Dokąd zmierzasz?

Czytając ostatni wpis kolegi Konrada natrafiłem na genialny cytat, który już kiedyś obił mi się o uszy, ale tym razem uderzył mnie po stokroć mocniej:

nigel_marsh

W  wolnym tłumaczeniu brzmi to mniej więcej tak:

Tysiące ludzi w naszym społeczeństwie wiedzie życie w niemej rozpaczy, spędzając długie, męczące godziny w pracy, której nie znoszą, by móc kupić rzeczy, których nie potrzebują, żeby zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubią.

Na wszelkich prezentacjach, na których występuje ten cytat zaraz po nim następuje salwa śmiechu. Prawdopodobnie sami czytając go uśmiechnęliście się i pomyśleliście, że to dość zabawne. Ja zareagowałem inaczej. Dla mnie ten cytat jest niewymownie smutny. To kwintesencja obecnie panującego niepodzielnie stylu życia: smutnego, pozbawionego sensu i celu. Pozbawionego ludzi, pełnego natomiast przedmiotów. Bez szczęścia, które mają zastąpić dające chwilową radość (i wyrywające dziurę w budżecie) zakupy. Życia, które pędzi w niesamowitym tempie, sprawiając, że nie dostrzegamy większości mijanych ludzi i – dostosowując się do tego pędu – brniemy do przodu nie oglądając się na boki. Z wyrachowaniem, z pełną świadomością tego, że „albo ja ich, albo oni mnie”, bez względu na konsekwencje. Nie zważając na moralność.

rat-race-pyramid

Czy naprawdę o to chodzi? Czy ta postawiona pod naszymi nogami bieżnia, której ktoś za nas nadaje ciągle większe tempo i nie pozwala zmienić kierunku, cokolwiek nam daje? A może tylko wysysa z nas wszelkie siły witalne, emocje i radość z dnia codziennego? Pomyśl sam: czy masz świadomość własnej drogi, którą kroczysz? Obrałeś ją sam, a może ‚jakoś tak wyszło’, a teraz zabrnąłeś już za bardzo, żeby się cofnąć? Może wstydzisz się swoich wątpliwości i nie dzielisz się z nimi nawet z własną drugą połówką? Bo dom, bo dzieci, bo kariera i wakacje w tropikach. Bo tak nie wypada, bo co sąsiedzi powiedzą.

Nie daj się złapać w powszechny, lecz sztuczny schemat mówiący, że im więcej zarabiasz, tym więcej powinieneś (ba – musisz!) wydać. To ślepa uliczka, na końcu której są wysokie zarobki i jeszcze wyższe ‚potrzeby’. Czy nie po to zarabiasz więcej, żeby kupić swój czas; swoją wolność? Nie daj się wkręcić w spiralę kupowania szczęścia na minuty. Nowy TV: 5.000 zł za pierwsze 5 godzin zachwytu. Nowy smartfon: 3 godziny radości zanim nie przywykniesz. Nowy samochód: nieco nobilitującego zapachu nowego auta i zazdrość sąsiadów, wszystko okupione 1-2 letnimi zarobkami.  Nie kupuj chwilowej radości kredytem – jego spłata nie jest tego warta! Nie praktykuj podejścia „należy mi się” – inaczej wpadniesz w błędne koło wynagradzania sobie znienawidzonej pracy przez przedmioty, za które musisz zapłacić jeszcze cięższą i dłuższą harówką.

