Koszty życia 4-osobowej rodziny

83
12826
wyświetleń

A dokładnie, koszty życia NASZEJ czteroosobowej rodziny. Ta seria artykułów na blogu Michała była tak żywo komentowana, że jedynym wnioskiem, jaki mogę z nich wyciągnąć jest: lubimy obserwować, porównywać się z innymi, a także zaglądać innym do portfela. Tacy już jesteśmy i o ile pamiętamy o pewnych podstawowych zasadach (np. tej, że nie warto za bardzo sugerować się opiniami innych), nie ma w tym nic złego. A jeśli wyciągniemy z tych obserwacji wnioski dla siebie, to ta nie do końca przecież pozytywna cecha może wręcz przynieść korzyści!

Ostatnio nakreśliłem ewolucję naszego poziomu wydatków na przestrzeni ostatnich lat. Kiedyś nie zwracaliśmy szczególnej uwagi na finanse i mimo, że zawsze uważaliśmy się za dość oszczędnych, to wydawaliśmy stosunkowo dużo. Później przyszło zachłyśnięcie się ideą wolności finansowej, minimalizmu i wręcz zbyt agresywne cięcie wydatków. Finansowo wyszło nam to na dobre: po stronie przychodów sytuacja w tym okresie się rozkręciła, dzięki czemu dzisiaj możemy się cieszyć (niemal) pasywnymi przychodami, które pokrywają zdecydowaną większość naszych podstawowych kosztów życia. Te jednak mocno w ostatnich latach wzrosły i w zeszłym roku osiągnęły poziom niemal 5000 zł miesięcznie. Pozwalamy sobie na więcej niż wcześniej, a niektóre kategorie wydatków nadal mają spory potencjał do wzrostów, więc w tym roku prognozuję kolejne wybicie w górę: 2x prywatne przedszkole i plany wakacyjne na pewno odegrają w tym sporą rolę. A jak to wyglądało w roku 2017?

Ponieważ po przerwie w blogowaniu na nowo buduję społeczność czytelników, przypomnę co nieco faktów z naszego życia. Jesteśmy 4-osobową rodziną mieszkającą w Gdańsku. Ja i Wolna: 30-kilka lat na karku, dzieci mają 3 i 5 lat (no dobrze, będą tyle miały w nadchodzących miesiącach). Do niedawna byłem jedynym żywicielem (czy to nie brzmi okropnie? :)) dla moich 3 blondynek, ale od początku 2018 Wolna na nowo rozpoczęła przygodę w pracy zawodowej (po 5 latach przerwy, w kompletnie nowej dla siebie branży!). Mieszkamy w 4-pokojowym mieszkaniu, do którego przeprowadziliśmy się w 2015 roku. Nie mamy kredytów. Ja na co dzień pracuję zdalnie, z domu. Uprawiamy sport, staramy się dobrze odżywiać (eksperymentujemy z czymś pomiędzy wegetarianizmem a weganizmem), dopiero zaczynamy podróżować po dłuższej przerwie od dalszych wojaży.

Jak zatem rozkładają się nasze średniomiesięczne koszty? Z tego wpisu wiesz, że w ostatnim roku wydawaliśmy średnio 4914 zł miesięcznie. W rozbiciu na poszczególne kategorie wyglądało to mniej więcej tak:

Mieszkanie: 360 zł za opłaty (administracja, woda, śmieci, utrzymanie części wspólnych itp). W tym niecałe 27 zł za ogrzewanie (opłata zmienna!), za które płacimy tylko w sezonie grzewczym (a na koniec otrzymujemy jeszcze kilkudziesięciozłotowy zwrot ;)). Czemu tak mało? Tu znajdziesz wyjaśnienie, a w skrócie: niemal nie grzejemy, lubimy niższe temperatury (nie mamy termometru w domu, więc nie powiem, do jakich wartości dochodzimy: na oko to 20 stopni srogą zimą), nie funkcjonujemy dobrze w suchym powietrzu. To nawyk, który wyrobiliśmy przez ostatnie lata i z którego nie rezygnujemy, mimo że dzisiaj ta oszczędność nie jest nam do niczego potrzebna. Bardziej konkretnie? W sezonie grzewczym sierpień-grudzień 2017, zużyliśmy… 0,535 GJ energii cieplnej. Zapłaciliśmy za to… 89 zł (135 zł zaliczek – 46 zł zwrotu), czyli niecałe 18 zł miesięcznie (+ opłata stała,, której uniknąć się nijak nie da). Tyle co nic, prawda? To zarówno efekt naszych przyzwyczajeń, jak i nowego budownictwa (dobre ocieplenie budynku itp) – dla porównania tylko wspomnę, że w posiadanej przez nas kawalerce w Bydgoszczy koszty ogrzewania są na poziomie 140 zł miesięcznie. Przez cały rok, ze znikomymi zwrotami po sezonie grzewczym…

Rachunki za wodę również nie są duże: średnio w miesiącu zużywamy 4,5 m3 zimnej oraz 2 m3 ciepłej wody. To również efekt wcześniejszych przyzwyczajeń, a także nasz wyraz dbania o racjonalne używanie zasobów, które mamy pod ręką. To i tak sporo więcej, niż wcześniejsze 4,35 m3, ale i stan osobowy od tamtego czasu wzrósł nam o 100%! Nie ukrywam, że staramy się przekazać dzieciom jak najwięcej z naszego podejścia i myślę, że to z czasem zaprocentuje. Aktualnie nie ograniczamy w żaden sposób zużycia wody – po prostu postępujemy zgodnie z naszymi przyzwyczajeniami i używamy jej tyle, ile potrzebujemy. Nadal pijemy wyłącznie kranówczankę 😉

Prąd kosztuje nas mniej więcej 110-120 zł miesięcznie. To niedużo, biorąc po uwagę moją pracę zdalną (laptop+dodatkowy monitor), częstość przebywania w domu oraz to, że mamy w mieszkaniu wentylację mechaniczną, która chodzi non stop i pobiera łącznie energię za jakieś 20-30 zł miesięcznie.

Internet to wydatek rzędu 50 zł (40 zł za Internet domowy plus 9,99 zł za Internet mobilny, wykorzystywane w razie problemu z domowym czy na wyjazdach – pracuję zdalnie w IT, muszę mieć plan B :)). Do tego abonament telefoniczny. Średnio 24 zł miesięcznie za numer Wolnej i całe 30 zł ROCZNIE (2,5 zł miesięcznie ;)) za mój. Oboje mamy numer w NJU (które zresztą serdecznie polecam), Wolna abonament z ofertą „Rozmowy i Internet” za 19 zł (rachunki podbijają o kilka złotych SMSy i rozmowy na numery stacjonarne), ja mam numer na kartę, a w praktyce korzystam na co dzień z numeru od pracodawcy (stąd jedynie 30 zł na doładowanie w zeszłym roku).

Telewizji nie mamy i mieć nie chcemy, w związku z czym żadna umowa z dostawcą tej usługi nas nie obowiązuje. Od dawna stosujemy dietę informacyjną, do której serdecznie Cię zachęcam. Spróbuj, a nie pożałujesz!

Sport to znacząca kategoria w naszym budżecie. Ponieważ stosujemy metodę kopertową, na tą kategorię przeznaczamy 400 zł miesięcznie i takie rzeczywiście były średnie wydatki w zeszłym roku. Najzwyczajniej na świecie, musiałem się zmieścić w budżecie który miałem i tak kombinowałem, żeby zrealizować wszystkie potrzebo-zachcianki, a jednocześnie nie przekroczyć budżetu. Nie ukrywam, że było tego sporo – rok 2018 to mój debiut w triathlonie, do którego trzeba się było przygotować. Pianka, rower szosowy, zegarek sportowy i cała masa rzeczy typu buty czy plecak do biegania, getry, płetwy i łapki do pływania, odzież termoaktywna i trochę sprzętu dla Wolnej. Oj, mógłbym tak wymieniać bez końca 😉 Myślę, że w tym roku będzie tego znacznie mniej ilościowo, co pozwoli mi na zbieranie funduszy na wymianę roweru na porządniejszy w tym lub przyszłym roku.

