Inny tydzień: dzień 1. Konsumpcji mówimy NIE

Mija pierwszy dzień eksperymentu, o którym ostatnio pisałem: tydzień inny niż wszystkie.

Co dzisiaj zmieniłem w swoim życiu? Wychodzi na to, że w samym sposobie spędzania wolnego czasu niewiele – ale nie jest to powód do smutku, a wręcz przeciwnie! Tematem przewodnim było bowiem ograniczanie konsumpcji. Widać, że organizatorzy dobrze znają zwyczaje polskich rodzin – niedzielne zakupy w galeriach to przecież nasz narodowy, weekendowy sport!

Zaznaczam, że w ograniczaniu konsumpcji nie chodzi o artykuły żywnościowe, a o wszystko, czego zjeść/wypić nie można.

Ale żeby nie było tak łatwo, zadań było kilka:

1. stworzenie listy planowanych zakupów na cały tydzień i odfiltrowanie tego, co nie jest niezbędne (przynajmniej przez tydzień), oraz przemyślenie, czy pozostałe rzeczy mogłyby zostać pożyczone, zrobione samodzielnie albo kupione jako używane. Nasza lista zawiera kilka pozycji – więcej o tym później.
2. zwracanie uwagi na to, co wyrzucamy do śmieci (dokładniej – odkładanie wszystkiego do 1 worka przez cały dzień). Przez dłuższą chwilę nie rozumiałem tego punktu, ale organizatorzy obiecują, że będzie potrzebny w następnym dniu, a poza tym w końcu doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nie zastanawiam się nad tym, ile i jakie rzeczy wyrzucam, jak dużo generuję śmieci, ani jak mógłbym ponownie użyć niektóre z odpadów. A powinienem.
3. powstrzymanie się od kupna nowych produktów PRZEZ CAŁY TYDZIEŃ. Na dzisiaj cel został osiągnięty, zobaczymy jak będzie dalej. Obym wytrzymał jak najdłużej – czasami wydaje mi się, że nasze życie upływa według schematu:

zycie1

Pomyślmy przez chwilę, jak mogłyby wyglądać niedzielne wydatki 3-osobowej, lubiącej  to, co „modne” polskiej rodziny, mieszkającej w dużym mieście:

– galeria handlowa: dojazd (10km w jedną stronę) 20 zł, zakupy 200 zł

– ponieważ przedpołudnie spędziliśmy w galerii, na gotowanie nie było czasu. Doliczmy więc „rodzinny, niedzielny” obiad: 100 zł.

– ponieważ przed kolejnym ciężkim tygodniem „należy nam się” trochę rozrywki, idziemy do kina – w wersji bardziej pro-zdrowotnej na basen. Każda z tych opcji to koszt około 60-80 zł + dojazd (20zł), kino dodatkowo „wymusi” 30 zł na przekąski – nie można przecież oglądać filmu bez zagryzania popcornem i popijania z litrowego kubła coli…

Suma wydatków: około 400 zł.

I nawet jeśli teraz sobie myślisz „statystycznej rodziny nie stać na takie cotygodniowe wypady”, to faktycznie ta rodzina straciła dużo więcej niż 400 zł (czy 100, 200 czy jakąkolwiek sumę by wydała w ten dzień). Straciła mianowicie szansę spotkania z bliskimi. Straciła szansę zżycia się (nikt mnie nie przekona, że w kinie czy galerii handlowej można się zżyć), zrobienia czegoś NAPRAWDĘ razem. Ci, którzy wybrali kino zamiast basenu dodatkowo stracili możliwość zadbania o swoje ciało. Cała rodzina wchłonęła standardowe (a więc zbyt duże!) restauracyjne posiłki, jeszcze bardziej przyzwyczajając swój organizm do mnóstwa sztucznych, niepotrzebnych dodatków i niezdrowo przyrządzanych potraw. Z ostatniej opowieści żony po wizycie w galerii handlowej (ja takie przybytki omijam szerokim łukiem) wynikało, że kolejka w jednej z „restauracji” (tak lubią się u nas tytułować różnego rodzaju fast foody) wyglądała mniej więcej tak:

