Gotujesz – szpanujesz!

Dzisiaj nieco rewolucyjnie: będę namawiał do podążania za modą! Będę zachęcał do chwalenia się, dołączenia do celebrytów i urządzenia wspólnie z przyjaciółmi wieczoru włoskiej pasty lub hinduskiej rozpusty!

Trochę mnie poniosło, ale nic dziwnego, skoro poruszam tak emocjonujący temat jakim jest jedzenie 🙂 Jakiś czas temu i do naszego kraju dotarła moda na gotowanie i eksperymenty kulinarne – i bardzo dobrze! Co prawda początkowo przybrała nieco krzywą formę popularyzacji jak najbardziej egzotycznych dań – wystarczy spojrzeć na wyrastające jak grzyby po deszczu bary sushi. Następnie powstały telewizyjne programy kulinarne, po których wypadało pojawić się w restauracji o której traktował program. I mimo, że sam patrzyłem się na te zmiany dość krytycznym okiem, to uważam, że ich skutek jest bardzo pozytywny. W końcu jedzenie nie jest tylko mechaniczną czynnością, a sposobem na wspólne spędzanie czasu, prawdziwą przyjemnością. I najważniejsze – w gąszczu kulinarno-sensacyjnych show były też perełki, jak chociażby programy Kasi Bosackiej („Wiem, co jem” – do obejrzenia choćby tu), które wyjaśniają bardzo wiele wątpliwości i burzą żywieniowe mity. Coraz więcej z nas zwraca uwagę nie tylko na cenę i ładne opakowanie od znanego producenta, ale również na skład produktów, i nazwy typu ” cytrynian triamonowy” nie są już kompletnie obce. Dzięki temu, producenci nie mogą już zupełnie bezkarnie faszerować nas rakotwórczymi substancjami, a my mamy choć trochę większy wpływ na to, co jemy.

cytryna1

Ostatnio przybiera na sile trend wspólnego gotowania – nic dziwnego, bo 64 % dwudziestolatków woli spędzić wieczór ze znajomymi w kuchni niż wyjść do klubu, a ponad połowa naszych rodaków twierdzi, że gotowanie sprawia im przyjemność. Jeśli dodamy do tego fakt, że ‚domówki’ już dawno stały się bardziej popularne niż wyjścia do klubów, ta kombinacja stworzyła bardzo ciekawe zjawisko, jakim są spotkania ze znajomymi w kuchni, w której każdy przygotowuje jakąś potrawę, a na koniec wszyscy przy jednym stole pałaszują przyrządzone dania. Daje nam to poczucie zwolnienia obrotów, oderwania od wszechobecnego pędu i całkowite odcięcie od pracy. Liczy się tylko tu i teraz: spotkanie z bliskimi osobami, które daje tą jakże potrzebną chwilę wytchnienia. Jeśli jeszcze użyjecie produktów sezonowych, jak najmniej przetworzonych i kupionych bezpośrednio na targu czy wręcz u rolnika, to jakość i smak przyrządzonych potraw ma szansę być tak wysoka, że w chwili ich spożywania zapomnielibyście o wszystkich problemach – choć na chwilę 🙂

Wcześniejsze „Po 10 godzinach w biurze mam jeszcze ślęczeć w kuchni? Nie mam na to ani sił, ani ochoty. Może skoczymy do jakiejś miłej knajpki?” zamieniło się w „Miałem dzisiaj strasznie ciężki dzień, może dla relaksu ugotowalibyśmy sobie coś pysznego?”. A przyczyniły się do tego właśnie programy telewizyjne, seriale i filmy, w których rola kuchni rośnie z roku na rok. Celebryci również dorzucili od siebie cegiełkę, udowadniając, że można ugotować coś nie tylko szybko i smacznie, ale też tanio – stąd też popularność rozmaitych gazetek sieci sklepów z pomysłami na zasadzie „zrób to sam”.

cooking_party_2

Do tej pory było sporo miodu – teraz czas na łyżkę dziegciu, dotyczącą mody na odwiedzanie restauracji, której nie do końca rozumiem. Fajnie od czasu do czasu odwiedzić jakąś knajpkę, uczcić coś czy spędzić miło czas ze znajomymi. Ale żeby to się stało standardem? Żeby obiad w domu był świętem, a restauracje / zamawianie posiłków codziennością? Wszystkiemu niestety sprzyja wszechobecny wyścig szczurów i coraz dłuższe godziny, które spędzamy poza domem. Tylko to nadal nie wyjaśnia, dlaczego jest to MODNE – bo jak może być, skoro:

drenuje nasze portfele. Tu chyba komentarz jest zbędny – wystarczy wybrać się z rodziną do jakiejś knajpki, a bez problemu można w niej zostawić równowartość kilkudniowych zarobków.

wpływa w niekorzystny sposób na naszą tuszę. No bo skąd się wziął zwyczaj podawania tak olbrzymich porcji jedzenia (co powiecie na średnią 1327 kalorii)? Chyba stąd, że jeśli już płacimy za posiłek tyle ile żądają restauratorzy, to chcemy się najeść na pół dnia. A może znowu chodzi o czas – skoro tracimy ponad godzinę na posiłek, to nie chcemy być znowu głodni po 3 godzinach.