Oprócz tego płaciliśmy aż 183 zł za dwie karty multisport – i to były wydaki spoza puli 400 zł! Na szczęście, od tego roku żona rozpoczęła pracę zawodową i ma już kartę, za którą płacimy 20 zł zamiast wcześniejszych 160 zł, które były stawką w mojej firmie dla osoby towarzyszącej…

Jeśli myślisz, że zamknęliśmy kategorię sport, to mam dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Zawody biegowe to kolejny koszt… który na szczęście w znacznym stopniu pokrywa pracodawca (z funduszu socjalnego, jeśli się nie mylę). Przyjmując średnio 10 zawodów w ciągu roku i koszt każdego z nim na poziomie 50 zł, robi się z tego ładna sumka. W tym roku startuję na dłuższych dystansach (= większy koszt), do tego dochodzą horrendalnie drogie triathlony (czy wiesz, że za pojedyncze zawody na dystansie 1/2 IM trzeba zapłacić 250-400 zł???), dlatego dofinansowanie pozwoli mi zaoszczędzić w tym roku w okolicach 1000 zł.

RTV / AGD / elektronika to kategoria, z której w zeszłym roku skorzystaliśmy kilkukrotnie. Wymieniliśmy oba posiadane smartfony (mój kosztował 1000 zł, Wolnej 500 zł, w obu przypadkach postawiliśmy na chińskie Xiaomi :)), a dodatkowo ja zaopatrzyłem się w kosztujący ok 150 zł głośnik bluetooth (marki… Xiaomi, wiadomo :)). W tym roku szykują się zdecydowanie większe wydatki: zaczynając od telewizora (bez którego żyjemy od miesiąca, kiedy to oddaliśmy naszym najemcom nasz wysłużony sprzęt), a kończąc na laptopie, który ma już ponad 7 lat (w naszych rękach od pięciu). Na tą kategorię przeznaczamy 500 zł miesięcznie i o ile w zeszłym roku ledwo byśmy naruszyli taką górę pieniędzy, to w tym prawdopodobnie będziemy musieli kombinować, żeby zmieścić się w budżecie.

Samochód to u nas jedna z bardziej nudnych kategorii. Posiadamy jeden, aktualnie 13-letni, którym jeździmy od 7 lat. To mało praktyczny, japoński sedan, który ma aktualnie autentyczne 130 000 km na liczniku i – jak to mówi mechanik na corocznym przeglądzie technicznym – prędzej go rdza zje niż coś się w nim popsuje. Osobiście mam już serdecznie dość tego porządnego, taniego w utrzymaniu i bezawaryjnego auta 🙂 Co prawda spełnia nasze wymagania i szczerze mówiąc nie potrafię znaleźć jakichś racjonalnych argumentów na jego wymianę, może oprócz nie znoszącego sprzeciwu „bo tak!” 🙂 Szczegółowy wpis odnośnie kosztów utrzymania auta na przestrzeni ostatnich 7 lat w drodze, a na razie ograniczę się do zeszłego roku:

  • Benzyna kosztowała nas 3020 zł, lub 251 zł miesięcznie (przy mojej pracy zdalnej i urlopie wychowawczym Wolnej nie jeździliśmy dużo)
  • ubezpieczenie 1058 zł
  • coroczny przegląd techniczny 99 zł
  • wymiana oleju 150 zł
  • serwis klimatyzacji 120 zł
  • wymiana klocków hamulcowych z tyłu 140 zł
  • jakieś 200 zł na autostrady

Sumarycznie 4787 zł, czyli 400 zł miesięcznie za utrzymanie auta wraz z kosztami transportu – brzmi bardzo rozsądnie, prawda?

Ten złośliwiec się nawet popsuć nie chce, chyba będę nim jeździ, aż go któraś z córek na 18-tkę nie dostanie 😉 Swoją drogą, kiedyś popełniłem kontrowersyjny wpis (o motoryzacji, a jakże, więc emocji było więcej niż sporo), który został oceniony jako mocno naciągany i nierealny. Cóż, od jego powstania minęło niemal 5 lat i w moim przypadku założenia sprawdziły się w 110%. Można? Jeśli tylko odfiltrujemy emocje, można. Ale to motoryzacja, benzyna w żyłach i odwieczna rywalizacja, emocje przecież nieodzowne 🙂

Kategorią „ubrania” rządzi Wolna. Ja ostatnio wybieram głównie to, co sportowe i wygodne, dlatego „upycham” to w kategorii sport. Mimo to, wydaliśmy w całym roku 3247 zł (271 zł miesięcznie) na ubrania dla naszej czwórki. Aktualnie odkładamy na ten cel 300 zł miesięcznie i powinno to w zupełności wystarczyć, chyba że córcie zaskoczą nas tempem, w jakim będą rosły 🙂

Jedzenie. To zdecydowanie nie jest kategoria, w której oszczędzamy. Od kiedy na poważnie zabraliśmy się za sport, a co za tym idzie – zaczęliśmy palić mnóstwo dodatkowych kalorii, coraz bardziej zwracamy uwagę na to, co wrzucamy do żołądka. Myślę, że tu jeszcze nie doszliśmy do właściwego balansu: raz idziemy w pełen weganizm, po czym spadamy z wagą i robimy coraz więcej wyjątków w diecie. Innym razem liczymy spożywane kalorie i pilnujemy posiłków, żeby później – na przykład podczas niedawnego remontu – położyć to wszystko na łopatki. Mam świadomość, że trochę pracy nas jeszcze czeka, ale to raczej nie zmieni średnich kwot, które przeznaczamy na jedzenie. W 2017 roku było to 870 zł miesięcznie. To wydatki na 4 osoby, ale z zastrzeżeniem, że nasze małe blondyny jedzą po 4 posiłki dziennie w przedszkolu (co jest wliczone w comiesięczne opłaty za przedszkole: 9 zł / dzień / dziecko) – jeśli je przerzucimy na kategorię „jedzenie”, dochodzi aż 378 zł miesięcznie i lądujemy z wydatkami na poziomie 1248 zł. Sami od co najmniej pół roku unikamy mięsa i większości produktów pochodzenia zwierzęcego, dlatego w niektóre rejony sklepów w ogóle nie zaglądamy. Z drugiej strony, gdzie indziej wydajemy znacznie więcej: nasza kuchnia jest zwykle wypełniona po brzegi warzywami i owocami; ryżem, kaszą i makaronem; płatkami owsianymi i orzechami. Inaczej mówiąc, jemy dość prosto, ale nie stronimy od droższych produktów typu awokado, szpinak, jarmuż, mango, rozmaite orzechy itp. Jedzenie na mieście to rzadkość, zwłaszcza że mieszkamy na obrzeżach i nieczęsto widzimy potrzebę odwiedzenia centrum.

Jakkolwiek próbowałem, mnogość kategorii (zwłaszcza tych mało znaczących) sprawia, że wykres jest mało czytelny 🙁

Dzieci. Mimo, że potrafią kosztować mało (zwłaszcza, jak są małe ;)), to w 2017 roku wydawaliśmy każdego miesiąca ponad tysiąc złotych na nasze księżniczki. Przedszkole dla starszej, wyjścia na basen, zajęcia logopedyczne, drobne przyjemności, cotygodniowe 5 zł kieszonkowego dla obu dziewczynek, kupno roweru, sanek czy innych sprzętów uatrakcyjniających zabawę. Doliczmy do tego prezenty na okazje (a czasami i bez…), łóżko kupione w zeszłym roku dla młodszej i mamy sumaryczne 12 214 zł (1017 zł miesięcznie). W tym roku samo przedszkole dla dwójki to 1300 zł, po uwzględnieniu pozostałych kosztów dobijemy prawdopodobnie do 1500-1600 zł. Dzieci są tanie, powiedział Wolny po urodzeniu pierwszej córki i 4 lata później zjadł własne słowa 😉

Podróże? Tutaj dopiero się rozkręcamy: rok 2017 to sporo wypadów na działkę do rodziców lub teściów, a do tego samochodowa wycieczka do Torunia oraz lotnicza, kilkudniowa do Wrocławia. Zaczynamy powoli, rozważnie, może nawet zbyt asekuracyjnie. Kiedyś podróżowaliśmy znacznie dalej, ale po urodzeniu się dziewczynek nie czuliśmy się na siłach. Obie kózki miały straszną chorobę lokomocyjną, dlatego przejechanie 100 km było męczarnią zarówno dla nich, jak i dla nas (w skrócie: zarzygane wszystko, łącznie z fotelikami i nami :)). W związku z tym odłożyliśmy podróże na później i teraz, kiedy dziewczyny znacznie lepiej znoszą podróże, zaczynamy się rozkręcać. W roku 2017 wydaliśmy około 2 500 zł na wspólne wojaże, w tym roku odkładamy na oddzielne subkonto aż 1 000 zł miesięcznie, co powinno wystarczyć z nawiązką na tegoroczne plany i stworzyć jakiś bufor na kolejny rok, kiedy prawdopodobnie zaszalejemy bardziej.