life_on_credit

Wszyscy jesteśmy w pewien sposób zniewoleni – najczęściej przez pracę, kredyty, czasami przez dokonane w życiu wybory czy wręcz zrządzenie losu. Ale to nie powód, żeby położyć uszy po sobie i dać uśpić wszelkie swoje plany i marzenia! Tak jest – nie namawiam Cię wcale do rzucenia etatu, sprzedania wszystkiego co masz i przemierzenia na rowerze całej kuli ziemskiej (ehhh – jakże piękna wizja! :) )! Zamiast tego, chciałbym Cię skłonić do marzenia i planowania realizacji swoich marzeń! Tylko zamiast dotychczasowego „chciałbym mieć”, zmień swój tor myślenia na „chciałbym być”! Daj sobie czas – niełatwo tak od razu zmienić sposób myślenia, który praktykujesz od zawsze. Wyłącz wszelkie ‚rozpraszacze’, zaparz sobie herbatę i w spokoju pomyśl, czego tak naprawdę pragniesz. Być może pierwsze myśli nie będą dobrze sprecyzowane, być może nie pojawią się przy pierwszej herbacie, ale jestem pewien, że po jakimś czasie zrodzi się coś takiego, jak „chciałbym być w lepszych relacjach z moją żoną”, „chciałbym być lepszym ojcem”, „chciałbym być spokojniejszy i wolny od codziennych stresów”. A następnym zamiast podłączenia do sieci i przeglądania specyfikacji nowych modeli smartfonów czy telewizorów, zamiast zachwytu nad pięknem linii zapowiadanych przez producentów aut, zacznij pracować nad spełnieniem wcześniej zdefiniowanych celów.

Nie gnaj, nie staraj się zaimponować ludziom, których nienawidzisz. Daj sobie chwilę, przystań i podziel się z innymi: czego pragniesz?

Czy już pisałem, że zapisując się na newsletter będziesz zawsze na bieżąco z kolejnymi wpisami? :)

41 komentarzy do “Dokąd zmierzasz?”

  1. Roman 18 lipca 2013 at 8:59 am #

    Nie wiem czy warto stawiać „być” w opozycji do „mieć”. Żeby „być”, musimy przecież „mieć”, a żeby „mieć”, musimy przecież „być”. I wystarczy tylko uważać by znaleźć w tym środek, swój własny środek… „Wystarczy”… ha, wcale to nie jest łatwe…

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 9:13 am #

      Owszem – trzeba mieć, ale według mnie nie warto o tym marzyć czy stawiać sobie tego za cel. Pisałem kiedyś o tym, czego potrzebujemy do szczęścia. Wszystko powyżej jest opcjonalne i – w mojej opinii – nie warte specjalnych starań. Część z tego i tak przyjdzie do nas – ale w sposób naturalny, nie będący wynikiem jakichś planów czy zaciągania kredytów. Czy nie jest tak, że dając innym, zyskujesz jeszcze więcej, niż otrzymałeś, a człowiek, który – nie gnając za ‚mieć’ – ma w sobie spokój ducha i jakąś taką pewność, którą widać na zewnątrz? Widzą ją też pracodawcy i w efekcie ‚mieć’ przychodzi jako przyjemny skutek uboczny :) Czy ‚popłynąłem’ za daleko? :)

    • Daniel 18 lipca 2013 at 9:16 am #

      Tutaj nie chodzi o stawianie niczego w opozycji, ale raczej o nasze ogólne nastawienie do życia, to co Erich Fromm nazywał orientacją charakterologiczną, modusem posiadania lub bycia. To oczywiste, że musimy coś mieć (chociaż konieczne minimum), żeby móc być :) . Ten sam autor pisał jednak również, że dzisiaj człowiek nie do końca chce mieć w sensie posiadać coś trwale na własność. Raczej nie przywiązuje się stale do określonego przedmiotu, a ciągle zamienia je na nowe, droższe, lepsze. Kto wie, może stąd bierze się dzisiaj tak mała trwałość związków i ciągłe rozwody…

      • Daniel 18 lipca 2013 at 9:33 am #

        *Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to nie jedyna przyczyna rozwodów :)

      • Roman 18 lipca 2013 at 9:34 am #

        Przecież napisałem o własnym środku pomiędzy „być i mieć”. Każdy musi (a przynajmniej powinien) wyznaczyć go samemu.

