grze od Ciebie coś (niewiele, ale zawsze) zależy, do tego jest pewna interakcja, której w filmie brakuje. I tak samo jak w przypadku telewizji – większość czasu przeznaczonego przed telewizorem jest po prostu zmarnowana. Tyle że nie widzę, żeby osoby, którym rodzi się dziecko, nagle rezygnowały z telewizji i odkładały na bok tego pożeracza czasu.
      Gry są i z roku na rok ich pozycja będzie coraz większa – uważam, że nie powinniśmy po prostu stwierdzić ‚to dla gówniarzy’ i pominąć temat, bo później nie będziemy mieli bladego pojęcia – jako rodzice – co tak naprawdę jest na co dzień serwowane naszemu dziecku. Nawet zabraniając dzieciom dostępu do tego typu rozrywki, nie uchronimy ich przed tym całkowicie – wystarczy, że pójdą do znajomych albo uruchomią smartfona, którego możliwości są większe niż komputerów kilka lat temu.

      Zapraszam zatem do dyskusji, w jaki sposób podejść do tematu i jak przekazać dziecku dobre wzorce tak, żeby było to wykonalne i przynoszące korzyść w dzisiejszych czasach.

      • Roman 25 czerwca 2013 at 11:49 am #

        Zabranianie (jako jedyna lub bardzo dominująca metoda) to nie jest rozwiązanie… Moje dziaciaki nie ciągnie do komputera czy telewizora dlatego, że wraz z zoną dajemy im dużo naszego czasu i uwagi. Wspólna zabawa, wspólne zajęcia domowe lub wspólna praca pod względem atrakcyjności w przedbiegach wygrywają z telewizją lub komputerem. Tyczy to zarówno nastolatki jak i małych jeszcze bliźniaków. I żeby nie było, i komputery są w domu i telewizor… I nikt nie limituje… tylko tak jakoś za „centrum domowej rozrywki” robią członkowie rodziny 🙂

        • wolny
          wolny 25 czerwca 2013 at 11:58 am #

          I to właśnie jest mój cel. Czasem zastanawiam się, czy to nie trochę naiwne myślenie (dużo czasu razem i poświęconej uwagi to wszystko czego trzeba) – tym bardziej się cieszę, że to potwierdziłeś. Czasami najprostsze rozwiązania najtrudniej nam zrealizować.

          • Roman 25 czerwca 2013 at 12:06 pm #

            Bo trudno zrealizować. Bo musisz walczyć często ze sobą samym, by to co zamierzasz sie udało, ale powiem Ci…
            Nie wiem jakimi ludźmi będą kiedyś moje dzieci, nie wiem jaką drogę wybiorą, niewiem co osiągną, ale z własnego, kilkunastoletniego ledwie doświadczenia bycia rodzicem śmiało mogę stwierdzić, że: bycie ojcem to najwspanialsza przygoda mojego życia.

            • wolny
              wolny 25 czerwca 2013 at 12:32 pm #

              I sam nie mogę się już doczekać jej początku! 🙂

      • Tomek 25 czerwca 2013 at 12:59 pm #

        Akurat wczoraj byłem na ściance wspinaczkowej i tam widziałem scenę, która doskonale obrazuje jakie wzorce przekazujemy dzieciom.

        Otóż, był tam rodzic z ok, 4-5 letnią córką, który spokojnie czytał książkę, podczas gdy córka pod kierunkiem instruktorki doskonaliła się we wspinaczce. Nie wiem czy ten rodzic jest aktywnym wspinaczem, ale właśnie jego obraz zatopionego w lekturze w czasie gdy córka oddawała się swoim pasjom, no coś mi w tym obrazie było, że mnie urzekł. Nie szkoda mu było czasu, ba znalazł sobie alternatywne zajęcie, a dziecko mogło aktywnie spędzić czas i na pewno ich jeszcze na tej ściance spotkam :-).

        • wolny
          wolny 25 czerwca 2013 at 1:16 pm #

          Do końca historii nie byłem pewien, w jakim świetle ją przedstawisz (bo przecież ojciec mógł podziwiać postępy córki zamiast czytać). Mój kindle jest juz naładowany książkami i tylko czeka na wyjście tatusia z wózkiem, kiedy mama po całym dniu karmienia i przewijania małej będzie chciała odpocząć 🙂

          • Tomek 25 czerwca 2013 at 1:35 pm #

            Wiesz, jak to robią regularnie dwa razy w tygodniu od dłuższego czasu (co zważywszy na sprawność dziecka na ścianie jest bardzo prawdopodobne) to ile można podziwiać :-). To i tak lepiej, niż rezygnacja z wyjścia bo tatusiowi „się nudzi”. A dziecko i tak jest zaaferowane w tym momencie czymś innym

  2. Roman 25 czerwca 2013 at 11:31 am #

    Taaaak… zewnętrzne pozory bogactwa… duży dom na (na kredyt), duży samochód (na kredyt), plazma 70 cali (na kredyt), wakacje na Malediwach (na kredyt).
    Doprawdy, nigdy tego nie zrozumiem i nawet nie wiem czy chcę zrozumieć ten „fenomen współczesnego świata”…
    Może dlatego, że inaczej uczyli mnie rodzice i dziadkowie…

