Czy bać się kradzieży roweru?

„Rowery kradną na każdym kroku”, „Nie będę ryzykował – wybiorę samochód”, „Koledze ukradli nawet siodełko jak nie dali rady przeciąć zabezpieczeń – co za barbarzyński kraj!” – brzmi znajomo? A może to wręcz Twoje poglądy, które sprawiają, że najczęściej rezygnujesz z roweru? Chciałbym nieco zmienić Wasze spojrzenie w kwestii bezpieczeństwa jednośladów, które w tak wielu przypadkach skutkuje wyborem innego środka transportu, mimo że najbardziej optymalnym (i dającym najwięcej frajdy!) jest właśnie rower. A żeby to osiągnąć, postaram się Wam udowodnić, że obawa o kradzież rowerów się nie opłaca!

rower_kradziez_2

Na początek zajrzyjmy do statystyk i porównajmy temat kradzieży rowerów oraz samochodów. W 2012 roku zgłoszono kradzież ponad 15.000 samochodów na około 18.000.000 sztuk, które są zarejestrowane w naszym kraju. Inaczej mówiąc, ukradziono jedno auto na każde 1200. W przypadku rowerów trudniej o tak dokładne dane – przede wszystkim duża część kradzieży nie jest zgłaszana (w przypadku aut to raczej margines), temat nie jest traktowany na tyle poważnie, żeby zbierać rzetelne dane i publikować raporty, wreszcie – ponieważ nie rejestrujemy nigdzie rowerów, to na dobrą sprawę nie wiadomo do końca, ile ich w Polsce jest! Udało mi się dotrzeć do raportu TNS OBOP, według którego aż 70% Polaków ma swój rower, co oznaczałoby, że jest ich aż 26 mln! Sam mam wątpliwości, czy nie chodziło o 70% polskich gospodarstw domowych, a nie Polaków, albo 70% dorosłych Polaków… szacunki te wydają mi się nieco na wyrost, ale skoro nie ma innych wiarygodnych danych – trzeba je przyjąć. Nabierają one nieco więcej wiarygodności, jeśli spojrzymy na statystykę sprzedaży rowerów, według której w Polsce sprzedaje się rocznie około 800.000 tysięcy rowerów (4% z 20 mln sprzedawanych rowerów w Europie), a rynek jest aktualnie w fazie mocno wzrostowej.

A co z kradzieżą jednośladów? Niestety – tu również ciężko o wiarygodne dane. Policja chwali się dużym spadkiem tych zdarzeń w latach 2005-2009 (z 13.500 do 9.000 sztuk). Tyle, że to dane sprzed dobrych kilku lat, a ostatnie lata to istny boom na rowery, oraz – niestety – ich kradzieże. W pierwszym półroczu 2012 roku zgłoszono 6 tysięcy kradzieży rowerów. Biorąc pod uwagę fakt, że na pierwsze 6 miesięcy roku przypadają tylko 1-2 miesiące sezonu rowerowego, można przyjąć, że rowerów w całym roku 2012 ukradziono mniej więcej tyle, ile samochodów: 15.000. Teoretycznie więc kradzież roweru jest mniej prawdopodobna niż kradzież samochodu (zakładając podobną liczbę kradzieży i większą liczbę rowerów niż samochodów). Biorąc poprawkę na to, że znaczna część kradzieży jednośladów nie jest zgłaszana, prawdopodobieństwa mogą być podobne. Gdyby nie jedno ‚ale’. Statystyki z tego roku pokazują, że przez pierwsze 3 miesiące roku zgłoszono aż 6.000 kradzieży jednośladów – czyli tyle, ile przez pierwsze 6 miesięcy w roku 2012. Jeden wniosek jest oczywisty – narastająca liczba kradzieży. Ale drugi wniosek, który można wyciągnąć wskazuje, że bardzo duży odsetek kradzieży następuje na skutek włamań do piwnic/mieszkań/pomieszczeń gospodarczych. Polacy przecież nie jeżdżą masowo rowerami zimą, a tym bardziej w takich warunkach nie zostawiają ich bez nadzoru na zewnątrz. W związku z tym, wysnuwam ostrożną tezę, że kradzież roweru podczas jego użytkowania (kiedy zostawiamy go gdzieś poza domem i oddalamy się do sklepu/pracy/szkoły) jest jednak mniej prawdopodobna niż kradzież samochodu. Polemika mile widziana – na razie teza postawiona 🙂

