Jak wydajesz pieniądze?

Według wielu opracowań, poziom szczęścia przestaje rosnąć powyżej pewnego poziomu zarobków (w USA ok. 75.000 USD brutto rocznie). Ostatnio APP funds pisał o najnowszych badaniach, według których żadna magiczna granica nie istnieje i w ogólności im więcej, tym lepiej. Nie zamierzam polemizować z żadną z tych tez – uważam, że o ile pieniądze same w sobie są ważne, to ważniejsze od tego, ile mamy jest to, w jaki sposób je wydajemy.

Jak już pisałem w tym wpisie, jedyną finansową granicą związaną ze szczęściem, którą możemy wytyczyć – i która wynika z podstawowych potrzeb człowieka – jest granica ubóstwa. I to rozumiana niekoniecznie jako jakaś ustawowa definicja, poniżej której jesteśmy uprawnieni do otrzymania zasiłku, ale jako poziom, który zapewnia poczucie bezpieczeństwa – dach nad głową, pewność jutra. Wszystko powyżej jest tylko opcjonalnym wyborem przeznaczenia nadmiarowych środków i ma mały wpływ na odczuwanie przez nas nie do końca dającego się objąć definicją szczęścia.

poor1

Dowody? Czy mało jest badań (tu czy tu), według których poziom zadowolenia z życia mieszkańców wysoko rozwiniętych państw jest z roku na rok niższy i nierzadko ustępuje krajom rozwijającym się? Dowód drugi: zatarcie granicy pomiędzy życiem prywatnym a pracą, a dokładniej: coraz częściej wybierany wyścig szczurów, którego wynikiem są całe rzesze dobrze sytuowanych, nieszczęśliwych osób. A co z gadżeciarzami? Sam znam takiego i przykład jest wprost modelowy. Nagły kop adrenaliny, zastrzyk radości po kupnie upragnionego sprzętu – znowu coś nowego, ciekawego, imponującego kolegom. Po tygodniu satysfakcja spada, po miesiącu jest dół, gadżet kurzy się w szafie, a na celowniku już coś nowego, co znowu podniesie ciśnienie krwi w żyłach. Czy to nie brzmi znajomo? Czy nie przypomina Wam najzwyklejszego uzależnienia? Czy sami nie doświadczacie tej huśtawki emocji wydając ciężko zarobione pieniądze na rozmaite zachcianki? I jeszcze ważniejsze pytanie: czy ta huśtawka uczuć kwalifikuje się w Waszej osobistej ocenie jako szczęście? Dla mnie – absolutnie nie. Zwłaszcza, że w konsekwencji przestajemy czerpać radość z małych rzeczy, potrzebujemy coraz więcej do stymulacji mózgu, żeby poczuć coś pozytywnego. I coraz bardziej oddalamy się od radości trwałej, nie wymagającej rzeczy materialnych: bazującej na rodzinie, wolnym czasie, przyrodzie.

Skoro bogaci konsumenci za wielką wodą wcale nie są tacy szczęśliwi, a my – próbujący naśladować ich styl życia – również nie do końca, to co zrobić, na co przeznaczać nadmiarowe środki, żeby móc „kupić” trochę szczęścia? Moje propozycje poniżej:

wspomnienia. Kiedy pewnej sylwestrowej nocy podsumowaliśmy z żoną kończący się rok, zaskoczyła mnie jedna rzecz. Odpowiedź na pytanie: co było najbardziej znaczące, dające najwięcej satysfakcji, i co pamiętamy najlepiej (i jeszcze długo będziemy) była dla nas obojga bardzo prosta: urlop. Egzotyczna podróż – wyprawa w nieznane na własną rękę i wszystkie przygody, które dzięki temu przeżyliśmy. Do tej pory uśmiecham się, kiedy przypominam sobie pewne sytuacje, które – mimo kilku lat – nadal wyraźnie pamiętam. To właśnie wspomnienia pozytywnych chwil zostają nam w pamięci na długo i pozwalają odczuwać szczęście. I nieważne, czy będzie to pierwszy krok dziecka, daleka wyprawa, czy pierwsza miłość. Wszelkie gadżety i ekskluzywne przedmioty, którymi tak lubimy się otaczać dają chwilowe poczucie satysfakcji, które znika równie szybko, jak się pojawiło i na dłuższą metę nie zostawia nic – może oprócz koniecznych do spłaty kolejnych rat. Inwestujcie we wspomnienia, a nawet po latach będziecie mogli powrócić do tych chwil z uśmiechem.

rodzina, znajomi. Wiecie, jaki zakup dał mi najwięcej radości w tym roku? Kosiarka do trawy. A co niezwykłego jest w kosiarce do trawy? Przede wszystkim to, że nie kupiłem jej dla siebie. Wspólnie z rodzeństwem złożyliśmy się i zrobiliśmy rodzicom prezent po tym, jak kupili działkę letniskową. Dawanie daje znacznie więcej radości niż branie, a życie spędzone samemu – bez bliskich – byłoby naprawdę nic nie warte. Dając innym sprawiasz radość również sobie, a jeśli dodatkowo jest to pewną formą docenienia czyjejś pomocy czy zaangażowania – tym lepiej! Nie masz zbyt wiele? Nie szkodzi! Twój czas, pomoc udzielona w jakiejkolwiek formie – może w czymś, w czym jesteś dobry, a innym brakuje nieco wprawy – jest również idealnym prezentem dla drugiej osoby – mimo, że temat pieniędzy nawet się nie pojawia.

poor2

cele – sam chcę osiągnąć niezależność finansową. Ten cel jest dobrze zdefiniowany, ma swój harmonogram, a ja co miesiąc analizuję, jak nam idzie w jego osiągnięciu. Taki zdefiniowany, mierzalny cel również daje pewne poczucie wartości pieniądza, satysfakcji z jego właściwego (oczywiście według Ciebie) lokowania. Jest czymś, do czego dążysz, i co daje motywację do wstania w kolejny poniedziałek. W przypadku typowo materialnych celów, planowanie i czas potrzebny na ich osiągnięcie ma dodatkową zaletę: być może po kilku miesiącach zbierania na upragniony sprzęt stwierdzisz, że już wcale nie wydaje się tak wspaniały jak na początku, i w zasadzie wcale go nie potrzebujesz :)

Jest jeszcze jeden dowód na to, że związek wydawania pieniędzy i szczęścia jest znacznie mniej oczywisty, niż się powszechnie wydaje. Czy wiedzieliście, że subiektywny, odczuwany przez jednostki poziom szczęścia (a więc to, o co każdemu z nas przecież chodzi) jest taki sam dla 400 najbogatszych amerykanów, co dla amiszów? Czy nie daje do myślenia to, że ludzie, którzy odrzucili samochody, Internet czy centra handlowe są równie szczęśliwi, co zarabiający miliardy dolarów bogacze? Okazuje się, że silne więzi rodzinne, prostota i bliskość lokalnej wspólnoty daje więcej niż wyścig szczurów w tym wielkim, ale w gruncie rzeczy samotnym świecie. I nie próbujcie udowadniać, że amisze są zniewolonymi więźniami fanatycznej wiary – bo czymże innym jest powszechnie akceptowana, występująca w naszej „kulturze” miłość do pieniądza?

Według mnie, kluczem jest umiejętność czerpania radości z tego, czego pieniądze kupić nie mogą. I mimo, że nie jest to proste – bo przecież prawie wszyscy należymy do 20% najbogatszych ludzi świata – to odrzucenie gotowych rozwiązań i próba odnalezienia własnej drogi do szczęścia może doprowadzić nas w bardzo ciekawe miejsca. Miejsca, gdzie główne skrzypce będą odgrywały osoby i przeżycia, a niekoniecznie ulotne przedmioty – czego wszystkim Wam życzę!

9 komentarzy do “Jak wydajesz pieniądze?”

  1. Tomek 6 maja 2013 at 1:12 pm #

    Ładne zdjęcia (szczególnie to drugie), To Twoje dzieło?

    • wolny
      wolny 6 maja 2013 at 1:22 pm #

      Niestety nie tym razem – zdjęcia znalezione w sieci na szybko w pracy – przez majówkę nie było czasu na szperanie we własnych zbiorach.

  2. Mol 6 maja 2013 at 8:32 pm #

    Zdecydowanie najważniejsze w tym wszystkim są punkty odniesienia, Porównujemy się ze znajomymi i to, że nie mamy nowego samochodu może oznaczać, że jesteśmy biedni. Ale w porównaniu z mieszkańcem Mołdawii, nie mówiąc już o Afryce, możemy być panami świata.

    • wolny
      wolny 6 maja 2013 at 8:48 pm #

      Zgadza się. Ważna jest też hierarchia wartości – myśląc, że jesteśmy panami świata w porównaniu do mieszkańca Mołdawii możemy nawet nie zdawać sobie sprawy, o ile jego życie może być spokojniejsze, pełniejsze i bardziej satysfakcjonujące od naszego. Według mnie liczy się pokora i podejście „robię swoje” – zamiast rozglądania się na boki i zazdroszczenia innym czegoś, co w rzeczywistości wcale nie musi być tak świecące jak wygląda z zewnątrz. pozdrawiam!

  3. Paweł / Blog o oszczędzaniu. 8 maja 2013 at 2:32 pm #

    W naszym kraju samo oszczędzanie to jest „robię swoje”. To po prostu u nas nie modne 🙂 Kiedyś czytałem w necie ciekawy wpis. W skrócie: żeby być grubą rybą, trzeba ubierać się jak gruba ryba, jeździć super limuzyną jak gruba ryba, mieszkać w super willi itd. wtedy jesteśmy grubą rybą 😛 I nawet posiadając milion na koncie przecież nie mamy napisane na czole „mam milion na koncie”, ale spokoju ducha jaki wtedy mamy, poczucia bezpieczeństwa i wolności – nikt nam nie odbierze. BTW Milion na koncie to raczej gruba ukleja albo płotka 😛 chyba że funtów 🙂

    • wolny
      wolny 8 maja 2013 at 2:49 pm #

      Milion na koncie to raczej spokojny sen, brak stresów i bardzo duża doza niezależności. Jeśli ktoś ma aspiracje do zostania grubą rybą, najprawdopodobniej będzie kroczył złotą ścieżką usłaną… długami 🙂 

  4. Krecik 17 maja 2013 at 10:56 am #

    Jeśli zdefiniujesz granicę ubóstwa jako poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji finansowej (w ramach danego układu ekonomicznego), to absolutnie nic dziwnego że mieszkańcy państw rozwiniętych nie są wg takiej miary szczęśliwi. I nie ma to za wiele wspólnego z ilością pieniędzy czy sposobem ich wydatkowania.
    Przeciętny mieszkaniec Polski w czasach prl wg tej miary był znacznie szczęśliwszy, bo miał pewność jutra, nie musiał się o nie obawiać a zatrudnienie można było znaleźć w prawie każdej dziurze w kraju… Teraz ciągły niepokój o ekonomiczne jutro (chyba za wyjątkiem pracowników budżetówki), brak stabilizacji, możliwość utraty pracy… albo jej beznadziejny brak.
    Ilość pieniędzy to jedno, pewność pieniędzy w przyszłości to zupełnie dwie odrębne rzeczy. Skoro są różne, to bez sensu jak dla mnie jest tłumaczenie zjawisk w jednym tym co występuje w drugim.

    • wolny
      wolny 17 maja 2013 at 11:17 am #

      Przykład prlu według mnie nietrafiony – bo o ile rzeczywiście każdy mógł być powyżej granicy ubóstwa, to w tym ustroju wszystko inne (samorealizacja, rozwój, kontakty z innymi, wolność słowa) nie było wcale łatwo osiągalne. We wpisie http://www.wolnymbyc.pl/pragniesz-wiecej-rozejrzyj-sie-i-spojrz-ile-masz/ pisałem o modelu hierarchii potrzeb Maslowa, gdzie aspekty finansowe do osiągnięcia szczęścia dotyczyły jedynie niezbędnego minimum – właśnie tej granicy ubóstwa, którą zdefiniowałem nieco inaczej niż aktualne ustawy. Ale każdy kolejny „szczebelek” do osiągnięcia szczęścia byłoby w czasach prlu spełnić dużo trudniej niż dzisiaj.
      Może rzeczywiście nieco na wyrost użyłem terminu „pewność jutra”, której dzisiaj rzeczywiście mieć do końca nie możemy. Ale czy kiedyś było lepiej? Co z tego, że mieliśmy pewność pieniędzy w przyszłości, skoro inflacja mogła z łatwością wynieść kilkaset procent, towary były reglamentowane, a Państwo planowało naszą konsumpcję i wydatki, oraz mogło w majestacie prawa zagarnąć nasz majątek. Pewności jutra chyba nigdy do końca mieć nie możemy – teraz zamieniłbym to wyrażenie na „pewność, że poradzę sobie jutro”. A więc chodzi nie tylko o pieniądze, ale również umiejętności, elastyczność, „odnajdywanie się” w różnych sytuacjach. Czyli znowu aspekty, które nie są bezpośrednio związane z finansami – tym lepiej – wychodzi na to, że potrzeba nam jeszcze mniej 🙂
      dziękuję za komentarz i pozdrawiam – zawsze cieszy mnie polemika z moimi wpisami!

  5. Marcin Korbiel 4 czerwca 2013 at 11:03 am #

    Witaj,

    Prawie się z tobą zgodzę, sporo tego co napisałeś o pieniądzach i szczęściu uznaje za prawdę. Jedna w kwestii miłości do pieniędzy sądzę, że raczej jej ludziom brakuje. Żyją w świecie braku, który stworzyli we własnym umyśle Tam nie ma miejsca na prawdziwą miłość. Mija prawie rok do kiedy byłem u osoby która uczy miłości bezwarunkowej i zdrowego podejścia do pieniędzy. Było to tak niezwykłe, że przeprowadziłem z nią wywiad. http://twojadrogasukcesu.pl/wywiad-z-pawel-nazaruk/ Tu również jeszcze bardziej mnie to zaskoczyło. Myślę, że dla każdego kto czytał Twój artykuł będzie to bardzo dobre uzupełnienie.

    Niech Miłość Będzie z Tobą
    Marcin Korbiel

Dodaj komentarz