Ile kosztują dzieci – pierwszy miesiąc życia.

Początkowo nie planowałem tego wpisu, ale po ostatniej infografice, którą zobaczyłem (zachęcam do spojrzenia – sam byłem mocno zaskoczony przytoczonymi kwotami!) pomyślałem, że trzeba regularnie poruszać temat kosztów utrzymania dzieci i udowadniać, pokazywać i argumentować, że DZIECI TO NIE STUDNIA BEZ DNA. Oprócz tego, że dają one mnóstwo pozafinansowych korzyści (nadają życiu większy sens?), to nawet w sferze finansów nie ma tragedii – a na pewno nie takiej, jak to opisuje wyżej przedstawiona infografika! Poniżej podsumowanie, ile kosztowała… przepraszam – ZAROBIŁA nasza miesięczna córeczka 🙂

Pod koniec lipca nadszedł niewymownie smutny dzień, kiedy nasza Maja przestała być noworodkiem, a przeistoczyła się w niemowlaka. Skoro obiecywałem, że będę się z Wami dzielił kosztami ‚generowanymi’ przez dzieci, a ostatnie takie podsumowanie skończyło się na dniu porodu, to teraz – po upływie miesiąca – jest dobry moment na kolejny wyciąg z naszego dzieciowego budżetu domowego. Kolejne podsumowania nie będą już tak częste – ale wydaje mi się, że większość z oczekujących na przyjście na świat dziecka żyje w przekonaniu, że ‚od razu zaczną się wydatki’. Dlatego warto przekazać miesięczne zestawienie i udowodnić, że owszem – wydatki są, ale oszczędności również – i bardziej widać rewolucję w życiu, niż w finansach!

Nie przedłużając, w przeciągu pierwszego miesiąca życia Mai wydaliśmy w związku z Jej ‚utrzymaniem’:

140 zł na kompleksowe USG brzuszka, głowy i bioderek. O ile to ostatnie jest zalecane i możemy na nie otrzymać skierowanie na NFZ, to brzuszek i głowę zrobiliśmy dodatkowo, za namową pediatry. Lekarz wypisująca skierowanie zapewniała, że ze 140 zł NFZ pokryje 80 zł, co niestety okazało się nieprawdą („Paaanie – te przepisy ciągle się zmieniają, ja już nie wiem co ja mogę na NFZ, a co nie…”) i musieliśmy zapłacić pełną kwotę. Kolejny dowód na złudną „darmowość” naszej publicznej „służby” zdrowia.

20 zł na leki (maść na odparzenia)

19 zł na podkłady na przewijak. Kupiliśmy je w związku z koniecznością długiego ‚wietrzenia pupy’ ze względu na odparzenia. Staraliśmy się korzystać z tego wynalazku jak najrzadziej, bo objętość zużytych wkładów (rozkładających się pewnie nie szybciej niż pampersy) mnie przerażała. Piszę w czasie przeszłym, bo sprawa została rozwiązania, a te rossmanowe sztuczności więcej u nas nie zagoszczą. Szczegółów nie ujawniam, bo całość zdecydowanie jest warta oddzielnego wpisu!

12 zł na zamykany kosz na pieluchy wielorazowe. Dzięki temu nie czujemy nieprzyjemnych zapachów i mamy odpowiednie miejsce na przechowywanie brudnych pieluch, zanim trafią do pralki.

kosz

14 zł na 5 pieluch tetrowych. To nasz sposób na odparzenia, kiedy Maja nie wietrzy pupy. Pielucha tetrowa + formowanka na pupę. Działa!

17 zł – dodatek antybakteryjny do prania pieluch wielorazowych.

Można jeszcze dodać koszt zwiększonych opłat – chociażby związanych ze znacznie częstszym używaniem pralki (zarówno woda, jak i prąd). Przyjmę nieco na wyrost 20 zł (dokładne obliczenia zaprezentuję we wpisie o kosztach prania pieluch wielorazowych). Koszt śmieci odpada – mieszkamy w budynku wielorodzinnym, od początku lipca i tak wprowadzono u nas opłaty oparte na metrażu mieszkania.

SUMA kosztów: 242 zł

To by było na tyle. Nie było żadnego gorączkowego biegania po sklepach i szukania rzeczy, których zapomnieliśmy kupić – lista przedstawiona tutaj jest na tyle kompletna, że przez cały miesiąc mogliśmy korzystać z zapasów, których jest jeszcze cała góra. Wydane wcześniej 2,369 złotych (263 zł miesięcznie) powoduje, że w najbliższym okresie nie będziemy zmuszeni uzupełniać żadnych kosmetyków, chemii czy wymieniać garderoby córeczki. Nadal nie kupiliśmy ani jednej sztuki ubrania dla Mai (nad czym moja żona nieco ubolewa), a dziewczyna ma w czym „chodzić” (leżeć raczej 🙂 ). Zresztą zobaczcie sami: 

Maja_sukienka

Skoro już jesteśmy przy prezentach: otrzymaliśmy ich sporo w czasie „pielgrzymek”, które przewinęły się przez nasze mieszkanie po wyjściu dziewczyn ze szpitala. Staraliśmy się ograniczać te wizyty, ale najbliższym nie wypadało odmówić, a zgodnie z tym, co przewidziałem wcześniej, dostaliśmy masę rzeczy. W tym matę edukacyjną i ‚tort pampersowy’, z którym nie bardzo wiemy co zrobić (wystawiony na tablica.pl, na razie brak zainteresowania). Wartości prezentów nie szacuję, bo nawet nie wypada, ale warto mieć świadomość, że dziecko to nie tylko koszty, ale również przyciągający jak magnes ‚obiekt do wręczania prezentów’ – często praktycznych, ograniczających koszty ponoszone przez rodziców.

To jeszcze nie koniec tematu oszczędności: ponieważ używamy tylko i wyłącznie pieluch wielorazowych (pampersów poszło 1,5 paczki, głównie w szpitalu), to nawet nie wiemy, co to są wydatki na pieluchy. To samo z chusteczkami nawilżanymi – mamy darmowe, niekończące się źródło eko-myjek, o których już pisałem, a które spisują się naprawdę dobrze. Mleko? Naturalnie, że naturalne – tutaj również zero kosztów. Swoją drogą, w związku z nadprodukcją mleka często wylewamy trochę tego najlepszego z wszystkich pokarmów dla noworodków… pomroziliśmy już i tak sporo, a trwałość mrożonego mleka też jest ograniczona. Sprawdziłem opcję banku mleka (niestety, coś takiego u nas nie istnieje), zaproponowaliśmy nawet te nadwyżki znajomym, którym karmienie naturalne się nie udało (odmówili), więc co jeszcze możemy zrobić… pozostaje mieć nadzieję, że Maja będzie jadła coraz więcej i ten dodatkowo produkowany pokarm przestanie być marnowany.

Nie – to jeszcze nie koniec! Przez ten miesiąc oszczędziliśmy jeszcze więcej! Wydatki na paliwo: 0 zł, a w baku – jak miesiąc wcześniej – praktycznie ten sam stan. Wizyty u pediatrów ‚zaliczaliśmy’ podczas spacerów z wózkiem (kolejny plus mieszkania blisko centrum), spacery też raczej lokalnie, a przez kompletny brak wyjść ‚na miasto’ (to nie jest najlepszy okres na takie przyjemności) i dalszych podróży do teściów czy na wieś do moich rodziców, nasz samochód pokonał jeszcze mniej niż zazwyczaj – coś około 20 km. Spotkania z rodziną i znajomymi? To oni zazwyczaj przychodzą do dopiero co urodzonego dziecka 🙂 Gdyby nie Maja, w środku lata na pewno wybralibyśmy się w kilka miejsc, spalając benzynę wartą przynajmniej 100-200 zł – przyjmijmy oszczędność na poziomie 150 zł. Brak rozrywek (za to było mnóstwo ‚rozryczek’ Mai 🙂 ), zakupów i totalne wyzerowanie jakichkolwiek nadprogramowych ‚zachcianek’ wygenerowały kolejne oszczędności – w naszym przypadku oszacowałbym je na 100 zł, ale u przeciętnego Kowalskiego byłoby znacznie więcej. Odpadły też wszelkie dodatkowe koszty badań, lekarzy itp – to również widać w budżecie, ale ponieważ były one wcześniej wydatkami dodatkowymi, związanymi z ciążą, to tak naprawdę nie są oszczędnościami, więc nie odejmuję ich tutaj. I na koniec najlepsze: żona zaczęła pobierać zwiększone wynagrodzenie, rozpoczynając urlop macierzyński. Można by dywagować nad tym, czy patrząc długoterminowo nie straci jakichś potencjalnych przychodów, ale na razie na Jej konto wpada dodatkowe 350 zł miesięcznie, związane z obliczaniem pensji jako 100% średniego wynagrodzenia z ostatnich 12 miesięcy, a nie tylko będącej podstawowym uposażeniem. Podwyższone zarobki będzie podbierała przez pół roku (w sumie 2100 zł!), a później zdecydujemy, co dalej. Prawdopodobnie dalsze pozostanie w domu z Mają, co obniży nasze przychody do 60% średniego wynagrodzenia z ostatnich 12 miesięcy i w praktyce podniesie koszt utrzymania dziecka. Ale tak daleko w przyszłość jeszcze nie wybiegajmy…

SUMA oszczędności: 600 zł. Dziękuję córciu za wygenerowanie takiej góry oszczędności – obiecuję, że dostaniesz wszystko z nawiązką 🙂

thumbs_up

To nie Maja, ale nasza córka również wykonałaby taki gest palcem, jakby wiedziała, o co chodzi.

Okazało się, że wyprany z rozrywek, wyjść i zbędnych wydatków pierwszy miesiąc życia dziecka (który niektórzy skwitują prostym ‚nuuuda’, a inni – będący rodzicami – wiedzą, że daje masę pozytywnej energii i sytuacji, które rekompensują tą „nudę”) nie tylko nie kosztuje dużo, ale wręcz przeciwnie – może być zyskowny 🙂 Różnica jest tak naprawdę jeszcze bardziej widoczna, bo odpadły wcześniej regularnie ponoszone wydatki na przygotowania do przyjścia na świat Mai czy wydatki związane ze zdrowiem. Ogólnie rzecz biorąc: jakieś tanie to życie się zrobiło w ostatnim okresie 🙂 Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze to musi tak wyglądać: nie każdy będzie karmił naturalnie, nie wszyscy dostaną wyższe wynagrodzenie na urlopie macierzyńskim, a różne przypadkowe zdarzenia mogą niespodziewanie wygenerować dodatkowy koszt, ale… można! Na chwilę obecną nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem „dziecko to studnia bez dna”. Posiadanie dziecka (o ile można je „posiadać”) to wspaniała przygoda, która w sferze finansowej może być z dużą dokładnością zaplanowana i nie musi oznaczać wypalenia dziury w budżecie domowym. Kolejne podsumowanie dopiero za kilka miesięcy – prawdopodobnie po półroczu życia Mai.

Uprzedzając zarzuty, które na pewno się pojawią: mamy świadomość, że niedługo zaczną się szczepienia, które w pewnych sytuacjach mogą (ale nie muszą!) drenować portfel w znacznie większym stopniu niż to, co pokazałem powyżej. Temat jest dla nas jak najbardziej aktualny i w związku z tym zasięgnęliśmy języka – korzystając zarówno z prezentacji kompetentnych osób z kręgów medycznych w Internecie (dziękuję czytelnikom za linki i ostrzeżenia!), znajomych lekarzy (którzy nie mają interesu w tym, żebyśmy wydali ciężkie pieniądze), a także dostępnych statystyk. Wniosek był następujący: szczepienia to gra w ruletkę, a jednocześnie olbrzymie obciążenie dla organizmu małego człowieka (nie mówiąc już o portfelu rodzica). Zdecydowaliśmy, że zaszczepimy Maję tylko i wyłącznie obowiązkowymi, bezpłatnymi szczepionkami (gdyby była taka możliwość, może zrezygnowalibyśmy nawet z tych). Wierzymy, że ta decyzja będzie dobra dla zdrowia naszego dziecka – szczerze mówiąc i tak się niepokoję ewentualnymi powikłaniami po tych podstawowych szczepionkach. Jak będzie w rzeczywistości, oraz czy kiedyś nie będziemy żałowali podjętych decyzji – czas pokaże. Jeszcze raz zaznaczę, że decyzja, którą podjęliśmy jest podyktowana aspektami zdrowotnymi, a nie finansowymi. Zdajemy sobie sprawę, że podjęliśmy ją w oparciu o niekompletną i nieobiektywną wiedzę, ale kto z nas – rodziców – postąpił inaczej? Bardzo bym prosił o uszanowanie naszej decyzji i zachowanie kultury wypowiedzi w ewentualnych komentarzach związanych z tym tematem. Zwłaszcza, że temat jest prosty („trzeba szczepić na wszystko!”) tylko dla tych, którzy nie zadali sobie więcej trudu na jego zgłębienie.

Jeśli jeszcze tego nie zauważyliście, nie pisałem do tej pory nic o kosztach pieluch wielorazowych, których używamy. Ma to związek z testem, do którego otrzymaliśmy ich całą masę. Zdaję sobie sprawę, że inni nie będą w tak uprzywilejowanej sytuacji i oprócz kosztów wymienionych przeze mnie, dojdzie koszt pieluch (zależnie od wyboru: jedno, lub wielorazowych). Zdecydowałem, że ujmę go później – kiedy test wielorazówek będzie już w tak zaawansowanej fazie, że z czystym sumieniem będę mógł polecić Wam kupno jakiegoś konkretnego zestawu pieluszkowego, a co za tym idzie – będę znał jego cenę. Jestem już prawie przekonany, że wypłacane przez państwo „becikowe” w zupełności wystarczy na jego skompletowanie – przynajmniej w wariancie podstawowym (ale w zupełności wystarczającym do skutecznego pieluchowania!).

Już po powstaniu tego wpisu po raz kolejny zderzyłem się z ludzką niewiedzą i stereotypami. Otóż spacerując z wózkiem, około godziny 19ej widzę, jak z lśniącego, pięknego samochodu ktoś wychodzi i do mnie macha. Po chwili poznałem: dawno niewidziany kolega. Podczas krótkiej rozmowy oczywiście zainteresował się akurat wierzgającą nóżkami Mają. Na pytanie o to, czy sami mają dziecko, odpowiedział „jeszcze nie – dzieci są za drogie”. Uśmiechnąłem się pod nosem i grzecznie odpowiedziałem „no wiesz – jak stać cię na wymianę samochodu co parę lat, to z kosztami związanymi z dzieckiem nie będziesz miał żadnych problemów”. Usłyszałem, że „dziecko jest droższe niż samochód” i po chwili konwersacja się skończyła – chyba trochę z niemożności znalezienia wspólnego języka 🙂 Pozwolę sobie na króciutką analizę: kolega zaparkował pod domem Mazdę 6, druga generacja, po sprawdzeniu w Internecie okazało się, że po faceliftingu, a więc rocznik 2010 i wyżej.

Mazda-6_2011_photo_05

Nie wiedząc nic więcej (silnik, wyposażenie itp), wyceniłbym ten model (na podstawie ogłoszeń w otomoto.pl) na 70.000 zł. Kolega zapłacił „tylko” tyle pod warunkiem, że kupił pojazd 3-letni, używany, nabył go niedawno i zapłacił gotówką. Którekolwiek z tych założeń jest nieprawdziwe -> cena była wyższa. Czy widzicie jakąkolwiek logikę w zdaniu „dzieci są za drogie” wypowiedzianym przez kogoś, kto dopiero co wysiadł z samochodu wartego przynajmniej 70.000 zł? Ja nie – zresztą pisałem już co nieco o takich wyborach. Pomijając koszty utrzymania takiego samochodu i regularne zmiany pojazdu, zwykłe założenie 4-procentowej lokaty dałoby ponad 230 złotych miesięcznie. Zaraz zaraz – a czy to przypadkiem nie jest kwota niemal pokrywająca moje dotychczasowe wydatki, od poczęcia do porodu? (263 zł miesięcznie). Co najmniej zastanawiające… 🙂

[Edytowany 27.08.2014] – jeśli chcesz sprawdzić, jak nasze wydatki wyglądały w ciągu pierwszego roku życia Mai, zapraszam tutaj.

31 komentarzy do “Ile kosztują dzieci – pierwszy miesiąc życia.”

  1. Agaru 13 sierpnia 2013 at 5:46 pm #

    Patrząc na infografikę-niektóre kwoty zdecydowanie przesadzone i jeżeli ktoś chce, to na pewno może kupić za sporo mniej (np: wózek). Sam zresztą o tym pisałeś.

    Swoją drogą nie wiedziałam, że aż tyle na mleku zaoszczędziłam 😉 Polecam karmienie piersią najdłużej jak się da! Pewnie między innymi dzięki temu na leczenie mojego 3,5 letniego syna wydałam może z 100 zł 😉 (pomijam rewelacyjne geny rzadko chorujących rodziców i stałe hartowanie dziecka).

    Szczepionki – wiesz, nawet po Apapie możesz umrzeć. Może faktycznie szczepionki nie powinny być tak małemu dziecku aplikowane i bardziej rozciągnięte w czasie, ale nadal powinny być. Zarówno jedna i druga strona (za i sprzeciw) ma sporo racji, jednak nie da się zaprzeczyć, że pewne choroby zniknęły głównie dzięki szczepionkom. Poza tym ja osobiście nie znam nikogo, kto miałby problemy u dzieci z powodu ich szczepienia. W opinie na forach (moi znajomi, znajomi znajomych) nie wierzę, bo to może napisać każdy. A ty?

    Cóż, jak kolega kupuje taki wóz, to pewnie i wózek dla dziecka byłby za minimum 5000 zł (obowiązkowo najmodniejsze i z włókna węglowego 🙂 ), ubranka tylko nowe i markowe, osobista niania… To tak trochę z przymrużeniem oka, ale w takim wypadku faktycznie dziecko jest drogie. A mam taką jedną znajomą, która kupuje tylko nowe rzeczy/ubrania dla dzieci i absolutnie nie wchodzą w grę te z lumpeksów…

    • wolny
      wolny 13 sierpnia 2013 at 7:20 pm #

      Z tym karmieniem piersią najdłużej jak się da to bym nie przesadzał – mamy w rodzinie przypadek mamy karmiącej 5-letnie dziecko. Chociaż wiem, że są zwolennicy takiego podejścia.
      Wiedziałem, że temat szczepionek zostanie szybko poruszony. Skoro zrobiłaś to tak kulturalnie, to odpowiem 🙂 Sam mam więcej pytań niż odpowiedzi, ale przyznam, że obóz przeciwników szczepionek (nie z forów internetowych, ale na podstawie rozmów z lekarzami w rodzinie i obejrzeniu kilku prezentacji medycznych dotyczących szczepionek) przekonał mnie do niektórych ze swoich racji.
      1. Statystyka (z USA, bo tam prowadzona już od 1900 roku) mówi, że większość chorób, o których standardowo się myśli, że zostały powstrzymane przez szczepionki, już wiele lat wcześniej zmniejszało swój zasięg, było coraz mniej chorych i zgonów. To była trwająca dziesięciolecia, stała tendencja opadająca i nawet nie za bardzo widać, żeby po wprowadzeniu szczepionki sytuacja jakoś znacznie się polepszyła.
      2. Gdyby w szczepionkach nie było tylu pierwiastków ciężkich (rtęć!), które mogą w bardzo niekorzystny sposób wpływać na dziecko, to na pewno byłbym im bardziej przychylny.
      3. Piszesz, że nie znasz nikogo, kto negatywnie zareagował na szczepionkę. Niestety, nikt z nas nie może być tego pewien. Organizm może zareagować w jakiś sposób miesiące, a nawet lata po szczepieniu i nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, które z problemów zdrowotnych dziecka mogą mieć podłoże w dawno podanej szczepionce. Między innymi dlatego nie prowadzi się statystyk dotyczących takich przypadków – niezwykle rzadko kojarzy się różnego rodzaju problemy ze szczepionką, bo nie ma natychmiastowego związku przyczynowo – skutkowego.
      4. Nikt nie przeprowadził badań, jak poszczególne szczepionki ze sobą reagują w organizmie – badania były jedynie jednostkowe na pojedynczych szczepionkach
      5. Do wieku 19 lat statystyczny Polak przyjmie ponad 40 różnego rodzaju szczepień. Czy to nie przegięcie?
      6. Komplet szczepień do 2 roku życia (włącznie z opcjonalnymi) kosztuje około 3.500 zł – czy to nie olbrzymi rynek i pole do popisu dla lobbystów? Czy to nie pokusa, żeby – zamiast dbać o zdrowie pacjenta – dbać o biznes warty miliardy?

      To tyle jeśli chodzi o moje wątpliwości. Nie wiem, które z tych argumentów są słuszne, a które nie. Nie mam kompletu wiedzy (tak jak żaden z nas). Niewątpliwie szczepionki w jakimś stopniu obciążają organizm i niosą ze sobą pewne ryzyko (w zasadzie nie wiadomo, jakie). Sami wybraliśmy podejście pośrednie, dopuszczające podstawowy zestaw szczepionek, jednocześnie nie przeładowując Mai tymi opcjonalnymi. Skutki będzie można ocenić po latach – a być może nigdy tak naprawdę nie dowiemy się, czy zrobiliśmy dobrze.

      • Agaru 13 sierpnia 2013 at 9:06 pm #

        W ramach „kurturanych” rozmów wiele można się dowiedzieć.
        Ad 1. Nie wiedziałam. Może coś w tym jest, a może spowodowane było to coraz lepszymi warunkami mieszkania? A może, jak to statystka – wystarczy postawić odpowiednią tezę, a później ją za wszleką cenę udowodnić? W końcu raz jajko w badanich naukowych wychodziło za samo zło, a teraz w badaniach to samo dobro, czyż nie? A może złożyło się na to wiele innych czynników, którymi badacze nawet nie zaprzątali sobie głowy (jedne choroby zastępowały inne?) Zauważ, że kiedyś nie było tyle zachorowań na raka (a może mniej się o tym pisało?), a teraz zaczyna to być poważna choroba cywilizacyjna..

        Ad 3. Tylko w tym wypadku strasznie trudno w późniejszym czasie stwierdzić, czy to szczepionka, czy zanieczyszczenie powietrza, czy „chemiczne” jedzenie, czy coś zupełnie innego, a może wszystko na raz. Niestety…Jednak o zdecydowanym powikłaniu tuż po szczepionce nie znam osobiście nikogo (na szczęście).

        Ad 5. Przegięcie 😉

        Syna szczepiłam tylko podstawowymi, zrezygnowaliśmy nawet z penumokoków po 2 roku życia, za którymi na początku optowaliśmy.

        W sieci oczywiście można znależć mnóstwo różnych, często sprzeczych informacji, czasem jednak takie zdania jak „W niektórych krajach, np. w Anglii i Francji, pod wpływem ruchów antyszczepionkowych zaniechano w pewnym okresie szczepień przeciw krztuścowi i szczepień przeciw odrze, śwince i różyczce (MMR). Doprowadziło to do szybkiego nawrotu choroby, wielu ciężkich powikłań i zgonów u dzieci oraz szybkiego przywrócenia masowych szczepień.” – http://szczepienia.pzh.gov.pl/main.php?p=2&id=85&sz=276 dają do myślenia.

        Aaa, co do tego karmienia piersią – jeżeli Twoja żona dotrwa do roku to już większość lekarzy będzie na nią patrzeć krzywo (mimo, że WHO zaleca do 2 roku i dłużej). A gdzieś wyczytałam (jak znajdę żródło, to podam), że teoretycznie kobieta powinna karmić do 7 roku życia dziecka, jeżeli miałaby być w zgodzie z naturą (podliczono, ile średnio trwa karmienie u ssaków w stosunku do ich życia i jakie ma to przełożenie na człowieka) 😉

        Przede wszystkim zdrówka życzę dla całej rodzinki, aby nie było konieczne sprawdzać skuteczności szczepionek 😉

        • wolny
          wolny 13 sierpnia 2013 at 9:45 pm #

          No właśnie – prawda jest zawsze gdzieś pośrodku. Częstość występowania raka też pewnie jest spowodowana ogólnie rozumianym „postępem”, dobrobytem… a które jego składniki się do tego najbardziej przyczyniają? Pewnie wszystko po trochę… cieszymy się, że wytępiliśmy tyle chorób, a wciąż pojawiają się nowe. Jak sobie człowiek pomyśli, że w takim Wietnamie nikt nie zna nawet pojęcia uczuleń pokarmowych, bo one po prostu jeszcze tam nie występują, to przychodzi taki moment zastanowienia, czy aby na pewno ten cały postęp jest taki wspaniały, i czy rzeczywiście takie państwa mają nam czego zazdrościć…

          Jeszcze jedna „wada” szczepień: podobno nigdy nie ma pewności, czy organizm jest odporny, nawet jeśli szczepionka zadziała i późniejsze badanie krwi wykaże obecność przeciwciał. Ok – pewnie dotyczy to promila szczepionych. Ale jest coś bardziej niepokojącego: odporność nabyta za pomocą szczepienia jest zupełnie inna niż tak, która powstaje po kontakcie z chorobą. Ta „szczepionkowa” jest przede wszystkim czasowa, więc mimo zaszczepienia na wszystko, co tylko możliwe, dorosły człowiek może zapomnieć o tym, że działa jeszcze jakakolwiek odporność po szczepieniach kilkanaście-kilkadziesiąt lat temu.

          Nie mam wykształcenia medycznego – jeśli ktoś może potwierdzić to, co piszę (albo to zdementować), śmiało piszcie.

          • Roman 14 sierpnia 2013 at 6:40 am #

            Nie dalej jak wczoraj przeczytałem próbny wydruk nowego wydania: „szczepienia – niebezpieczne ukrywane fakty”…
            Pewnie bym tego nie zrobił gdyby mnie nie poprosił polski wydawca (bliski znajomy)…
            Jak dla mnie jest to „gdybologia stosowana”…
            Szczepionki: „być może szkodzą”, „mogą mieć wpływ na powikłania”, „prawdopodobnie nie są skuteczne”, i mój ulubiony tekst: „wszystko wskazuje na to, że mogą mieć wpływ na niektóre przypadki śmierci łózeczkowej”…
            od „może”, „prawdopodobnie”, mogą mieć wpływ” do „na pewno” jes długa droga…
            Jak mi udowodnią szkodliwość lub nieskuteczność to sie nad tym zastanowię…
            Tymczasem niedałem sie zwariować (w końcu przegina sie i w drugą stronę) i dzieciory mają tylko podstawowe „bezpłatne hehehe” zestawy szczepień…
            I żyją 🙂
            Ale dopiero jak udowodnią

            • wolny
              wolny 14 sierpnia 2013 at 7:19 am #

              Też tak do tematu podeszliśmy. Zresztą ta „bezpłatność” podstawowych szczepień to też w dużym cudzysłowie – tak jak napisałeś…

              Co do udowodnienia… podstawowe pytanie brzmi: KTO ma to udowodnić? Ja to widzę tak, że z jednej strony barykady stoją olbrzymie firmy farmaceutyczne, z przychodami rzędu setek milionów dolarów, które raczej nie cofną się przed tak „drobnymi naciągnięciami” jak fabrykacja wyników badań albo chociażby wybór takiej próbki, która udowodni ich tezy. A z drugiej strony są niewielkie grupki lekarzy, farmaceutów i… anty-globalistów (anty-korporacjowistów? 🙂 ), które co najwyżej mogą rzucać jajkami w te wielkie molochy. Mają oni na tyle małą siłę przebicia, a ich badania mogą być z taką łatwością zdyskredytowane przez duże firmy (chociażby za pomocą manipulacji, łapówek, wielkich kampanii marketingowych), że dopiero jakieś naprawdę niezbite dowody mogłyby się przyczynić np. do wycofania jednej z tysiąca szczepionek, co i tak niewiele zrobi. A niestety jest tak, że pierwiastki ciężkie i kombinacje szczepionek mogą (tak tak – znowu to gdybanie) ujawniać się po latach. I jak tu udowodnisz, że to przez szczepionkę? A może przez pryskane jedzenie, skażone powietrze albo ufo, które przeleciało nad miejscowością w dzień przesilenia jesiennego 🙂

              Temat jest niestety tak niejasny (i taki najprawdopodobniej jeszcze długo pozostanie), że każdy może tylko przypuszczać, co z tego jest prawdą, a co nie. Do mnie dość mocno przemawiają historie spiskowe i teorie wielkich przekrętów, gzie motorem napędowym jest szeroki strumień kasy – dlatego nie chcę ślepo podążać za szczepionkową nagonką, która się obecnie odbywa w większości gabinetów pediatrycznych.

              • Roman 14 sierpnia 2013 at 8:48 am #

                Och ja doskonale wiem, że wyniki badań często są takie jak oczekiwania sponsora owych badań (vide badania nad tzw. biernym paleniem)…
                Rzecz w tym, że „gdybologia” niczym nie podparta również mnie nie przekonuje…
                Pozostaje kierować się własnym rozumem i mieć odwagę wziąć na siebie odpowiedzialność zap opełniane błędy…
                Wybieram „złoty środek”, bo wydaje sie byc najbardziej optymalny…

                • wolny
                  wolny 14 sierpnia 2013 at 8:54 am #

                  I tak samo my zdecydowaliśmy – dlatego zaszczepimy korzystając z podstawowych szczepionek. Ale spore ziarno niepewności we mnie jednak siedzi…

              • Roman 14 sierpnia 2013 at 11:15 am #

                A we mnie nie…
                Z mojego otoczenia, spośród ludzi z którymi sie stykam, nie znam nikogo, komu szczepionka by zaszkodziła…
                Resztę traktuję jako ploty. Każdemu wolno ploty rozpowszechniać, ale jeśli chce bym w nie uwierzył, nie wystarczy mi sama deklaracja; potrzebuję dowodu.

  2. D. 13 sierpnia 2013 at 7:59 pm #

    Myślę że mogę tylko przytakiwać temu co piszesz, bo prawdę mówiąc w temacie „ile kosztuje dziecko” jestem kompletnie niezorientowany. Choć zestawienie Twoich wyliczeń z ikonografiką (szczególnie przykład Brada P.i Angeliny J.) pokazuje że koszty tego samego ( w tym wypadku wychowania dziecka) mogą być tak wysokie, jak i niskie – wszystko zależy od naszego podejścia. I od priorytetów: np. Coś ma być dobre czy markowe? 😉
    W przypadku Twojego kolegi stwierdzenie że „dzieci są drogie” ma sens. Tak to już z ludźmi jest, że czasem wierzymy w coś, często nie pozwalając sobie udowodnić że się mylimy – a to wszystko z czysto praktycznych przyczyn. Jeżeli kolega chce często wymieniać samochody (etc, czyli konsumpcja) to koszty związane z posiadaniem dziecka mogą mu w tym przeszkodzić, nawet jeżeli nie są tak wysokie jak sam myśli. W głowie działa prosta reakcja – nie stać mnie na dziecko, to po co w ogóle o tym myśleć, ide po nowe auto, toster, etc. I problem z głowy. Może tez być inny powód (zamiast czerpania frajdy z zakupów). Na przykład kolega nie czuje się gotowy na posiadanie dzieci, ale zamiast myśleć sobie że się czegoś obawia itp. woli pomyśleć: nie stać mnie na dzieci. I od razu można myśleć o czymś innym zamiast zastanawiać się: jakie są moje wątpliwości, czego nie wiem i co stanowi problem, z czym mogę sobie nie poradzić… Prosta i rzetelna autoanaliza. Dotarcie do sedna problemu, zrozumienie go i ewentualne zwalczenie go. Ja tam myślę że fajnie zrozumieć siebie i swoje motywy, ale po co tracić czas na myślenie. Tworzymy inne, „zastępcze” przekonanie (nie stać mnie) pod które zamiatamy realny problem. I to jest problem, skoro nie chcemy przyznać się przed samym sobą. Ale przecież pozbyć problemu można się tak szybko i prosto – brzmi to trochę jak slogan reklamowy. A cały proces „zamiatania problemu pod dywan” doskonale wyćwiczony mózg wykonuje w ciągu sekundy… Wyćwiczony, bo robi to często, u większości ludzi niestety zbyt często. Ale mogę takie osoby pocieszyć: Da się przeżyć życie nie dostrzegając problemu i jest to w sumie bardzo powszechne. Mam dziwne wrażenie że trochę zbyt się rozpisałem w kierunku psychologicznym…
    Więc na koniec niech będzie recepta 😀
    Cotygodniowa wizyta w „galerii”, zakupy na poprawę humoru i codzienna porcja kofeiny w popularnej kawiarni na S. 😀

  3. Małgosia 14 sierpnia 2013 at 11:57 am #

    A ja tylko chciałabym Cię zapytać, gdzie można kupić takie super wiadro zamykane-na pieluchy za 12 zł?

    • wolny
      wolny 14 sierpnia 2013 at 12:12 pm #

      Niestety poległem szukając czegoś podobnego na rynku i lokalnych sklepach – dopiero wizyta w najbliższym hipermarkecie (Carrefour) mnie uratowała. Wiadro było opisane jako „pojemnik na karmę dla zwierząt” czy jakoś tak 🙂 Ale nie było w sekcji artykułów ze zwierzętami ani wiadrami! Było tam, gdzie są plastikowe pojemniki na żywność. Na razie sprawdza się super.

  4. Małgosia 14 sierpnia 2013 at 12:31 pm #

    Bardzo dziękuję za informację. Pozdrawiam

  5. Michał 19 sierpnia 2013 at 12:33 pm #

    Tak tylko w celu sprostowania – nie ma obecnie OBOWIĄZKOWYCH szczepień. Nikt nie musi (jeśli oczywiście nie chce) szczepić siebie i swoich dzieci na cokolwiek. Natomiast są szczepienia ZALECANE i refundowane przez nasz NFZ. Dodam jeszcze ciekawostkę że niektóre miasta finansują szczepienia na niektóre choroby w żłobkach i przedszkolach (każdy musi się dowiedzieć na własną rękę czy i jakie w miejscu gdzie mieszka). Niestety osoby samodzielnie wychowujące dzieci (nie oddające je do w/w instytucji) nie są (o ile mi wiadomo) objęte tym programem.

    • wolny
      wolny 19 sierpnia 2013 at 12:48 pm #

      Oj chyba nie masz racji – wydaje mi się, że dużo szczepień jest obowiązkowa i za ich niewykonanie będzie ścigał (i wlepiał kary) Sanepid. Są oczywiście jakieś precedensowe wyroki, można walczyć… ale chyba nie można tak po prostu, bez żadnych konsekwencji prawnych, zrezygnować ze szczepień.

  6. Michał 19 sierpnia 2013 at 4:14 pm #

    Przyznaję – pomyliłem się. Myślałem, że nasze prawo jest w miarę spójne z zasadami panującymi w wielu krajach UE (np. Wielka Brytania czy Niemcy) i tam nie ma takiego obowiązku.

  7. magda 27 listopada 2013 at 6:59 pm #

    Nie sądzisz,że pytanie kogoś dlaczego nie ma dziecka jest niestosowne?Może ma taki samochód,bo np. nie mogą mieć dzieci?A sprawdzanie w sieci,ile moze kosztować czyjeś auto…żenujące…

    • wolny
      wolny 27 listopada 2013 at 7:25 pm #

      Magdo – dziękuję za komentarz. Muszę jednak z całą stanowczością stwierdzić, że Twoje argumenty są zupełnie nieprzystające do rzeczywistości. Nie pisałem o tym publicznie, ale co tam: sami mieliśmy sporo problemów z zajściem w ciążę i od etapu planowania do realizacji zeszło nam około 1,5 roku. Znam dość dobrze 3 pary, które chwytają się już wszystkiego i po dobrych kilku latach biegania po lekarzach i próbowania najrozmaitszych specyfików są na etapie godzenia się z tym / adopcji / in vitro. Nie mów mi więc, że rozmawianie o tym jest niestosowne, bo każda z tych par w pewnym momencie sama z siebie zaczęła o tym opowiadać.
      Żenujące natomiast jest podejście na zasadzie „nie wypada” – czy wiesz, jak dużo ludzi ma najrozmaitsze – również finansowe – wątpliwości względem posiadania potomstwa? Jak wielu nie decyduje się na ten krok, bo wiecznie jest „coś” do kupienia – lodówka, telewizor czy przytoczony już samochód. Jeśli mogę na bazie własnych doświadczeń udowodnić, że posiadanie dzieci nie jest kosztowne – i jeśli dzięki temu rozjaśnię nieco w głowie chociaż jednej parze, to uważam że warto. Jeśli tego nie zauważyłaś, cały ten blog jest dość mocno nastawiony na dzielenie się wiedzą finansową i moimi doświadczeniami w tej materii. Być może to po prostu nie temat dla Ciebie – może nawet lepiej będzie, jeśli w obawie przed innymi „żenującymi” poglądami które głoszę, zajmiesz się bardziej „stosownymi” sprawami niż czytanie tego bloga.

  8. Ona 9 stycznia 2014 at 6:49 pm #

    Koszt pierwszego miesiaca zycia dziecka nie moze wplywac na sfotmulowanie tezy, ze utrzymanie na dobrym poziomie dziecka nie jest drogie. U Was obylo sie bez kupowania mleka, pieluch i ubran. Ale inni musza za to zaplacic. Dziecko ma nietolerancje laktozy, co okazuje sie po urodzeniu i rodzice stoja przed faktem wieloletniego zakupu drogiego mleka sojowego. Skaza bialkowa jest w Pl czesto spotykana u dzieci. Ubranka z nieba nie spadaja. Pieluchy chocby wielorazowe tez kosztuja. Do tego kosmetyki, leki na kolke, masci itp. Potem dochodza inne koszty. Jedne koszty odpadaja ale inne przychodza. Rowerki, hustawki, nosidelka, foteliki do roweru i auta, kombinezony zimowe itp. Potem znow wieksze rowerki, rolki, lyzwy, narty, kaski, ochraniacze, kursy, wycieczki, szkoly zimowe, letnie, szkoly jezykowe, balet/hip hop itp. Karate, scianka, lodowisko, stok, itp. Ksiazki obowiazkowe i te do hobby, farby, bloki, sztalugi, komiksy itp. Nowe wieksze ubrania, zabawki, gadzety, wizyty u alergologow i nie zawsze da si na nfz, dentysta, czasem ortopeda, laryngolog, leki. Juz raz pisalam w innym poscie u Ciebie, ze w sumie mozna na wszystkim oszczedzac i cale zycie… ale nie kazdy tak chce, nie kazdy tak musi. Glupio komus mowic, ze dziecko jest tanie… mozna zyc i Zyc.

    • wolny
      wolny 9 stycznia 2014 at 7:15 pm #

      Odpowiedziałem na tamten komentarz – nie będę się powtarzał. Uważam, że przesadzasz i na siłę chcesz zdyskredytować to, co piszę. Czas pokaże jak to będzie.

  9. Ona 9 stycznia 2014 at 10:32 pm #

    Odpowiedzialm tam jeszcze raz. Teraz tylko dopisze, dzis bylam z dzieckiem u ortopedy. Koszt 110zl. Jutro jade wyregulowac wkladki do butow, 30zl, sama regulacja. Wkladki juz mamy, kosztowaly 140zl, buty po domu i po szkole, jedne, no nosimy na zniane to 145 zl, zimowe 200zl, wiosenno-jesienne 175 zl. Jutro ide z dzieckiem do dentysty, wypadla plomba, zab zepsul sie po ciezkiej grypie w kwietniu 2013 i zrobil martwy, koszt wizyty jeszcze nieznany. Nowe przybory szkolne, bo te kupione we wrzesniu sie skonczyly, to koszt 80 zl. W weekend idziemy na lyzwy, wstep platny. Musze kupic sobie tez bilet, bo samo nie wejdzie bez opieki. Lyzwy na szczescie juz mamy, kupilam z regulacja wielkosci, w promocji 200zl. Czesne za balet x00zl w tym miesjacu, j.ang.120zl. Na razie tyle kosztow. Jest poczatek miesiaca. Jedzenia nie licze i kosztow szkoly, bo bys powiedzial, ze moze chodzic do osiedlowej za free i uczyc sie na druga zmiane w 27osobowen grupie. Podalam tylko czesc kosztow i znacznie prekroczyly normy z serii zyc. Nie pisze by kogos / Cie urazic, ale nie zgadzam sie ze mozna niemal za darmo wychowac dziecko. Za niwielki koszt mozna zapewnic tylko podstawowe potrzeby dziecku, typu jedzenie i ubranie. Dobrego wyksztalcenia przy obecnej edukacji za darmo nie mozna zdobyc. jeszcze 10 lat temu tak, teraz darmowa szkola w duzym miescie to taka troche przechowalnia dzieci na czas pracy ich rodzicow. Nauki tam za wiele nie ma, a i bezpieczenstwa tez. Pozyjesz, zobaczysz. Jest takie powiedzenie i funkcjonuje nie bez znaczenia: male dzieci -maly klopot, duze dzieci – duzy klopot.

    • wolny
      wolny 9 stycznia 2014 at 10:47 pm #

      Nie chcę się sprzeczać, skoro jeszcze nie mam twardych danych (ich zdobycie jeszcze przede mną). Ale tak się zastanawiam… czy przypadkiem te wszystkie szkoły, zajęcia, kursy itp też nie są dla Ciebie pewnego rodzaju „przechowalnią” dzieci w czasie, w którym zajmujesz się czym innym? Zamierzam postawić na czas poświęcony dziecku i wcale nie oczekuję, że szkoła wszystko zapewni. Ale uważam, że sam – jako rodzic – mam w tym zakresie pewne obowiązki. Przykład? Mój poziom angielskiego jest wysoki. Już teraz czasami mówię do naszej kilkumiesięcznej Mai w tym języku. Niech się osłucha, z czasem coś zacznie „łapać” – z tego co czytałem nie będzie miała żadnych problemów z rozróżnieniem języków. Jestem niemal przekonany, że dzięki włożonej przeze mnie pracy będzie miała od wczesnych lat sporą przewagę nad rówieśnikami. Czasami wystarczy chcieć i poświęcić dziecku czas, a być może później część dodatkowych zajęć będzie niepotrzebna i będzie mogła być zamieniona na wspólnie spędzony czas?

      • Ona 9 stycznia 2014 at 11:01 pm #

        Nie sa przechowalnia bo musze czekac na dziecko pod drzwiami sali. Nie oplaca mi sie wracac do domu na 40 minut jak jest w szkole jezykowej z nativem lub 1.5 godz baletu z drugiego konca miasta, wtedy robie zakupy jedzeniowe. Jade dla dziecka i czas dla niego poswiecam. Dzieki temu, ze uczymy dziecko j.ang. w domu chodzi w szkole jez o 2 poziomy wyzej niz rowesnicy. W platnej szkole podst ma 2 jez. obce niemal codziennie, obowiazkowe, 5 matematyk, muzyke z muzykiem, informatyke przy swoich kompach. W klasie 10 uczniow. W duzym miescie to luksus taka mala klasa. Zobacz szkoly STO. chetnie chciabym rozwijac dziecko za darmo, ale sie kurde nie da. Kupuje ubrania na allegro, wymieniamy sie nimi w rodzinie, by moc kupic dziecku dobre buty. W szkole osiedlowej bylismy, ale po roku 7latki nie przerobily nawet alfabetu. co zatem ma tam robic dziecko czytajce? Chyba nie jest to mega wyczym w obecnych czasach.

        • wolny
          wolny 9 stycznia 2014 at 11:21 pm #

          To może nieco pojednawczo: również uważam, że dostosowywanie poziomu i tempa lekcji do najsłabszych (najmniej uważających?) nie jest dobrym pomysłem i przykład podany przez Ciebie (alfabet) jest wręcz skandaliczny. Na chwilę obecną to zdecydowanie zbyt wcześnie, ale myślę że w stosownym czasie zapoznam się z alternatywnymi metodami szkolnictwa (nauka w domu?) – być może w jakimś sensownym połączeniu z kontaktem z rówieśnikami coś takiego zdałoby egzamin – przynajmniej do pewnego momentu?

  10. Ona 10 stycznia 2014 at 11:48 am #

    Moze za kilka lat bedzie tak mozna. Teraz w pl jednak obowiazek szkolny wymaga chodzenia do szkoly. Tez od poczatku uczylismy dziecko sami w domu i potem okazalo sie jak bardzo nasze dziecko odbiega o innych. Nasze podejscie rodzicow od rodzicow innych uczniow w szkole panstwowej. Zobaczysz, ze tego samego problemu zaznasz, skoro masz tendencje do uczenia dziecka juz teraz w domu i zakladasz, ze sama szkola nie wystarcza…. zamiast tylko opiekowania sie nim, jak wiekszosc rodzicow maluchow. Za kilka lat zobaczysz jak was dzieli roznica miedzy Wami rodzicami i Waszymi dziecmi z przyslowiowego osiedla. Co do zajc dodatkowych…dzieci w okreslonrj grupie wiekowej wrecz nie chca spedzac kazdej wolnej chwili z rodzicami, pragna kontaktu z rowiesnikami… ale jak roznia sie intelektualnie od kumpli z podworka, bo maja kreatywne pomysly, nie mysla tylko o kompie i zakupach…to trzeba znalezc grupe rowiednikow z tymi samymi zainteresowaniami i poziomem rozwoju m.in.na kolkach, zajciach dodatkowych, kursach, koloniach tematycznych…. a to wszystko jest tak „refundowane” jak to Wasze Usg. Zreszta za granica dobre szkoly sa platne i do tego dzy nasz rzad. Studia tez beda pewnie plane jak nasze dzieci beda mialy po nascie lat. Za darmo jest teraz minimum, zarowno w edukacji jak i lecznictwie.

  11. Kamila 16 stycznia 2014 at 7:52 pm #

    Nie znalazłam odpowiedniejszego miejsca – chciałabym poruszyć temat wydatkow na jedzenie dla dzieci. Mimo że moi znajomi zarabiają różnie zauważyłam że wszyscy bez wyjatku karmią swoje maluchy gotowymi daniami tak długo jak tylko każą 😉 reklamy – można taniej! Za koszt kaszki ryżowej ~4,5zł można kupić 1,5kg ryżu – po ugotowaniu i zmiksowaniu efekt taki sam, podobnie z obiadkami i deserkami – w cenie słoiczka (jedna porcja) można mieć kilogram czy pół trochę lepszych – blender zrobi z nimi to samo 🙂

    • wolny
      wolny 16 stycznia 2014 at 8:08 pm #

      Hej Kamilo. Temat nam znany i jak najbardziej do poruszenia na blogu. Jest w planach – na pewno za jakiś czas będzie!

  12. natalia 3 listopada 2014 at 3:54 pm #

    witam, widzę że komentarze skończyły się jakiś czas temu, ale strasznie mnie korci aby dodać coś od siebie. Właśnie czekam na pierwszą potomkinię, lada dzień do nas dołączy. Kompletowanie wyprawki mam już za sobą. Dodam, że byłam przerażona cenami w sklepach dla dzieci jak i w sieciówkach. Dzięki Znajomym, którzy podpowiadali co można gdzie dostać doszłam do momentu gdzie całą wyprawkę kupiłam w sh. Ubranka markowe, dobrej jakość wymagające przeprania. Niektóre z metką! Koszt 23,50zł Resztę rzeczy dostałam nie na wieczne oddanie od koleżanek. A dosłownie 2 rzeczy kupiłam (kosztowały mnie 160zł).
    Tak więc można oszczędzić nawet jeśli nie ma się od kogo pożyczyć. Wystarczy chcieć. Zabolało mnie tylko jedno. Jak rozmawiałam ze znajomym, który stwierdził, że jak jemu „zdarzy się” dziecko to postara się, aby miało wszystko co najlepsze i później skomentował jeszcze odpowiednio moje starania o to by nie wydawać pochopnie pieniędzy. Moim zdaniem ten blog powinni poczytać tacy właśnie ludzie, którzy wolą wydawać kasę bo chcą nowe i drogie. Nie wydaje mi się, że skrzywdzę swoje dziecko bo kupię mu body za 50 gr w sh, z których za miesiąc wyrośnie. Dlatego uważam Twój blog za fantastyczny.

Trackbacks/Pingbacks

  1. Minimalistyczna wyprawka | Moja droga do minimalizmu - 28 października 2014

    […] in Minimalizm by Ka Es Do tego wpisu skłonił mnie post Wolnego, który „fachowo” podszedł do opisania oszczędnej wyprawki dla swojej dzidzi (nota bene też Mai). Szczerze mówiąc my nie mieliśmy ciśnienia na oszczędzaniu na wyprawce, […]

  2. Minimalistyczna wyprawka | Moja droga do minimalizmu - 25 listopada 2014

    […] ~ Kasia Do tego wpisu skłonił mnie post Wolnego, który „fachowo” podszedł do opisania oszczędnej wyprawki dla swojej dzidzi (nota bene też Mai). Szczerze mówiąc my nie mieliśmy ciśnienia na oszczędzaniu na wyprawce, […]

  3. Minimalistyczna wyprawka – PANI POCZYTALNA - 11 stycznia 2016

    […] wyprawce. Nie ja pierwsza poruszam ten temat, więc tradycyjnie już odsyłam do przedmówców [klik], [klik], choć ja jestem w tej komfortowej  – także dla portfela – sytuacji, że […]

Dodaj komentarz