    Pamiętam jak odchodziłem z Kancelarii to „razem ze mną” zwolniono dwie osoby.
    Mniej więcej wspólnie zaczynaliśmy (oni kilka miesięcy później), mniej wiecej podobnie zarabialiśmy. Tylko ,ze ja odchodziłem z „lekkim sercem i ciężkim kontem”, a oni dokładnie odwrotnie…
    A ile było wcześniej zdziwień i „podśmiechujek”, że na rzeczone Malediwy nie jeżdżę, ze zamiast skoków na spadochronie wolę własny ogród i ,ze nie mam „najbardziej wypasionej wersji Hondy Goldwing”, a tylko zwykłego Transalpa…
    W kwestii gier…
    Nigdy nie grywałem (poza sporadycznymi przypadkami); albo za stary jestem na takie zabawy, albo mutant 😉

    • wolny
      wolny 25 czerwca 2013 at 11:46 am #

      Cieszę się, że oprócz samego tematu gier dostrzegłeś analogię do innych aspektów życia i podejścia do konsumpcji w ogólności. A co do skoków na spadochronie to nikt mnie nie przekona, że są lepsze niż własny ogródek (mimo że nigdy nie skakałem!) 🙂
      pozdrawiam.

      • Roman 25 czerwca 2013 at 11:56 am #

        Nie wiem… są tacy, którzy uważają, że skoki są lepsze 🙂 I wierzę im, bo to odczucie subiektywne…
        Rzecz w tym, ze mój pogląd na ludzką aktywność jest dość stoicki. Marek Aureliusz pisał: „rodzimy się dla pomocy wzajemnej”. Seneka postulował służbę innym jako obowiązek stoika. W kontekście tego staram sie na swoje działania patrzeć przez pryzmat ich pożyteczności dla mnei i innych (ze szczególnym uwzględnieniem najbliższych).
        I w skokach spadochronowych tej pożytecnzości niemal nie widzę…

  3. PaprikaCorps 25 czerwca 2013 at 12:56 pm #

    ech, to wszystko tylko sprowadza się do oceny, czy własny mózg nie jest aby twoim największym wrogiem (a przy okazji – czy nadal jest „twój”).

  4. Amciek 20 września 2013 at 10:35 pm #

    Witaj,

    Nadrabiam czytanie zaleglych watkow i po przeczytaniu kilku nasuwa mi sie mysl, takie wewnetrzne halo. Dlaczego wszystko przeliczasz na pieniadze? A co jesli te gry to ich hobby? Jakie masz hobby? Zapewne jakies masz. Czy masz co Cie wciaga bez reszty o czym zawsze marzyles?
    Moim jest stolarstwo. Buduje dom, w ktorym warsztat bedzie mial 80m2, bedzie dwupietrowy. Wstawie tam pile formatowa wartosci dobrego auta z ktorej bede korzystal pewnie w co drugi weekend, a moze i rzadziej. Wszysy patrza na mnie jak na debila i pukaja sie w czolo. Duren i glupek. Jezdzi samochodem za 500zl (moj ukochany gruchot ;)), a kupuje jakies stalowe pudlo za ktore moglby kupic sobie nowe auto. Ale czym sie rozni kupienie pily za nascie tysiecy od kupienia motoru – to tez kaprys, zachcianka. Ale takie mam hobby i nie przeliczam tego na pieniadze.
    Przeczytalem rowniez Twoj wpis o domu vs mieszkanie. Wszystko przeliczone na pieniadze. Po co?
    Ile jest dla Ciebie warte obudzenie sie w lato rano w lozku i wyjscie w lato na mokra trawe boso, wejscie do warsztatu i powachanie swiezo struganego drewna? Dla mnie jest bezcenne i warte tyle ile bedzie kosztowalo wybudowanie domu. NIewazna jest suma, wazny jest cel, ktory chce osiagnac. Rozumiem Twoje zamiary, przeliczenia, wyliczenia ale nie wszystko w zyciu jest ekonomiczne, ekologiczne. Przynajmniej w moim nie jest i chyba nie bedzie. Staram sie zachowac zdrowy balans czego i innym zycze.

    • wolny
      wolny 21 września 2013 at 6:33 am #

      Czemu wszystko przeliczam na pieniądze? Bo taką formę bloga przyjąłem, wychodząc z założenia, że większość z nas nie przelicza i na koniec miesiąca dziwi się, że portfel pusty. To ma być impuls właśnie dla nich, żeby wyrobić sobie takie szybkie, orientacyjne i mechaniczne przeliczenie w codziennym życiu. A czy po tym przeliczeniu ktoś zmieni decyzję, to już zupełnie odrębna sprawa. Sam masz drogie hobby, ale zdajesz sobie sprawę, ile to wszystko sumarycznie kosztuje i że prawdopodobnie kupuje głównie swoją satysfakcję, bo wydatek nie ma szansy się zwrócić.

