Inflacja stylu życia

13
1849
wyświetleń

Czemu student mieszkający w jednym pokoju ze współlokatorami nie narzeka na swój los? Czemu potrafi cieszyć się życiem, mimo że po opłatach zostaje mu kilkaset złotych na życie i na dodatek potrafi z tego coś jeszcze odłożyć? A czemu Ty narzekasz, mimo że masz stałą pracę i zarobki o których student może tylko pomarzyć? Czemu nie potrafisz odnaleźć szczęścia i wolności będąc w wielokrotnie lepszej sytuacji niż student?

Poszedłeś do pracy, a skoro zacząłeś zarabiać, to wiele rzeczy nagle Ci się ‚należy’. Nie będziesz wynajmował mieszkania wspólnie z innymi – przecież zarabiasz, ‚należy Ci’ się oddzielne. Samochód też Ci się ‚należy’ – musisz jakoś dojeżdżać do pracy. To samo z mnóstwem innych rzeczy, w wyniku czego biorąc kolejne kredyty założyłeś sobie pętlę na szyję z którą teraz musisz żyć. A z pętlą nie można już żyć beztrosko jak student, zbyt mocno Cię ona krępuje żeby cieszyć się życiem. Wszystkiemu winna jest inflacja stylu życia.

Ale co to takiego? Ma to miejsce wtedy, kiedy dostajesz 300 zł podwyżki a zaczynasz wydawać miesięcznie 500 złotych więcej (różnica np. z kredytu). Albo kiedy wyjście do restauracji które niedawno było wydarzeniem, nagle staje się codziennością i zaczyna Ci się ‚należeć’. To też wtedy, gdy nagle stwierdzasz, że dojeżdżanie do pracy komunikacją publiczną czy rowerem nagle stało się sposobem ‚dla biednych’. W ogólności inflacja stylu życia jest regularnym braniem większej łyżki do smakowania świata, bo tą małą już nie umiemy się najeść.

Czy jest to coś złego? Raczej nie – co prawda nikomu to jeszcze nie dało szczęścia i wolności, ale zjawisko samo w sobie nie jest niczym złym. Ba – jest czymś naturalnym i każdy z nas mu ulega w mniejszym lub większym stopniu.

Niestety, w dzisiejszych czasach zbyt łatwo możemy podnieść poziom życia nie mając na to pokrycia. Łatwo dostępny kredyt w połączeniu z wszechobecnym konsumpcjonizmem i reklamami krzyczącymi ‚musisz mnie mieć! Natychmiast!’ sprawiają, że wyłączamy myślenie, podpisujemy parę dokumentów bez czytania i z uśmiechem od ucha do ucha wychodzimy z marketu z nowym telewizorem. Czy znacie kogoś, kto po kupnie nowego samochodu zdecydował się jeszcze na samochód używany (zdarza się, ale to wyjątki)? Albo kogoś, kto po przyzwyczajeniu się do markowych ciuchów nagle z nich zrezygnował? Chyba tylko kiedy kredytowa pętla zacisnęła się tak mocno, że groziło to uduszeniem.

To przez inflację stylu życia jest tylu bogaczy, którzy nie są niezależni finansowo. I tylu biednych, z kredytami po uszy, którzy na zewnątrz wyglądają jak spełnienie amerykańskiego snu. To właśnie dlatego tak często twierdzimy, że nie możemy już na niczym oszczędzić – zbyt kurczowo trzymamy się przyzwyczajeń do dobrego – nawet nie dostrzegając już że to dobro luksusowe. ‚To przecież mi się należy, od lat nie musiałem sobie tego odmawiać – jak teraz mam z tego całkiem zrezygnować!’.

Tylko jak to wszystko wypośrodkować – przecież nie sposób wiecznie żyć w jednym pokoju ze współlokatorami, czekając na niezależność finansową, która wydaje się tak odległa, że aż nieprawdopodobna. Mam 2 propozycje:

– przyjmij zasadę, w której określony procent jakiejkolwiek podwyżki, premii czy nagrody będzie odłożony i zainwestowany. Możesz zacząć od zasady 50/50 – każde 50% jakiegokolwiek dodatku finansowego oszczędź, a reszta może być przeznaczona na zwiększanie inflacji stylu życia. Jeśli będziesz czuł się komfortowo z oszczędzaniem 50% nadwyżek, przestaw się na 60, 70 czy więcej procent – im więcej, tym szybciej osiągniesz niezależność finansową i tym mniej będziesz potrzebował po jej osiągnięciu – bo Twoja inflacja poziomu życia wzrastała wolno. A jeśli osiągniesz stan w którym będziesz czuł się szczęśliwy z tym co masz, zobaczysz że odkładanie nawet 100% nadwyżek finansowych nie jest tak abstrakcyjnym pomysłem jak się na pierwszy rzut oka wydaje

– skoro musisz kupować coś na kredyt, nie stać Cię na to – a więc dopóki sam nie możesz tego sfinansować, powstrzymaj się od zakupu (nie dotyczy mieszkań o rozsądnych metrażach)! Czy to nie najprostsza rada jaką od dawna dostałeś? Przyjmij to jako swoją zasadę a nigdy nie poczujesz na szyi zaciskającej się coraz mocniej pętli. Co jeśli MUSISZ to mieć? Najczęściej jest tak, że nie musisz, a chcesz – to po pierwsze. Wtedy wstrzymaj się z kupnem i wróć do tematu za dzień, tydzień czy nawet miesiąc w przypadku większych zakupów. Jeśli nadal będziesz tego chciał, zacznij odkładać, sprawdź czy w grę wchodzi kupno używanego przedmiotu albo jakiegoś tańszego odpowiednika.

Stosując się do powyższych zasad zyskasz nie tylko większe saldo konta bankowego, ale też satysfakcję z prostszego życia w którym obca Ci będzie żądza posiadania coraz to nowych przedmiotów. A otrzymując list z banku nie zaczniesz się pocić z obawy, że to kolejne ponaglenie do spłaty rat.

[Edytowany 18.03.2013] Skoro już wiesz czym jest inflacja stylu życia, zapoznaj się też ze zjawiskiem odwrotnym: deflacja stylu życia. Szczególnie przydatne dla tych, których trochę poniosło i mimo wysokich zarobków z ledwością „dobijają do pierwszego”.

13 KOMENTARZE

  1. „Inflacja stylu życia” to bardzo trafna konkluzja. Przekredytowanych mamy coraz więcej, ale z kolei trend minimalizmu, jako kontra do konsumpcjonizmu, powoli zyskuje na popularności. Zauważyłem nawet, że coraz więcej osób jest na tyle świadomych zagrożeń związanych z kredytami, że celowo go nie zaciągają, mimo że ofert mają sporo. Pisałem o tym szerzej w artykule:
    http://ekonomiaprzetrwania.pl/jesli-nie-wziales-jeszcze-kredytu-gratulacje-o-bezkredytowcach-slow-kilka/
    Pozdrawiam i trzymam kciuki za rozwój bloga. Zapowiada się bardzo ciekawie.

    • Niestety to wciąż kropla w morzu – sam wciąż przecieram oczy ze zdumienia patrząc na tych wszystkich naprawdę dobrze zarabiających ludzi naokoło, dla których raty kredytów konsumpcyjnych są czymś tak naturalnym jak oddychanie, a na słowa ‚oszczędzanie’ czy pytania ‚po co Ci ten nowy samochód’ robią minę jakbym mówił w zupełnie innym języku.

      Odwrót od konsumpcji to na razie zjawisko marginalne, ale wierzę że będzie lepiej i coraz więcej ludzi połknie czerwoną pigułkę wyrywając się z Matrixa.

      Dzięki za pierwszy komentarz i ciepłe słowa 🙂

  2. Witam, ciekawy wpis. Sam miałem zamiar o tym napisać. Z terminem lifestyle inflation spotkałem się w książce Adama Bakera. Dodałem link na blogu. Zapowiada się interesująco. Pozdrawiam Konrad

  3. Nie zgodę się, że student nie narzeka na swój los. Nie ma w zasięgu innych możliwości… albo nie umie ich dostrzec.
    Pamiętam czasy studiów – zupełnie mi się nie przelewało i nie stać było mnie na wiele rzeczy już wówczas uznawanych za potrzebne. Dobry dentysta, jedzenie nieśmieciowe, jakaś choroba i cały miesięczny budżet się rozwalał bo leki były drogie.
    Ludziom strasznie zaciera się granica miedzy zaspokojeniem potrzeb na rozsądnym poziomą a inflacją stylu życia. W tym bardziej leży problem a nie w garstce osób, które ciągle chcą więcej i więcej i nie zatrzymują się na swojej drodze do wygody i coraz wyższych wydatków.

    • Według mnie to nie garstka osób tylko znaczna część społeczeństwa – ale prawdopodobnie inaczej definiujemy „zaspokojenie potrzeb na rozsądnym poziomie” – jak to ujęłaś. To, co jest nam naprawdę POTRZEBNE – i to nie tylko do przeżycia, ale też do bycia szczęśliwym, większość z nas posiada. Tylko po chwili już nam to nie wystarcza i trochę podświadomie przesuwamy granicę tego, co niezbędne w rejon, który przed chwilą był jeszcze tym, co opcjonalne. Niedługo będę o tym pisał szerzej.

  4. Bardzo dobry blog, z ciekawością spytam się tylko czy będzie może jakiś newsletter, powiadamiający o nowych artykułach?

    • Dzięki. Jest na razie RSS, ale newsletter rzeczywiście też mógłby się przydać – dzięki za sugestię, w wolnej chwili ogarnę temat i niedługo pewnie się pojawi. pozdrawiam!

  5. Kolejny świetny artykuł (kolejny mam na myśli przeczytany:) Tak dokładnie było ze mną na początku wystarczało mi 1500 zł później było 1700 później 1900 … aż czasami kończyło się na 5000 na szczęście opanowałem się i wziąłem życie w swoje ręce i zapisuje wydatki redukuje przeliczam i obliczam planuje. Pamiętajcie całe życie zależy tylko i wyłącznie od nas! To Ty jesteś bogiem swojego świata!

  6. tak sobie czytam i… stwierdzam, że zgadzam się z Tobą połowicznie. Jak dotąd kupuję auta używane, bo utrata 40-50% wartości na aucie nowym po 3-ch latach to dla mnie wystarczająco odstraszająca kwota, a gustuję w samochodach usportowionych, które kosztują w salonie po rabatach min. 120kzł
    zdecydowanie nie zgodzę się, że używki nie warto ubezpieczać, bo zbyt często mi się zdarza korzystać z wypłat z AC, a przy mądrym wyborze ubezpieczenia i rozliczeniu gotówkowym potrafi zostać w kieszenie sporo grosza. I to znowu przemawia za autem nie kupowanym w kredycie/leasingu-wtedy wypłatę za szkodę z AC inkasuje bank, a ty zostajesz posiadaczem auta powypadkowego – czysta strata. Jeśli chodzi o ryzyko kradzieży, to faktycznie wystarczy nie kupować Golfa i można spać spokojnie bez AC, ale to nie jedyna funkcjonalność tego ubezpieczenia. Kiedyś jadąc w nocy na lotnisko wjechałem w dwie sarny na dwupasmówce, dzięki AC laweta zawiozła samochód do domu, ja wziąłem taksówkę i zdążyłem na samolot, po powrocie naprawiłem auto, wszystkie koszty pokrył ubezpieczyciel, a pozostałe pieniądze przeznaczyłem na drugie wakacje dla całej rodziny 🙂 Zawsze kupuję za gotówkę- na rynku aut używanych gotówka w ręce sprawia cuda i można na prawdę sporo utargować, jeśli sprzedawca wie, że nie rozmawia z gołodupcem. Nie liczę na okazje od handlarzy. Auto używane kupuję max 3-4letnie, wtedy wiem, że może mieć przejechane max 100kkm i jeszcze będę miał z niego trochę pożytku. Proponujesz zakup auta za 20kzł, które po 5-7latach używania będzie przedstawiało śmieszną wartość, jeśli wybierzesz kiepski, tani model, to możesz mieć spory problem ze zbyciem tego cuda za rozsądną kwotę, a jak się trochę zagapisz i pojeździsz 10lat, to pozostaje złomowanie.

    podsumowując:

    1. najlepiej kupuj auto mało używane, max 3-4letnie-będzie na oko i zapach jak nowe, a połowa kasy zostanie w kieszeni
    2. wybieraj auto z wyższej pułki, bo oprócz tego, że jeździ lepiej, to jest bezpieczniejsze, a z odsprzedażą nie ma większego problemu, bo po 5 latach nadal będzie coś warte w przeciwieństwie do aut budżetowych, na które nie ma chętnych gdy są leciwe.
    3. kup AC jeśli nie jeździsz tylko w niedzielę do kościoła/wtedy lepiej zamówić taksówkę/, bo wypadki chodzą po ludziach
    4. kupuj za gotówkę – zapewne uda Ci się sporo utargować i nie stracisz na kredycie
    5. nie masz na auto kasy=nie stać Cię=nie powinieneś go kupować
    6. jeszcze jedna rada z własnego doświadczenia – auta rzadkie i oferujące ponadprzeciętne osiągi i lub stylistykę mogą nie tracić z biegiem czasu, lub wręcz zyskiwać na wartości, czego nie osiągniemy z autem popularnym i oklepanym.

    co do punktu 6, to mam takie doświadczenia:
    Opla Zafirę od moich rodziców, którym miałem nieprzyjemność jeździć na początku sprzedałem z niebotyczną stratą względem ceny zakupu, bo marka jest nudna, model niezbyt udany, jakość bardzo przeciętna, prowadzenie fatalne, po 10 latach auto poszło za 18kzł i bieda było znaleźć kupca
    Fiata Barchetta kupiłem za 12kzł, by po 4latach użytkowania odsprzedać na pniu za 13,5kzł
    Alfę Romeo Brera kupiłem za 30kzł, by po 3-ch latach sprzedać za 29kzł, chętni dzwonili z całej Polski, pomimo, że auto nie było pozbawione mankamentów natury technicznej…

  7. hmm – ale to chyba normalne, ze im wiecej mamy —> tym wiecej chcemy? Jesli nie stac mnie na auto, ale ide do pracy i zarabiam, oszczedzajac i stac mnie po roku/dwoch na zakup auta – to czemu mam go nie kupic, jesli podniesie to moj komfort dojazdu do pracy?
    Pieniadze szczescia nie daja – ale ich wydawanie – juz tak.
    @Baksiu – podobnie robie jak Ty – kupuje auta 3-5-letnie i jezdze nimi kilka lat – sprzedaje jak maja max 8-9 lat. Zrobilem juz tak hmm z 7 razy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię