Ile kosztowało nas auto na przestrzeni 8 lat.

47
2971
wyświetleń

Jakiś czas temu opublikowałem pierwszy od długiego czasu wpis w kategorii „motoryzacja”. Tam było luźno, nieco z przymrużeniem oka; można powiedzieć: to była rozgrzewka do tego, co przygotowałem na dzisiaj. Mam bowiem zamiar zaserwować Ci dokładne rozbicie kosztów, które przez ostatnie 8 lat ponieśliśmy w związku z posiadaniem i eksploatacją auta. Czemu akurat 8 lat? Bo właśnie wtedy zmieniliśmy auto na to, które jest bohaterem obu wpisów. Wniosków dzisiaj będzie co nie miara, a że temat motoryzacyjny, to ożywiona dyskusja jest więcej niż pewna – warto więc przebrnąć przez cały wpis, a i komentarze zapewne wniosą sporo do tematu.

Piękna i bestia. Tylko… która jest która? 😉

Czym zatem jeżdżę? Rowerem, przede wszystkim 🙂 Od jakichś 10 lat niemal całkiem nieźle wychodzi nam minimalizowanie kosztów posiadania i utrzymania auta, co cieszy tym bardziej, że to tylko skutek uboczny naszego podejścia i stylu życia. Pisałem już o tym, że nowe auto to potencjalnie największy wróg niezależności finansowej. O tym, że większa część społeczeństwa nic sobie z tego nie robi, wspominać chyba nie muszę 😉 Zresztą, sam nie zarzekam się, że nigdy się na takowe nie zdecyduję (na razie jest mi do tego bardzo daleko, ale nigdy nie mów nigdy!). Ważniejsze jest jednak to, że nie popełniłem tego błędu na pierwszych etapach budowania finansowych fundamentów naszej rodziny, kiedy to konsekwencje takiego kroku są najbardziej bolesne. Ale unikanie kupowania nowych samochodów to tylko początek drogi do zmniejszania kosztów w kategorii „auto”. Kolejnym jest właśnie to, co robimy od lat: mieszkanie w miejscu odpowiednio skomunikowanym dla naszych potrzeb (to nie musi oznaczać życia w centrum!), uwzględnianie dojazdów przy szukaniu/zmianie pracy, czy wreszcie: praca zdalna, którą wykonuję od kilku lat. Czy zauważyłeś, że powyższe sposoby optymalizują nie tylko koszty, ale przede wszystkim: czas poświęcany na codzienne dojazdy, podwożenie dzieci w rozmaite miejsca czy załatwianie różnych spraw? I to jest właśnie nasza główna motywacja: nie chcemy być nieustannie w biegu, nie chcemy spędzać życia za kółkiem stojąc w korku, nie chcemy poświęcać czasu dla siebie i naszych dzieci spędzając godziny w aucie. A to, że takie podejście pozytywnie przekłada się na koszty utrzymania samochodu… tylko się cieszyć, prawda?

Zanim polecimy z kosztami, szybka wzmianka o bohaterze naszego wpisu. Nasza 4-osobowa rodzina od niemal 8 lat posiada jedno i to samo auto, wyprodukowane pod koniec 2004 roku w Japonii. Sedan, benzyna 1.6, wyposażenie to królujący wtedy „golas z ABS, elektrycznymi szybami z przodu i manualną klimą”. Przejęliśmy to auto na początku 2011 roku od mojego ojca, który wymieniał wtedy tego wysłużonego 6-latka ze śmiesznym wręcz przebiegiem 69.000 km. Stan licznika na dzień dzisiejszy wskazuje 137 000 km, a więc przez 8 lat zrobiliśmy nim 68 000 km, czyli 8 500 km rocznie. To jest absolutnie kluczowa kwestia w naszych wyliczeniach: skoro jeździmy mało, to może i podnosimy średni koszt każdego kilometra, ale siłą rzeczy obniżamy też sumaryczne koszty posiadania samochodu. A ile one wynosiły?

Wniosek pierwszy: auto, nawet rzadko używane, może być zdecydowanie tańsze od polegania na taksówkach (w sieci pojawiają się porady typu „jeździsz mało -> sprzedaj auto, korzystaj z taksówek”). Przyjmując 2,50 zł/km (bardzo zaniżona kwota, do tego nie uwzględniam opłaty za „trzaśnięcie drzwiami”) mamy 68 0000 km x 2,50 zł/km = 170 000 zł… WOW. I nie, nie sądzę, że Ubery i inne tego typu wynalazki sprawią, że zejdziemy z tym kosztem do podanego przeze mnie poziomu. Nie mówiąc o tym, że auto zaparkowane pod domem to zdecydowanie większy komfort niż każdorazowe wzywanie taksówki. Że o przewożeniu dzieci nie wspomnę (mam tu na myśli również bezpieczeństwo: foteliki itp).

A jak trzeba, to nasz transformers zmienia się z dzieciowozu w dostawczaka 😉

Idziemy dalej. Niecałe 25 500 zł to koszt samej benzyny, plus 1 770 zł za autostrady. W zasadzie powinno to trafić do kategorii „transport” i być rozważane sumarycznie z biletami na autobus, pociąg czy nawet kosztem dodatkowych posiłków potrzebnych po niby-darmowych wycieczkach rowerowych 🙂 Natomiast nieco ponad 14 000 zł (lub: ~ 1750 zł rocznie) to sumaryczny koszt utrzymania auta: ubezpieczenia oraz wszelkie wizyty u mechaników (przeglądy, części, robocizna). W dodatku ten koszt zawiera 2 000 zł, które wydaliśmy po niefortunnym zdarzeniu drogowym, którego skutki musieliśmy naprawić we własnym zakresie. Wniosek drugi zatem: dla tych, którzy nie posiadają auta, 57 000 zł wydane przez nas na utrzymanie auta i poruszanie się nim to olbrzymia kwota i jestem pewien, że te 68 000 km można było pokonać znacznie taniej, korzystając na przykład z komunikacji zbiorowej. Jesteśmy jednak rodziną, która ceni sobie elastyczność, jaką daje samochód, zwłaszcza od kiedy przeprowadziliśmy się w miejsce nieco bardziej oddalone od centrum. Tutaj odległości są nieco większe i mimo, że staramy się organizować życie tak, żeby nie musieć się za dużo przemieszczać, nie zawsze to się udaje. Czasami wychodzi niemal idealnie (moja praca zdalna lub przedszkole dziewczyn oddalone jakieś 300 metrów od domu), czasami jest nieco gorzej, jeśli na przykład połączymy warunki zimowe i konieczność podjechania 2km z chorym dzieckiem do lekarza, lub uwzględnimy pracę Wolnej (10km od domu, w sezonie zdecydowanie rower, ale niestety czasami zdarzają się zmiany aż do 22ej i wtedy wybieramy samochód).

57 000 zł / 68 000 km to 84 grosze przejechane za kilometr. Uważam, że to bardzo rozsądna cena jak za możliwości, które daje auto zaparkowane pod domem. Także utrata wartości, która kosztuje nas niecałe 1 900 zł rocznie jest wręcz śmieszna. Można powiedzieć, że przez ostatnie 8 lat straciliśmy tyle, ile w jedną chwilę traci osoba, która wyjeżdża z salonu nowym, pachnącym samochodem. Natomiast koszt napraw i części (w tym opony, wycieraczki itp) na poziomie 1 000 zł ROCZNIE to efekt pewnego pochodzenia auta, jego nieskomplikowanej budowy, a także niewielkich dystansów, które pokonujemy. Uważam, że jak na użytkowanie auta od 7ego do 14ego roku jego istnienia to naprawdę żadne pieniądze. Ale nie ma w tym żadnej magii (ewentualnie troszkę szczęścia) – na rynku naprawdę jest cała masa aut, które będą generowały porównywalne lub niższe koszty, natomiast ciężko je znaleźć, jeśli szukamy na wolnym rynku (= od obcych nam ludzi/firm, które niekoniecznie wszystko o aucie wiedzą/ujawnią), a do tego – niekoniecznie chcemy jeździć czymś zwykłym, rozsądnym i bez grzania czterech liter ;). To właśnie dlatego tak chętnie patrzymy na sprowadzone, świetnie prezentujące się, ale niepewne auta z bogatym wyposażeniem, które dodatkowo kosztują sporo mniej niż uboższe odpowiedniki z pewną historią. To chciejstwo (którego co nieco sam też mam w sobie) sprawia, że potrafimy nie tylko przekreślić szanse na niezależność finansową, ale także wydać wieloletnie oszczędności i zaciągnąć dług tylko po to, żeby zrealizować zachciankę o nowszym aucie.