rower_kradziez_4

Dlaczego więc boisz się ruszyć gdziekolwiek rowerem, który kosztuje wielokrotnie mniej niż samochód? Czemu z tą samą ostrożnością nie podchodzisz do wyjazdu na zakupy swoim autem? Jeśli masz ubezpieczenie AC, jest to poniekąd zrozumiałe – chociaż tu również czyha pułapka. Wczytaj się w warunki Twojego ubezpieczenia – prawdopodobnie po kradzieży auta dostaniesz tylko 90% sumy wyznaczonej jako wartość pojazdu w momencie kradzieży. Nie muszę chyba pisać, że ta wartość będzie mocno zaniżona, a kosztów związanych z rozmaitymi procedurami (choćby rejestracja nowego auta, tablice rejestracyjne itp) absolutnie nikt Ci nie zwróci. Mając ubezpieczone auto nie tylko płacisz za tą ochronę kwotę porównywalną z wartością roweru, ale w przypadku kradzieży stracisz znacznie więcej! Czy nie jest tak, że nadmierna ufność w ubezpieczenie auta od kradzieży jest nieco naiwna, a nadmierna obawa o utratę roweru – przesadzona? Zapamiętaj raz na zawsze: samochód to najdroższe dobro (chciałoby się rzec ‚zło’) konsumpcyjne jakie istnieje – tylko on kosztuje tak dużo, traci na wartości w takim tempie, a do tego odbiera chęć do jakichkolwiek pro-zdrowotnych zachowań (chociaż tu mógłby powalczyć z telewizją), przyklejając Cię do kolejnego (po biurze i domu) fotela.

Skoro jesteśmy w temacie ubezpieczenia, to jak to wygląda w przypadku rowerów? W praktyce czegoś takiego nie ma. Bo o ile kradzież jednośladu z domu czy piwnicy może być z powodzeniem podciągnięta pod utratę elementów ruchomych mienia (a więc czegoś, co najczęściej pokrywa polisa ubezpieczeniowa nieruchomości), to do tej pory chyba żadne towarzystwo ubezpieczeniowe nie ma w swojej ofercie ubezpieczenia typu Casco dla rowerów.

rower_kradziez_3

I dobrze! Oznacza to, że sprawa nie jest warta świeczki! Że cena takiej polisy byłaby niesamowicie wysoka w porównaniu do ceny roweru, a co za tym idzie – że po prostu nie warto ubezpieczać w ten sposób roweru. Moja rada? Bądź swoim własnym ubezpieczycielem (pisałem o tym odnosząc się do polis samochodowych) i zarabiaj, zamiast tracić na swoim rowerze. Ale jak tu zarabiać, skoro rower kosztuje, a jeszcze trzeba ograniczać korzystanie z niego bo szybko ‚przygarnie’ go ktoś inny? O kosztach, które poniosłem w związku z dojeżdżaniem rowerem pisałem jakiś czas temu:

„osobiście przez ostatnie 5 lat wydałem w sumie ok 2500 zł na ten cel (koszt roweru, jego utrzymanie we własnym zakresie, podstawowe akcesoria, ubrania). 500 zł rocznie – jaki inny środek transportu może się z tym równać, jednocześnie dając tyle pozafinansowych profitów? Oczywiście, można wydać połowę tego, a można też 5 razy więcej. Wszystko zależy od tego, co uważasz za standard, który „Ci się należy” – tutaj ostrzegam przed przegięciem i kupowaniem sprzętu dla profesjonalistów do prostych dojazdów dom <-> praca. Z drugiej strony, jest mnóstwo innych kosztów które rower obniża: począwszy od tańszego spędzania wolnego czasu, przez wyzbycie się pragnień o drogich samochodach, na dłuższym i zdrowszym życiu (co skutkuje np. mniejszą ilością kupowanych leków) kończąc.