  2. Daniel 18 lipca 2013 at 9:11 am #

    Otóż to – niech być będzie naprawdę ważniejsze niż mieć :). Cytat naprawdę mocny, w pierwszej chwili wydaje się śmieszny, ale tak jak piszesz – raczej warto podejść do niego ze smutkiem…

    Wydaje mi się, że poniższa piosenka do wiersza Ernesta Brylla świetnie ilustruje ostatnie dwa wpisy na blogu :)

    http://www.youtube.com/watch?v=9L9wv4-dDH4

    • Roman 18 lipca 2013 at 9:36 am #

      Nie uważam, że marzenie o „być” jest ważniejsze od marzenia o „mieć”. Wszystko zależy od sytuacji… Nie ma prostych dróg i jasnych odpowiedzi w tej kwestii :)

  3. Nika 18 lipca 2013 at 9:38 am #

    Jako, ze tego typu przemyślenia mam od dawna za soba, twoj wpis potwierdza jak najbardziej wnioski, do jakich doszlam. Wymieniony przez ciebie cytat spotkałam juz kilkakrotnie, ale za kazdym razem myslalam z ulga : jak dobrze, ze to nie ja. Jakos trudno mi wyobrazic sobie, ze ktos może zareagowac na niego salwa smiechu. Moze jednak efekt tlumu i pewne odkrycie wlasnej żenującej sytuacji prowokuje wlasnie taka reakcje? Tyle, ze zaraz potem przyjdzie chwila zastanowienia. Jedni skorzystaja z tej chwili, a inni jak strusie schowaja glowe w piasek udajac, ze to ich nie dotyczy :)
    Pozdrawiam Nika

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 11:52 am #

      Salwa śmiechu wynika pewnie z ‚efektu tłumu’, ale także z pierwszej myśli polegającej na wparciu – „bo przecież to cytat o kimś innym”. Do chwili refleksji potrzebna jest chwila zastanowienia nad sensem życia… a na to najczęściej nie ma czasu w pogoni za kolejnymi szczytami konsumpcjonizmu. Pozdrawiam!

  4. Gabriela GM 18 lipca 2013 at 9:46 am #

    Dobrze to opisałaś. Ja mam dziecko w podstawówce i już muszę z nim walczyć, żeby „być” wypierało „mieć”. Smutne…Pozdrawiam

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 12:23 pm #

      No właśnie – może wypowiedzą się inni rodzicie ze starszymi niż moje (3-tygodniowe :) ) dziecko? Ja – być może w swojej naiwności – wierzę, że pokazując dziecku dobry przykład na co dzień będę budował w nim pewną postawę, dzięki której będzie umiało oprzeć się – silnemu na pewno – wpływowi rówieśników, którzy zostali wychowani zgoła inaczej. To jak to jest? Coś mi się wydaje, że odpowiedzią będzie ‚to nie jest takie proste’ :)

      • Roman 18 lipca 2013 at 12:34 pm #

        No to ja powiem, że nie musisz bać sie swojej „naiwności”. Dziecko naśladuje rodziców w dużo większym stopniu niż sie zarówno dziecku jak i rodzicom wydaje :) Tylko nie panikuj jak coś wdroży później i inaczej niż sie Tobie wydaje, że powinno :) Dawaj przykład, bądź szcżęśliwy i rozmawiaj, rozmawiaj, rozmawiaj… NAprawdę, to procentuje… Widziałem jak postępowali moi dziadkowie i rodzice, widzę jak postępuje dzis moja nastolatka. Doprawdy: „niedaleko pada jabłko od jabłoni” :)

  5. iksińska 18 lipca 2013 at 10:58 am #

    Jesteśmy w większości pokoleniem, które uwierzyło w te reklamy „że jesteśmy tego warci”, że „należy nam się”. Dzisiaj wczasy pod namiotem są „fo-pa:D” , bo teraz na wakacje jezdzi się na majorkę, Bali itp.Na wakacjach się nie oszczędza – a wiadomo że nie każdy odkłada na nie cały rok, więc bierze się kredyt. I tak kredyt, za kredytem… no ale jak to tak wrzucić na fejsika zdjęcia z poczciwego władka?? Nie no…nie wypada, najlepiej gdzieś jakąś fotkę na wielbłądzie, albo w basenie 5 gwiazdkowego hotelu. Otaczamy się rzeczami, które właściwie są nam nie potrzebne. Wmawia się nam (a właściwie wmawia nam cały sztab wytrenowanych w tematyce podświadomości ludzkiej marketingowców), że bez tego czy owego nie możemy się obejść. Gromadzimy te rzeczy jak taka sroka, co zbiera wszystko co się błyszczy, harujemy żeby spłacić te następne kredyty..a tak właściwie nie mamy czasu żeby tymi rzeczami się nacieszyć. U większości ludzi dostrzegam, że ich sensem życia jest konsumpcjonizm. NIe tyle czerpią radość z posiadania tej rzeczy, ale z samego faktu kupowania, chodzenia po „GALERIACH” handlowych (jakby tam jakąś sztukę wystawiali), szukania nowych „zdobyczy”, gatek od LV, butów za 5000 od jakiegoś projektanta, które notabene i tak były produkowane w chinach, gdzie koszt produkcji wyniósł pewnie ok 2 % od całej kwoty itd. Ogólnie zauważam jedną smutną prawdę..ludzie się zmienili. Nie postrzegamy już drugiego człowieka przez pryzmat wartości jakie w sobie ma, ale kasy jaką emanuje na zewnątrz. Nie interesuje nas np. czego któś dokonał w swoim zyciu, ale od jakiego projektanta sukienkę ubrał! (mówiąc nas mam na myśli ogólnie propagowany trend, bo mam cichą nadzieje że niektórzy ludzie mają jeszcze swój mały rozumek i rozróżniają co nieco) Myślę, że niektórym pomogłoby skupienie się na małych radościach dnia codziennego..na dostrzeżenie obok drugiego człowieka i tego jakie wartości sobą reprezentuje,

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 12:26 pm #

      Dziękuję za tak obszerny komentarz. To, co piszesz jest jeszcze większą skrajnością niż te, z którymi spotykam się na co dzień. No ale ktoś musi kupować te wszystkie naprawdę ekskluzywne przedmioty – inaczej nie byłoby tego tyle w każdym centrum handlowym (też nie lubię określenia ‚galerii’).
      Nie wiem co to są ‚gatki od LV’ – ale chyba tą niewiedzą nie tracę jakiegoś wartościowego fragmentu życia? :)

      • iksińska 18 lipca 2013 at 8:53 pm #

        Niestety wydaje mi się, że to o czym piszę powyżej, to niestety nie skrajność, ale istna rzeczywistość – chociażby widziana przeze mnie jak wybieram się raz na jakiś czas do ścisłego centrum Poz-a:) „gatki od LV” tak dla wyjaśnienia : tzn. w rozwinięciu pełnym miałam na myśli od Louis Vuitton, to taki mój kolokwialny żart na potrzeby wpisu:D Ale z czystej ciekawości wygooglałam sobie przed chwilą i ups…mój żart okazał się rzeczywistością. W celu sprostowania – faktycznie powyższy projektant Louis Vuitton, w swoim asortymencie oferuję ekskluzywną bawełnianą bieliznę wraz ze swoim logo…ale to akurat już powoli odbiega od głównego wątku :)

  6. Rafał 18 lipca 2013 at 11:28 am #

    Czy „chciałbym być właścicielem… (tu wstaw cokolwiek)” też się liczy? :D

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 12:38 pm #

      Oczywiście, że TAK! Przychodzą mi same przykłady, które się ‚liczą': chciałbym być właścicielem fundacji charytatywnej pomagającej ubogim, chciałbym być właścicielem przytułku dla bezdomnych, a nawet: chciałbym być właścicielem dobrze zarabiającej firmy, która pomaga w skuteczny sposób aktywizować osoby bezrobotne! Mam wymieniać dalej? :)
      To tak z przymrużeniem oka – a na poważnie powtórzę to, co pisałem wcześniej: jeśli będziesz robił to, w co wierzysz i dawał siebie innym, to ‚mieć’ przyjdzie samo – jak przyjemny skutek boczny. Przynajmniej sam w to wierzę.

  7. Janusz 18 lipca 2013 at 11:37 am #

    Co i rusz czytam na blogach minimalistów o złej konsumpcji, przepracowaniu, wyścigu szczurów itd. Generalnie zgoda. Rzadko jednak albo w ogóle pojawia się informacja o tym co w zamian. Owszem pojawiają się rzewliwe „więcej czasu dla rodziny”, „zwróć uwagę na bliźniego” itp. Hasła jednakowo piękne i puste. Nie wiem jak to jest u kobiet ale wydaje mi się, że natura mężczyzn jest typowo „zadaniowa”. Kiedy dziewczę leży na plaży, on już lata z łopatką i pomaga dziecku budować zamek albo idzie nazbierać muszli albo jeszcze coś innego. Ośmielę się twierdzić, że większość ludzi a już na pewno większość facetów nie ma natury kontemplacyjnej. Gdy więc czytam Twój artykuł o kupowaniu czasu to zawsze chciałbym zapytać o to co dalej? Czy na pewno chcesz go więcej aby dzień w dzień spacerować w blasku księżyca czy po prostu jedną aktywność chcesz zamienić na inną?

    Gdyby rzeczywiście tak było że kiedyś tam ludzie zaczęli przede wszystkim być, to sądzę, że bylibyśmy nadal w ciemnym lesie. Podejrzewam, że za większością tak cenionych dzisiaj i potrzebnych odkryć, wynalazków czy zwykłych usprawnień kryje się czyjś wysiłek, brak czasu i zwykła harówka. Rower, który tak uwielbiasz – patrząc na jego ewolucję – jest dobrym przykładem pracowitości i pomysłowości innych ludzi a także poświęconego czasu.

    Nie zgadzam się również z pesymistyczną oceną w której twierdzi się, że to „dzisiejsze” społeczeństwo stało się hedonistyczne. Odsyłam chociażby do Krótkiej rozprawy Mikołaja Reja. Zobacz czego dotyczą tam wzajemne oskarżenia.

    Przypomniała mi się jeszcze postać syna kompozytora grana przez Hugh Granta w „Był sobie chłopiec”. Niezależny finansowo. Czas na wszystko. I totalne znudzenie. Oby zawracając z tego wyścigu nie utkwić na takiej mieliźnie.

    • Roman 18 lipca 2013 at 12:04 pm #

      Wolny lub nie-wolny czas nie mają same z siebie żadnej wartości, Tę wartość nadajesz im sam. Mam szczęście, że nie muszę pracowac dużo, a jednocześnie mam szczeście, że mogę pracować. I to jest moje „mieć”…
      Wolny (od pracy zarobkowej) czas mogę poświęcać na to co zarówno mi, jak i moim bliskim, daje satysfakcję. A nawet gdybym ja tej satysfakcji nie czerpał (często tak jest) to cieszę się, że mają ją moi bliscy. I to też jest moja zapłata – choć niepieniężna – to równie, jak nie bardziej, satysfakcjonująca. I to jest moje „być”…
      To „być” bywa często dużo bardziej wyczerpujące psychicznie i fizycznie niż „mieć”

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 12:35 pm #

      Piszesz między innymi o rowerze. A może bardziej ogólnie: o postępie, wynalazkach. Wydaje mi się, że najczęściej kluczową rolę odgrywa PASJA. Zamiłowanie do tego, co się robi, wiara w wykonywanie czegoś dobrego, przydatnego całej ludzkości (lub nawet bardzo wąskiej społeczności). O swoich planach nieco (co prawda bez konkretów) pisałem tutaj. I jak słusznie zauważyłeś, jeśli nie masz konkretnych celów, nie chcesz tak naprawdę zamienić jednej czynności na inną, a wizja Twojej emerytury to leżenie plackiem pod palmą, to po wstępnym zachłyśnięciu się tą błogością będziesz krzyczał z nudy i braku wyzwań.
      Jak pisałem w podlinkowanym wpisie, na emeryturze mam zamiar pracować jeszcze ciężej :) Ale bez przymusu, bez sztywno narzuconych reguł, w oparciu o własne cele i system wartości, z wiarą w dobro, które czynię dla siebie, rodziny czy społeczności. Jeśli masz tak w pracy zawodowej (ciekawy jestem jaki odsetek ludzi może się tym pochwalić) – nie zachęcałbym do emerytury w żadnym – nawet ustawowym – wieku :)

      • Janusz 18 lipca 2013 at 12:49 pm #

        O to to! I wszystko jasne. :)

        • Nikt ważny 20 lipca 2013 at 9:29 pm #

          Zgadzam się z opinią, że chodzi o czas wolny od pracy zarobkowej, a nie od jakiejkolwiek pracy. Niestety, w dzisiejszym świecie pytając o pracę mamy na myśli etat lub własną firmę, a nie np. sprzątanie mieszkania czy kopanie ogródka. To się nie liczy… Pilnowanie dzieci za pieniądze to oczywista przedsiębiorczość, a pilnowanie własnych dzieci za darmo to tzw. siedzenie w domu (uwaga: zamiast pilnowania dzieci można w tym stwierdzeniu umieścić dowolną aktywność, włączają w to stanie w kolejkach na poczcie i w urzędach, robienie zakupów, mycie okien, a nawet granie na komputerze!).

          Ja nie tęsknię za takim czasem wolnym, żeby leżeć w łóżku, tylko za takim, żeby samodzielnie odnowić mieszkanie, założyć większe akwarium, posprzątać samochód, skopać ogródek itd. No ale to nie daje dochodów, więc zostanie zinterpretowane jako strata czasu, zabawa lub lenistwo.

          • wolny
            wolny 20 lipca 2013 at 9:37 pm #

            To, jak to zostanie zinterpretowane, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie! Jeśli inni będą na to patrzyli w sposób, w jaki to przedstawiłeś, to… co z tego? Ważne, żebyś sam miał świadomość, że pracujesz dla siebie, własnej satysfakcji i zrealizowania czegoś pożytecznego. Wiem, że to łatwo powiedzieć, a dużo trudniej zrealizować, ale… nie ma sensu oglądać się na innych – podążaj według własnego systemu wartości, a jeśli ktoś twierdzi, że zrobienie kolejnego raportu dla szefa jest ważniejsze od skopania ogródka, to już jest jego problem :)
            pozdrawiam.

  8. Aniya 18 lipca 2013 at 11:45 am #

    hmm czytając Państwa komentarze nasunęła mi się taka refleksja, że nawet przy blogu dot. minimalistycznego podejścia, przy bardzo smutnym cytacie, potrzebujemy się wykazać, że jesteśmy lepsi, od tych co mają inaczej, robią inaczej czy myślą inaczej. Jakie ma znaczenie, czy jesteśmy czy mamy, skoro chcemy być lepsi, napędza nas Konkurencja. Niech każdy spróbuje znaleźć swój środek i żeby on dawał mu pełnię zadowolenia, czego sobie i Państwu życzę :)

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 12:42 pm #

      Nie określiłbym tego w ten sposób – wolę postrzegać siebie jako błędnego rycerza, który stara się pokazywać, że można inaczej, a ludzie sami wybiorą co jest dla nich lepsze. Ważne, żeby mieli wybór – to znaczy zobaczyli, jak można żyć w nieco inny sposób i co takie podejście daje. Większość widzi tylko jedną ścieżkę i do głowy im nie przyjdzie, że można inaczej.

  9. Sekurinega 18 lipca 2013 at 12:49 pm #

    Chciałabym mieć, bardzo sztampowo, domek z ogródkiem. Po co? Żeby lepiej zaspokajać swoje potrzeby, zajmować się tym, co lubię i kształtować swoją rzeczywistość w większym stopniu, niż robię to obecnie.
    W momencie, kiedy to „mieć” zamienię na „być” dzieją się czary! Przecież mi chodzi o to, żeby zajmować się ogrodem, roslinami. A to robić mogę na wiele innych sposobów, niekoniecznie we własnym ogródku.
    Wydaje mi się, że w takiej żonglerce pojęciami „mieć” i „być” chodzi przede wszystkim o refleksję, taką sprowadzoną do parteru, do zastanowienia się, co w kierunku tego wymarzonego stanu być/mieć mogę zrobić już dziś.
    I zrobić to.

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 1:09 pm #

      I po raz kolejny okazuje się, że ‚wszystko jest w głowie’, a obierając odpowiednie dla siebie podejście, nagle odkrywamy, że jesteśmy wolni od tego całego ‚chciejstwa’ i jakoś tak nagle lekko się robi :)
      Elegancka żonglerka :)

    • D. 18 lipca 2013 at 1:54 pm #

      Masz absolutną rację! Zamiast marzyć o tym co chce się mieć trzeba zastanowić się o co tak naprawdę chodzi – co jest najważniejsze, co stoi za tym całym chciejstwem. Są rzeczy na które byłem gotów przeznaczyć całe swoje oszczędności, oraz większość posiadanych przedmiotów… łącznie z tym co miałem akurat na sobie :D Gdy jednak zastanowiłem się „co za tym wszystkim stoi, czego naprawdę pragnę” – zrozumiałem że nie koniecznie muszę wydać moją „fortunę” ;)

  10. Łukasz 18 lipca 2013 at 5:44 pm #

    Bardzo podobną kwestię wypowiedział bohater filmu pt. „Fight Club”. Nie wiem, kto kogo tutaj cytuje, ale chciałbym po prostu zwrócić na to uwagę. :) Przy okazji bardzo ciekawie pokazane są tam skrajne postawy. Zobaczymy dobieranie każdego mebelka i mieszkanie w rozpadającym się budynku.

    • wolny
      wolny 18 lipca 2013 at 5:46 pm #

      Rzeczywiście – było coś takiego w tym filmie. Zresztą jego przekaz też był bardzo interesujący i wpisujący się w tematykę bloga :) Oglądałem kilkukrotnie i być może jeszcze kiedyś obejrzę :)

  11. Adam 18 lipca 2013 at 7:51 pm #

    Ja odpowiem zupełnie poważnie: zmierzamy do śmierci. Po drodze kilka spraw głupich lub mądrych wykonamy, niemniej – jak to rzekł prof. Leszek Kołakowski – nasze życie kończy się porażką. Tyle. Takie są realia.

    • Janusz 18 lipca 2013 at 8:26 pm #

      Dla wierzących śmierć nie jest porażką.

      • wolny
        wolny 18 lipca 2013 at 8:30 pm #

        Dziękuję za ‚wsparcie’ Janusz – akurat zastanawiałem się, co odpisać, a tu taka trafna riposta :)

        • stock 18 lipca 2013 at 8:37 pm #

          Riposta oczywiście – zapewne – prawdziwa, ale cóż na taki cytat (nie spodziewałbym się po prof. Kołakowskim takiego dziwnego stwierdzenia) można odpowiedzieć? Dla niewierzących śmierć też nie jest porażką, bo totalnym nieporozumieniem jest rozpatrywać ją w takich kategoriach.

          • Roman 18 lipca 2013 at 8:44 pm #

            No właśnie Stock, potwierdzam. Dla niewierzących śmierć też nie jest porażką. Tak jak jedną z naturalnych cech człowieka jest mieć dwie nogi, tak i jedną z naturalnych cech życia jest to, że się kończy śmiercią.

            • D. 18 lipca 2013 at 8:53 pm #

              Poza tym „śmierć jest najlepszym wynalazkiem życia” – bez niej nie miałoby ono sensu i zapewne przestalibyśmy je cenić.

  12. Adam 19 lipca 2013 at 11:00 pm #

    Tu słowa Kołakowskiego:
    http://www.youtube.com/watch?v=UDaQEakfi1o

    Tyle Kołakowski.
    Można sobie oczywiście wierzyć w Zeusa, Allaha czy Chrystusa, można też wierzyć w reinkarnację lub cokolwiek innego… Wiara czy chciejstwo nie ma jednak nic wsólnego z tym, co realnie jest. Prawdopodobnie Boga nie ma i nie ma dalszego życia – stąd też myśl, że życie kończy się porażką, choć to nie oznacza, że nie ma pozytywnych aspektów, bo ma.

    • D. 20 lipca 2013 at 12:41 am #

      Nasze przekonania + wiara, innymi słowy to, co siedzi nam „pod kopułą”, definiuje to jak postrzegamy rzeczywistość. Dwie osoby widząc to samo mogą mieć zupełnie odmienne odczucia, a tzw. rzeczywistość nie ma tutaj znaczenia. Jeżeli uznamy że śmierć jest porażką, bo niweczy osiągnięcia naszego doczesnego życia – to jest ok. Jeżeli natomiast uznamy że „życie jest źródłem cierpienia” (buddyzm) – postrzeganie śmierci będzie radykalnie inne. To też jest ok. Zasadniczo wszystko sprowadza się do wiary (nie ważne jakiej), a ponieważ to przez jej pryzmat postrzegamy świat – trudno mówić o tym co jest prawdziwe.(uznanie co jest realne/nierealne to , jakby nie było – kwestia wiary ;) ) Weźmy kilka osób o odmiennej wierze/przekonaniach i każmy im ustalić „wspólną wersję prawdy”, swoistą „mapę rzeczywistości”. No way! (jakby to powiedzieli Anglicy) Mam nadzieję że ogólnie nakreśliłem to co mam na myśli – że wiara ma bardzo wiele wspólnego z tym co realne jest – ba! Definiuje to co dla nas, ludzi, jakże subiektywnych jest prawdziwe, rzeczywiste.
      I wychodząc z moich subiektywnych przekonań, jak i wiary uważam że śmierć nie jest porażką, lecz naturalnym zakończeniem, zwieńczeniem wspaniałego procesu jakim jest życie.
      Ale na koniec muszę się z Tobą zgodzić – życie ma wiele pozytywnych aspektów :)

  13. Racjonalne Oszczędzanie 27 lipca 2013 at 7:14 pm #

    no niestety, główny cytat jest prawdziwy, ale jak na blogu RO swojego czasu zacząłem kontestować markę, lans, gonitwę za pieniądzem otrzymałem więcej negatywnych reakcji i wielu czytelników odeszło

    no bo oczywiście w naszym środowisku można kontestować BMW, Nike, Tissos, Prada, itp.

    ale już kontestacja lanserskich ciuchów turystycznych i górskich, markowego sprzętu rowerowego oraz iGadżetów, budzi wrogość i niechęć wśród ‚naszych’

    w efekcie zrezygnowałem z kontestacji na blogu – za dużo szarpaniny

    • wolny
      wolny 27 lipca 2013 at 8:13 pm #

      Sam zauważyłem, że potępienie kredytów, które są coraz częściej postrzegane jako zło wcielone, nie budzi sprzeciwów. Gorzej z aspektami, które jeszcze zwykliśmy uważać za normę – jak choćby opisywana przeze mnie walka z pampersami. No cóż – miło mieć wielu czytelników przyklaskujących temu, co piszesz, ale jeśli już w coś wierzę i widzę alternatywę, to będę przedstawiał moje argumenty bez względu na poklask lub jego brak. Znowu wyłazi ze mnie naiwność… to pewnie dlatego, że jak na razie nie miałem jakichś szczególnie nieprzyjemnych komentarzy, a te w opozycji do moich tez były na tyle merytoryczne, że po prostu nie było jak wziąć tego do siebie :)

Dodaj komentarz

Current ye@r *