 

Rozrywka? Tutaj ciężko wskazać mi jakieś większe wydatki. Raczej drobiazgi typu lody, bardzo okazjonalne zjedzenie na mieście, kino kilka razy w roku – stówka miesięcznie to aż nadto dla nas. W moim przypadku to sport jest tym, z czego czerpię największą frajdę i szczerze mówiąc, wiele więcej mi do szczęścia nie trzeba. Sport to moja (i w dużej mierze Wolnej) rozrywka, która ładuje nasze baterie i sprawia, że czujemy się dobrze.

Prezenty: obdarowywanych jest całkiem sporo, rodzina bliższa i dalsza się rozrasta, a do tego oboje z żoną jesteśmy wielokrotnymi rodzicami chrzestnymi. W całym roku wydaliśmy na prezenty 2344 zł, średnio 196 zł miesięcznie. Staramy się, by pojedyncze prezenty nie kosztowały więcej niż 100 zł (w zależności od obdarowanego i okazji), ale sama liczba podarków robi swoje. Nie przeszkadza mi to w jakimś szczególnym stopniu, zwłaszcza że całością zawiaduje Wolna i ja nie muszę co chwilę zaprzątać sobie tym głowy.

Dobroczynność. To szczególnie zaniedbana przez nas kategoria. Praktycznie jedynym wydatkiem jest comiesięczne wsparcie dla Unicef, które kosztuje nas 37 zł miesięcznie. Odczuwam tu tak dużą dysproporcję pomiędzy naszymi zarobkami a tym, czym się dzielimy z innymi, że od mniej więcej pół roku (czyli od momentu wprowadzenia systemu kopertowego), wpłacamy 300 zł miesięcznie na dedykowane subkonto. Na razie nic nie robimy z tymi pieniędzmi, ale ich przeznaczenie jest jasne. To temat, który muszę nadrobić, wybadać możliwości i skonfrontować je z moim wyobrażeniem o sensownym, długofalowym i mającym prawdziwe znaczenie pomaganiem.

Kosmetyki / higiena: temat dla mnie praktycznie nie istnieje. Moje wymagania są tutaj naprawdę małe, może poza jednym: zdecydowanie preferuję wszelkie żele do mycia dla dzieci. Dlaczego tak? Łudzę się, że są one nieco bardziej naturalne i mniej agresywne niż typowe produkty dla dorosłych. 40 zł miesięcznie w zupełności wystarcza dla naszej czwórki. Do tego 60 zł na ogólnie rozumianą chemię i takim sposobem dobijamy do stówki każdego miesiąca.

Zdrowie: po wyjątkowym roku 2015, kiedy wydaliśmy w okolicach 6 000 zł na doprowadzenie naszych zębów do porządku, ta kategoria straciła nieco na znaczeniu. Nadal jednak są okresy, kiedy na zmianę chorujemy dosłownie wszyscy (słowo klucz: przedszkole) a nasze blondyneczki i bez tego regularnie przyjmują leki (na przykład inhalacje). 2398 zł rocznie, czyli 200 zł miesięcznie: tyle kosztowały nas choroby w zeszłym roku. Zdecydowana większość to koszty leków, a wizyty prywatne u lekarzy odpowiadają jedynie za 120 zł z powyższej kwoty. To częściowo zasługa tego, że mam wykupiony pakiet zdrowotny przez pracodawcę. Od tego roku Wolna również cieszy się tym przywilejem, więc w tej kategorii mamy dość dobre zabezpieczenie przed nieprzewidzianymi wydatkami. Z wizytą u lekarza w ramach NFZ z dziećmi nie ma najmniejszego problemu, więc tu większych wydatków nie przewidujemy.

O kategorii ubezpieczenie nie warto nawet wspominać – poza autem, uwzględnionym już wcześniej płacimy zaledwie 150 zł za roczne ubezpieczenie mieszkania plus około 60 zł za rok zapłacone za ubezpieczenie naszych kózek w przedszkolu (tego osobiście nie rozumiem, ale machnąłem ręką, nie chcąc tracić zdrowia i czasu). Moje ubezpieczenie opłacane przez pracodawcę jest więcej niż wystarczające, od tego roku Wolna również została objętam programem ubezpieczeń. Ta kategoria wydatków jest przez nas praktycznie pomijana: wolimy ubezpieczać się sami i nie bardzo wierzymy w skuteczność wszelkiego rodzaju polis. Oczywiście są sytuację, kiedy warto zabezpieczyć się przed potencjalnymi wydatkami (przykładowo: wybierając się na drugi koniec świata), ale to jednostkowe sytuacje, które po prostu każdorazowo warto przemyśleć i zaakceptować ryzyko lub zapłacić za przerzucenie go na kogoś innego.

Na koniec wypada wspomnieć o wydatkach związanych z pracą. Zwykle to rzeczy typu transport, jedzenie w pracy czy ubrania. Najczęściej nie doceniamy tych wydatków i wrzucamy je do innych kategorii: bo przecież garnitur do pracy to składowa kategorii „ubrania”, lunch w przerwie to „jedzenie”, a benzyna czy wręcz zakup nowego auta to również inna kategoria. Dlatego bardzo ciężko jednoznacznie obliczyć, jakie koszty generuje praca. Nawet u mnie to nie takie oczywiste, mimo że w pracy w 2017 roku byłem mniej więcej 12 razy. Raz na miesiąc, być może nawet rzadziej, nie kontroluję tego super dokładnie. Przyjmuję 100 zł na każdy wyjazd, którego głównym kosztem jest pokonanie 170km pomiędzy Gdańskiem a Bydgoszczą i z powrotem. Czasami korzystam z auta, czasami jestem pasażerem lub kierowcą BlaBlaCar-a, okazjonalnie wybieram inny środek transportu.

Końcowe 1027 zł idzie w kategorię „Inne”, aka „Area 51” 🙂 To wydatki, które gdzieś umknęły lub których z jakichś powodów nie przypisaliśmy do żadnej z kategorii. Czas na kilka wniosków, które nasunęły mi się, kiedy zestawiłem wydatki z ich udziałem procentowym w całości:

Przede wszystkim, chyba jednak nadal nie jesteśmy typowymi konsumentami, a już na pewno nie wyglądamy na statystycznych Kowalskich. Przede wszystkim, rozsądnie korzystamy z mediów (a do tego posiadamy mieszkanie na własność), dzięki czemu zarówno kwotowy, jak i procentowy udział kategorii mieszkanie + prąd + ogrzewanie jest niewielki. To niemal równe 10% wszystkich wydatków, czyli mniej niż wydajemy na… sport 🙂 Ale to nie tylko hobby – to również sposób na dbanie o zdrowie i kondycję, co – mamy nadzieję – pozwoli nam na zdecydowane wydłużenie okresu, w którym będziemy mogli bez skrępowania czy większych ograniczeń cieszyć się dobrej jakości życiem. Największy udział w naszym budżecie mają dzieci, co jest związane z dużymi, regularnymi opłatami za przedszkole. Z jednej strony to okres przejściowy (szkoła będzie przecież „darmowa”), ale mam wrażenie, że wydatki wcale się magicznie nie skurczą – będą rozmaite płatne zajęcia, wycieczki, potrzeby i zachcianki. Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak przyjąć ten stan rzeczy i myśleć o tej kategorii jako o inwestycji w nasze pociechy. Jedzenie jest na drugim miejscu w rankingu i to rzeczywiście widać na naszym stole. Kolejną kategorią, w której raczej odstajemy od standardu to transport. Tutaj najbardziej znaczący jest fakt, że auto nie jest naszym priorytetem ani członkiem rodziny 😉