      I właśnie o to mi chodzi – o świadomość, dzięki której możesz podjąć przemyślaną decyzję, znając wszystkie (lub większość) konsekwencji.

      Moje hobby? Można powiedzieć, że to, co robię teraz, czyli prowadzenie tego bloga. Piszanie dla Was, ale i dla siebie, śledzenie i odpowiadanie na komentarze. Uczenie Was i uczenie się od Was. Do tego rower, który można powiedzieć, że stał się moim stylem życia. Wiesz na pewno, jak dużo zależy od podejścia – a w związku z tym skąd wiesz, że ja, wychodząc rano na rower (nawet jadąc do zwykłej, codziennej pracy!), nie czuję tego, co Ty, czując świeżo strugane drewno? 🙂 Nikt nie powiedział, że drogie hobby dają więcej niż te tanie, a przecież w bardzo dużym stopniu sami mamy wpływ, jakie my sobie wybierzemy.

    • Adam 17 lutego 2014 at 9:30 pm #

      @Amciek
      Podpisuję się pod tym obiema rękoma. Moje hobby to elektronika. Czytając bloga zastanawiam się po co hobbyści konstruują urządzenia. Przecież już zmontowany produkt z chińskiej fabryki jest o wiele tańszy niż amatorska dłubanina. Rok temu złożyłem sobie miniaturowy „wszystkomający” komputerek HTPC. Od dawna przybierałem się do takiej konstrukcji, ale w kraju nie mogłem kupić elementów składowych. Przeliczając to na pieniądze, zastanawiam się po co poświęcać energię na coś takiego – nie dość, że się nie zwróci to jeszcze, komputery szybko tracą na wartości.

      @wolny
      Nikt też nie powiedział, że rowery to tanie hobby. Wszystko zależy od podejścia. Mam znajomego, pasjonata rowerów…jeździ w Bike Teamie, udziela się w promocji 2 kółek. Jak ostatnio dowiedziałem się ile kosztował go własnoręcznie złożony rower z ramą z kompozytu i innymi bajerami, to zdziwiłem się, że to tyle może kosztować.

      Zacytuję tekst znaleziony w sieci w temacie oszczędzania na pasji:
      „Jeśli dziwi Ciebie umiejscowienie własnego hobby na trzecim miejscu antyoszczędnościowego podium, to musisz być chyba bardzo nieszczęśliwą osobą… Czym byłoby nasze życie bez posiadania pasji? Wegetacją od pierwszego do pierwszego, bezbarwnym cyklem dom-praca-dom-praca… Pasja jest ucieczką od szarej codzienności, Twoim azylem, sposobem spełniania się.”

  5. pomagam.zzl.org 6 marca 2014 at 9:25 pm #

    „może być wart niż rynek filmów”->”może być wart więcej niż rynek filmów”
    „teorię, z którą chętnie”->”teorię, którą chętnie”

  6. Krzysztof 6 marca 2015 at 4:22 pm #

    „Moja rada: kupuj gry używane, dobre kilka(naście) miesięcy po premierze; korzystaj z portali aukcyjnych, a jeszcze lepiej branżowych, takich jak gametrade.pl. ”

    @wolny: zastanawiałes sie jaki wplyw na rynek mialoby zastosowanie Twoich rad przez duza grupe ludzi – gdyby nagle kazdy gracz zamiast isc na premie, czekalby kilka miesiecy az uda sie kupic uzywke? Co by sie stalo gdyby ludzie zastosowali Twoje rady odnoscie innych kwestii, chociazby nie kupowania nowych samochodow, laptopow, telefonow? Skonczylo by sie tak, ze pewnie dosc szybko sam bys zostal bez pracy, bo nie byloby zapotrzebowania na uslugi, ktore wykonujesz, o ile nie jestes rolnikiem albo lekarzem. Niestety, aby firmy mogly produkowac, inwestowac w nowe technologie, musza generowac jakis dochod – a nie da sie tego zrobic bez sprzedazy nowych produktow. Nie chcialbym zyc w swiecie, w ktorym produkuje sie tylko zywnosc, a reszta puli przedmiotow (telewizory, samochody, telefony), to zbior zamkniety, bo kazdy czeka na mozliwosc kupna uzywanego przedmiotu.

    • wolny
      wolny 6 marca 2015 at 9:44 pm #

      Krzysztofie – oczywiście, że się nad tym zastanowiłem. Nawet powtał o tym wpis: klik. Pamiętaj jednak, że wyznawane przeze mnie poglądy nie są zbyt popularne i nie mam złudzeń, że nagle cały świat zacznie żyć podobnie. A ponieważ tak się nie stanie, to ja i wąska grupka myślących podobnie będzie korzystała właśnie z tego, że większość napędza gospodarkę konsumując w sposób absolutnie szalony. Pozdrawiam.

      • Krzysztof 13 marca 2015 at 3:30 pm #

        aktualnie jestem na etapie zapoznawania sie z trescia bloga – moze najpierw przeczytam wszystkie posty, a dopiero pozniej zaczne sie wypowiadac 🙂 pozdrawiam!

Dodaj komentarz