Zyski są niewspółmiernezapraszam do wcześniejszych wyliczeń. Podam jeden przykład z ostatnich dni. Stali czytelnicy wiedzą, że niedawno urodziła mi się córeczka. Ponieważ były pewne komplikacje, dziewczyny spędziły w szpitalu aż 8 dni. W tym czasie byłem tam około 20 razy. Nietrudno się domyślić, że jako środek transportu służył mi rower, warty aktualnie około 700 zł (plus minus 100zł). Z racji niewielkiej wartości oraz porządnym zabezpieczeniom, nie bałem się tych wycieczek. Dzięki temu, oszczędziłem około 70 zł na samym paliwie i znacznie więcej, jeśli uwzględniłbym zużycie elementów auta. Każdego miesiąca oszczędzam dobrze ponad 100 zł na paliwie dojeżdżając do pracy rowerem. W konsekwencji, mój rower zwrócił mi się już kilkukrotnie i dzięki ponoszeniu minimalnego ryzyka, które podejmuję parkując nim w różnych miejscach, zarabia dla mnie więcej każdego dnia. To trochę jak z inwestycjami – chcesz bezpiecznie, zysk jest mały. Masz chrapkę na duże wzrosty – musisz zaakceptować ryzyko, a nawet zaakceptować stratę całości pozycji! Sam musisz sobie odpowiedzieć, przy jakiej kwocie odczujesz dotkliwy ból wynikający z jej straty – jeśli jest to 5.000 zł, to masz olbrzymi wybór nowych jednośladów ze średniej półki. Ale nawet za 400-500 zł kupisz dobry, używany rower, który zwróci się już po kilku miesiącach!

Ale rower to nie tylko materialny przedmiot – to przede wszystkim cała masa poza-finansowych profitów, począwszy od zdrowia i kondycji, a na zwiększeniu radości z życia, jego długości i zwolnieniu tempa kończąc! Dlatego zamiast martwić się o kradzież roweru, zaopatrz się w dobre zapięcia i zacznij go używać, a sam zobaczysz, jak szybko się zamortyzuje i zacznie na siebie zarabiać! Dzięki temu, oraz dzięki faktowi, że jesteś swoim własnym ubezpieczycielem, wyeliminujesz strach o jego utratę i będziesz mógł się najzwyczajniej na świecie cieszyć jazdą!

rower_kradziez_5

Czy argumenty przytoczone przeze mnie choć trochę zmieniły Twoje podejście? A może Wam kiedyś ukradli rower? Jeśli tak, to czy zgłosiliście to na policję? * Jakie były tego rezultaty? I pytanie za 100 punktów: czy chcielibyście przeczytać wpis o odpowiednim zabezpieczaniu Waszych jednośladów? Czy interesują Was najbardziej przydatne rodzaje zabezpieczeń i czy chcielibyście wiedzieć, do czego i jaki sposób ‚się przypiąć’ w czasie wycieczek, żeby było jak najbezpieczniej?

[Edytowany 31.07.2013] Wpis o zabezpieczeniach rowerowych już jest! Zapraszam wszystkich zainteresowanych: klik.

Sam mocno przeżyłem kradzież roweru (z piwnicy!), kiedy byłem mały i wiem, że rodzice tego nie zgłosili.

31 komentarzy do “Czy bać się kradzieży roweru?”

  1. dan_daki 6 lipca 2013 at 5:55 pm #

    Ja jak wspomniałam gdzieś w komentarzu do innego posta, jeżdżę do pracy na moim malusim-kochaniusim Wigry 3 😉 który dostałam w zamierzchłych czasach – na komunię… Ostatnio złapało mi się kapcia w tylnym kole, podjechałam więc do serwisu Rowerów Stylowych we Wrocku (a co, mój Wigry jest stylowy!), gdzie zawsze go konserwuję i robię upgrade 😉 zamówiłam porządną oponę za ponad 90zł (Schwalbe Marathon Plus), wymieniłam kilka szprych i kazałam zrobić generalny przegląd – w sumie zostawiłam u nich 205zł. A serwisant zażartował, że nie wie, czy odda mi ten rower, bo lada dzień jako zabytek wart będzie spoooro 😉 zresztą, rowerki te już po ciekawych cenach chodzą – vide Allegro. Moja „bryka” w dodatku jest w bardzo dobrym stanie, wygląda jak nówka sztuka nieśmigana 🙂 jest w modnym kolorze, domontowałam do W3 wygodne siodełko i koszyk (wspornik plus koszyk mniej niż 100zł kosztowały, siodełko koło 50zł). Z jakichś takich większych rowerowych wydatków nic innego sobie nie przypominam, no może oprócz jednokrotnego mandatu za przejazd po przejściu dla pieszych w wysokości 100zł 😀 Rower – polecam wszystkim 🙂

    • wolny
      wolny 6 lipca 2013 at 6:31 pm #

      Rzeczywiście stawiasz na styl – niedługo Twój Wigry 3 nie będzie gwarantem bezpieczeństwa przy parkowaniu pod sklepem, a raczej łakomym kąskiem kradzionym na zamówienie kolekcjonerów 🙂 Ale że zaproponowali Ci taką oponę do W3 to jestem zdumiony – i podejrzewam, że raczej kierowała nimi chęć zarobienia niż przydatność takiego rozwiązania w rowerze, który nie rozpędza się powyżej 15-20 km/h 🙂 Sam ostatnio kupowałem opony firmy Kenda za 30 zł i nie narzekam.
      A wygodne siodełko to podstawa – sam się dziwię, jak często montowane są ‚deski’ na których czuć każdy wybój – chociaż tu się kłania dobór odpowiedniego roweru do warunków, w jakich planujemy go używać. Jeszcze niedawno pokutowało przeświadczenie rower = ‚góral’ – na szczęście dość mocno to się już zmieniło, o czym świadczy istny wysyp rowerów miejskich na ulicach.

      • dan_daki 7 lipca 2013 at 11:00 am #

        Wolałam zainwestować w pancerną oponę 😉 bo niestety, w moim składaczku raz na pół roku, raz na rok – padały opony/dętki w tylnym kole. Drogi we Wrocławiu są wciąż dość wyboiste („kocie łby”, wypaczone chodniki….itp.), a ja swojego W3 na trasie specjalnie nie oszczędzam ^^ ba, jako nastolatka śmigałam na nim po torze crossowym w Głogowie 😛 przednie koło ma się za to zawsze dobrze – wciąż mam w nim oryginalną oponę i dętkę sprzed dwóch dekad 😛

  2. Kabierki 6 lipca 2013 at 8:19 pm #

    Jak najbardziej prosimy o artykuł dotyczący zabezpieczeń rowerowych.

    • wolny
      wolny 7 lipca 2013 at 9:27 pm #

      Ok – będzie! Nie obiecuję że na dniach, ale w lipcu na pewno!

  3. Daniel 6 lipca 2013 at 9:27 pm #

    Mnie niestety dobre parę lat temu ukradziono rower, niestety w dużej mierze sam sobie byłem winien. Trenowałem w klubie piłkarskim i za każdym razem zostawiałem rower obok kilku-kilkunastu innych za budynkiem klubowym, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Po kilku latach takiego nawyku w końcu rower został ukradziony. Powiadomiłem szybko policję, która zjawiła się na miejscu kradzieży po około godzinie czasu… Szybkie przesłuchanie, wycieczka po najgorszych osiedlach i składanie protokołu na komisariacie. Po kilku miesiącach do domu przyszedł list, że postępowanie zostało zakończone, roweru do dziś nie mam. Bardzo byłbym wdzięczny za wpis o zabezpieczeniach.

    • wolny
      wolny 7 lipca 2013 at 11:30 am #

      Niestety, podejrzewam że właśnie tak wygląda typowa procedura w przypadku zgłoszenia kradzieży roweru, który na dodatek nie był znakowany. Sam po zgłoszeniu kradzieży nie miałbym większej nadziei na odzyskanie dwóch kółek…

    • wolny
      wolny 7 lipca 2013 at 11:26 am #

      Słyszałem o tym parę tygodni temu – podobno to podejście budzi mieszane uczucia, bo część kardynałów uważa, że papieżowi ‚nie przystoi’. No cóż – sam jestem zdania że to super podejście i właśnie podobny przykład z góry może zainspirować część sceptyków.

  4. Konrad 8 lipca 2013 at 9:52 am #

    Nie ma takiego sejfu, którego nie dało by się otworzyć nie posiadając klucza otwierającego. Wszystko jest kwestią umiejętności, czasu i narzędzi. To samo dotyczy wszystkich zabezpieczeń rowerowych. Trzeba kupić takie, które zniechęci złodzieja, że względu na czasochłonność otwarcia. Na pewno rower, którym parkujemy na mieście nie powinien mieć szybkozamykaczy.
    Najlepiej zobaczyć jak to jest tam, gdzie rowerów jest bardzo dużo – Niderlandy. Holendrzy naprawdę nie kupują drogich rowerów do jazdy na co dzień. Za 400 PLN można już mieć bardzo fajny rower miejski. Trzeba tylko dobrze poszukać. Obowiązkowe zabezpieczenie zrobione na Policji.

    • wolny
      wolny 8 lipca 2013 at 10:10 am #

      Osobiście cenię sobie swój rower, który dzięki odpowiedniej liczbie przerzutek może wyjątkowo sprawnie przewieźć mnie z punktu A do B, a amortyzator nieco łagodzi wszelkie wstrząsy (zwłaszcza, że lubię pompować opony do wysokich ciśnień, żeby były jeszcze mniejsze opory – a wtedy czuć każdy wybój). ALE: czasami sam się dziwię, jak śmignie koło mnie ktoś na zwykłym holendrze. I w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że gdyby ludzie bardziej interesowali się niedrogimi rowerami, na które najzwyczajniej na świecie ich stać, zamiast spoglądać z podziwem na segment premium (który ostatnio rośnie u nas jak na drożdżach), byłoby mniej lamentów i obaw o utratę rowerów.

      • Miko 8 lipca 2013 at 2:55 pm #

        Witaj,
        Być może niebawem zmieni się lokalizacja mojej pracy, w związku z czym (pod wpływem Twojego bloga między innymi!) rozważam rezygnację z dojazdów komunikacją miejską i przerzucenie się na rower właśnie. Co byś polecał? Jestem zielony w tym temacie, nie chciałbym wejść na minę… Dojeżdżałbym do firmy jakieś 20 minut w jedną stronę i 20 minut w drugą stronę, raczej obrzeżami dużego miasta, głównie po asfalcie. Jeśli już miałbym rower, to pewnie co jakis czas w weekend wyjeżdżałbym na 2-3 godzinny objazd okolicy typowo rekreacyjnie, dla kondycji. Chciałbym wydać nie więcej, niż 800 zł. Może być używany. Jestem wysoki i dość ciężki, aczkolwiek większość to mięśnie. To na co zwracać uwagę? 🙂

        • wolny
          wolny 9 lipca 2013 at 9:01 am #

          Kurcze – nagle wyrosłem na eksperta rowerowego, a ja przecież jestem zwykłym użytkownikiem, który próbuje popularyzować samą ideę! Ale spróbuję na bazie swoich (niewielkich, ale zawsze) doświadczeń. Od razu proszę czytelników mających więcej doświadczenia z różnorodnym sprzętem o pomoc i ewentualne poprawki co do tego, co piszę.
          Skoro głównie asfalt, plus chęć odbywania weekendowych wypadów to powinieneś ograniczyć się do rowerów typu trekking lub cross. W obu powinny być duże koła (28 cali), jakiś amortyzator z przodu (absolutnie nie z tyłu!), przynajmniej kilkanaście przerzutek, no i osprzęt (właściwie chodzi o przerzutki) najlepiej shimano – najlepiej jak większość podzespołów będzie z klasy altus / acera. Jeśli znajdzie się coś z oznaczeniem tourney czy SiS, to po prostu miej świadomość, że jest to sprzęt mniej trwały i nieco bardziej toporny. Hamulce w tej cenie tylko V-brake i takie w zupełności wystarczą.
          Jeśli masz 800 zł do wydania to albo jakaś wielka promocja, albo musisz się ograniczyć do sprzętu używanego. I tu może być mały kłopot z ramą, bo powinna być dobrana do Twojego wzrostu (ogólna zasada jest taka, że stojąc okrakiem na ramie masz jeszcze troszkę miejsca pomiędzy ramą a kroczem).
          Wybacz, że konkretnych modeli Ci nie podam, ale od kilku lat nie śledzę rynku, a i wtedy zrobiłem rozeznanie tylko na tyle, żeby dobrać rower pod siebie. Sam mam Unibike Crossfire z 2010 roku (rocznik ważny o tyle, że w kolejnych latach mocno ulepszyli osprzęt, ale i podnieśli cenę) i możesz go potraktować jako bazę, od której zaczniesz szukać (chyba najlepiej fora, typu forumrowerowe.org czy bikeforum.pl.
          Z góry przepraszam, jeśli eksperci wypowiedzą się, że źle doradzam, ale jak pisałem – doświadczenia z różnym sprzętem mam zbyt mało żeby uważać się za fachowca.
          pozdrawiam

          • Miko 10 lipca 2013 at 1:01 pm #

            Super! Merytoryczny wpis, kopalnia wiedzy, weź się już nie kryguj, że nie jesteś rowerowym ekspertem, bo po tym co przeczytałem to nie uwierzę 🙂 Dziękuję za porady, postaram się znaleźć coś w typie, jaki wskazałeś!

            • wolny
              wolny 10 lipca 2013 at 2:03 pm #

              Dzięki za uznanie, chociaż na podstawie dosłownie 3 rowerów, z jakimi miałem więcej do czynienia (plus nieco lektury przed ich wyborem) absolutnie nie uważam się za eksperta. Sam nie wiem, jak ktoś obeznany zareagowałby na moją podpowiedź – może się doczekam i ktoś jeszcze skomentuje 🙂
              Jak będziesz coś konkretnego miał to śmiało pisz tutaj albo na wolny@wolnymbyc.pl – jak tylko znajdę chwilę to postaram się zerknąć, co swoim okiem – w końcu co dwie głowy to nie jedna 🙂
              pozdrawiam.

          • stock 10 lipca 2013 at 8:34 pm #

            Jak na minimalistę, polecasz strasznie mało minimalistyczne rowery, aż mi to trochę zgrzyta 😉 Codziennie dojeżdżam 20 min do pracy Veturilo (zwykły, ciężki miejski rower z 3 przerzutkami) i uważam, że jest w zupełności wystarczający. A tu 18 przerzutek, V-brake, amortyzatory itd… Przymierzam się teraz do zakupu własnego roweru i myślę o takim miejskim holendrze, z trzema przerzutkami właśnie. Na 2-3-godzinne weekendowe jazdy też wystarczy, a można go znaleźć nawet za 300 zł.

            • wolny
              wolny 10 lipca 2013 at 9:27 pm #

              Ok – już się ‚tłumaczę’.
              1. Pisałem, że nie uważam się za eksperta…
              2. Miko określił swój budżet i starałem się dopasować najlepszy sprzęt za taką cenę. Oczywiście, że można zejść dużo niżej, ale zwykle jest tak, że jeśli określamy sobie pewien pułap cenowy, to mniej więcej taką cenę chcemy wydać. Przynajmniej ja tak mam, i gdybym otrzymał propozycję sprzętu w znacznie słabszej konfiguracji niż mnie stać, to bym spojrzał na to dość sceptycznie.
              3. Jeśli słyszę, że ktoś jest absolutnie zielony w tym temacie, do tego jest dość duży i ma zapał do weekendowych wypadów DLA KONDYCJI, to pierwsze o czym myślę, to „nie zniechęć go do roweru”. Widziałem wystarczająco dużo przypadków osób, którzy mieli spory zapał, ale sprzęt który kupili był – co by nie mówić – toporny, a do tego nie dający satysfakcji z jazdy. Skończyło się tak, że rower trafił do piwnicy, a oni stwierdzili „to nie dla mnie – wolna jazda, pot i ból szczęki przy każdej nierówności”. Rower to – oprócz tony zalet – frajda z jazdy, wręcz poczucie jedności ze swoim jednośladem, więc nie powinien on być słabym ogniwem w Waszym duecie 🙂
              4. Skoro Miko chce się przerzucić na rower (choćby z komunikacji miejskiej) z codziennymi dojazdami, to uważam, że robi tak pozytywny krok, na którym zyska tak wiele, że po prostu mu się należy coś lepszego niż podstawowy sprzęt, jeśli może sobie na to pozwolić. Sam kupiłem swój rower za 1.300 zł i ten zakup zwrócił mi się już kilkukrotnie – czy w takim wypadku również można powiedzieć, że mam drogi, nieminimalistyczny sprzęt? Zwłaszcza, że bardzo dobrze służy mi on już 4 lata i prawdopodobnie będzie służył przynajmniej drugie tyle, po czym sprzedam go za sensowne pieniądze.

              Zresztą – w temacie samego minimalizmu – polecam wpis z bloga tofalarii, który napełnił mnie spokojem i świadomością, że minimalizm nie musi oznaczać posiadania 100 rzeczy czy kupowania najtańszych sprzętów: http://www.tofalaria.blogspot.com/2013/03/czy-dwa-jabka-to-minimalizm.html

  5. Sekurinega 11 lipca 2013 at 6:56 am #

    Rower mi ukradli z podwórka ciotki, gdzie go zostawiałam, przyjeżdżając do miasta. Ciotka poczekała parę dni, aż sama to zgłoszę na policję, policja mnie poinformowała, że był jakiś podejrzany transport dużej liczby rowerów na Wschód, ale większość nie była zgłoszona i pojechała. Po paru latach kupiłam rower używany a z naklejek zorientowałam się, że też prawdopodobnie był kradziony, tylko że na Zachodzie. Służy mi już dziesięć lat. Mam wzmocnione zapięcie, przewlekam je przez tylne koło, łańcuch i ramę oraz jakiś element stałej rzeczywistości i działa. Bardziej irytować mogą drobniutkie kradzieże wentyla albo pompki. Toteż noszę saszetkę z narzędziami do odkręcenia koła, naklejenia łatki, wentylem na zmianę, a kiedy zostawiam rower „na mieście” (przed sklepem, urzędem, przychodnią) pompkę włóczę ze sobą (jako dodatkowy argument 😉

    • wolny
      wolny 11 lipca 2013 at 8:36 am #

      To kradną nawet wentyle, które kosztują kilkadziesiąt groszy? A patent z pompką świetny – tylko pytanie, czy jest plastykowa, czy też jakaś wzmacniana w razie czego 🙂
      pozdrawiam serdecznie.

      • Roman 11 lipca 2013 at 1:05 pm #

        Najlepsza pompka jest to taka stalowa z lat 50-60… uuu… jak tym pociągnąć po nerach… 😉

  6. Tomek 11 lipca 2013 at 9:09 am #

    Ja kupiłem stary rower typu ukraina (ale niemiecki model ze skórzanym siodełkiem) za mniej niż 400 zł i choć ciężko się czasami jeździ (brak przerzutek i 28 cale), to myślę że właśnie ta toporność i brak przerzutek jest skuteczną przeszkodą dla złodzieja. Choć nie wiem czy jako antyk nie nabiera wartości :-). Nie mam wielu okazji do zostawiania go na mieście (do pracy chodzę na piechotę, a w mieście rzadko bywam) ale zapięcie mam i przypinam. Eliminuje to przynajmniej „jednorazowych rowerzystów”, choć mam świadomość, że profesjonalnego złodzieja to nie powstrzyma. Ale niska wartość i pewne „braki” w osprzęcie to moim zdaniem dość dobre zabezpieczenie. A stary rower tego typu to solidny rower, nie do zdarcia :-). No i jak mięśnie się wyrabiają 🙂

    • wolny
      wolny 11 lipca 2013 at 10:07 am #

      To też jest sposób – inny niż mój, ale jeśli się sprawdza, i jeśli rower (jeszcze) nie ma wartości kolekcjonerskiej, to równie dobry jak inne.

  7. Masa 15 lipca 2013 at 9:36 pm #

    Ja się przekonałem na własnej skórze że nie można w Polsce zostawić roweru nawet na chwilę. Raz poszedłem zrobić zakupy, rower zawinał mi jakiś pijaczek. Na szczęście był na tyle głupi albo pijany żeby wracać przy sklepie. Udało mi się go dogonić i odzyskać rower 🙂

    • wolny
      wolny 15 lipca 2013 at 11:24 pm #

      Czyli uratował Cię brak profesjonalizmu złodzieja 🙂 wygląda na to, że dostałeś konkretne ostrzeżenie. Czy zmieniłeś coś po tej sytuacji?Zacząłeś stosować zabezpieczenia, a może przestałeś zostawiać rower w takich miejscach?

  8. Masa 16 lipca 2013 at 5:25 pm #

    Już nigdy nie zostawię roweru pod żadnym sklepem bez zabezpieczenia. Może moje nie jest pierwszej klasy bo nie takie sztywne i metalowe a wykonane z jakiegoś splotu drutów które odpowiednim narzędziem dałoby się przeciąć. Jednak na takiego profesjonalistę powinno wystarczyć 😀

    • wolny
      wolny 16 lipca 2013 at 6:39 pm #

      Sensowne rozumowanie – sam mam w planach wpis o zabezpieczeniach rowerowych i uważam, że nie wszędzie jest sens się ‚zbroić po zęby’ – czasami wystarczy proste zapięcie, które odstraszy kompletnego amatora, a kogoś nieco lepiej przygotowanego skłoni do wyboru roweru obok – nie przypiętego niczym.

  9. A. 14 października 2013 at 10:52 am #

    Ja uważam, że z możliwością kradzieży roweru trzeba się po prostu pogodzić i żyć z tym. Raczej nie zostawiam roweru bez zapięcia, ale zdaję sobie sprawę, że nawet najlepsze zapięcie nie zawsze pomoże – wszystko zależy od determinacji złodzieja.
    Ja jeżdżę takim gratem, że ktoś musiałby być napraaaaawdę zdeterminowany, żeby go ukraść 🙂

  10. david 2 listopada 2013 at 10:53 pm #

    Ok. Tylko te statystyki mnie przekonują, bo wczoraj mi ukradli rower. Jestem zapalonym rowerzystą, ale rower nigdy nie zastąpi auta. Mam rodzinę, małe dzieci, potrzebuję przewieźć, psa, zakupy, które czasem ważą 30 kg i dzieci. Nie przekonujcie do zamiany.Rower i samochód MUSZĄ istnieć równolegle. A inaczej twierdzić może tylko ktoś, kto nie zdał 10 raz egzaminu na prawo jazdy i teraz nienawidzi wszystkich kierowców.

    • wolny
      wolny 3 listopada 2013 at 7:22 am #

      Zgadzam się – nic na siłę i jeśli rzeczywiście potrzebujesz samochodu, nie ma co myśleć o tym, żeby się go pozbyć. Sam używam auta mniej więcej raz na 2 tygodnie, a i tak siła wieloletniego przyzwyczajenia do posiadania samochodu jest silniejsza niż racjonalne argumenty. Tutaj pisałem o fajnej zasadzie, którą staram się stosować w życiu codziennym jeśli chodzi o różne środki transportu.

  11. BazaRowerow 27 czerwca 2015 at 6:57 pm #

    Sypnąłeś nieco statystykami, jednak trudno jest porównywać rowery do samochodów dlatego, że… większość rowerów zaparkowanych pod sklepem można ukraść w 3 sek. bo są przypięte linką, które norzyce do drutu dostępne w każdym supermakrecie tną że hej.
    Po drugie, skradziony rower łatwo sprzedać, wystarczy stanąć na rynku i dostać pieniądze, bo jeszcze się nie upowszechniło weryfikowanie numerów seryjnych w bazach skradzionych rowerów. Ze skradzionym samochodem jest więcej komplikacji i większe ryzyko wpadki, choćby przy rejestracji.
    Ilość kradzieży rowerów rośnie w zastraszającym tempie, a niestety ludzie, którzy wielokrotnie poświęcili sporo oszczędności na pojazd mogący się stać towarzyszem życia, znacznie przyjaźniejszym od auta, zabezpieczają go w sposób ułatwiający kradzież. A potem czują się zdziwieni i zaskoczeni – jak to się mogło mi przytrafić?
    Strach ma wielkie oczy ale jest niezbędny, podobnie jak rozsądek – bez niego stracisz swój rower prędzej czy później, to pewne.

    • wolny
      wolny 27 czerwca 2015 at 7:00 pm #

      Odpowiem tak: obecny rower posiada już 6 lat, w czasie których przejechałem nim ok 8 tys km. Biorąc pod uwagę tylko aspekt finansowy (a to tylko jeden z wielu argumentów przemawiających za jednośladem), zwrócił mi się on już kilkukrotnie.

Dodaj komentarz