kolejka

Jakie były alternatywy? Przecież mamy wiosnę – i nawet jeśli za oknem tego do końca nie widać, to naprawdę nie widzę powodu, żeby bać się wystawić swój organizm na kilkustopniowe, dodatnie przecież temperatury. Można było skorzystać z tylu darmowych sposobów spędzania czasu: spacer, rolki, rower. Można było przecież wydać te kilkadziesiąt złotych i pojechać na basen, siłownię, trening, odwiedzić jakieś muzeum i nauczyć czegoś naszą pociechę albo zainteresować ją czymś nowym. Wreszcie, można było wspólnie przygotować niedzielny obiad, albo chociaż upiec ciasto i pojechać z nim odwiedzić rodzinę czy bliskich znajomych. Jeśli miałeś ochotę się po prostu wyciszyć i „naładować akumulatory”, wystarczyło przejść się do biblioteki i pożyczyć jakąś interesującą Cię pozycje, albo zająć się swoim hobby. Były wprost nieograniczone alternatywy na spędzenie tego dnia.

Rozważmy jeszcze jeden argument: NAPRAWDĘ POTRZEBOWAŁEŚ czegoś z galerii handlowej. Twoje dziecko musi mieć plecak na wyjazd, a pasta do zębów i patyczki do uszu nie wystarczą na kolejny tydzień. W takim wypadku dobre rady przekazują inicjatorzy tygodnia innego niż wszystkie: upewnij się, że naprawdę potrzebujesz, a nie CHCESZ daną rzecz. Sprawdź, czy nie możesz jej zrobić sam, pożyczyć albo kupić używanej. Dopiero wtedy powinieneś ZAPLANOWAĆ kupno przedmiotu, i jeśli rzeczywiście jest potrzeby „na już” – pójść do sklepu. A w międzyczasie zastanów się, czy nie lepiej dać zarobić jakiemuś lokalnemu sklepikowi niż wielkiej, zachodniej sieci z galerii. Brzmi skomplikowanie, jakbym nakłaniał Cię do utrudniania sobie i tak już niełatwego życia? Wcale tak nie jest – weźmy ten przykładowy plecak. Czy mój syn go potrzebuje? Tak – ma wyjazd z klasą za 2 tygodnie. Mam więc trochę czasu, przedzwonię jutro do szwagra i kolegi z pracy – może będą mieli pożyczyć jakiś większy plecak. Jak nie, zerknę w Internecie na plecaki jakichś polskich producentów i zamówię – będzie jeszcze czas na dotarcie przesyłki. Koniec planowania. Cały proces trwał może minutę. Inny przykład – pasta do zębów. Kończy się – może być potrzebna już na jutro. Po co mam jechać do wielkiej galerii, jak mogę się przejść do drogerii oddalonej o pół kilometra i kupić. Ubieram się i wychodzę – proste :) Zresztą jak wszystko, o czym piszę – nie chodzi przecież o komplikowanie sobie życia. Chodzi o prostotę, nie stwarzanie sztucznych problemów, szukanie szybkich, efektywnych i skutecznych rozwiązań.

No dobrze – a co ja zmieniłem w ciągu tego jednego dnia? Dwie rzeczy:

zrobiliśmy listę zakupów na ten tydzień i wyciągnęliśmy z tego parę wniosków. Na liście było:

– łóżeczko dziecięce – nawet jeśli to nie zakup na najbliższy tydzień, to na najbliższy miesiąc na pewno. Postanowiliśmy, że zamiast kupować nowe łóżeczko, zobaczymy co jest dostępne z „drugiej ręki”. Już się odezwałem w sprawie kilku ogłoszeń, i nawet jeśli oszczędność nie będzie wielka (100-130zł), to „uratowane” materiały użyte do jego wykonania to konkretny argument do podjęcia tego kroku
– zabawka na prezent dla 4-letniego dziecka. Mieliśmy w planach kupno jakiegoś pluszaka, ale olśniło nas, kiedy odkryliśmy Hektorka :) w szafie (zdjęcie poniżej). Żona – w ramach realizacji własnych pasji – wykonała go własnoręcznie z materiałów które mieliśmy pod ręką. Myślę, że będzie to świetny prezent i pozwoli nam zaoszczędzić przynajmniej 50 zł.