I taką przygodę miałem. Jej koszt to jakieś 1900 zł (mieliśmy wtedy tylko OC…), oczywiście uwzględniony w tabeli. A mogło skończyć się znacznie gorzej, i nie mam tu na myśli finansów.

Bo o ile każdy chciałby jeździć niezawodnym samochodem, to jeśli reprezentantem tej kategorii będzie kilkunastoletnia Toyota Corolla, czyli auto do bólu rozsądne, dość leciwe, bez niemal żadnych udogodnień i systemów… to zapał zdecydowanej większości z nas mocno zmaleje. W tym mój – przecież gdyby nie super-pewne pochodzenie i świetny stan mojego egzemplarza, sam nie wybrałbym takiego auta, a już na pewno nie, mając 26 lat, kiedy dokonywaliśmy transakcji! Dlaczego tak jest? Bo z jednej strony twierdzimy, że ważne są dla nas koszty i nie lubimy niespodziewanych, drogich awarii, a z drugiej strony: auto ma cieszyć oko, sprawiać frajdę z jazdy i być niejako symbolem statusu. Nie piszę tego zgryźliwie – nikt nie jest 100-procentowo odporny na magię zawartą w autach i sam musiałem sobie wiele razy tłumaczyć, że głównym zadaniem samochodów jest jednak sprawne przemieszczanie nas z punktu A do B 🙂

Nic dziwnego, że często wyłączamy rozum i próbujemy racjonalizować nasze zachcianki (bezpieczeństwo, bezawaryjność itp). W efekcie, potrafimy dokonać bardzo mało optymalnych decyzji finansowych w czasie, w którym nie powinniśmy sobie na nie pozwalać. Możliwe, że i ja za jakiś czas zaryzykuję i kupię używanego kota w worku. Ale zrobię to ze świadomością, że jestem praktycznie niezależny finansowo i koszt ewentualnego błędu (=kupno awaryjnego egzemplarza) nie wpłynie w żaden sposób na sytuację finansową naszej rodziny.

Kolejne wnioski płyną z zestawienia kosztów, gdybyśmy na drugiej szali wagi postawili nowy samochód z salonu. Niezwykle dokładnie opisał to Michał, uwzględniłem więc jego auto w zestawieniu. Jak również – trochę na czuja, mocno teoretycznie – nową Corollę, którą kupilibyśmy w 2011 roku w salonie i użytkowali w taki sam sposób, jak obecne auto:

Wartość aut wyznaczona na podstawie serwisu omnipret.com. Dodatkowo, wartość naszej ‚Rolci’ zmniejszyłem o dodatkowe 2000zł, bo nie sądzę, że jest warta tyle, ile twierdzi ubezpieczyciel.

Co z tego wynika? Przede wszystkim, powyższe wyniki bardzo łatwo obalić, wyśmiać i skrytykować. Są dziesiątki zmiennych, których powyższe tabelki nie uwzględniają: od klasy auta (porównane są auta z różnych segmentów), przez ich rocznik, zakładany przebieg, koszty serwisów i tak dalej. Konfiguracji jest całe mnóstwo i każdy otrzymałby „swój” wynik, gdyby wrzucił dane dla posiadanego auta do powyższej tabelki. Spróbuję jednak wyznaczyć dość uniwersalne prawdy:

  • moim celem nie jest pokazanie, że „ja jeżdżę tanio, a Michał drogo” albo „ja podjąłem bardziej optymalny wybór, niż On”. Absolutnie nie o to chodzi, przecież sama stawka za kilometr to pojedyncza liczba, która ignoruje całą masę argumentów, mających mniejsze lub większe znaczenie, w zależności od sytuacji życiowej i potrzeb kierowcy oraz jego rodziny. Nie mówiąc o tym, że w zależności od zmiennych, cena za każdy pokonany kilometr może być jeszcze sporo niższa niż moja i zdecydowanie wyższa, niż u Michała. To nie jedyny, ale – według mnie – istotny parametr, który warto uwzględnić przy zmianie auta.
  • auto używane możemy nabyć za zdecydowanie mniejszą kwotę niż nowe z salonu (tak, wiem, bardzo odkrywcze…). Co więcej, to właśnie różnica pomiędzy ceną auta używanego i nowego (+ większe sumy płacone za ubezpieczenie) stanowią o tym, jaka jest teoretyczna różnica w sumarycznych kosztach posiadania samochodu. Teoretyczna, ponieważ o ile serwisowanie auta używanego wcale nie musi być droższe, niż nowego (zwłaszcza, jeśli mówimy o prostych modelach i wybieraniu tańszych, niezależnych warsztatów), to w praktyce może to wyglądać BARDZO różnie.
  • Zwiększanie liczby pokonywanych kilometrów oznacza, że średni koszt każdego z nich leci w dół. To oczywiście nie znaczy, że należy jeździć do oporu ;), zwłaszcza, że im więcej godzin spędzonych w aucie, tym większy poziom ryzyka tego „sportu” (który przecież nie należy do najbezpieczniejszych). Jeśli jeździsz dużo, może warto zainwestować w bezpieczeństwo, kupując nowe auto z całą masą systemów wspomagających/chroniących kierowcę i pasażerów. Ale prawdą jest również to, że jeszcze lepszy efekt osiągniesz, jeśli będziesz jeździł jak najmniej, i to nieważne czym. Oczywiście, nie ma co popadać w skrajność, ale osobiście uwzględniam pokonywany dystans decydując o tym, czy i na co zmienić samochód. Zauważam też, że bardzo często to bezpieczeństwo – idące przecież w górę z klasą auta – jest swego rodzaju dodatkowym argumentem do tego, żeby nieco bardziej zaszaleć i łatwiej przekonać do zakupu… na przykład żonę 🙂
  • Jeśli jeździsz niewiele, niekoniecznie trzeba się tak bardzo martwić żywotnością części (silnik, skrzynia biegów, rozmaite „dwumasy” i inne DPFy itp.). Osobiście jednak uważam, że im mniej elektroniki (zwłaszcza tej, która tylko uprzyjemnia jazdę, a nie dba o bezpieczeństwo) i im prostrza konktrukcja silnika i skrzyni biegów („2.0 w benzynie bez turbo, w manualu” to chyba mój wyznacznik normalności), tym większa szansa, że koszty eksploatacyjne nas nie zjedzą.
  • Wyśmiewana przez wielu i uważana za coś obciachowego instalacja LPG może się zwrócić również w autach, które nie pokonują rocznie setek tysięcy kilometrów. Już przy kilkunastu tysiącach kilometrów rocznie i kilkuletnim okresie użytkowania, całość powinna się bez problemów zwrócić. Ja wiem, jazda na gazie to obciach i oznaka januszowania… co mi akurat nie przeszkadza wcale a wcale i nie wykluczam, że następne auto właśnie „zagazuję”.