Na tym też zakończę dzisiejsze zestawienie. Jestem ciekawy, czy było ono dla Ciebie interesujące i czy widzisz duże różnice w poszczególnych kategoriach pomiędzy tym, co powyżej, a tym, co sam notujesz. Według mnie dość jednoznacznie widać, że z naszego minimalizmu nie zostało wiele, chociaż całość nadal określiłbym jako rozsądne gospodarowanie budżetem domowym. Mimo, że obecne wydatki to kosmos w porównaniu z tym, co wydawaliśmy kilka lat temu. Ale najważniejsze jest to, żeby postępować zgodnie z zasadą „wydatki < przychody„. Ja się tego trzymam, a jeśli i Ty wyniesiesz chociaż to z całej treści tego bloga, odnotuję to jako mój osobisty sukces 😉

83 KOMENTARZE

  1. Co do dobroczynności, to osobiście postawiłem na wspieranie fundacji cyklicznymi przelewami każdego miesiąca. Plus jest taki, że można takie wydatki uwzględnić w rocznym zeznaniu PIT 🙂 Zrezygnowałem już ze wsparcia osób indywidualnych, po tym jak jakiś czas temu dowiedziałem się, że wpłacone przeze mnie pieniądze zostały wydane niezgodnie z przeznaczeniem… Co do fundacji, to wybrałem inicjatywy Szymona Hołowni (Dobra Fabryka i Kasisi) – to bardzo sensownie prowadzone projekty. Dodatkowo od 6 miesięcy wpłacam stałą kwotę (200 zł) na konto parafii. Myślałem nad dziesięciną, ale póki co jeszcze nie potrafię się na to odważyć 🙂 Ktoś z Was zdecydował się może na dziesięcinę?

    • Też wspieramy Kasisi i Dobrą Fabrykę, a oprócz tego Chleb Życia. Nie zauważyliśmy, żeby pieniądze się marnowały, a z Chleba Życia dostaliśmy wręcz konkretną informację, na co zostały przeznaczone nasze środki (w zależności od wybranego konta było to np. stypendium naukowe dla konkretnej osoby – opisanej z imienia i nazwiska).

    • Tak, od początku małżeństwa odkładamy 10% na cele dobroczynne czyli średnio 1500 zł miesięcznie. W naszych głowach te pieniądze po prostu od razu nie należą do nas i liczymy wypłatę z pominięciem tej kwoty. Cele są różne wspieramy Akademię Przyszłości i SZP ale też nawet bardziej chętnie pomagamy osobom z naszego otoczenia.

    • Niestety podzielam Twoje zdanie. Lepiej wspomagać sprawdzone fundacje, niż osoby prywatne. Ja dorzucam pare groszy co miesiąc na chore dzieciaki. Myślę, że nawet przy niewielkim budżecie można wygospodarowac chociaż 10-20 zł na miesiąc i wraz z innymi dobrymi serduchami odmienić czyjś los 🙂

    • Wiem, próbowałem to jakoś ogarnąć, ale jest zdecydowanie za dużo drobnych kategorii, żeby to było czytelne. Mogłem przesunąć legendę na bok / na dół, ale wtedy żaden facet nie dałby rady połączyć tylu różnych kolorów z opisami 😉

  2. Niektore kategorie to dla mnie kosmos 😀. Ogrzewanie….u mnie to kilka tysiecy rocznie. Ale nie mam kategorii mieszkanie. W domu to właśnie ogrzewanie jest największym wydatkiem. Niemniej jednak ja bym domu nie zamienił znowu na mieszkanie. Dla mnie to taka mini emerytura i mini wakacje przez prawie cały rok. To na pewno bardzo indywidualna kwestia. Ubrania – jeden wydatek mojej nastoletniej córki wyczerpuje twój budżet miesięczny. Na pewno jest to umnie 3 razy więcej. Aczkolwiek nie wydzielam kategorii sport i na pewno spora część ubrań znalazła by się w tej kategorii. Dzieci – nie ma u mnie kosztu przedszkola, ale zajęcia dodatkowe na pewno wynoszą podobnie. Jedzenie tez z 50% wiecej – może to kwestia mięsa ?

    W sumie koszty sporo wyzsze dla rodziny rownież 2+2. Szukam pozytywów – dobrze mieć świadomość, że gdyby była konieczność to mam z czego ciąć 😂

    • Jeszcze popatrzyłem na Twoją rozpiskę. U mnie na pewno też część ubrań powinienem przenieść do kategorii praca. Nie mam obecnie takiej kategorii a na pewno spora część ubrań odejdzie jak nie będę pracował 😀. No i podróże. Tutaj jest największa dysproporcja. To kategoria na ktorej zdecydowanie nie oszczędzamy.

      • Do podróży wracamy od tego roku, to przesądzone! Zarówno sami (krótkie wypady), jak i z dziećmi. Wygrzebaliśmy się z pieluch, czas korzystać 🙂
        A kategoria „praca” zdecydowanie do dodania, często ją pomijamy, a niesłusznie moim zdaniem.

    • Dom… myślę, że kiedyś również do niego dojrzejemy. We mnie powoli rodzi się ochota na budowę czegoś (najlepiej samodzielnie :)), ale świadomość, że trzeba będzie zostać kierowcą na pełen etat (wożenie dzieci itp) trochę mnie jeszcze powstrzymuje. Zresztą… dom vs mieszkanie to kolejny temat, gdzie można znaleźć setki argumentów po obu stronach.

      • Zgadzam sie. Dom nie jest dla kazdego i nie na kazdym etapie zycia (równiez finansowym etapie). My swiadomie podjelismy te decyzje wiedząc, że tego chcemy, że nas na to stac i że nie bedziemy obydwoje jezdzic codziennie do pracy „do miasta”.

        Z twoimi umiejetnosciami na pewno duzo moglbys ogarnąć samemu przy budowie i wykańczaniu.

        • Znajomy buduje aktualnie dom od podstaw, niemal całkowicie sam (no dobrze, we dwójkę, tą druga osoba ma już za sobą podobny projekt). Na razie zaczynają, jestem bardzo ciekawy jak im wyjdzie i jak to wpłynie na jego pracę i życie rodzinne.

  3. Temat tak niskich kosztów ogrzewania jest moim zdaniem trochę kontrowersyjny. Budynek, mimo że nowy i dobrze docieplony, sam się nie ogrzeje podczas zimy. Gdyby tak samo znikomo grzali sąsiedzi w swoich mieszkaniach, to temperatura w pomieszczeniach byłaby zapewne niższa, a i ryzyko wilgoci i grzybów w bloku by wzrosło. Sam jestem zwolennikiem racjonalnego ogrzewania, ale w granicach rozsądku. Skręcenie kaloryferów prawie do zera moim zdaniem przeczy trochę zasadom współpracy sąsiedzkiej i odpowiedzialności za całą nieruchomość.

    Ciekawy jestem natomiast kosztów wyżywienia. 870zł miesięcznie to ok. 29zł dziennie. Może wśród Twoich kolejnych postów znajdzie się miejsce na przykładowe menu które pozwala złożyć się na tą kwotę? Taki mały kącik kulinarny na blogu Wolnego 😉

    • A moim zdaniem zasadom współpracy sąsiedzkiej przeczy próba wymuszenia na sąsiadach temperatury wyższej niż taka, w której czują się komfortowo argumentami o, moim zdaniem źle pojętej, solidarności 😉
      Jeżeli sąsiedzi wokół mnie grzeją do 25 stopni, to już nie mój problem że moje mieszkanie siłą rzeczy nagrzeje się do 21 stopni praktycznie bez mojego udziału – na pewno nie będę gotował się w zbyt wysokiej dla mnie temperaturze tylko po to, żeby oni mogli mniej zapłacić za swoje ogrzewanie i nie ma tu żadnej kontrowersji – potrzeby „zimnolubów” są równie ważne co „ciepłolubów”. Innymi słowy – dopóki termostat faktycznie ustawiony jest tak, żeby trzymać temperaturę przeze mnie oczekiwaną, a nie skręcony na 0, „bo inni mnie dogrzeją”, to nie można mówić o naruszeniu odpowiedzialności za całą nieruchomość. Gdyby wszyscy grzali do 21, to nieruchomość na pewno by nie ucierpiała (pytanie gdzie przebiega dolna granica, ale nie dajmy się zwariować – na pewno nie jest to powyżej 20 stopni). Moje koszty byłyby wówczas oczywiście wyższe, ze względu na to, że miałbym większy udział w utrzymaniu średniej temperatury i w pełni bym to zaakceptował.