SAMSUNG

– płyn do płukania ubrań. Temat od zawsze dla nas prosty – wybrać przyjemny zapach i wrzucić do koszyka na zakupy. Niestety, z tego co się orientuję – skład takiego płynu to istna tablica mendelejewa. Dlatego tym razem postanowiliśmy zastąpić go olejkiem lawendowym lub z drzewa herbacianego. Tak więc pozycja na liście zakupów zmieniona na zdecydowanie bardziej „eko”, a w kieszeni pozostanie kolejne kilka-kilkanaście złotych.
– mini-projekt z zeszłego tygodnia – poszerzane spodnie dla ciężarnej, coraz bardziej rosnącej małżonki :) Również Jej własnoręczny wyrób, który pozwolił uniknąć kupowania przynajmniej jednej pary spodni (policzmy 100 zł) – a ponieważ jest zrobiony w taki sposób, że można go łatwo „zdemontować”, to spodnie będą mogły być w przyszłości nadal używane.

SAMSUNG

posprzątaliśmy dużą szafę. Oj działo się, działo – całość trwała dobre kilka godzin i była poprzecinana małymi zgrzytami i próbami przekonania mojej sentymentalnej żony, że list od koleżanki z kolonii naprawdę nie musi leżeć u nas kolejnych kilkunastu lat. Co to ma wspólnego z tematem dzisiejszego dnia? Ano ma dużo – w szafie znaleźliśmy sporo ciuchów, które planujemy oddać (*), kilka rzeczy do wystawienia na sprzedaż lub oddania znajomym – a więc być może zyskają one nowe życie i ktoś inny powstrzyma się od zakupu nowego przedmiotu. No i znaleźliśmy Hektorka :)

Dzisiejsze oszczędności dość ciężko wyliczyć. Wahają się w przedziale od 100 nawet do 700 zł – w zależności od wybranego sposobu spędzania wolnego czasu i innych decyzji w obszarze najbliższych zakupów. Część z nich to oszczędność jednorazowa, inne mogłyby być regularnymi oszczędnościami, a także początkiem zmiany stylu życia (po raz kolejny polecam rower). Ciekawy jestem, ile Wy wydajecie w weekend – u mnie to znacznie więcej niż w pozostałe dni tygodnia i to nie tylko z powodu nadrabiania braków w lodówce.

Zauważcie, że powstrzymując się od konsumpcji, „oszczędzamy” również zasoby naszej planety – i to niejako przy okazji, bez większego wysiłku. Łóżeczko dziecięce to wycięte drzewo, do tego transport, obróbka maszynami (zasobochłonnymi w wytworzeniu i działaniu), a także sporo chemikaliów użytych do wykończenia. To samo z pożyczeniem jakiegoś przedmiotu zamiast kupna, czy z powstrzymaniem się od kupna zachcianki. Nawet jeśli wydaje Ci się to mało znaczące,  bo „torebka którą kupiłam i tak została już wyprodukowana”, a restauracja, w której jedliście i tak była przygotowana na przyrządzenie zamówionych przez Was posiłków. Od czegoś trzeba zacząć – takie małe kroczki, powielane przez wiele osób skłonią producenta do ograniczenia produkcji, a restaurację do zamawiania mniejszych dostaw kosztownych w produkcji mięs. A wszystko wyłącznie przez racjonalizację wydatków, ograniczenie konsumpcji – bez wymachiwania transparentami „Stop uboju świń” czy rozdawania ulotek pod tytułem „Świat zmierza ku zagładzie”.

Po raz kolejny zaznaczam, że zasadniczym pytaniem było „co mogę zrobić dla siebie?”. Proponuję również zadać sobie te pytania, a dopiero po znalezieniu odpowiedzi przeanalizować, w jaki sposób Twoje alternatywne wybory wpłyną na użycie zasobów planety.

* jeśli ktoś chciałby oddać niepotrzebną odzież wrzucając je do kontenerów oznaczonych logo PCK, zachęcam najpierw do zapoznania się z faktami.

12 komentarzy do “Inny tydzień: dzień 1. Konsumpcji mówimy NIE”

  1. Maria 7 kwietnia 2013 at 10:01 pm #

    Jakiś czas temu też uwolniłam się od nawyku potrzebowania czegoś z galerii handlowej właśnie w weekend. Był to dla mnie bardzo smutny widok patrzeć na ludzi, którzy zachowują się jak zahipnotyzowani – chodząc od sklepu do sklepu z obojętnymi twarzami. Nie chciałam być jedną z nich. Co oni wszyscy robili w weekendy 15 lat temu, kiedy tego szaleństwa jeszcze nie było? Nie pozwalam sobie na wymówki o których piszesz – pasta się skończyła i nie ma chleba na poniedziałkowe kanapki. Górę wzięły listy zakupów i szacunek do własnego czasu. Serdecznie pozdrawiam.