A to kolejny element, na który nie decyduje się dzisiaj wielu kierowców: samodzielna wymiana kół (i pompowanie pompką do roweru, jak mamy ochotę się nieco rozgrzać :D). Licząc na szybko: 8 lat x 2 wymiany w roku x 60 zł za robociznę = 960 zł oszczędności

  • Garaż, względnie tak popularne teraz miejsce postojowe w hali garażowej to luksus, na który dzisiaj decyduje się niemal każdy, kto kupuje nową lub wybudowaną w ostatnich latach nieruchomość. Ale ponieważ to kilkadziesiąt tysięcy (aktualne ceny w Trójmieście: okolice 30k zł) na dzień dobry oraz comiesięczne rachunki na utrzymanie tego miejsca, to warto dobrze przemyśleć tą decyzję, zwłaszcza jeśli stawiamy pierwsze kroki w świecie finansów osobistych. Chyba nikogo nie zdziwię, jeśli powiem, że do tej pory nie ‚dorobiłem’ się domu dla auta, a rozsądek kazał nam kupić dedykowane miejsce postojowe pod domem, kosztujące 9 000 zł. To według mnie całkiem rozsądny kompromis, który oczywiście stoi w poprzek aktualnym standardom (2x miejsce postojowe w hali lub ewentualnie 1x w hali, 1x na zewnątrz). Jednocześnie, kupując nieruchomość na wynajem, decyduję się na zakup miejsca w hali i traktuję to jako zaletę inwestycji, która bez trudu będzie w stanie na siebie zarobić, a także będzie pewną wartością dodaną naszych mieszkań na wypadek nastania gorszych czasów na rynku nieruchomości.
  • Przyznaję, że nasze auto nie było na myjni ani razu podczas ostatnich 7 lat. Myjemy je „przy okazji”, będąc u rodziców lub teściów na działce, a po sezonie zdarzają się nawet 2-3 miesięczne przerwy między kolejnymi myciami (standardowo to pewnie coś koło miesiąca). Co tu dużo mówić – chyba jasno widać, jak małą wagę przykładamy do samochodu. Już nasze rowery częściej mogą się cieszyć porządnym prysznicem i wizytą na myjni – takie mamy priorytety i tyle.

Ten poczciwy dziadek nadal należy do nas i po kolejnych 8 latach potrafi nadal nas zaskoczyć. Czym? Przede wszystkim tym, że jest perełką jedną na milion, egzemplarzem niespotykanym w przyrodzie i przeczącym wszystkim prawom fizyki. Tak przynajmniej wynika ze sporej części komentarzy, które pojawiły się pod króciutkim wpisem „Samochód: nowy vs używany„, który światło dzienne ujrzał niemal 5 lat temu.

Już tłumaczę, skąd te wnioski: niesamowicie wiele komentarzy podważało wtedy możliwość kupna 5-6-letniego auta za 20-kilka tysięcy złotych oraz wieściło rychłe awarie i problemy, nie mówiąc nawet o tym, że chyba absolutnie nikt nie wierzył w możliwość bezproblemowego przemieszczania się tym samochodem przez następne 8 czy więcej lat.

Za to większość ówczesnych komentatorów z ochotą kupiłoby kilkulatka ściągniętego zza naszej zachodniej granicy. Nic dziwnego: przecież te nieśmigane, głaskane, zadbane samochody od Niemca, który jeździł tylko co niedzielę do kościoła są niezwykle tanie, bo ich właściciele mają tyle siana, że co parę lat wymieniają je na nowe. Otóż… przykro mi, jeśli w tym momencie zburzę cały Twój światopogląd na import używanych aut zza granicy, ale to absolutnie największa motoryzacyjna bzdura, w którą niestety wierzy niesamowicie wielu kupujących! Podczas moich delegacji do Niemiec zdarza mi się przejść po komisie czy zerknąć na portale z ogłoszeniami w okolicach, w których przebywam. Zdarza mi się też zasięgnąć języka u Niemców, a także – obejrzeć jakiś sensowny materiał na YouTubie w tym temacie. Z tych wszystkich kierunków wniosek płynie jeden: auta z Niemiec (lub ogólniej: z zachodniej Europy) są statystycznie droższe niż nasze, krajowe! I to niezależnie od tego, czy są nowe, czy używane. Skąd więc ten mit o dobrych cenach aut z importu, potwierdzany zresztą na każdym kroku w komisach samochodowych i u handlarzy? Odpowiedź jest prosta: te samochody są w 95% kupione od handlarza narodowości tureckiej, rosyjskiej, albańskiej itp. To auta, których nie sprzedaje się w prawdziwym, niemieckim komisie i za które nie poręczy żaden odpowiedzialny człowiek, zdający sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji prawnych swojego podpisu na umowie kupna-sprzedaży. Pewne, dobrze utrzymane, bogato wyposażone auto bez cofniętego przebiegu i bez różnego rodzaju niespodzianek kupić jest bardzo prosto. Wystarczy udać się do niemieckiego (nie tureckiego!) handlarza lub popatrzeć na ogłoszenia od osób prywatnych. Ale reguła w tym przypadku jest jedna: takie auto będzie kosztować więcej niż odpowiednik w Polsce i zdecydowanie więcej, niż egzemplarz od ‚Turka’. Cena robi swoje i stąd właśnie popularność aut z importu. Nieważne, że o tym aucie nie wiemy nic lub prawie nic. Nieważne, że możemy trafić bardzo różnice i raczej nie ma sposobu na to, żeby rzetelnie zweryfikować stan samochodu przed kupnem. Wolimy przymykać oko na potencjalne problemy czy historię auta, przez którą ten konkretny egzemplarz stoi na placu u opalonego handlarza, znającego 200 słów po niemiecku i kosztuje podejrzanie mało. Ryzykujemy, bo cena nadal jest dla nas priorytetem. Czasami mamy więcej szczęścia, a czasami mniej. Nie oceniam, ale osobiście wolałbym zapłacić więcej i mieć świadomość, że podróżuję w miarę bezpiecznym autem, które bez niespodzianek dowiezie mnie i moją rodzinę tam, gdzie chcemy.

Skoro już tak zachwalam naszego staruszka, to chyba wypada wspomnieć, że nie jestem ignorantem, który zakochał się w swoim starym aucie i nie widzi zalet nowszych konstrukcji. To by jednak była hipokryzja… ileż to razy już narzekałem żonie, jak najchętniej wymieniłbym ją (Toyotę, nie żonę, ma się rozumieć :)). Na to jednak brakuje sensowych argumentów, zwłaszcza jeśli usuniemy emocje z tematu motoryzacji (co wcale nie jest łatwe, prawda?). I to mimo tego, że od czasu do czasu podróżuję niemal nowymi samochodami: a to wypożyczonym na minuty TrafiCarem (= Renault Clio), a to wypożyczonym we Włoszech Smartem, a to mniej lub bardziej rasowymi SUVami rodziny czy znajomych. Powiem więcej: oprócz tego, regularnie jeżdżę służbowo do Niemiec wynajętym samochodem, pokonując nim w tydzień około 2000 km i zwracając uwagę na przepaść pomiędzy nim a naszą Rolcią. To dla mnie okazja do sprawdzenia świeżego auta (żadne do tej pory nie miało więcej, niż pół roku) klasy średniej i porównania go z naszym 14-latkiem. Opel Insignia wydał mi się idealny na długie trasy, a mimo to nie przypadł mi do gustu; za to w Mazdzie 6 niemal się zakochałem 🙂 Co więcej, jak po tygodniu jeżdżenia czymś porządnym wsiadam do naszej Rolci to mnie pusty śmiech ogarnia 🙂 Poważnie: przez parę minut wszystko wydaje mi się nie na miejscu, za małe, ubogie, po prostu komiczne. Ale po kilku kilometrach przyzwyczajam się do tego i znowu jest normalnie, bezproblemowo i sprawnie. I za każdym razem mój wniosek po tygodniu używania auta wartego 100.000 zł jest taki sam: to fajne, bezpieczne, rodzinne auto, którego… na razie nie potrzebuję. Dopóki bowiem pokonuję rocznie mniej niż 10000 km naszą absolutnie bezawaryjną Toyotą (wartą 1/10 tego, co wypożyczyłem!), a do tego wsiadam do niej nie częściej niż 1-2 razy w tygodniu, to naprawdę ciężko znaleźć mi obiektywne argumenty za tym, żeby ją wymienić. A tym bardziej za tym, żeby wydać 100-120 tysięcy złotych na cztery koła i kawał blachy, niezależnie od naszych możliwości finansowych. To niewątpliwie efekt tego, że pracuję zdalnie (= auto nie jest mi potrzebne na co dzień i nie spędzam w nim dużo czasu), nauczyłem się ignorować opinie innych, a także: dość mocno wkręciłem się w sport i aktywność wszelaką, wybierając najczęściej rower jako podstawowy środek transportu. To jest niesamowicie proste: zwykle bowiem wydajemy pieniądze na rzeczy, które są dla nas ważne. Ja to bardzo popieram i staram się sam w ten sposób postępować. Dla mnie auto stoi bardzo nisko w hierarchii wartości, więc nie jestem skłonny za nie przepłacać. A nawet więcej: auto to dla mnie dzisiaj nic więcej, jak narzędzie, którego należy użyć, kiedy jest potrzebne. Dlatego też idea car sharingu zdecydowanie do mnie przemawia i jestem za tym, żeby nie kupować dostawczaka, jeśli będziemy wozić w nim powietrze, a przestrzeń ładunkową wykorzystamy 3 razy w roku.