– sprawia, że przyzwyczajamy nasz organizm do obcych substancji, których nie używamy w domu, a które krążą w naszym organizmie i na dobrą sprawę nie wiadomo, jak ich połączenie działa na nasze zdrowie (chociaż tego, że niekorzystnie, możemy być akurat pewni). Ostatnio, kiedy wyrwaliśmy się z żoną do restauracji, wręcz czułem w smaku potrawy „chemię” – coś, czego nie byłem w stanie zidentyfikować, a co przyprawiło mnie o konkretny ból brzucha – chyba tak to jest jeśli nie jest się przyzwyczajonym do tego typu jedzenia.

Nie bez znaczenia jest jeszcze jeden argument za gotowaniem w domu. Nie ma chyba lepszego sposobu na pokazywanie dobrych wzorców kulinarnych dzieciom i utrzymywania tradycji rodzinnych niż wspólne gotowanie i spożywanie posiłków.

children_cooking3

Mój sposób na to, żeby jedzenie było czymś więcej niż tylko mechaniczną czynnością zaspokajającą podstawowe potrzeby jest bardzo prosty: świeże, jak najmniej przetworzone, sezonowe składniki, przyrządzanie potraw samemu, dzielenie się nimi ze znajomymi, a wyjście do restauracji bardziej ‚od wielkiego dzwonu’ niż wtedy, kiedy lodówka świeci pustkami.

A może u Was wygląda to inaczej, i mimo wszystko będziecie bronili wspólnych spotkań ze znajomymi przy posiłku gdzieś na mieście? Jeśli natomiast uważacie, że na gotowanie szkoda czasu, a szybkie przekąski w pracy są waszym sposobem na burczący brzuch, to zapraszam do lektury: jak jemy w pracy.

11 komentarzy do “Gotujesz – szpanujesz!”

  1. Nika 29 maja 2013 at 6:55 am #

    U mnie w biurze czesto widuje sie osoby, ktore przynosza wlasne danie z domu i dokupuja na stolowce np surowke. Podgrzewaja swoje w kuchence (niestety) mikrofalowej i jedza swoje ale ze wszystkimi. Ja sama czesto tak robie, bo nie lubie stolowkowego jedzenia, a szczegolnie sosow i roznych puree. Wole ugotowac wiecej w domu, zamrozic i za pare dni zabrac taka porcje do pracy. W ten sposob nie gotuje specjalnie by zabrac do pracy. No, chyba ze to jakas salatka. Np dzis tak wlasnie robie…
    Sa oczywiscie i osoby, ktore jedza za biurkiem, ale tego absolutnie nie pochwalam, bo nawet jesli krotka, to przerwa jest wazna i z biura lepiej wyjsc.
    Gorzej jak ktos nie ma stolowki i nie ma nawet pokoju kuchennego w miejscu pracy…
    Wyjscie do restauracji (dobrej) powinno byc jakims swietem, sposobem celebrowania, a nie posilkiem na szybko „bo lodowka pusta”. Wtedy mozna sie cieszyc, delektowac i zapamietac. Ja robie jeszcze czesto zdjecia dan (to takie hobby, ktore zostalo mi z dawnego zycia zawodowego) i pozwala mi to na zapamietanie sposobu prezentacji, smaku…

    No to smacznego !

    • wolny
      wolny 29 maja 2013 at 7:04 am #

      Tam gdzie mieszkasz jest chyba nieco inna kultura jedzenia, prawda? Wydaje mi się, że w naszych kochanych korporacjach króluje zamawianie byle jakiego jedzenia na telefon i spożywanie go w biegu albo przy biurku – czy tylko ja odnoszę takue wrażenie?
      Dzięki za podzielenie się swoimi obserwacjami. pozdrawiam.

  2. Roman 29 maja 2013 at 7:13 am #

    Hmmm… gotuję w sumie „od zawsze” czyli tak mniej wiecej od 12-13 roku zycia… Tylko jakoś nigdy nie robiłem z tego „fizolofii” (literówka celowa). Raz, że uważam, ze to zachowanie po prostu racjonalne, dwa, że wspaniale odstresowuje, trzy, że to jedna z największych radości widzieć jak rodzinka ze smakiem „wcina” moje pomysły, a cztery, że wspólne przygotowanie posiłku to super czas na rozmowy z żoną lub pierworodną o „życiu”… Przyznaję wszelako, że żony z zasady do kuchni nie wpuszczam, no chyba, że jako „pomoc kuchenną”. W końcu kuchnia to nie miejsce dla kobiety 😉

    • wolny
      wolny 29 maja 2013 at 7:28 am #

      Oj uważaj, żeby nie dostało Ci się od czytelniczek 🙂 a co do robienia filozofii z gotowania – czy większości innych tematów, które poruszam, to jest trochę tak, że one wszystkie kiedyś były czymś normalnym. Niestety, później stało się coś, że ten świat stanął na głowie i te proste prawdy trzeba przypominać, a czasami wręcz podpinać pod modę i trendy, żeby było jako tako zjadliwe dla współczesnego odbiorcy. Na pytanie „co wczoraj jadłeś” w towarzystwie lepiej odpowiedzieć „byłem na cooking party” niż „ugotowałem pyszną pomidorową” 🙂

      • Roman 29 maja 2013 at 8:34 am #

        Bo żyjemy w cywilizacji PIP (picu i pozoru) 😀
        Ja nie piję do Ciebie tylko do wszelkiej maści „celebrechtów” z wielkim zdziwieniem „odkrywających”, ze samodzielne ugotowanie zupy pomidorowej moze byc fajniejszen iż wizyta w jakimś kolejnym nowym lokalu 🙂

        • wolny
          wolny 29 maja 2013 at 8:41 am #

          Mimo, że nie pijesz do mnie to sam mam czasem wrażenie, że prosty temat po prostu muszę nieco rozdmuchać i sprawić, żeby był nieco kontrowersyjny i obudowany otoczką światopoglądową, bo inaczej przemówi tylko do kilku czytelników już od dawna żyjących według proponowanych przeze mnie zasad.
          Ale w imię wyższego celu chyba mi to wybaczycie 🙂

  3. Charlotte 29 maja 2013 at 7:54 am #

    Marzą mi się wieczorki tematyczne, np włoski- znajomi ubrani we włoskim klimacie przynoszący ze sobą zrobione własnoręcznie dania. Coś zabawnego, szalonego i jednocześnie rozwijającego kulinarnie 🙂 Napewno prędzej czy później coś takiego zorganizuje, kiedy będą warunki. Praca w kuchni jest jak sport-jest męcząca,ale po wszystkim czuje się uczucie satysfakcji i spełnienia.

    • wolny
      wolny 29 maja 2013 at 8:43 am #

      Oj tak – niby taka niepozorna czynność, a czasami po dobrze wykonanej pracy aż nogi wchodzą w d… 🙂

  4. Mariusz 29 maja 2013 at 5:03 pm #

    Ja wspomniałbym o jeszcze jednym niekorzystnym wrażeniu po jedzeniu w restauracjach. Nie chodzimy często do nich często lecz zawsze zadajemy sobie z żoną pytanie: czy tą samą potrawę zrobilibyśmy lepiej sami w domu? W 90% przypadków odpowiadamy sobie, że tak. Więc po co chodzić do restauracji jak lepiej i taniej tą samą potrawę można zrobić w domu. Co do cen w restauracjach to największy narzut jest na napojach i alkoholach (wina są czasami 5x droższe niż w hurtowni). Staramy się więc ich nie zamawiać. Pijemy na maxa przed wyjściem i w restauracji nie zamawiamy napojów. Gotowanie w domu jest super.

    • wolny
      wolny 29 maja 2013 at 6:54 pm #

      Nie da się ukryć, że narzut na napoje w restauracjach jest olbrzymi i w tańszych knajpkach chyba głównie dzięki nim restauratorzy wychodzą na swoje. Wydaje mi się, że z drugiej strony (właściciela lub nawet kelnera) nie zamawianie napojów jest odbierane negatywnie, na zasadzie „nie stać ich na te dodatkowe parę złotych – po co tu w ogóle przyszli”. Mi się osobiście marzy standard francuski, gdzie – jak to pisała Nika w jednym z komentarzy – dostajesz dzban kranówy w gratisie i jest to coś absolutnie naturalnego. Spróbuj u nas zamówić kranówkę w restauracji… ja osobiście do tej pory nie byłem w stanie się przełamać i spróbować.

  5. pomagam.zzl.org 10 marca 2014 at 10:53 pm #

    „obejrzenia choćby tu” strona zwraca błąd, może lepiej podlinkować player.pl/programy-online/wiem-co-jem-odcinki,122/
    Smaku mi narobiła, a już nie pora na jedzenie…
    Jak ktoś mieszka sam, to przy gotowaniu więcej jest zmywania, niż to warte ;(

Dodaj komentarz