    • wolny
      wolny 7 kwietnia 2013 at 10:32 pm #

      Z wieści „prosto z frontu” od zwiadowcy Żony (która raz na jakiś czas odwiedza jedną z galerii) wiem, że galerie handlowe nadal są oblegane przez ludzi tak, jakby rozdawali tam coś za darmo. I nieważne czy jest wtorek, sobota, 12-ta czy 18-ta – bez przerwy jest tam po prostu ZATRZĘSIENIE ludzi. Jestem bardzo szczęśliwy, że w tym roku jeszcze nie miałem wątpliwej „okazji” odwiedzić takiego miejsca. A w mediach krzyczą że nadal kryzys… może rzeczywiście dają tam coś za darmo, a ja nie korzystam? :)

  2. Karolina 7 kwietnia 2013 at 10:20 pm #

    Zostałam fanka Hektorka! Jestem przekonana, że własnoręcznie wykonany prezent zrobi na obdarowanym ogromne wrażenie! Żona ma talent i powinna zając sie produkcją Hektorków! Pozdrawiam!

    • wolny
      wolny 7 kwietnia 2013 at 10:40 pm #

      Żona już śpi, ale rano pokażę Jej ten komentarz – do tej pory nie chwaliła się prawie nikomu swoim hobby, więc tym bardziej ucieszy się tak pozytywną opinią o Jej pierwszej własnoręcznie zrobionej maskotce.
      Obawiam się jednak, że będzie to musiało pozostać jedynie odskocznią od codzienności – gdyby kolejne Hektorki były produkowane w podobnym czasie co prototyp, to albo musiałyby kosztować grubo ponad stówę, albo stawka żony ledwo pokryłaby miskę ryżu dziennie – a to by już było niehumanitarne traktowanie ciężarnej :)

  3. Paweł / Blog o oszczędzaniu. 8 kwietnia 2013 at 12:33 am #

    Kiedyś wrzucałem wszystko do pojemników. Potem okazało się że nie ma już na nich logo PCK i ze są zarobkowe, jedyny „normalny” pojemnik stoi koło siedziby PCK. Niestety zwykle pęka w szwach, nie nadążają go opróżniać. Po przeczytaniu tego artykułu z linku w sumie zgadzam się z dwoma komentarzami pod nim:

    „(…)PCK samemu nie jest w stanie utrzymywać systemu zbierania używanych rzeczy. Użyczył więc swojej nazwy firmie, która to robi, a przy tym: 1. przerabia część rzeczy, które poszłyby na śmieci, 2. dofinansowuje PCK.(…)”

    „Powinniśmy dziękować, ze mamy taką firmę jak Wtórpol. Dzięki niej z jednej strony za darmo pozbywamy się niepotrzebnych ciuchów/butów (nie musimy płacić firmom za za odbiór odpadów), z drugiej zaś strony częściowo trafiają one do biedniejszych osób (kupują je na wagę) lub robi się z nich paliwo (super!). Gdyby nie Wtórpol nasze składowiska byłyby pełne starych ciuchów. No i na koniec – firma daje prace przeszło 1000 pracowników, płaci podatki itp. :)”

    Więc działania firmy wpisują się w ideologię eko, wtóre zastosowanie przedmiotów, pomoc potrzebującym (dofinansowanie PCK i innych organów) . Dla mnie ta firma jest ok, a ze działa prężnie i zarabia pewnie krocie to ich zysk. Ktoś miał pomysł, zrealizował go i się udało.

    Są rzeczy które można oddać (jak ma się komu) ale są też takie z którymi nie ma co zrobić. Ja trochę majsterkuję i często robię sobie szmaty ze starych ubrań przez co nie muszę się martwić że nie mam czym czegoś wytrzeć a że mam ich dużo to nie muszę ich prać tylko biorę nowe (czyży to już nie eko? ale znowu mniej prania to eko? chyba się równoważy :P)

    Idąc w myśl recyklingu zawsze lepiej coś sprzedać (oszczędzanie), spalić (energia), wykorzystać (recykling), oddać (recykling) niż spakować do wora i wrzucić do kontenera na śmieci.

    • wolny
      wolny 8 kwietnia 2013 at 9:07 am #

      Masz sporo racji w tym co piszesz – jeśli masz świadomość, co się dzieje z tymi rzeczami po wrzuceniu do kontenera i akceptujesz to, to nie ma problemu. Większość jednak nadal myśli, że idzie to do PCK i trafia do potrzebujących w Polsce. A zauważ, że te ubrania trafiają do second-handów na wschodzie – np. na Ukrainie.
      Zaciekawił mnie Twój blog – na pewno będę zaglądał częściej. Pochwal się, czy nalewka z pigwy wyszła! To akurat moja ulubiona i muszę się pochwalić, że w tym roku po raz pierwszy sam pokusiłem się o zrobienie tego cuda. Mocna, ale PRZEPYSZNA!

      • Paweł / Blog o oszczędzaniu. 9 kwietnia 2013 at 2:34 am #

        Przyznam Ci się szczerze że nie wyszła… albo ja popełniłem błąd albo miałem liche pigwy. Tak to jest jak zamiast zebrać coś co rośnie na krzakach, kupiłem w Biedronce. Ale nie ma tego złego, żeby „materiał” się nie zmarnował dojdzie wywar lub wyciśnięty sok z pomarańczy, cytryn i może limonek. Powstanie cytrusowa naleweczka na bazie syropu z pigwy. Taki jest mój plan na jej uratowanie. Mimo wszystko planuję kolejne podejście :) (możesz mi podać Twój przepis jak masz chęć w komentarzu pod tamtym postem) Całe szczęście że malinowa i wiśniowa (wcześniejsze, z rodzinnych malin i wiśni) wyszły wyborne i mam ich zapas :)

        Co do tej świadomości to jeszcze dochodzi interpretacja tego co wiemy. Coś czuję że większość osób podeszła by do tego na zasadzie „złodzieje!! nigdy więcej nie dam!! oszuści!!”. Dla mnie to bardzo klarowny układ. Jestem miłośnikiem giełd, targów, lumpeksów. Jeśli ja mam możliwość kupić markowe ciuchy, w super stanie, często specjalistyczne (np. firmowa kurtka na narty za 15zł jak nowa w sklepie kosztująca pewnie z 300+ dla mojej dziewczyny) to czemu mam odmawiać tej przyjemności innym (o ile od nas w ogóle lecą jakiś sensowne ciuchy do nich). Ogólnie to jeden przemysł nakręca inny. Oni zarabiają, płacą podatki, płacą wynagrodzenia, pracownicy znowu wydają wynagrodzenia i zarabia ktoś inny i tak w kółko. Lepiej pogodzić się z tym że jedni zarabiają mniej by inni mogli zarabiać więcej i odwrotnie. „Po równo” to było za komuny 😛 Stety, nie stety, ominęły mnie te czasy. Źle nikomu nie życzę i mam nadzieje ze wróci to do mnie 😉

  4. Nika 8 kwietnia 2013 at 10:27 am #

    Ciekawe sprawozdanie tego pierwszego dnia. Zaciekawilo mnie zastapienie plynu do plukania olejkiem. Masz zamiar go czyms rozcienczyc czy po prostu wlac kilka kropel do przgrodki na plyn do plukania…? No i rezultat?
    Hektorek swietny. Mysle, ze taki prezent zostanie bardziej doceniony. Ja od dawna staram sie w miare potrzeby robic prezenty „domowe” tzn konfitury domowe, przetwory domowe; cos zrobionego specjalnie dla danej osoby. Bibelotow nienawidze ani dostawac, ani dawac…
    Ja wiekszosc rzeczy (nawet meble) oddaje do Emmaus’a (we Francji). To cala siec punktow zbierania i sprzedazy po przygotowaniu. Chyba kiedys zrobie na ten temat osobny wpis, bo maja ciekawa historie.
    Galerie omijam szerokim lukiem, ale czasem ide po cos konkretnego (byle nie w weekend bo juz po 15 minutach robie sie poirytowana i mam ochote kogos „zabic”). Zakupy jedzeniowe robie na ogol w mniejszych sklepach albo na rynku/targowisku prosto od producenta jesli sie da.
    Nie jest idealnie, ale staram sie i kiedy porownam ze stylem zakupow mych znajomych, to dopiero wtedy zdaje sobie sprawe jak daleka „droge” w upraszczaniu sobie zycia mam juz za soba…
    Pozdrawiam i czekam na kolejne relacje
    Nika

    • wolny
      wolny 8 kwietnia 2013 at 10:39 am #

      Temat zastąpienia płynu do płukania olejkiem ogarnia Żona, więc dam znać jak przetestuję ten – jeszcze nie do końca zrealizowany – pomysł. Też zaczynam się pocić na samą myśl o wyprawie do galerii – całe szczęście coraz rzadziej mnie to spotyka.
      I również – mimo że nie jestem dumny z mojego wyliczonego śladu węglowego, to porównując mój styl życia z praktycznie każdym ze znajomych czy współpracowników widać olbrzymią różnicę, która daje mi pewną satysfakcję. Ale spocząć na laurach absolutnie nie zamierzam :)

  5. Ania 2 września 2013 at 11:46 am #

    Jeśli chodzi o oddawanie rzeczy, to też jestem zdecydowanie za. Nie trzeba tylko szukać wśród znajomych. Są różne strony, na których ludzie wystawiają rzeczy, aby oddać innym. Jedną z takich stron, które sama używam jest http://www.gratyzchaty.pl Lepiej coś oddać, niż wyrzucić.
    Sami kompletujemy teraz wyprawkę dla naszego pierwszego synka i dużo rzeczy dostaliśmy od znajomych. Chcemy też prosić znajomych, żeby przychodząc do nas przynosili w prezencie bardziej owoce niż słodycze i zabawki. Nie chcemy się zagracić zabawkami.
    Od jakiegoś czasu idąc odwiedzić tych najmłodszych pytamy, jakich pieluszek używają i taki prezent kupujemy.
    Pozdrawiam, bardzo ciekawy blog.

    • wolny
      wolny 2 września 2013 at 9:09 pm #

      Praktyczne prezenty, na które obdarowani i tak wydaliby pieniądze są bardzo praktyczne i sami zawsze się z takich rzeczy cieszymy. To zawsze lepsze niż kolejny przedmiot, z którym nie ma co zrobić (przekazać dalej?).

      Nie znałem strony która podałaś – czy z powodzeniem korzystasz z tego serwisu? Zbyt profesjonalnie nie wygląda, baza przedmiotów do oddania też bardzo skromna. Ale jeśli działa w Twoim przypadku, to czemu nie. Sam chcąc coś oddać zdecydowałbym się na wystawienie przedmiotów na dużo bardziej popularnych portalach typu tablica.pl z adnotacją w stylu „oddam w dobre ręce”.

  6. kasia 21 czerwca 2014 at 9:37 pm #

    Trafiłam tu jakiś tydzień temu szukając porad o pieluchach wielorazowych i… tak już zostałam, wertując resztę postów! Gdyby nie Pana żona i mój konkubent wyznałabym miłość :) cudowne miejsce! obecnie mieszkam w Szwecji i ludzie są królami odzysku! W 80tys mieście-czyli sporym jak na ten kraj -nikt nie biega po galerii handlowej, tylko po „loppis” – czyli pchlim targu, na ktorym można z drugiej ręki kupić dosłownie wszystko, od płyt gramofonowych sprzed 40 lat, po rowery, meble i co tylko chcesz to znajdziesz, za na prawdę dobrą cenę! Kocham te miejsca i te rzeczy, które mają duszę… Cały mój dom został tam urządzony, cóż za oszczędność :) no i wszyscy tu segregują śmieci, wszyscy! I nie ma jak w Polsce, ze kilka kontenerów pod blokiem i to jeszcze źle, bo w domu nie ma gdzie tego trzymać… tu takie tylko w kilku miejscach stoją, trzeba się pofatygować kawał… i na butelki PET i puszki maszyny do zgniatania i też wszyscy wrzucają, bo maszyna za każdą puszeczkę koronę płaci. Do tego stopnia, że podobnoż śmieci z Norwegii są sprowane do palenia, bo rodzimych nie starcza… niestety pieluchy jednorazowe wciąż rządzą… poleciałam wszystkie listwy powyłączać i mówię „dobranoc”. Gdy Hektorów powstanie wiecej, zamawiam jednego dla córci :)

Dodaj komentarz