Potrzebujesz auta dostawczego raz na jakiś czas? Wypożycz je!

Może kiedyś nadejdzie dzień, w którym jakiś znajomy będzie miał na sprzedaż auto z pewnym przebiegiem i bezwypadkową przeszłością, a przy okazji spełniające nasze wymagania. A do tej pory nadal co miesiąc będę dokładał do subkonta zatytułowanego „auto” i czekał, aż coś mnie zmusi/przekona do wymiany. Zanim to jednak nastąpi, będziemy podróżowali autem, które zdążyło mi się już 5 razy znudzić. Autem, które jest nudne jak flaki z olejem, mało praktyczne, a jednocześnie tak bezproblemowe, że często mam wrażenie, że go wcale nie mam, dopóki nie nadejdzie dzień, w którym chcemy z niego skorzystać – wtedy znowu okazuje się, że Rolcia czeka w gotowości i nie strojąc fochów za małe zainteresowanie jej osobą, jest gotowa na realizację naszych planów.

Na koniec zabawię się cytatem, każdemu chyba doskonale znanym: „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy”. Dzisiaj wiem, że wydawanie pieniędzy nie jest niczym złym, o ile pożytkujemy je na rzeczy, które są dla nas ważne. Czy jednak samochody naprawdę takie są? A może to reklamy i marketing sprawiają, że nasze serca mocniej biją na widok tych konstrukcji? Czy rzeczywiście naszym celem musi być coś, co zajedzie nas finansowo, potencjalnie na całe życie? Dlatego – nieco parafrazując cytat, napiszę: „kupujemy auta, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy„. Teraz przekaz ma większą moc rażenia i jestem niemal pewien, że jeśli będziesz go miał z tyłu głowy, to Twoja emerytura ma szansę rozpocząć się o kilka-kilkanaście (!!!) lat wcześniej, o ile tylko motoryzację potraktujesz w sposób użytkowy, a wygenerowane w ten sposób oszczędności zagonisz do pracy! A jeśli nie… jeśli auta sprawiają, że krew w Twoich żyłach płynie szybciej, a realizacja motoryzacyjnych marzeń nakręca Cię do efektywnej i wytężonej pracy, to nie ma w tym nic złego!

Z motoryzacyjnym pozdrowieniem,

Wolny 🙂

PS To chyba oczywiste, ale być może nie dla wszystkich: gdyby nie spisywanie wszystkich wydatków oraz prowadzenie budżetu domowego, nigdy nie byłbym w stanie stwierdzić, jakie koszty ponieśliśmy w ostatnich latach w kategorii motoryzacja czy transport. Dlatego jeszcze raz zachęcam do budżetowania, które dostarcza z czasem mnóstwa przydatnych (czasami bardziej, czasami mniej ;)) informacji. A Ty? Wiesz, ile wyniosły Twoje sumaryczne koszty użytkowania samochodu? Jeśli tak, podziel się nimi w komentarzu, to będzie ciekawa informacja dla nas wszystkich!

47 KOMENTARZE

  1. Fajny wpis. 🙂 Mam dość podobnie: stare autko (Seat Ibiza; własnie stuknęła jej 18-tka!), max 10k km rocznie. Tylko że moje ciągle się psuje 😉 Już 2 razy sciągała nas laweta, niedawno robiliśmy rozrząd i wszyskie pompy, do tego wymiana oleju.. i 2k pękło. Mam teczkę, do której składam wszystkie rachunki od mechanika. Jest dość gruba, jak na 5 lat. Tylko nigdy nie odważyłam sie podsumowac tych kosztów… 😉 Może wreszcie to zrobię. Koszty paliwa też mozna oszacować z liczby przejechanych kilometrów… lub z historii konta, bo w sumie zawsze płacę karta na stacji. Chyba mnie zmotywowałeś, by zrobić to podsumowanie. Tylko obawiam się, że za same remonty zapłaciłam już znacznie wiecej niż za samochod (wówczas 13letni za 9k ;)). Pozdrowienia!

      • Oj tak. Choć remont podsumowalam co do złotówki. Tylko tej jednej teczki tak się boję 😉 Paliwo sprawdziłam szybko z konta: 2800 rocznie. Ubezpieczenie, samo OC: 460 zł (serio, od 3 lat bez zmian). Myjnie to max 50 zł rocznie. Autostrady chyba 0, dodatki max 100 zł rocznie. Parking – jakieś grosze. Zostaje ten serwis… Strzelam że 3000 rocznie. Utrata wartości – po szybkim sprawdzeniu otomoto – aż zaskakująco niska: 2500 za te 5 lat. Czyli 500 rocznie. Podsumowując: 6910 rocznie. 69 gr za km. Hmm. Myślałam, ze znacznie więcej!

  2. Te wyliczenia są aktualne dla starego auta (np. śmieszna utrata wartości: 1900 zł / rok). Jeśli jednak chce się mieć spokój kupując nowe na 10-12 lat, to średnia utrata wartości za cały okres jest 3 razy wyższa. Nie każdy chce mieć kłopoty kupując złom, znalezienie auta w miarę młodego w dobrym stanie jest ruletką. Z kolei nowe auto przy małych przebiegach to kosztowna „skarbonka”. Więc nie ma rozwiązań idealnych.

    • Nie twierdzę, że są rozwiązania idealne. Jeśli chcesz/potrzebujesz niego auta, jego utrata wartości będzie olbrzymia. Ale kupując coś w przedziale 20-50 tysięcy, stracisz na wartości odpowiednio mniej. Czy takie auta to złom… nie mnie osądzać. Według Twoich kryteriów moje auto to też złom, który jednak zawsze dowodzi nas na miejsce. Pozdrawiam

      • Za 43 tys można mieć nowiutką Dacię Sandero LPG z klimą lub za 53 tys. Dastera LPG również z klimą , robię rocznie 50 tyś km , do emerytury zostało mi około 1,5 roku, zmiana pracy nie wchodzi w grę bo przyszła emerytura po zakończeniu tej pracy gwarantuje mi całkowitą wolność finansową. nie mam możliwości dojazdu innego niż samochodem. Nie mogę też pozwolić sobie na używanego strucla bo nie mogę nie jeździć do pracy i wiecznie go naprawiać, Dla mnie wybór to samochód budżetowy ale nowy.

        • Nie wiem, co wy z tymi szrotami, sztruclami i innymi złomami. Ja wiem, że motoryzacja to emocjonujący temat, ale to nie powód do takiego szufladowania mojej Rolci i jej podobnych aut 😉 zwłaszcza, że niektórzy z chęcią by odpowiednio zaklasyfikowali Dacie wszelakie 😁
          Pozdrawiam i życzę dużo satysfakcji z tej wypracowanej wolności finansowej.

  3. czyli około 20 PLN dziennie. Nieźle. Serio.
    Ostatnio u Samcika na blogu czytałem że dzienny koszt używania auta o wartości chyba 40k PLN przy rocznym przebiegu 10 tys km, to około 50 PLN. No ale Ty jechałeś mocno ekonomicznie z tego co czytam 🙂
    My wyprowadziliśmy się na więc więc po części sami przez siebie zostaliśmy zmuszeni do posiadania dwóch aut. Wydatki spisujemy od maja i z tego co na szybko rzuciłem okiem to 40 zł dziennie kosztuje nas utrzymanie dwóch aut NIE LICZĄC kosztu ich zakupu. Na prawdę kupa pieniędzy…
    A spisywanie wydatków i budżetowanie zdecydowanie polecam. Mocno otwiera oczy.

    Nawet piszemy z żoną swoją aplikację do spisywania wydatków, żeby zaoszczędzić na licencji do YNAB’a 😛

  4. Przez rok ostatni rok miałem 16-letnie Clio z dieslem. Auto dość mocno awaryjne i w efekcie koszt każdego kilometra wyszedł ok. 95 groszy (przejechaliśmy w tym czasie 12 tys. km). Na szczęście Towarzyszka Życia zmieniła pracę, auto przestało być potrzebne i poszło dalej 🙂

  5. Odnośnie miejsca postojowego a najlepiej garażu w hali garażowej to owszem nie jest to tanie ale niesamowicie ułatwia życie. Szczególnie jeśli jest blisko winda 🙂 Wtedy duże zakupy to nie problem, to samo pakowanie samochodu na jakiś wyjazd czy nawet dla samych dzieci to jest super wygoda. Nic nie pada na głowę, w zimie nie trzeba skrobać szyb i odśnieżać, z kolei w lecie od razu chłodek w samochodzie. To jest naprawdę super sprawa. Luksus od którego ciężko byłoby się odzwyczaić. A jeśli to jest garaż to już w ogóle bajka, jest miejsce na rowery i inne graty. Po prostu bajka.

    • Heh, pozwól, że się z Tobą nie zgodzę. Windą staram się nie jeździć i to samo wpajam moim dzieciakom (3 i 5 lat), które dzielnie drepczą ze mną na 4. piętro, przynajmniej jak nie mamy dużych zakupów. Mógłbym podać więcej przykładów tego, że ja nie lubię ułatwiać sobie życia. Wręcz przeciwnie, lubię iść pod górę, wtedy dojście na szczyt daje mi więcej satysfakcji.
      Ale zgadzam się, że miejsce w hali to luksus, do którego łatwo się przyzwyczaić. I od którego ciężko się odzwyczaić. Dlatego jak najbardziej opóźniam chwilę, kiedy sam odkryję te wszystkie zalety 😉

      • Co kto lubi, ja zamiast „walczyć” z zakupami i bagażami nosząc je 100m a później targać je po schodach wolę inne rodzaje ruchu 😉 Żeby nie było po schodach też chodzę, ale zdecydowanie wolę sobie ułatwiać życie niż je utrudniać. Ale jak mówię co kto lubi 😉

    • My mamy boks w hali garażowej od niedawna, koszt 250 zł miesięcznie, ale tak jak mówisz wygoda i komfort wart pieniędzy. Dopóki finansowo możemy sobie na to pozwolić to będziemy korzystać, w razie pogorszenia sytuacji finansowej po prostu zrezygnujemy. Natomiast, jeśli dodać koszt wynajmu garażu do wydatków poniesionych na samochód to suma robi się przerażająca – szybko, na oko licząc z 1500 zł na miesiąc, czyli jakąś zł za 1 km.

      • A to jeszcze nie uwzględnia utraty wartości, prawda? Dolicz ją, wtedy będzie naprawdę przerażająco. W skrócie: może się okazać, że jedna osoba w związku pracuje na samochód/samochody i wszystkie wydatki z nimi związane. O ile to akceptujesz – nie ma problemu, Twój wybór. Tylko jaki odsetek zmotoryzowanych w ogóle patrzy na to w takich kategoriach?

      • Decyzja była podjęta pod wpływem emocji, natomiast nie potrafię jednoznacznie określić czy to jest dobra decyzja. Jakbym miał możliwość kupić pewne, używane auto to pewnie bym się nie zastanawiał. Mając jednak złe doświadczenia z poprzednim samochodem i ciągłymi awariami zdecydowaliśmy się wziąć w kredycie nowe auto. Na pewno nie jest to optymalne finansowo, ale sprawny samochód jest nam bardzo potrzebny.

  6. U mnie koszt samochodu wynosi okrągłe 0zł od osiągnięcia pełnoletniości 😉 Nie czułem potrzeby wyrabiania prawa jazdy w liceum i póki co ciągle nie mogę się do tego przekonać – wszędzie docieram albo rowerem, albo komunikacją zbiorową, średnio raz na miesiąc zdarzy się taksówka/Uber. Rozważam zrobienie PJ za rok, może dwa, żeby mieć możliwość korzystania z opcji carsharingowych (tym bardziej że w ich regulaminach zawarty jest chyba wymóg posiadania PJ przez jakiś czas? może się mylę, bo nie zgłębiałem, a jeśli taki wymóg jest, to zabawne jest dla mnie założenie, że posiadanie PJ jest jednoznaczne z posiadaniem doświadczenia w jeździe… 😉 ), ale z drugiej strony jak wystartuje Mevo, to jakieś 90% sytuacji kiedy chciałbym skorzystać z pojazdu współdzielonego, będę mógł załatwić właśnie rowerem miejskim. Aczkolwiek, istotne jest tutaj, że dzieci nie mam i jeszcze przez dłuższy czas (albo i wcale) nie planuję. Jedyne sytuacje kiedy odczuwam brak samochodu nieco bardziej dotkliwie, to podczas planowania wyjazdów w rejony gdzie komunikacja zbiorowa niekoniecznie jest tak rozbudowana jak w Gdańsku, ale… do tej pory zawsze jakoś udawało mi się ten problem obejść i w sumie satysfakcja z tego była niemała 🙂 No i motoryzacja zupełnie mnie nie pociąga, więc na myśl o tym ile trzeba wiedzieć, żeby chociażby nie dać się naciągnąć mechanikowi, raczej ogarnia mnie zniechęcenie niż zapala się iskierka w oku. Tak że chyba mi bliżej niż dalej do odporności na ich magię a wszelkie dodatki podnoszące komfort traktuję na równi jak dodatkowe bajery w każdym innym narzędziu – może warte swojej ceny, ale poddane skwapliwej ocenie z góry.
    Jedna rzecz warta zaznaczenia w indywidualnych wyliczeniach/prognozach kosztów, to że w przeciwieństwie do komunikacji zbiorowej, za przejazd samochodem płacimy prawie tyle samo niezależnie od tego czy jedzie jedna osoba czy cztery (zakładam, że różnica w spalaniu i zużyciu jest względnie niewielka), co w połączeniu z wygodą może być silnym argumentem „za” przy większej liczbie dalszych rodzinnych wyjazdów.

    • Życie bez samochodu to istna trampolina do niezależności finansowej – to pewne! Jak jeszcze jesteś w stanie sensownie ogarnąć wszelkie dojazdy, motoryzacja Cię nie kręci i nie masz dzieci, to naprawdę nie widzę argumentu za kupnem auta, trzymaj tak dalej 🙂
      I fakt – nasze auto w co najmniej 50% wyjazdów (które odpowiadają za co najmniej 80% dystansu, który pokonujemy) jedziemy w czwórkę. Jak obserwuję samochody jeżdżące po mieście, to standardem jest raczej 1 osoba i masa pustej przestrzeni, która mknie ulicami 🙂

      • Zdecydowanie, dopóki nie jestem do tego „zmuszony” to zakupu nie planuję 😉 Głównie właśnie ze względów finansowych, ale też i ideologicznych – nie chcę się dokładać do korków i zanieczyszczenia kiedy nie mam solidnego powodu. Ilość wożących powietrze mnie boli – wiem, że czasem faktycznie trzeba, i nawet w opcji carpoolingowej przez jakiś czas siłą rzeczy kierowca jedzie sam, bo albo dopiero zbiera ludzi albo już ich wysadził, ale coś czuję że to znikomy odsetek przypadków 😉 A z dojazdami problemów brak – na razie między innymi dlatego wybieram centrum, po prostu to na razie wokół niego „kręci się” moje życie.
        Jeśli to nie zbyt osobiste pytanie (a wybiega nieco w przyszłość) – Ty możesz pracować zdalnie, przedszkole i pewnie szkoła podstawowa znajdą się gdzieś pod domem, ale… masz plan na czas kiedy dziewczyny będą w szkole średniej? Tutaj już wybieranie opcji wyłącznie przez kryterium dystansu zdecydowanie nie jest dobrą decyzją, a te lepsze raczej znajdują się w centrum. Pytam nie żeby wytykać dziury, ale kiedy się zastanawiam nad tym tematem nie widzę opcji, która pozwala mieszkać na obrzeżach miasta, dzieciom wybrać dobrą szkołę średnią jednocześnie nie skazując ich na codzienne długie dojazdy i nie wiem czy przegapiam jakąś opcję (wyprzedzając – „wyrzucenie” z domu na wynajmowane mieszkanie/pokój w tak młodym wieku w moim odczuciu w grę nie wchodzi 🙂 )

        • A dlaczego nie wchodzi?
          Ja po 8’mej klasie podstawówki poszedłem do technikum 40 km od domu rodzinnego. Mieszkałem w internacie i jakoś przeżyłem. Chwilami bywało ciężko, ale na pewno była to szkoła życia.
          Chociaż tak na prawdę nie wiem czy takie instytucje jak internat jeszcze istnieją, bo to było trochę lat temu. 🙂

          • Przede wszystkim z powodu przewidywanych osobistych preferencji – zakładam po prostu, że w sytuacji gdybym się na dzieci zdecydował, to raczej wolałbym żeby pozostały w domu rodzinnym dłużej niż 16 lat (oczywiście tego nie wiem – po upływie tak długiego czasu na pewno będę zupełnie inną osobą niż teraz, choć akurat pod tym względem nie sądzę żebym zmienił zdanie). Po drugie wydaje mi się też, że możliwości rozwoju są lepsze kiedy nie trzeba „walczyć o przetrwanie” czy użerać się z hałasującymi współlokatorami (jeżeli internaty jeszcze istnieją, to zakładam że warunki w nich panujące zbliżone są do akademików albo gorsze). Po trzecie to na co zwracasz uwagę – czy takie instytucje jeszcze istnieją, oraz nawet jeśli tak, to na ile są dostępne i sensownie zlokalizowane. Po czwarte i równie ważne co powyższe – oboje rodziców musiałoby do tego pomysłu być przekonanym 😉

        • Ja w liceum mieszkałam w wynajętym pokoju, żeby móc uczęszczać do bardzo dobrej szkoły z klasą o profilu „politechnicznym” (rozszerzona matematyka, fizyka, angielski i informatyka) w innym mieście. Mój obecny mąż miał tak samo, tylko jemu rodzice wynajęli stancję po pół roku dojazdów po 3h dziennie z wsi pod miastem. Oboje bardzo sobie chwalimy to rozwiązanie, bo po pierwsze – to było naprawdę dobre liceum. A po drugie, odległość od rodziców była wskazana w tym wieku. Jakbym miała ich pod ręką, to pewnie codziennie byłyby awantury, będące wyrażeniem nastoletniego dążenia do niezależności 😉 Na stancji mieszkałam z siostrą, która studiowała, a mąż z kolegą z tej samej wsi co on. Jak moje dzieci podrosną, to jak najbardziej biorę pod uwagę taką opcję.

  7. Wolny, świetny wpis 🙂 Ja jeszcze dodam, że wg mnie jest opcja pośrednia między nowym drogim z salonu a tanim starym z komisu 😉 Nie znam się na motoryzacji więc dla mnie ta opcja jest świetna- używane, pochodzące z polskich salonów samochody poleasingowe. Np. we Wrocławiu jest firma (nie wiem czy mogę napisać nazwę? czy to wbrew regulaminowi?mają stronę www i widać jaki duży jest asortyment), w Gdańsku pewnie też jest niejedna, która ma tysiące aut poleasingowych, wielu różnych marek. Kupiłam u nich auto na początku 2015 roku-było stosunkowo nowe (rocznik 2011), miało mały przebieg i dobrą cenę – która wynikała z udokumentowanej histori (opinia rzeczoznawcy wskazywała, że chyba zderzak był malowany, któreś nadkole też, na masce było małe wgłębienie -już nie pamiętam dokładnie). Wszystkie te auta mają dołączoną wycenę rzeczoznawcy, są tam informacje o pomiarach grubości lakieru itp, nierzadko są dołączone książki serwisowe z historią serwisowania. Oczywiście im więcej elementów karoserii auto miało wymienianych/malowanych, im ma więcej rysek, tym jest tańsze i są to naprawdę spore kwoty, które można zaoszczędzić-czasem i kilka tysięcy złotych. Aut tej marki i z tego rocznika było wtedy co najmniej kilka w ofercie i mogłam wybrać w zależności od przebiegu i ich stanu. W dodatku można sprawdzić to auto ze swoim mechanikiem bądź w warsztacie na parkingu. Ja jestem zadowolona z tego zakupu, dla mnie wygląd to sprawa drugorzędna a te wizualne mankamenty są prawie niewidoczne, jeżdżę bez problemu już prawie 4 lata i następne auto również wybiorę w podobny sposób 🙂

  8. Podzielam twoje zdanie, ale nie będę rozpływał się nad wpisem, bo sporo osób już to zrobiło 😉

    Nie zgodzę, albo raczej uzupełnię punkt o tańszych samochodach zza granicy. Nie wiem jak to wygląda w Niemczech ale na wyspach używane samochody są sporo tańsze od Polskich. Auto którym jeżdżę kupiłem za £1200 (inne z tego modelu 1000-1500), z ciekawości sprawdzałem w Polsce rozrzut 8-12 tysięcy. Z czego to się bierze? Wydaje mi się, że z tego że Brytyjczycy zmieniają jednak auta częściej (zarówno nowe jak i używane), częściej też kupują nowe z salonu, przez co popyt na używane jest mniejszy. gdy decydują się na sprzedaż chcą pozbyć się go szybciej, najlepiej w ciągu 2-4 tygodni. Mniejszy też rynek zbytu za granicą (kierownica z prawej strony). Wreszcie zejście z ceny kilkaset funtów/euro jest mniej dotkliwe gdy na używane auto zarabia się miesiąc a nie trzy. Możliwe, jednak, że rynek niemiecki wygląda trochę inaczej ze względu na wpływ eksportu na wschodnią Europę. Swoją droga ciekaw jestem jak wyglądają statystyki, np ile procent rynku wtórnego w poszczególnych państwach trafia na eksport.

  9. O jeny. ja to powinienem zrobić taki wypis kosztów. Utraty wartości to nie będę liczył bo nigdy nowego auta nie kupiłem, ale części, robocizna przy nich, koszt ubezpieczeń, przeglądów, o paliwie nie wspominając. A u mnie ta są dwa auta, więc wszystkie te koszty idą x2. Chyba faktycznie zrobię sobie z ciekawości takie zestawienie, bo sam jestem ciekaw le tego wyjdzie. Dokładny pewnie nie będzie, bo nie chce mi się od księgowej brać wszystkich faktur, ale przybliżony jestem w stanie z pamięci spisać, bo miesięcznie te kwoty są podobne.

  10. witam, to może ja i moje wyliczenia kosztów użytkowania samochodu, w sumie bardzo podobnego:)
    toyota corolla rocznik 2003, kupiona i użytkowana od 2008 do roku obecnego, czyli rozliczenie na 10 lat
    koszt zakupu 26900zł, obecna wartość ok. 8000zł, utrata wartości 19800zł
    przebieg na początku ok, 70tys, obecnie ok, 170tys.
    paliwo średnio na rok 4415zł
    serwis 501zł/rok średnio
    opony – kupno dwóch kompletów i wymiana 2xrok – 210zł/rok średnio
    autostrady, parkingi ok. 73zł/rok średnio
    ubezpieczenie 1187zł/rok średnio
    myjnia ok. 36zł/rok średnio
    inne ok 420zł/rok średnio
    68430zł suma wydatków przez 10 lat, czyli na rok średnio 6843zł, średnia cena kilometra ok. 0,69zł

    toyota corolla z początku wieku to naprawdę prosty, bezawaryjny i pewny samochód

    a teraz przesiedliśmy się na skodę, roczną, kupioną od salonu, już ktoś wyżej o takiej opcji pisał, tylko nasza nie jest poleasingowa, ale była użytkowana przez salon, miała ok. 13tys. km przejechane, a cena o 30% niższa, niż nowej. Zobaczymy, czy skoda jest tak bezawaryjna i pewna, jak toyota:)

    • Uwielbiam takie argumenty. A co powiesz na to, że samo jechanie na myjnię jest nieekologiczne? Nie mówiąc o użytkowaniu auta w ogólności czy jego wymianie (a więc nakręcanie produkcji nowych)? Wreszcie, co powiesz o całej chemii, której się używa na myjniach? Ekologia i auta nie idą w parze, po prostu. A mówienie o niej w kontekście samego mycia auta jest według mnie jest dla mnie dość zabawne 😉 zwłaszcza, jeśli używam do tego (szacuję) z 30 litrów zimnej wody, która – wraz z tym, czym ubrudzone było auto – spływa zaraz do studzienki.

      • Zgadam się, że używanie auta w ogóle jest nieekologiczne. Dla mnie jednak ten argument jest z gatunku „wszystko albo nic”. Owszem, chemia używana na myjniach to syf, ale trafia do kanalizacji, a stamtąd do oczyszczalni ścieków, a nie do wód gruntowych czy do rzeczki.
        Jeśli myjesz auto samą wodą, to argument o braku ekologii oczywiście odpada. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to nielegalne. Nie podejmuję się tu próby oceny zasadności tego przepisu, po prostu tak jest.
        Myślę jednak, że gdyby mycie auta we własnym zakresie było legalne, to znalazłoby się całe mnóstwo ludzi, którzy by to robili gdzie popadnie, używając do tego chemii podobnej do tej używanej na myjniach.

      • W myjni są specjalne osadniki, które oddzielają olej i chemię od wody, która trafia do kanalizacji sanitarnej z której ścieki są oczyszczane. Jak sam myjesz samochód, to cała chemia trafia do kanalizacji deszczowej, taka zasadnicza różnica. Ale Wolny wie lepiej.

    • Jeżdżę tam wypożyczonym autem (a nie swoim), bo taka jest polityka firmy, w której pracuję. Wybór mam pomiędzy samolotem a wypożyczeniem auta, swojego i tak bym nie użył. Pozdrawiam.

  11. Nie mam samochodu od 5 lat i żyję. Korzystam z komunikacji miejskiej i roweru. W sytuacjach kryzysowych z taksówek (rzadko, kilka razy w roku).

  12. 11 letnia Octavia 2 kupiona w 2011 roku przy przebiegu ok 240kkm. Zakładając, że w tej chwili jest jeszcze coś warta (10k pln), to każdy z przejechanych do tej pory 102kkm kosztował mnie 0,75pln. Wliczam w to wszystkie naprawy, ubezpieczenia, paliwo, przeglądy itp. Nie wliczałem myjni, parkingów i autostrad, ponieważ w moim przypadku są to wydatki bardzo nieregularne i małe w porównaniu z resztą. Jeżeli przyjąć wartość zerową (co nie jest takie dalekie od prawdy), to koszt przejechanego kilometra wyniesie 0,85pln. Też nie najgorzej. Z każdym przejechanym kilometrem jego koszt spada. Planujemy razem jeszcze trochę tych kilometrów przejechać.
    Nie to, żebym nie chciał zmienić na nowszy, fajniejszy, bardziej wypasiony. Ba, nawet już taki miałem! 4 lata młodszy Passat B7, z połową przebiegu Octavii, i nie miał chyba tylko podgrzewanych siedzeń 😉
    Użytkowałem go przez rok, przez który usiłowałem sprzedać Octawkę za jakieś rozsądne pieniądze, odzwierciedlające jej stan techniczny. Po pierwszej fascynacji, podobnie jak Wolny doszedłem do wniosku, że Octavia spełnia wszystkie stawiane jej wymagania i ciężko mi znaleźć rozsądne uzasadnienie posiadania nowszego samochodu. Skończyło się na tym, że nowszy samochód znalazł nowego właściciela, a stara dobra Octavia została. Nowszy samochód było łatwiej sprzedać bo miał rzeczywisty przebieg poniżej 150kkm. W przypadku Octavii nikt nie chciał samochodu z rzeczywistym przebiegiem 😉

    • Cześć, dzięki za komentarz i ciekawą historię. Sam nie potrafię przewidzieć, co bym w tej sytuacji zrobił i czy – już po przyzwyczajeniu się do lepszego – wróciłbym ot tak do poprzedniego auta. Pewnie to kwestia przejechania kilku kilometrów i podjęcia konkretnej decyzji, a mimo to jaka niepewność pozostaje.

      • cześć Wolny. Super blog, czytam regularnie ale jeszcze nie komentowałem. A temat samochodów lubię, więc się włączę. Zgadzam się z Twoim podejściem do samochodu. Myślę, że jakbym nie miał 2 małych dzieci, to nie potrzebowałbym auta w dużym mieście Mam podobną sytuację/dylemat, jak Kasia. Kupiłem w wakację za parę tyś starą Toyotę Camry 3 gen. z 95r., czyli taki trochę yountimer (dla niektórych złom). Włożyłem do niej gaz i żona śmiga tym po mieście i jeżdzimy też w dłuższe trasy. Zakup był kompletnie nieracjonalny, bo po pierwsze auto stare, a po drugie mamy już Audi A6 z 2007r. czyli w miarę współczesne auto.
        Camry kupiłem, bo bardzo lubię klimat japończykow z lat 90tych, ich jakość wykonania i klimat wnętrza, a że trafiłem na świetnie utrzymany egzemplarz praktycznie od I właściciela (import z USA) w super stanie to sobie kupiłem, tłumacząc sam sobie, że nie zbiednieję od kwoty zakupu niższej niż wakacje mojej 4-osobowej rodziny, czy mojego służbowego Iphone’a…A ile frajdy z jazdy starym japońskim kanapowcem z rozleniwiającym automatem i mocnym silnikiem V6.

        „Świeże” Audi stoi pod blokiem nieużywane i marnieje. Audi to super auto, ale starym po założeniu gazu jest dużo taniej, a poza tym jest klimat.
        2 aut nie potrzebuje (za dużo by to kosztowało) i nie wiem, czy nie sprzedam Audi, chociaż to nieracjonalne wymieniać współczesne 11-letnie Audi na 23-letniego starucha (tak nazywa go moja żona:)

        Jak żyć? 🙂 Zamiast pomyśleć wcześniej, to teraz człowiek ma takie dylematy. Z jednej strony szkoda sprzedawać, z drugiej bez sensu trzymać jak stoi. Chyba jedyny prawdziwie racjonalny argument (chyba nie do przebicia) za nowszym autem to wyższy poziom bezpieczeństwa.

        • Naprawdę ciekawy komentarz. I znowu: sam nie wiem, co bym w takiej sytuacji zrobił. Ale bardzo fajnie, że niektórzy doceniają nie tylko nowe, okropnie drogie auta, ale również takie ‚staruszki’, na które jest chyba coraz mniejszy popyt.

  13. Kurde, ty to masz farta, wiesz? 😉 Zazdroszczę.
    Po pierwsze, nie wiem czy dobrze zrozumiałam, ale Rolcię dostałeś w prezencie (?), więc nie wliczasz w wydatki ceny zakupu. Mi niestety nikt nie chciał sprezentować auta 😀
    Po drugie, i ważniejsze w sumie – masz szczęście, że auto nie zaczęło się sypać. Pozwolę sobie opowiedzieć moją motoryzacyjną historię.

    Moje pierwsze auto kupiłam za 3tys – było to seicento z instalacją gazową. W założeniach auto tanie w utrzymaniu, bo mało palące (a do tego gaz). Już kupując je wiedziałam, że pierwsza wizyta u mechanika będzie mnie pewnie trochę kosztować, bo promocyjna cena nie wzięła się z kosmosu. I faktycznie, zostawiłam u mechanika 2tys. Przez następne lata użytkowania zostawiałam po 2-3tys u mechanika regularnie co pół roku. W końcu po kolejnej awarii doszłam do wniosku, że nie stać mnie na aż tak tanie auto… i postanowiłam wymienić na coś wyższej klasy. Jednocześnie moja sytuacja finansowa w tym czasie się znacznie poprawiła – gdy kupowałam seicento miałam na to przeznaczone 5tys, na droższe auto po prostu nie było mnie stać, a kredytu brać nie chciałam.

    Drugie auto wybierałam już bardziej świadomie i z 10 tys. gotówki w ręku. Wybraliśmy z mężem Passata 1.9, opierając się na opiniach w internecie, że jest to auto niezawodne, mocny i bezawaryjny silnik, i tanie w naprawie, bo pełno tego na ulicach, więc nie problemów z częściami wymiennymi. Do tego trafił nam się niesamowity fart – wujek akurat miał na sprzedaż dokładnie ten model. Taki wujek, któremu można wierzyć i o którym wiedzieliśmy, że jeździ tym autem tylko do pracy i raz do roku na wakacje nad morze. Dbał o auto, nie miał wypadków, był drugim właścicielem. Dał nam promocyjną cenę (5 tys) i przy sprzedaży pokazał wszystkie drobne usterki, które uznaliśmy za pierdoły bez znaczenia – konkretnie czasem szyby nie reagowały na próbę otworzenia. Ta usterka z czasem ewoluowała, niestety sprawiając, że do auta nie mogliśmy się dostać xD (padł cały zamek elektryczny, a normalny zamek uszkodzili nam włamywacze – mechanik twierdził, że nie ma takich wkładek na wymianę). Do tego jakieś zarysowania, które mało nas obchodziły, bo auto ma jeździć, a nie wyglądać.

    No i co z tego, że auto było bezawaryjne u wujka, który mało jeździł? 😉 My jeździmy dużo (kwestia priorytetów – lubimy podróżować, szczególnie jeździć w góry, a mieszkamy w Trójmieście ;)). Przy naszym użytkowaniu – pierwszy rok był całkiem fajny, chwaliłam auto na każdym kroku. Drugi rok to już początek pomniejszych awarii. Trzeciego roku zaczęło się zostawianie u mechanika takich kwot, jak ty zostawiłeś przez 8 lat… Teraz mamy rok czwarty, przyszła zima i auto stoi pod domem nieużywane, bo akumulator rozładowuje się co 2-3 dni.

    Dlatego poważnie rozważam wzięcie auta w wynajem długoterminowy z gwarancją na naprawy… Miesięczny „abonament” za auto wyjdzie nas wtedy jakieś 600-900zł (zależy od modelu), ale będzie święty spokój i brak niespodziewanych wydatków po kilka tysięcy, gdy znowu padnie alternator/akumulator/tarcze do wymiany/rozrząd spadł/przewód hamulcowy przetarty ze starości/moduł komfortu zamókł/elektryka siadła i trzeba wymienić całą wiązkę kabli/szyba do wymiany, bo zamek elektryczny się zaciął i nie było jak dostać się do środka… I każda taka naprawa to oczywiście średnio tydzień u mechanika, bo nikt ci nie naprawi od ręki. Przed decyzją o sprzedaży auto już więcej dni w miesiącu było u mechanika niż u nas.

    I właśnie szczerze mówiąc, w ogóle nie kusi mnie nowe auto ze względu na bajery, wygląd czy prestiż. Nie chcę nowego auta, chcę tylko gwarancji, że jak coś padnie to mi to naprawią… Jakby mechanicy dawali takie abonamenty, to bym skorzystała 😉 Ale niestety, takie rzeczy tylko w wynajmie długoterminowym.

    • Weronika, ja Cie rozumiem 🙂 10 lat temu miałam nastoletnie Daewoo Tico ;))) A więc chyba „jeszcze gorzej” niż Seicento. Jak kwoty naprawy zaczeły być 4-cyfrowe, to się rozstaliśmy, sprzedałam go „na narządy” za 500 zł ;( Potem 5 lat bez auta, a potem Seat Ibiza, dziś już 16-letni. Co najmniej 2 razy w roku zostawiam u mechanika 4-cyfrową kwotę 🙁

      • Według mnie każde auto trzeba utrzymać, a 4-cyfrowe kwoty równie dobrze mogą iść w zwykłe wymiany eksploatacyjne w dużych modelach. A jeśli przydarzy się awaria, to tam zostawisz potencjalnie i 5-cyfrową kwotę. Staram się myśleć właśnie w ten sposób: nieważne, ile auto jest warte w stosunku do kosztów utrzymania, bo ich się nie uniknie prawie nigdy. Chociaż oczywiście, rozum odpowiada, że nie warto ładować 3 tysięcy w auto warte 3 tysiące. Tylko, czy rzeczywiście tak jest? Warto najpierw przeliczyć scenariusz alternatywny!

    • Jeśli chodzi o moją umowę z ojcem, to powiem tylko, że była z rodzaju barterowych, to nie tak, że za free dostaliśmy samochód.
      Co do Twojej sytuacji, to zastanów się, czy nie myślisz o najmie długoterminowym dlatego, że masz z po dziurki w nosie obecnej sytuacji. Z mojej wiedzy wynika, że takie rozwiązanie jest jednym z najdroższych na a rynku, a kupując nowe auto (zwykły leasing?) lub takie 2-3 letnie, również masz bardzo duże prawdopodobieństwo tego, że awarie nie będą Cię gnębiły. Zwłaszcza, jeśli wybierzesz coś względnie prostego w budowie. Decyzja oczywiście należy do Ciebie. Pozdrawiam.

      • „Co do Twojej sytuacji, to zastanów się, czy nie myślisz o najmie długoterminowym dlatego, że masz z po dziurki w nosie obecnej sytuacji.”

        Dokładnie tak jest 😉 Wydaje mi się, że stać mnie na ten luksus. W rocznym rozrachunku może wyjść nawet taniej, niż obecny graciorek…

    • To kwestia priorytetów, zapewniam że nie ma to wiele wspólnego z oszczędnością, a tym bardziej ze skąpstwem. Szkoda mi czasu na to, zbyt mało ważne jest to dla mnie. Kilka razy w roku samochód jest umyty (w środku i na zewnątrz) – czasami rzeczywiście jest zdecydowanie brudniejszy niż wszytkie naokoło, ale z reguły nie odstaje zbytnio. Jeździmy też na tyle mało, że „syfu” we wnętrzu raczej nie ma. Chociaż pedantycznego porządku również nie 😉 Dzisiaj natomiast mój rower był na myjni, po raz drugi w tym miesiącu. Użytkuję go regularnie, również poza sezonem. A czy Ty myjesz regularnie swój rower na myjni? Nie? Twój wybór, z szacunku nie napiszę Ci, że to skąpstwo, syf i malaria. Mam jednocześnie nadzieję, że spróbujesz spojrzeć na temat nieco inaczej niż do tej pory.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię