Ekologia = ekonomia!

Stali czytelnicy wielokrotnie czytali o mniej lub bardziej szalonych ekologicznych pomysłach, które od pewnego czasu powołujemy do życia z lepszym (niemal zawsze!) lub nieco gorszym (rzadko) skutkiem. Czytaliście już o naszym podejściu do wody, transportu i konsumpcji w ramach mojego uczestnictwa w „Tygodniu innym niż wszystkie„. Wiecie też, że wprost uwielbiamy dawanie przedmiotom drugiego życia, z reguły stosując podejście DIY. Nie marnujemy jedzenia, nie posiadamy abonamentu telewizyjnego, a nasz samochód przez większość czasu stoi zaparkowany i czeka na rzadkie okazje, kiedy się rzeczywiście może przydać. Wreszcie – powiedzieliśmy NIE pieluszkom jednorazowym czy nawilżanym chusteczkom dla dzieci.

Wszystkie te (i wiele innych) zasady, które stopniowo i zupełnie dobrowolnie wprowadzaliśmy w życie zostały ciepło przyjęte przez obrońców natury i zagorzałych ekologów. Wiele było pozytywnych komentarzy potwierdzających, że nasze działania są krokiem w stronę ograniczania generowanych przez nas odpadów czy śladu węglowego w ogólności. Bardzo się z tego cieszymy, ale czy nasze motywy rzeczywiście były tak górnolotne? Czy nadrzędną, przyświecającą nam myślą była coraz to większa troska o Ziemię i próba jej ratowania? Czy roniliśmy łzy wyrzucając kolejne trudno rozkładalne odpady do śmieci? Czy ogarniało nas przerażenie na myśl o substancjach uwalnianych do atmosfery za każdym razem, kiedy przekręcaliśmy kluczyk w stacyjce naszego samochodu?

samochod_spaliny

Rzeczywiście, wraz z wprowadzaniem kolejnych rozwiązań rosła nasza świadomość ekologiczna, a sami coraz bardziej dostrzegaliśmy pozytywny wpływ pozornie drobnych wyborów. Ale to tylko część prawdy i motywów, które nam przyświecały. Powiedziałbym nawet, że ta mniejsza! Nadrzędne cele były inne: przeważnie kierowała nami troska o nasze finanse, czasami dbałość o zdrowie, a najczęściej połączenie obu tych względów. W taki właśnie sposób radzę każdemu z Was podejść do kwestii ekologii, bo hasłem przewodnim wszelkich kampanii mających na celu zwiększenie świadomości ekologicznej Polaków powinno być:

ekologia = ekonomia!

Dopiero pokazanie na przykładach, jakie oszczędności (i korzyści zdrowotne!) kryją się za pozornie błahymi eko-zasadami, jest w stanie zmienić podejście rodaków do ekologii. Bardzo fajną inicjatywą była ostatnio kampania społeczna na rzecz oszczędzania energii (zachęcam do obejrzenia materiałów z linka), a ja pozwolę sobie na kilka przykładów z naszego podwórka.

Przyjęło się, że rozwiązania ekologiczne to te z najwyższej półki. Chcesz być eko = musisz dopłacić do lepszych materiałów i innych rozwiązań mających na celu optymalizację pełnionej przez przedmiot funkcji. Ja zaś twierdzę, że będziesz bardziej „eko”, jeśli kupisz używany, kilkuletni samochód, a nie najnowszy, elektryczno-spalinowy cud techniki; jeszcze lepiej, jeśli z tego kilku/kilkunastoletniego auta przesiądziesz się na rower! Pisałem już, że sam oszczędzam na tym 111 zł miesięcznie (w moim przypadku przez co najmniej 10 miesięcy w roku). Stosując podobne do moich zasady racjonalnego korzystania z auta, możesz oszczędzić jeszcze więcej!

Idźmy dalej: racjonalne korzystanie z wody to nie tylko perlatory czy całe systemy automatycznego podlewania ogródka kosztujące grube tysiące złotych i „zwracające się” po kilkudziesięciu latach. To również (a może przede wszystkim!) najzwyklejsza na świecie optymalizacja wykorzystania tego cennego zasobu, jakim jest woda. To oszczędne, chłodne prysznice; ponowne wykorzystanie „zużytej” wody  (chociażby na mycie owoców i warzyw, czy pozostałości z czajnika z poprzedniego dnia) do podlewania kwiatów czy spłukania toalety. Wreszcie – to picie wody z kranu! Oszczędności? Przy 3-osobowej rodzinie, w której każdy z domowników pije chociaż litr wody (ja sam piję przynajmniej 2-2,5 litra), rocznie wypijecie 3 litry x 365 dni w roku = ponad 1000 litrów wody. Możesz za nie zapłacić 10 złotych (licząc 1 grosz za 1 litr zimnej wody z kranu), lub ponad 660 złotych, płacąc złotówkę za każdą 1,5-litrową wodę w plastikowej butelce. W plastikowej butelce, którą bez większego namysłu wyrzucisz, generując kolejny prawie nierozkładalny odpad.

butelka_plastik

Używanie ekologicznych odmian produktów higieny dziecka (eko-chusteczki czy wielorazowe pieluchy) to kilka tysięcy złotych oszczędności na każdym dziecku! Tu też wcale nie trzeba kupować kilkukrotnie droższych, ekologicznych „pampersów” ani kosztujących kilkaset złotych zestawów chusteczek wielorazowych

Kupowanie używanych przedmiotów (a więc powstrzymanie się od generowania popytu na kolejne wysoko przetworzone dobra) – co najmniej kolejne kilkaset złotych rocznie. Nieco mniejsze oszczędności daje wyrób własnych środków czystości czy kosmetyków, a także dziesiątki innych drobiazgów, o których nie wspomniałem, a które wielu z czytelników na pewno doprowadziło do perfekcji!

Zauważ, że ekologia absolutnie nie jest równoznaczna z kupowaniem zaawansowanych technologicznie sprzętów, których „oszczędnością” możesz się pochwalić przed sąsiadem. Taka interpretacja to wręcz mylenie pojęć. Wiem, że chwalenie się tym, że obniżyłeś miesięczne zużycie wody o 1 m3 brzmi nieco dziwnie; co więcej, możesz zostać posądzony o zaniedbywanie higieny. Przecież o wiele lepiej pochwalić się nowym autem, które pali tylko 3,5 litra na 100km (lub ma dodatkowy, elektryczny silnik), prawda? Tylko że najczęściej to absolutnie nie ekologia, a kolejna runda w walce z sąsiadem o stan posiadania, której główną nagrodą jest zazdrość rywala…

A przecież w każdym z prostych, przedstawionych powyżej pomysłów oszczędności widać gołym okiem, a dodatkowo – pośrednio – dbasz o środowisko naturalne! Właśnie w związku z tym mam dla Ciebie wspaniałą wiadomość – nie musisz zamienić się w eko-maniaka i przed każdym podjętym wyborem konsumpcyjnym myśleć o drzewach, które zostaną przez to wycięte, lub tysiącach litrów wody pitnej, które zostaną zmarnowane. Nie musisz też wydawać majątku na „ekologiczne rozwiązania z najwyższej półki”. NIE! Wystarczy, że pomyślisz o sobie – o tym, co dobre dla Twojego portfela i zdrowia. A że dziwnym zbiegiem okoliczności Twoje samolubne wybory są zbieżne z decyzjami pozytywnie wpływającymi na ochronę środowiska naturalnego… cóż – możesz tylko czuć się dumny z Twojej nieprzeniknionej dalekowzroczności i świadomości ekologicznej 🙂

SHONSKI-Eko-Heroj-11

Ty też możesz być „eko-herojem” i brać udział w „bitce za planetu” 🙂

Proponuję Ci, żebyś nie patrzył na ekologię przez pryzmat wchodzących na kominy trujących fabryk radykałów; w ogóle nie myśl o tym w sposób zero-jedynkowy – absolutnie nie jest tak, że albo jesteś po jednej, albo po drugiej stronie barykady. I wcale nie musisz czegokolwiek deklarować, przyjmować kompletnego światopoglądu czy nawyków; ba – nie musisz nawet zaprzątać swojej głowy walką o planetę i lepsze jutro dla Ciebie i kolejnych pokoleń – te argumenty nie muszą Cię nawet przekonywać! Zamiast tego zadbaj o siebie – swoje zdrowie i swój portfel! Jeśli zrobisz to w sposób racjonalny i świadomy, nawet się nie spostrzeżesz, a jakimś dziwnym trafem zaczniesz podejmować pro-ekologiczne decyzje.

Sam absolutnie nie nazwałbym siebie ekologiem czy obrońcą natury. Owszem – boli mnie to, jak bardzo gatunek ludzki niszczy to, dzięki czemu istnieje i nie chciałbym się wstydzić przed moimi dziećmi za warunki środowiskowe czy choroby, na jakie je skazaliśmy. Ale jednocześnie jestem daleki od osłaniania własnym ciałem drzew mających trafić pod piłę w związku z budową nowej autostrady. Jeszcze bardziej abstrakcyjne są dla mnie rozważania o kupnie samochodu napędzanego dwoma silnikami, z których jeden jest tak zielony, że emituje jedynie świergot ptaków wydobywający się z rury wydechowej. Ja – najzwyczajniej na świecie – dokonuję optymalnych dla mnie wyborów, których celem jest dbanie o swoje zdrowie, finanse i równowagę psychiczną. A że zostawiając zaparkowany samochód oszczędzam nie tylko pieniądze i zdrowie (rower!), ale również planetę? Miły skutek uboczny! Tak samo jak te, związane z unikaniem wody w plastiku, siedzenia na kanapie przed telepudłem czy narażania mojego dziecka na kontakt z wszechobecną „chemią”. Dla mnie najważniejsze są widoczne, namacalne korzyści dla mnie i mojej rodziny. Radość planety jest jedynie dodatkową motywacją i przysłowiową wisienką na torcie. Gorąco zachęcam do takiego podejścia – zwłaszcza tych z Was, którzy są nieco sceptycznie nastawieni do inicjatyw pro-ekologicznych, a działaczy ruchów pokroju Greenpeace nazywają niegroźnymi pomyleńcami…

36 komentarzy do “Ekologia = ekonomia!”

  1. Sylwia 8 września 2013 at 9:02 am #

    Jesteś ekologiem – czy chcesz, czy nie – przy takim podejściu jesteś;) Po prostu nie jesteś wojującym ekologiem. Osobiście myślę, że takie ‚mrówcze’ inicjatywy są znacznie lepsze dla środowiska, niż przykuwanie się do drzew czy psiej budy (inna sprawa, że czasem, by wykształcić taką malutką inicjatywę jest potrzeba zwrócenia czyjegoś spojrzenia w odpowiednią stronę – np. przy pomocy wspomnianego przykuwania).

    Poza tym takie ekologiczno-ekonomiczne podejście do życia daje dużo frajdy (wiem z doświadczenia;p ) Cieszę się, że nie tylko mnie:)

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 9:13 am #

      Zgodzę się jedynie na łatkę „ekologa przy okazji” 🙂 Znacząca większość eko-wyborów, które dokonuję, jest podyktowana właśnie względami finansowymi i zdrowotnymi. I tak sobie myślę, że gdybym nie wystartował z tym blogiem, nie uczestniczył w „Tygodniu innym, niż wszystkie”, i nie poznał przez to kilku wartościowych blogów, to mógłbym nawet nie mieć większej świadomości, że moje wybory służą naturze.

  2. Grzegorz 8 września 2013 at 9:38 am #

    Nie zgodzę się do końca jeśli chodzi o wodę z kranu. Jej picie ma oczywiście sens jeśli do tej pory kupowaliśmy „kranówę” w butelkach- czyli niskozmineralizowane wody źródlane(zawierające poniżej 500 mg/l składników mineralnych) mają one taki sam skład jak woda z kranu- nie kupując ich oszczędzamy pieniądze i nie produkujemy plastiku, jednak jeśli pijemy wody wysokozmineralizowane mające ponad 1000 mg/l- uzupełniające minerały w organizmie- żadna woda z kranu nam ich niestety nie zastąpi.

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 10:34 am #

      Woda tego nie zastąpi, ale czy zdrowe, naturalne i sezonowe produkty żywnościowe tego nie zrobią? Żeby stwierdzić, że taka „lepsza” woda rzeczywiście wpływa w pozytywny sposób na organizm, należałoby powołać się na jakieś badania – jestem pewien, że ktoś się czegoś takiego już podjął. A jeśli istnieje pozytywny wpływ takiej wody, to powstaje kolejne pytanie – czy wydając kilka złotych dziennie (powiedzmy dwie 1,5-litrowe butelki wody wysokozmineralizowanej za 2 zł każda) nie lepiej wydać tych pieniędzy na 2 dodatkowe porcje owoców czy warzyw każdego dnia?
      To tylko takie moje gdybanie – niestety nie znam różnicy jakościowej między wodami sprzedawanymi w sklepach i nie wiem, jak to się przekłada na zdrowie.

      • Grzegorz 8 września 2013 at 10:46 am #

        Oczywiście dodatkowe porcje owoców i warzyw zamiast śmieciowego to krok w dobrym kierunku. A jeśli chcesz poczytać o wodzie i jej wpływ na zdrowie polecam portal http://www.wodadlazdrowia.pl tam w przystępny i rzetelny sposób piszą o wpływie wody na na organizm- oczywiście ja też nie jestem specjalistą od wody, ale czytam i wyciągam wnioski dla siebie- dzięki temu pije zarówno kranówę jak i wody wysokozmineralizowane nie kupując kranówek w butelkach czyli wód niskozmineralizowanych bo szkoda kasy i środowiska. Zdrowie najważniejsze.

  3. Daniel 8 września 2013 at 9:43 am #

    Super, tylko tego typu argumenty mogą (chociaż nie muszą) trafić do świadomości ludzi! Słysząc argumenty światopoglądowe większość osób się automatycznie buntuje, z obawy przed tym, że będą musieli sami z tego powodu coś utracić. Ty pokazujesz wybory ekologiczne nie w kategoriach strat lecz zysków – głównie finansowych i zdrowotnych. Myślę, że właśnie od tego należałoby zaczynać przekonywanie ludzi do zastanowienia się nad swoim codziennymi wyborami! Poczucie wyższego sensu tego co robią, tak jak piszesz przyjdzie samo później. Co do wody, to w moim przypadku akurat jej picie z kranu wiąże się z wyższymi kosztami. Chodzi o to, że zanim naleję wodę do szklanki, najpierw muszę parę litrów odpuścić, w innym przypadku nie jest tak zimna i świeża jakbym chciał. A przecież ma być nie tylko tanio, ale także smacznie 😉

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 10:42 am #

      Danielu – przemyśl jeszcze raz kwestię wody z kranu. Jeśli w Twoim przypadku woda jest smaczna, a jedynym problemem jest spuszczenie kilku litrów zanim woda spełni Twoje wymagania, to mam propozycję:
      1) policz. Każdy litr wody z kranu to w przybliżeniu 1 grosz. Natomiast butelka wody w plastiku to mniej więcej 0,7-2 zł. Także argument kosztowy odpada – musiałbyś wlać w rury dobre kilkadziesiąt litrów wody, żeby zapłacić więcej niż za wodę ze sklepu.
      2) Spuszczanie kilku litrów wody „w rury” rzeczywiście nie jest dobrym pomysłem. Wiem, że każdy ma nieco inną tolerancję na tego typu pomysły, ale czy zastanawiałeś się nad spuszczeniem tej wody do miski i użyciem jej na przykład do zagotowania wody w czajniku, podlania kwiatów, a może spłukania toalety?
      3) piszesz, że woda powinna być zimna i świeża. Butelkowa może i jest świeża, ale tylko przez kilka godzin, a zimna tylko, jeśli trzymasz ją w lodówce. Czy w takim przypadku nie lepiej – nawet 2-3 razy dziennie – zrobić coś takiego: spuszczasz te 3 litry do miski (później używasz jak w pkt. 2), następną „porcję” wlewasz do szklanki i pijesz, kolejne 1-1,5 litra wlewasz do dzbanka i wstawiasz go do lodówki? Przez kolejne kilka godzin masz sytuację analogiczną jak z wodą z butelki – wystarczy otworzyć lodówkę i nalać świeżą, zimną wodę z dzbanka do szklanki. Jak się skończy, powtarzasz procedurę.
      Co o tym sądzisz?

      • Daniel 8 września 2013 at 12:25 pm #

        Chyba źle się zrozumieliśmy 🙂 Pisząc, że woda ma być smaczna, miałem właśnie na myśli wodę z kranu, którą w moim odczucia taka właśnie jest! Warunek jest tylko taki, że zanim zacznę ją pić, muszę trochę najpierw odpuścić, wtedy znacznie lepiej mi smakuje 🙂 Z wody butelkowanej jakiś czas temu zrezygnowałem już całkowicie. Porównując więc koszty nie zestawiałem ze sobą wody butelkowanej z wodą z kranu, tylko zwróciłem uwagę, że wychodzi mnie to po prostu więcej niż 1 grosz za litr, chociaż i tak bardzo na tym oszczędzam! Do tej pory spuszczałem tę wodę do kranu, bo jakoś dla tych 2-3 litrów nie chciało mi się zatykać kurka 😀 Ale fakt, może warto się również do tego zmusić 🙂

        • wolny
          wolny 8 września 2013 at 12:31 pm #

          My zamiast zatykania kurka podkładamy czasem miskę pod kran. Tym sposobem mamy „łatwo przenaszalne” źródło wody, którą możemy użyć do naprawdę wielu rzeczy! Przy okazji: nie blokujesz sobie zlewu.

      • Daniel 8 września 2013 at 12:28 pm #

        Dziękuję za pomysł z wkładaniem wody do lodówki, to jest dobra myśl 🙂

        • wolny
          wolny 8 września 2013 at 12:33 pm #

          Sami tego nie robimy – raczej nie pijemy zimnej wody (chyba, że w upalne dni, ale wtedy korzystamy z kostkarki w lodówce, która używa również wody z kranu), ale przyszło mi to na myśl jak wspomniałeś, że sam taką lubisz. Wiesz jak to jest – czasami najprostsze pomysły przychodzą najtrudniej 🙂 Cieszę się, że mogłem pomóc.

  4. Charlotte 8 września 2013 at 11:54 am #

    Bardzo mnie ciekawi picie wody prosto z kranu, bo z tego co sie orentuje w wiekszosci miast jest twarda woda, u mnie po 2-3 gotowaniach w czajniku plywa kamien, wiec jakos mi sie nie usmiecha pic jej prosto z kranu.To NAPEWNO nie jest zdrowe. A gotowanie wody w środku nocy rowniez mnie nie bawi. Oczywiscie mozna caly baniak zagotowac i przeznaczyc na caly dzien, ale to generuje koszty za to gazu. Mozna kupic filtr,a;e chyba na Twoim blogu czytalam,że mnoza sie na nim bakterie i woda jest pozbawiona nawet dobrych skladnikow (jak cos przekrecilam popraw mnie) a filtrów za darmo nie rozdaja. Nie widze innej mozliwosci jak kupienie wody po ok1zl otwieram i mam w dzien ,w nocy , kiedy sie spiesze. Co polecasz mi w takim razie zrobic, czy ideę picia wody z kranu moge wlożyc miedzy bajki czy jest dla mnie jeszcze jakas nadzieja? 😛

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 5:56 pm #

      Ciężko mi się do tego odnieść. Do pewnego momentu byłem niemal przekonany, że tzw. twarda woda (a taką mamy też u siebie w kranie) jest szkodliwa tylko i wyłącznie dla urządzeń mechanicznych – w końcu twardość wody to nic innego jak pierwiastki, które są niezbędne organizmowi człowieka. Teraz taki pewny tego nie jestem (jeden z czytelników poddał to pod wątpliwość), chociaż można łatwo znaleźć (pseudo?) naukowe materiały, które potwierdzają nieszkodliwość (a wręcz pozytywne działanie) twardej wody, jak choćby ten: http://www.wodadlazdrowia.pl/pl/9074/0/AURA_Prawda_o_wodach.html

      Jeśli mimo wszystko będziesz sceptyczna wobec twardości wody z kranu, jestem przekonany, że przegotowanie baniaka wody jest znacznie tańsze, niż kupowanie wody butelkowanej – szczególnie, jeśli masz kuchenkę na gaz.

      • Marcin 8 września 2013 at 9:18 pm #

        Na labach z chemii analitycznej powiedziano nam, że granica zdatności do picia wody twardej to 20stopni w skali niemieckiej. Było to z pięć lat temu a pamiętam do dziś. Pani doktor dodała, że woda w Poznaniu pod względem twardości ogólnej jest na granicy zdatności do spożycia 18-19 st.
        Sprawdzając teraz info podział 20-30 to woda twarda, powyżej jest bardzo twarda.

        Informacje ze skryptu na laby:

        Dopuszczalna twardość wody do picia nie powinna przekraczać 500 mg/dm3 CaCO3 (5 mmol/dm3) (jony Ca są przeliczalne na jony Mg i jeśli dobrze kalkukuję to dla MgCO3 jest to 420mg/dm3)

        Jest to tzw. twardość przemijająca powodująca kamień kotłowy. Przegotowanie takiej wody znacznie ją uzdatnia. Twarda woda wysusza skórę i niszczy nerki.
        Poza tym chlor (Poznań) lub fluor (Wrocław). Beznadziejny smak i aromat. Choroby, metale ciężkie oraz duże stężenie metali w ogóle (instalacje z miedzi, niewiadome dodatki w rurach PEX)
        Nie optuję za kupowaniem wody w butelkach ani piciem tylko kranówy. Każdy ma swój rozum, tylko mówię to, czego dowiedziałem się na studiach.

        Woda ze studni u moich pradziadków oraz ta którą piłem w górskich ujęciach podczas wyprawy do Bośni to niedościgniony ideał. Dopiero wtedy zrozumiałem, że woda może mieć smak.

        Pozdrawiam wszystkich zadającyh pytania i szukającyh odpowiedzi!

  5. Monika 8 września 2013 at 12:45 pm #

    „nie posiadamy abonamentu telewizyjnego”

    Już niedługo. Właśnie rząd próbuje wymącić ustawę, zgodnie z którą pałcić będzie każdy, bez względu na to czy ogląda telewizję, czy nie. Ot taki nowy podatek.

    • Roman 8 września 2013 at 12:58 pm #

      Płacić prawdopodobnie bedzie sie za „dostęp do sygnału”, ale i na to jest sposób. Onegdaj sposób ten testowaliśmy z bratem. Włożony do gniazdka taki mały „pstryczek-elektryczek” sprawił, że jakby nie kombinować „dostępu do sygnału” w całym domu nie było 🙂

      • wolny
        wolny 8 września 2013 at 1:16 pm #

        To zależy, jak będzie brzmieć ustawa. Jakiś czas temu orientowałem się, jak to zostało rozwiązane w Szwajcarii, i – z tego, co pamiętam – tam kluczem jest MOŻLIWOŚĆ odbierania treści radiowo-telewizyjnych. A więc nie chodzi tylko o telewizor z podłączonym sygnałem, czy nawet radio, ale posiadanie dostępu do Internetu (za pomocą którego również można odbierać treści chronione ustawą), czy chociażby radia w samochodzie (!) obliguje do opłacania abonamentu. W praktyce płacą praktycznie wszyscy.

        • Monika 8 września 2013 at 5:01 pm #

          Straszą, że ma brzmieć tak jak w Niemczech, czyli każde gospodarstwo domowe płaci za to, że państwo daje mu prawo do odbierania sygnału telewizyjnego. Nie ważne czy ma się telewizor, gniazdko, czy chce się telewizję oglądać – ma się prawo do tego, żeby to robić.

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 1:01 pm #

      Rozwiązanie analogiczne do tego funkcjonującego chociażby w Szwajcarii. Niestety, jest tak jak mówisz – kolejny podatek. Ale pisząc o abonamencie telewizyjnym nie miałem na myśli abonamentu telewizyjno-radiowego, który powinien być opłacany przez każdego posiadacza odbiornika sygnału, ale o dodatkowej opłacie, którą zdecydowana większość z nas jest obarczony w związku z podpisaną umową z lokalnym dostarczycielem „kablówki”, sygnału satelitarnego i innych kombinacji, które dostarczają setek kanałów telewizyjnych.

  6. Roman 8 września 2013 at 1:00 pm #

    Hmmm… bycie ekologiem tak „przy okazji” jak najbardziej mi odpowiada. Bycie ekologiem jako cel w życiu? Brrrr… jakoś mnie odstręcza…

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 1:17 pm #

      I dobrze – bo w tym przypadku ważniejszy jest skutek, a nie pobudki, prawda?

  7. D. 8 września 2013 at 8:49 pm #

    Ekologia przy okazji – to bardzo dobry pomysł. Często rozwiązania ekologiczne wiążą się ze zużyciem mniejszych zasobów/ mniejszą emisją odpadów – a co za tym idzie – są dużo bardziej opłacalne.
    Ostatnio widzę że mroczna wizja przyszłości Ziemi – zanieczyszczonej i niezdatnej do życia jest coraz mniej realna. W społeczeństwach bardziej zanieczyszczających środowisko kształtuje się większa świadomość ekologiczna, starająca się zrównoważyć obecny trend, poza tym bardzo spada w nich przyrost naturalny, a mniej ludzi to mniej zanieczyszczeń (przede wszystkim chodzi o „dobra konsumpcyjne”). Sęk w tym ze społeczeństwa te mają teraz inne, dużo poważniejsze od ekologii zmartwienia.

    • wolny
      wolny 8 września 2013 at 9:09 pm #

      Czy taka wizja jest coraz mniej realna… nie wiem, ale osobiście nie chciałbym przepraszać swoich dzieci i wnuków za to, co dla nich pozostawiliśmy. I to jest chyba właśnie część tego, o czym piszesz: coraz większa świadomość ekologiczna. Ale nadal „przy okazji”, bez radykalizmu i przechodzenia na żywienie energią słońca 🙂

  8. Aniya 9 września 2013 at 9:18 am #

    Powracający temat picia wody z kranu: Marcin powyżej pisze, że w kranach płynie woda ledwo, ledwo zdatna do picia, niedawno czytałam o pewnych badaniach naukowych prowadzonych w Polsce na ten temat. Wnioski z badań były następujące: mamy w kranach bardzo dobrą wodę zdatną do picia. Ktoś również pisze, że wysokozmineralizowana woda potrzebna jest do prawidłowego funkcjonowania organizmu, a ja znów o tym czytając gdzie indziej dowiedziałam się, że aby zaspokoić potrzeby organizmu w tej kwestii należałoby pić 65 litrów dziennie. Ile jest w tym faktów, ile mitów, a ile działań firm sprzedających wodę, nie wiem. Sama zaczęłam pić wodę z kranu (wrocław) ma bardzo dobry smak 🙂 ale na początku robiłam to ze strachem, dopóki nie porównałam z wodą z górskiego źródła i nie umiałam ich odróżnić

    • wolny
      wolny 9 września 2013 at 8:24 pm #

      Każdy z nas – laików – jest w podobnej sytuacji. Na dobrą sprawę nie do końca wiadomo, co jest faktem, a co marketingową bajeczką.
      Sami kilkukrotnie zrobiliśmy test porównawczy na wodzie z butelki (przyznaję – takiej „zwykłej”, nie wysokozmineralizowanej) i różnicy absolutnie nie było czuć. Tak przynajmniej jest w Gdańsku, zobaczymy, jak będzie w Bydgoszczy… mamy nadzieję, że podobnie – podczas naszej ostatniej (i jedynej) wizyty natknęliśmy się na promocję picia wody miejskiej – i jeśli to, co nalali nam z „beczkowozu” rzeczywiście płynie w rurach, to nie ma się czego obawiać!

    • Marcin 9 września 2013 at 10:01 pm #

      Wysokozmineralizowana tak, pozostaje pytanie – które minerały? Sód, potas, wapń, cynk? Kilka lat temu była promowana woda o wysokiej zawartości sodu – chyba z grupy Danone. Po co? Skoro sodu jest we wszystkim pod dostatkiem a częstsze niedobory dotyczą potasu. Podobnie z 2 litrami wody dziennie. Wystarczy jeść owoce ((dostarczamy minerały i witaminy, wodę oraz dużą dawkę energii (uwaga na wysoką ilość cukru)).

      Trochę się tutaj wymądrzam ale chodzi mi o to, żeby samemu główkować i mieć swoje sprawdzone metody. To daje chyba więcej satysfakcji niż naśladowanie cudzych rozwiązań, które są przecież skrojone na miarę innej osoby.

      Producent wody zleci badania i wyjdzie, że ta miejska się nie nadaje. Producent filtrów zleci badania i wyjdzie, że się nadaje ale lepiej filtorwać. MPGK zleci i wyjdzie, że jest w ogóle bomba bo nowe rury, oczysczalnia itp itd.

      Za dobre rozwiązanie uważam takie dzbanki z filtrami do wody. Używałem takich w Lublinie i zdawały egzamin. Tam po zaparzeniu herbaty robił się na niej gruby korzuch.

      A najlepsza to coca-cola. Woda odfiltrowana, natleniona, gazowana i do tego nic w niej nie wyrośnie trującego 😀 {się rozpisałem}

  9. Marian 9 września 2013 at 11:57 am #

    Ja poszedłem za ciosem i zdecydowałem się zaprzestać używania papieru toaletowego na rzecz wielorazowych ściereczek! Zdecydowałem się na to głównie dla oszczędności jak i dla ekologii. Matematyka w tym przypadku pokazuje korzyści dla portfela. Rolka papieru kosztuje mnie 50 groszy i wsytarczy mi na 50 użyć. Zakładając jedno użycie dziennie (1 grosz) to daje aż 3, 65 zł oszczędności rocznie! Jeśli zainwestuje to na 7% to korzyści są rzędu 3, 90 zł rocznie! Narazie jestem jak najbardzej zadowolony a i świadomość, że w portfelu zostaje więcej działa na mnie dobrze.

    • jarek 9 września 2013 at 4:17 pm #

      Dobre, ze smiechu oplulem monitor.

    • wolny
      wolny 9 września 2013 at 8:20 pm #

      Marianie,
      Serdeczne dzięki za podzielenie się tą nowatorską metodą, dzięki której jeszcze szybciej osiągnę niezależność finansową. Jak myślisz – czy dałbyś radę znaleźć nieco lepiej oprocentowane instrumenty finansowe, dzięki którym można by jeszcze nieco wyśrubować te oszałamiające kwoty?
      Pozdrawiam sceptyków i życzę tyle samo pomysłowości w realizacji rzeczywistych projektów, co tych wyimaginowanych 🙂

    • Violianka 11 września 2013 at 8:15 pm #

      Kiedy podróżuje się po krajach arabskich (choć zapewne nie trzeba aż tak daleko zajechać) można zaobserwować, że tam, przy toaletach nie ma papieru toaletowego, a takie małe wężyki z wodą, do obmywania się „po”. Mnie bardzo odpowiadała by taka zmiana w mojej toalecie. No i oczywiście wtedy taka szmatka jak znalazł!

      • wolny
        wolny 12 września 2013 at 6:16 am #

        To samo w krajach azjatyckich, które odwiedziliśmy – i to jest super! Najpierw człowiek jest pełen obaw i myśli o tym jako o czymś gorszym, mniej higienicznym, a później… stwierdza, że jest wręcz odwrotnie! I że to my, z tym papierem toaletowym jesteśmy mało higieniczni, nie mówiąc już o szanowaniu własnych czterech liter, które co chwilę trzemy celulozą 🙂
        I tak z prześmiewczego komentarza zrobiła się merytoryczna, ciekawa dyskusja – dziękuję za to Violianka!

  10. Janek 11 września 2013 at 9:47 pm #

    Dobrze że w tych czasach, jeszcze komuś jest do śmiechu i w dobie kryzysu umie się uśmiechnąć.

  11. pomagam.zzl.org 2 marca 2014 at 3:22 pm #

    Ekonomia + ekologia = ekonologia 😛 i eartship-y się w to doskonale wpisują.
    Na temat Greenpeace może się kiedyś szerzej wypowiem i zapodam tu linka.

  12. Michał 7 sierpnia 2014 at 2:12 pm #

    Jeśli chodzi o Wasze ekologiczne podejście, to część pomysłów jest naprawdę fajna i sam staram się do nich stosować — nie jakoś specjalnie, ale same dają do myślenia. I tak człowiek już nie puszcza na darmo tej wody, a kran zawsze jest ustawiony w pozycji ‚zimna max’… 🙂

  13. emma 24 września 2014 at 8:56 am #

    ja nie mam dziecka, ale jakiś czas temu przekonałam się do czegoś jeszcze bardziej kontrowersyjnie brzmiącego niż pieluchy… Wielorazowych produktów na „kobiece sprawy”. Efekt uboczny – nie ma „zabrakło”! Co miesiąc potrzebne akcesoria znajdują się czyste i gotowe do użycia w szafce w łazience 😀

  14. Dwarve 1 czerwca 2016 at 10:55 am #

    Mam wrażenie, że przekonanie o tym, że aby żyć eko potrzeba więcej pieniędzy dotyczy przede wszystkim żywności. I w tym zakresie trochę trudno odmówić racji, że najtańsza żywność, po cenach dumpingowych, pochodzi od największych wytwórców, ze sklepów wielkopowierzchniowych, gdzie niekoniecznie można kontrolować warunki wytwarzania. A wpływ na środowisko jest tym większy, im większymi środkami dysponują Ci producenci.

Dodaj komentarz