      • Ja również byłbym szczęśliwszy, gdyby sąsiedzi nie gotowali się tak w swoich mieszkaniach, nawet jeśli przełożyłoby to się na większe koszty po mojej stronie. Tak jak pisałem – w tej chwili koszty ogrzewania nie są dla mnie istotne i gdyby wzrosły nawet o kilkaset procent, nie dramatyzowałbym. Kiedyś było trochę inaczej, dzisiaj ważniejszy jest dla mnie komfort, który czuję bliżej 20 a nie 25 stopni.

    • Ogrzewanie: temat rzeka. Dobrze funkcjonujemy w 19-20 stopniach, uważam że to zdrowe i pozytywnie wpływa na odporność. Rozumiem Twoje argumenty, natomiast nie uważam, że „powinienem” odkręcać kaloryfery powyżej „trójki” tylko dlatego, żeby wspomagać sąsiadów naokoło, którzy lubią przebywać w 25 stopniach. W życiu w ogóle jest mnóstwo sytuacji, w których ponosimy jakąś odpowiedzialność zbiorową czy płacimy (nie tylko pieniędzmi) za rzeczy, których nie używamy, nie potrzebujemy czy z których korzystają inni.

      • Moi sąsiedzi mają odwrotnie – mój pokój zewsząd otaczają pustostany – sąsiedzi na górze, na dole i za ściana mają wolne pokoje i nijak ich nie dojrzewają przez co całe ciepło, które jest u mnie ucieka do nich. Przy ujemnych temperaturach jest mi czasem niesamowicie zimno mimo 2-3 swetrow i kaloryferow na full.

        • Ale aż tak? Z czego te ściany? Może jakiś naprawdę nieszczelny budynek lub nieszczelności w samym mieszkaniu? I jestem ciekawy, w jakiej temperaturze Ci zimno.

          • Powiem szczerze jak przeczytałem o kosztach ogrzewania to mi kapcie spadły.
            Zdradzę sekret skąd u was około 20 stopni w zimie mimo że prawie wcale nie grzejecie… otóż ogrzewają was sąsiedzi z każdej strony (boki, góra, dół) i płacą za za was za tą temperaturę…
            18 zł miesięcznie za ogrzewanie to dowód na to że w mieszkanie praktycznie wcale nie jest ogrzewane !

            @Krzysztof A.
            „Jeżeli sąsiedzi wokół mnie grzeją do 25 stopni, to już nie mój problem że moje mieszkanie siłą rzeczy nagrzeje się do 21 stopni praktycznie bez mojego udziału”

            Przykro mi to mówić ale ci ludzie nie mają 25 stopni w mieszkaniach bo… muszą dogrzewać tych za ścianami którzy prawie wcale nie ogrzewają swoich mieszkań i siedzą w dwóch parach skarpet i 3 swetrach.
            Sąsiedzi także skręciliby sobie pewnie z chęcią na mniej i płaciliby mniej gdyby każdy sąsiad grzał podobnie. Natomiast fakt że muszą ogrzewać NIE grzejących powoduje że mają prawie taką samą (!) (może trochę wyższą) temperaturę jak pozostali ale… płacą znaaaaacznie więcej.
            Wystarczy poprosić sąsiadów o podanie kwot za ogrzewanie i zapytać ich o temperaturę w mieszkaniach i porównać.

            Generalnie nie chwaliłbym się tym tematem publicznie a już na pewno nie przed sąsiadami bo z tego co kojarzę są przepisy na podstawie których wspólnota może wystąpić przeciwko takiemu lokatorowi.
            Dlaczego ktoś ma płacić za ogrzewanie tych którzy nie chcą płacić sami za swoje 20 stopni w mieszkaniu ???

            Nie bierz tego osobiście ale uważam że jest to z gruntu nieuczciwe.
            Ponadto naraża to budynek na na pleść i grzyby.
            Pierwsze co mi się nasunęło jak czytałem tekst o ogrzewaniu to… ile płacicie za leki i lekarzy… zanim doczytałem do tego momentu….
            Myślę że kwota ta częściowo wyjaśnia temat ogrzewania. Zamiast płacić za ogrzewanie płacicie za leki i lekarzy.

          • @Konkret (może przeczytasz, wróciłem do tego artykułu i zajrzałem do komentarzy) Nie odniosłeś się do całości mojego komentarza, więc podkreślę dwie rzeczy:
            – temperaturę w moim mieszkaniu regulują dwa czynniki – najzwyklejsze kręcone termostaty na kaloryferach oraz programowalny termostat na całe mieszkanie, który wpuszcza czynnik grzewczy do kaloryferów, o ile temperatura spadła poniżej zadanej, a kręcone termostaty na to pozwalają. W sezonie grzewczym te pierwsze odkręcam na trójkę, która wg informacji producenta na opakowaniu odpowiada temperaturze ok. 22 stopni, zaś ten drugi programuję na 19 stopni w godzinach kiedy mnie w domu nie ma oraz nocnych, a 21 stopni w godzinach dziennych kiedy jestem w domu. Po sezonie wyłącznie skręcam termostaty na kaloryferach na 0. Co w tym nieuczciwego, że zadaję dokładnie takie parametry ogrzewania w jakich czuję się komfortowo (lepiej mi się śpi kiedy jest chłodniej a powyżej 21 stopni się pocę)?
            – w podanych powyżej temperaturach siedzę w koszulce z krótkim rękawem, dżinsach i najzwyklejszych skarpetach, bluzę ubieram z rzadka, najczęściej w momencie kiedy temperatura spadła, a główny termostat dopiero zaczyna na to reagować

            W sytuacji takiej jak moja uważam, że naprawdę zarzuty o nieuczciwość są nie na miejscu – jeżeli ktoś mnie dogrzewa, to z praw fizyki wynika, że ustawia temperaturę wyższą niż ja w danym momencie, ale nie znaczy to, że ja nie dokładam się do ogrzewania budynku (zwłaszcza, że kaloryfery uruchamiają się regularnie i opisany przeze mnie system grzania jest spójny w całym bloku). Jeśli sąsiad zada 23 stopnie to tak, część „jego” ciepła pójdzie do mnie ze względu na to że u mnie jest 21, w związku z czym wydam mniej żeby te 21 utrzymać (i tak, nawet wrednie wywietrzę jak temperatura zanadto pójdzie w góre), ale nikt mnie nie przekona że „uczciwym” jest ustawienie przeze mnie 23 i siedzenie w zbyt wysokiej temperaturze, tylko po to żebyśmy równo się złożyli na jego 23 stopnie.

  4. Wolny, dzięki za ten artykuł! Super wpis 🙂 u mnie z perspektywy rodziny 4-os mieszkającej w Warszawie wygląda to dużo ” gorzej” w sensie jest w czego ciąć, a z drugiej strony mam wrażenie ze czasem nie za bardzo jest z czego bo większość wydatków to must have-y 🙂 dzieci szkolne – 2300 mies ( w tym połowa opiekunka, reszta to zajęcia dodatkowe, języki, kieszonkowe, ubrania dla nich ok 300), spożywka 1200, kredyt stanowi spora część naszych wydatków a koszty zw. Z mieszkaniem to ok 900 zł ( czynsz z oplatami), spora część stanowią u nas wydatki związane z wyjazdami (głównie weekendowe plus 2 x w roku ferie i wakacje). Podsumowujac,wydatki na dzieci stanowią zaraz po kredycie najważniejsza kategorie kosztową. Pozdrawiam serdecznie

    • Heh, i ja widzę sporo obszarów, w których mógłbym przyciąć wydatki, jeśli byłbym do tego zmuszony. Na podróże w tym roku zakładamy 1000zł miesięcznie, wczoraj kupiłem bilety do Neapolu na przedłużony weekend, dla mnie i Wolnej, bez Wolniątek 😉

  5. U nas najwięcej pieniążków mimo wszystko idzie na jedzenie i podróże + po drodze jakieś szkolenia, dzięki którym możemy w swojej pracy być jeszcze lepsi. Fajnie się rozwijać, wiedząc, że to zaprocentuje w przyszłości.

        • Hej, właśnie tak jest. Picie (alkohol + ewentualnie soki, herbata itp) wrzucone są w kategorię Jedzenie. Jeśli miałbym oszacować, mają one udział na poziomie 40-50zł w tej kategorii. 90% to u nas woda, z kranu oczywiście 😉 pozdrawiam

          • A było kiedyś, było. Wtedy podłączałem się do szwagra, który po jakimś czasie odpuścił temat, więc i ja siłą rzeczy przestałem produkować, a zamiast tego kupuję lepsze piwo i jeśli mam wypić to, co kiedyś lałem do gardła, to wolę… wodę z kranu 😉 ostatnio przywożę z delegacji lokalne piwa z Niemiec i to też sposób na różnorodność i wypicie od czasu do czasu czegoś ciekawego.

    • Tak. Nawet regularnie, ale zawsze mało, na zasadzie pół lampki wina albo po pół piwa na głowę. Okazjonalnie whisky, w ilościach również śladowych 🙂 z wiekiem staję się coraz bardziej rozsądny, więc jak mam świadomość, że na następny dzień będzie mi się ciężko zmusić do porannego treningu, to odpuszczam picie, nawet niewielkich ilości.

  6. Dzięki za podzielenie się swoimi wydatkami. Podobno sposób, w jaki się wydaje pieniądze, mówi wiele o człowieku i jego priorytetach – i chyba rzeczywiście tak jest 🙂 Moja 5-cio osobowa rodzina wydaje ok. 5500 zł miesięcznie. Na żywność i rachunki (w tym czesne dzieci w szkole) wydaję razem ok. 3000 zł. Według wyliczeń statystycznych ok. 900 zł na osobę jest niezbędne do tego, żeby żyć w granicach minimum socjalnego, czyli po ludzku – na minimalnie godziwym poziomie. Nie samym chlebem i rachunkami człowiek żyje… Pozdrawiam Cię serdecznie i czekam na kolejne ciekawe artykuły. Aż nie mogę uwierzyć, że aż tak płodny twórczo się zrobiłeś. Nie nadążam z czytaniem 🙂

    • Z tego co pamiętam, to będąc we dwójkę (a może i trójkę) wydawaliśmy tyle, że mieściliśmy się poniżej minimum socjalnego. Teraz zdecydowanie wyszliśmy poza ten poziom i to widać nie tylko w wydatkach, również w nas samych dokonało się sporo zmian.
      Wracając na bloga stwierdziłem, że albo będę pisał regularnie, albo znowu odpuszczę po kilku wpisach. Na razie się trzymam planu, chociaż z ponownym pozyskiwaniem czytelników wcale nie jest tak różowo, jak bym chciał. Pozdrawiam.

  7. Dzięki za mega dużo danych! Mam się do czego odwołać, bo dopiero pierwszy rok spisuję swoje wydatki.

    Mój poziom 105 500 zł przy dwóch osobach 🙂 Dużo szaleństwa w podróżach, wynajmowane mieszkanie w Warszawie plus dentysta prawie 6k.

    Wspomniałeś o triathlonie, czy zdradziłbyś trochę więcej? Na jaki dystans się szykujesz i w jakie rejony? Mi dopiero chodzi po głowie triathlonie, a trenuję dopiero mocno pływanie, pozostałe dyscypliny zero. Może w następnym roku…

    • No to rzeczywiście trochę zaszaleliście. Ale skoro możecie sobie na to pozwolić, a podróże to Wasza pasja, to być może nie ma co dramatyzować.
      Triathlon… cóż, o sporcie to mógłbym pisać i pisać, tyle że chyba nie ta „widownia” 🙂 Ale jeśli jesteś zainteresowany, to w skrócie: biegam od jakichś 2 lat, za 2 tygodnie mój drugi w życiu maraton. Z pływaniem problemów nie mam (pływałem sporo za dzieciaka, teraz to była kwestia odświeżenia, tego się nie zapomina, to jak jazda na rowerze), na szosę wsiadłem dopiero pół roku temu (głównie trenażer, bo w zimie inaczej ciężko). W zeszłym roku zrobiłem triathlon MTB (czyli rower MTB zamiast szosy) na bardzo krótkim dystansie (bodajże sprint), w tym roku idę na całość i w maju robię 1/4 IM, czerwiec 1/2 IM 🙂 Na dokładkę w lipcu pierwszy bieg ultra, zobaczymy czy do tej pory zbuduję kondycję, bo na razie zima mnie przemieliła 🙁 A gdzie? Wszystko staram się w moich okolicach, generalnie województwo Pomorskie. Życzę powodzenia!

        • Bieganie to chyba jednak podstawa. Pływanie wielu bagatelizuje (trwa najkrócej, zyskasz/stracisz najmniej), rower to rower, każdy pojedzie te kilkadziesiąt kilometrów, dla wielu osób to wręcz odpoczynek po bieganiu, ale ten bieg na końcu… na zmęczeniu, po kilku godzinach wysiłku przebiec półmaraton (jeśli mówimy o 1/2 IM), to może naprawdę boleć, jeśli człowiek nie jest przyzwyczajony do takich (i dłuższych) dystansów. To jednak moja opinia, do tego bez jakiegoś wielkiego umocowania naukowego czy wybitnego doświadczenia.
          PS A bieganie polecam trenować już teraz, zresztą chyba następny wpis będzie właśnie o tym 😉

          • Bieganie dla mnie też będzie największym wyzwaniem, planuję zacząć trening niedługo. Przed IM postaram się zrobić dłuższy bieg, może maraton. Czekam na wpis 🙂

  8. Jestem ogromnie zadowolona czytając Twój każdy kolejny wpis od kiedy wróciłeś. Szczerze, bez owijania w bawełnę, trzymasz poziom 🙂

    My też nie grzejemy, i dobrze nam z tym. Mieszkamy w mieszkaniu, zimą/jesienią/wczesną wiosną w domu „na sweterek” jak to nazywam. Nie muszę chodzić po domu zimą w japonkach i szortach 🙂

    Pozdrawiam,
    Ania

    • Cześć, dzięki za miłe słowa.
      Dokładnie, ja też nie czuję potrzeby chodzenia boso i na krótkim rękawku. Cytując klasyka, skoro jest zima, to musi być zimno 😉 I nie wstydzę się tego, że chodzę w domu w bluzie czy swetrze, czasami nawet zakładam 2 pary skarpet. Jeśli siedzę przy komputerze, a dodatkowo wcześniej zrobiłem porządny trening, to nic dziwnego, że ciało na takie warunki w jakiś sposób reaguje i na przykład robi mi się zimno w stopy. Ale jeśli dobrze mi z tą temperaturą, to po co mam nagrzewać całe pomieszczenie o 5 stopni, jeśli dodatkowa para skarpet zapewni niemal natychmiastowy komfort termiczny? Proste, prawda?
      W ogóle w życiu staram się kierować zasadą, żeby korzystać z różnego rodzaju zasobów na tyle, ile jest to rzeczywiście potrzebne. Innymi słowy, po co mi armata do zabicia muchy? I tak oto chyba wpadłem na pomysł na któryś z kolejnych wpisów… dzięki 😉

      • Dokładnie się Wolny tutaj z Tobą zgadzam. To tak z kupowaniem na promocjach w sklepach. Może rozwiniesz temat planowania zakupów/menu/gdzie robisz zakupy?

        Ania

        • W planach jest wpis „Obiad za 5zł BIS”, bo ten oryginalny – mimo że ciągle cieszy się sporym zainteresowaniem, to strasznie kłuje mnie obecnie w oczy. Jak patrzę, co jedliśmy niemal codziennie, to i tak jestem pod wrażeniem, że większych szkód to (chyba!) nie wywołało.

          • nie przesadź teraz z tym odwracaniem się od dawnego-Wolnego gdyż np. ja bardzo lubię tamte wpisy 🙂 Sam też nie żałuję np. na podróże czy na pasje (np. nauka j. włoskiego) ale tamte dawne wpisy (te też są ok 🙂 ) to sam zdrowy rozsądek. Myślę, że wielu osobom pomogły. Nie odcinaj się od nich bo są naprawdę super.

          • Nie mam zamiaru się odcinać od wszystkiego, ale sporo się zmieniło i ten „obiad za 5zł” naprawdę dzisiaj stoi zupełnie w poprzek moim przekonaniom i nawykom. I wcale nie chodzi o kwotę, ale o to, co za tą kwotę polecałem…

        • Nie rozwinęłam tematu kupowania na promocjach. Najczęściej kupuję w promocjach, przeglądam gazetki, robię zapasy, sprawdzam ceny. Bardzo często jeden produkt jest jednego dnia w promocji, następnego dnia już jest dwa raz droższy.

      • Niskie temperatury w mieszkaniu nie muszą oznaczać od razu przeziębienia. Wynajmuję mieszkanie w starym budownictwie (blok z przełomu lat 60/70) i w trakcie największych mrozów tej zimy mimo odkręcenia wszystkich kaloryferów na full miałem w mieszkaniu góra 20 stopni. Taki urok mieszkania w bloku bez ocieplenia i na ostatnim piętrze, za to z nieopomiarowanym ogrzewaniem 🙂 Mnie osobiście jednak niskie temperatury nie przeszkadzają – morsowanie oraz codzienny zimny prysznic zbudowały taką odporność w organizmie, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie miałem nawet kataru. Gdybym teraz miał mieć w mieszkaniu 25 stopni to bym się chyba ugotował. Przy około 20 stopniach spokojnie chodzę w domu w krótkim rękawku, czasem także w krótkich spodenkach.

      • No i w tym miejscu mamy wyjaśnienie mamy skąd te niskie rachunki za ogrzewanie.
        NIestety ale jestem absolutnym przeciwnikiem tego typu zachowania.
        Ja sobie siedzę w 3 swetrach a reszta mieszkańców niech buli za ogrzewanie mojego mieszkania (co prawda nagrzanie do 20 stopni trwa wówczas dłużej niż gdybym sam to zrobił… ale co mi tam przecież nie ja za to płacę…)

        MIałem kiedyś ciotkę która miała skęcone kaloryfery na okrągło i jak jej było zimno to zakładała co tylko miała łącznie z siedzeniem pod kocami.
        Cała rodzina miała z niej ubaw bo była akurat dość zamożna… ale jak miała się rozstać z pieniędzmi to była chora.
        Zresztą lekarze też jej nie mało kosztowali.

        Jest taka broszura Bastiata „Co widać i czego nie widać”. Szczerze polecam lekturę. Co prawda jest na inny temat ale można analogicznie odnieść do tej sytuacji.

        Piszę komentarze o ogrzewaniu bo jestem zdrowo zszokowany tym co przeczytałem.

      • Ideę pracy zdalnej rozumiem w stu procentach. Dziwi mnie jednak ten wybór miast, mam wrażenie że Gdańsk oferuje dużo więcej niż Bydgoszcz, a też daje możliwość Home Office.

        • Hmmm, chyba przydałby się wpis o „karierze” zawodowej. Skrótowo: nie jest dla mnie ważne, czy pracuję dla firmy z siedzibą w Gdańsku, Bydgoszczy czy gdziekolwiek indziej. Ważne jest to, co robię, jakie mam stanowisko/wynagrodzenie/balans pomiędzy pracą a życiem prywatnym/możliwości rozwoju/z jakimi ludźmi pracuję. Praca zdalna jednak jeszcze u nas raczkuje (a przynajmniej taka jak moja, niemal 100%), a ponieważ obecna praca nadal mi odpowiada pod niemal każdym względem, a do tego jestem niezależny od lokalizacji, to po co mam szukać czegoś w mieście, w którym mieszkam? Moimi klientami końcowymi i tak są firmy/osoby z Europy zachodniej, więc bliżej klienta nie będę. Do tego, kiedy zmieniałem pracę (4,5 roku temu) w Trójmieście nie za bardzo miałem czego szukać. Gdybym zmieni teraz, byłoby kilka opcji, rynek się rozwija, więc jeśli będę szukał zmiany, oczywiście wybadam lokalny rynek. Pozdrawiam

  9. Ja myślę, że jednak jesteś minimalistą. Bo przecież nie chodzi o to, żeby ciąć wydatki, jak tylko się da, nosić worek pokutny na grzbiecie a suchy chleb popijać wodą. Chodzi o to, żeby pozbyć się nadmiaru, konsumować wszelkie dobra z rozsądkiem według własnych potrzeb i pragnień. Jeśli w kategorii sport wydajesz teraz więcej, ale to ma pozytywny wpływ na Twoje życie, to jest ok. Gdybyś kupował pierdyliard sportowych gadżecików, bo tak jest w reklamach i sam nie wiedział, co z tymi gadżetami robić,bo leżysz na kanapie i sportu nie lubisz, to wtedy straciłbyś miano minimalisty. Ale jeśli korzystasz z kupowanych przedmiotów i to w Cię rozwija, to super.
    Wiesz, w sumie też można przejść całe Bieszczady w trampkach za dwie dychy, nie trzeba od razu super butów górskich. No ale jednak wygodniej i lepiej dla zdrowia, jeśli się wyda kasę na te super buty. No bo żeby zrezygnować z chodzenia po górach, to taki minimalizm do d… byłby zupełnie.

    • Niesamowicie fajny komentarz, szczególnie zakończenie 🙂 muszę o tym pomyśleć, w ten sposób o tym nie myślałem, ale chyba też ogólnie zaczynam nieco odchodzić od przypisywania sobie łatek, zwłaszcza skrajnych/kontrowersyjnych typu właśnie minimalizm czy weganizm. Chyba jednak rozsądek i równowaga, we wszystkim.

  10. Aż nie można się powstrzymać, żeby nie skomentować – fantastycznie czyta się takie wpisy, w których wszystko jest tak fajnie rozpisane, człowiek sam może się ocenić i sprawdzić, czy rzeczywiście musi tyle wydawać na rzeczy zbędne… Dzięki za wpis i czekam na kolejny! 🙂 Pozdrawiam!

  11. Czesc, pochwal sie jakie masz zyciowki w bieganiu ze sie szarpiesz na 1/2 IM.
    Ja w tym roku tez debiutuje w triathlonie, ale wybralem 1/4IM.

    • W szczycie formy w zeszlym sezonie tylko sekund mi zabrakło, żeby zejść w półmaratonie poniżej 1:30, złamanie tego czasu to jeden z celów na 2018. Ale niezależnie od tego, czy według Ciebie to czas „wystarczający” do spróbowania swoich sił w 1/2 IM, napiszę tak: uważam, że niesamowicie wiele siedzi w głowie. Nie trzeba być nie wiadomo kim, żeby szarpnąć się na 1/2 IM, według mnie „wystarczy” dobra forma na co dzień i wiara we własne siły. Ja nie robię długich treningów, nie wiem jak moje ciało zareaguje na 6 godzin wysiłku, ale wierzę, że tak długo, jak dostarczasz sobie energii, to możesz cisnąć 🙂 Oczywiście nie idę na 1/2 IM na partyzanta, najpierw maraton (już za 2 tygodnie), później 1/4 IM i – jeśli nie zdechnę na tych imprezach, 1/2 IM. A w międzyczasie, codzienny trening, czasami lżejszy, czasami cięższy.
      Ale mocno zeszliśmy z tematu wpisu 🙂 Powodzenia!

      • No to wszystko jasne:), jak zlamie 1h30min to wtedy pomysle nad 1/2IM. Plywania i roweru sie nie boje. Ale kurcze zeby po 90km jeszcze ten polmaraton zrobic, to na razie dla mnie niewyobrazalne, wielki „Szacun” dla Ciebie.
        No ale ja na razie dopiero zlamalem 2h w polmaratonie po górkach, teraz będę chciał łamać 1h 50min po płaskim. Może zatem 2019 na 1/2IM:)
        Na 10km mam 45:15, więc potencjał jakiś mam, tylko nie jak nie widze jak zrealizować jakikolwiek plan treningowy z dwójką małych dzieci:) A Ty robisz codzienne treningi. Podziwiam. To jest super wyczyn.
        Moj najlepszy trick na trening to dzieciaki ew cała rodzinka na rowery a ja za nimi biegiem, czasem pchając. Ale codzienny trening to jakaś abstrakcja, już nawet nie w tym rzecz, że się nie da czasowo… ale równie ważny jest odpoczynek i regeneracja, a tutaj… kiedy???
        Nasza najmłodsza jeszcze potrafi sie budzic w nocy, toteż pytam jak Ty tak? kiedy odpocząć? Ja jak dobije do do 3 razy w tygodniu to zaraz przynosze jakieś bóle kolan/stóp czy inne problemy, a Ty codziennie. Naprawdę podziwiam.

        • Hmmm, nie mam chyba żadnego magicznego przepisu. Praca zdalna zdecydowanie pomaga (czas na dojazdy to dla mnie czas na trening), ale i trzeba mieć sporo determinacji – jutro na przykład jadę rano do pracy (Gdańsk – Bydgoszcz), więc żeby zrobić trening, wstanę o 5ej, 6:15-7:00 basen i od razu wio na autostradę 🙂 co jeszcze… dzieciaki przeważnie idą spać około 20ej, więc jest czas na ogarnięcie się i sen zamiast przesiadywania przed TV 🙂 Trening zawsze z rana, Wolna ogarnia zwykle dzieci przed przedszkolem, a Ona ma treningi w tygodniu wieczorami, wtedy ja spędzam czas z dziewczynkami. Do tego uczę się słuchać swojego ciała – dzisiaj miała być siłownia, ale po wczorajszych 18km biegiem czułem, że muszę odpocząć, więc odpuściłem i pojeździłem leciutko na trenażerze w czasie zwyczajowej przerwy na obiad 🙂 Część (może nawet połowa?) moich treningów jest zdecydowanie lżejsza niż bieganie po kilkanaście km. A jeśli miałbym coś podpowiedzieć odnośnie biegania, to mi bardzo dużo dało właśnie bieganie po pagórach, nawet wolniejszym tempem – te przewyższenia sprawiają, że po zejściu na płaskie bieg wydaje się znacznie prostszy. Pozdrawiam i życzę powodzenia, wszystko przychodzi z czasem.

  12. Wolny, nie stać mnie na dzieci 😛
    Nie żebym jakoś bardzo chciała, ale Twój post pokazał mi, że finansowo to nie moja bajka 😉
    Widać ludzie zarabiający 1800 zeta/msc nie mogą się rozmnażać ^^ żarcik 😉
    Sara Ferreira na swoim blogu świetnie pisała o ubieraniu dzieci w lumpeksie. Argumentowała to tym, że kupując ładne ale tanie ubrania nie musi ograniczać dzieci ciągłym ‚nie rób tak bo ubrudzisz/poplamisz/zniszczysz’ itp 😉 fajnie to napisała. Bez zadęcia i sztucznego luzu. Tak po prostu po ludzku 😉

    • Nie, nie przygotowujemy nic samodzielnie. Ale wiesz, jak się nie wychodzi codziennie do pracy, to mniej trzeba. Ja w ogóle mam małe wymagania, a Wolna się na co dzień raczej nie maluje i taką Ją wolę.

  13. Powiem Ci że w przypadku naszej 4-osobowej rodziny wydatki są bardzo zbliżone. I zawsze się zastanawiam, jak by to było jakbyśmy oboje pracowali na najniższej krajowej. A w moim regionie to akurat nic dziwnego, bo nawet w największym zakładzie który jest w okolicy ludzie tyle zarabiają. No ale tym się właśnie różnią mniejsze miejscowości od tych większych.

  14. Helloł,
    Wolny, śledzę Cię od dawien dawna, ale Twoje/Wasze ostatnie zestawienie kosztów trochę mnie zawstydziło (muszę przyznać, że pomimo studiów (koszty za ostatnie 3 lata to ok 16 k zł i raty kredytu od marca 2014 na poziomie 1160 zł/mc) przepalam jednak dużo hajsu (i to w pojedynkę :D)). 2014: 53332,15 czyli 4444,34/mc, 2015: 61725,67 czyli 5143,80/mc, 2016: 44143,59 czyli 3678,63/ mc, 2017: 61196,92, czyli 5099,74 i średnia za 2018: 26071,25, czyli 4345,20/ mc. Paradoksalnie wydatki nie są skorelowane z zarobkami bo np. 2016 był dla mnie finansowo ekstra, a całościowe koszty są niższe. I w sumie też określiłabym siebie jako minimalistkę, bo staram się nie kumulować rzeczy.

    • Tak, alkoholu pijemy mało, a z napojów pijemy w 98% wodę z kranu. Jedzenie na mieście to raczej kategoria rozrywka, która zresztą nie zabiera więcej niż 100-200 zł miesięcznie.

      • No to sorry. Nie wiem co macie Ale ja w 3 rodzinie wydaje prawie 2000 zł. Inna sprawa że mam alergika który musi jeść trochę droższe rzeczy Ale bez jaj. Nie wiem jak tak mało wydajecie 🙂

  15. Fajny wpis ale troche niewiarygodny. Wiele tu jest rzeczy ktore “pomagaja” Wam oszczedzac. Na przyklad wezmy ze macie 4-pok mieszkanie bez kredytu, w wieku 30stu kilku lat. Kto tak ma? Malo znam ludzi takich. Moi znajomi wszyscy okolo 40-43 kazdy ma kredyty. z kredytem i dwojka ludzi “pracujacych biurowo” wydatki juz nie sa takie latwe do utrzymania na poziomie, o ktorym piszesz. Nie musisz jezdzic do pracy wiec nie masz kosztow transportu, ubioru itp. a to duzo. Twoja zona nie pracuje wiec znowu nie ma kosztow transportu, ma czas na zakupy, gotowanie i inne. Kiedy dwojka pracuje na fulla wydatki sa wieksze bo zwyczajnie nie ma czasu ani energii na to by wszystko ogarnac “oszczednosciowo”.

    • Hej, dzięki za szczery komentarz. Z jednej strony masz trochę racji, nie przeczę. Tylko zamiast wyciągać wnioski pod tytułem „tak się nie da, większość żyje inaczej”, czy nie lepiej zacząć pracować nad sobą po to, żeby małymi kroczkami przejść od tego, jak żyje większość do tego, jak chcesz żyć Ty? Jeśli już porównujemy się z innymi, to wyciągajmy z tego pozytywne wnioski dla samych siebie i próbujmy je wdrożyć w życie. Na pewno jest sporo szczęścia w tym, że jesteśmy w opisywanej przede mnie sytuacji. Natomiast dużo więcej niż szczęścia jest w tym codziennej pracy, bez ściemy i wynajdywania wymówek.
      Pozdrawiam i życzę sukcesów.

      • zgadzam się z Panią wyżej. jestes na maksa oderwany z rzeczywistości. głupi rachunek za telefonu…
        A właśnie skąd miałeś kasę w takim wieku na mieszkanie? zarabiając nawet po 10k jest to trudne…

  16. Dobry wieczór,

    Jestem pod wrażeniem wydatków na jedzenie naprawdę bardzo mało płynie z waszej strony pieniędzy na jedzenie GRATULUJĘ 🙂

    • Właśnie wpadła ciecierzyca w pomidorach, ryż i kiszona kapusta, za porcję max 3zł 🙂 jeśli temat jedzenia Cię interesuje, poszukaj na blogu podobnych wpisów, kilka ich było. Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię