Bieganie, które odzyskałem.

11
3167
wyświetleń

(ten wpis powstał jeszcze w lutym, więc pewne jego fragmenty mogą nie być aktualne. Przymknij na to oko, celowo czekałem z publikacją na nadjeście wiosny – którą tym wpisem chcę w końcu do nas zaprosić – bo to najlepszy czas na rozpoczęcie czegoś nowego i na uwolnienie pokładów energii, do czego chciałbym Cię zmotywować ładunkiem pozytywnej energii zawartej w poniższych akapitach).

Kochani! Ostatni czas  był dla nas wyjątkowy. Raczej w negatywnym sensie, niestety. Owszem, wykonaliśmy kawał niesamowitej roboty przeprowadzając kompleksowy remont nowego mieszkania na wynajem, natomiast zarówno ta harówka, jak i powracające choroby (dziękuję za nie wszystkim dzieciom w wieku przedszkolnym ;)) skutecznie powstrzymały nas od wszelkiej aktywności fizycznej. Na niemal pełne 2 zimowe miesiące. To lata świetlne dla kogoś, kto zazwyczaj nie wyobraża sobie dnia bez treningu.

Po zakończeniu remontu marzyłem o wdzianiu biegowych ciuchów i zrobienia chociażby kilku kilometrów. Stan zdrowia niestety skutecznie mnie przed tym powstrzymał, a kolejne dni mijały na narastającej tęsknocie za bieganiem. Czemu akurat bieganie, a nie którakolwiek z innych dyscyplin, które również uprawiam? Nie potrafię tego do końca wytłumaczyć, ale czuję, że jako ludzie właśnie do tego sportu jesteśmy zaprogramowani. Wiele cech naszego ciała (i umysłu!) zdradza predyspozycje do szybkiego pokonywania dużych dystansów. Ponadto, już dawno porzuciłem bieganie chodnikami, uwalniając się od spalin, smogu, aut i ludzi, na rzecz czegoś nieporównywalnie bardziej cieszącego duszę: biegania w terenie! Ten kontakt z naturą, samotność i oddychanie powietrzem z płuc mojego miasta: Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, to jest to!

Takie właśnie myśli doprowadzały mnie na skraj przepaści. Po kolejnym tygodniu wstrzymywania się ze względu na chorobę, marzyłem już nie tylko o zrobieniu kilku kilometrów truchtem – tęskniłem za samym widokiem lasu, szumem potoku, a nawet wiatrem, zwykle przeklinanym, bo utrudniającym bieg 🙂 Dlatego, kiedy mój stan zdrowia dawał szanse na powrót z treningu bez większego uszczerbku, przygotowałem stosik ubrań i położyłem się spać z myślą „jutro z rana będzie pięknie”.

 

Ranek przywitał mnie zaspami śniegu, a termometr pokazywał jakieś -5 stopni Celsjusza. Nic mnie jednak nie mogło powstrzymać tego dnia. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale wszechobecna biel pozwalała mieć nadzieje na ciekawe widoki i zaczerpnięcie tego świeżego, przefiltrowanego przez las powietrza.

Nigdy nie wychodzę biegać z telefonem. Bieganie jest tylko moje i nie pozwalam, żeby ktoś mógł zakłócić tą randkę 🙂 Tym razem, widząc zimową scenerię i mając świadomość większego niż zwykle ryzyka, wrzuciłem do kieszeni stary, mały telefon i… przez niego zatrzymywałem się mniej więcej 20 razy. Byłem tak głodny tych widoków, że co chwilę stwierdzałem „jak tu pięknie!”, zatrzymywałem się i cykałem fotkę. I to mimo świadomości, że chwile odpoczynku niepotrzebnie wychłodzą mój organizm.

Po wbiegnięciu do lasu zatrzymałem się przy jednym z drzew. Spędziłem przy nim dobre kilka sekund i niemal je przytuliłem, jakbym witał się z dawno nie widzianym przyjacielem. Przez niemal cały trening uśmiech nie schodził mi z twarzy. I to mimo, że tempo było beznadziejne, puls podchodził do abstrakcyjnie wysokich wartości, a nogi zaczęły boleć już po kilku kilometrach. Te pierwsze po długim czasie 10 km zmęczyło mnie tak, jak co najmniej 20 km jeszcze kilka miesięcy temu. Kondycja siadła niesamowicie – zarówno przez przerwę w bieganiu, jak i choroby; gruba warstwa śniegu też nie ułatwiała przebierania nogami. Wiem jednak, że to kwestia regularnych treningów i za jakiś czas wrócę do tego, co było i zrobię kolejny krok naprzód. Wystarczy nieco wytrwałości i wiary w to, do czego zdolny jest ludzki organizm.

Ale to nie było dzisiaj ważne. Ważna była radość i ta energia, którą czerpałem z przyrody i pięknego dnia. Bieganie to spory wysiłek, który jednocześnie niesamowicie ładuje moje akumulatory na co najmniej pół dnia (dlatego też zawsze staram się biegać rano!). Niezależnie od dystansu i tempa – sam fakt szybszego poruszania nogami, najlepiej w ciekawych okolicznościach przyrody, robi mi bardzo dobrze. Człowiek potrzebuje kontaktu z naturą. A może ja go potrzebuję? Na co dzień mam go zdecydowanie zbyt mało, więc bieganie jest swoistym powrotem do normalności, do pewnej równowagi. Bez żadnego pośpiechu, bez spalin i biurowców, bez całej listy tematów do załatwienia. To inny świat, w którym jestem ja i las (a czasami dołącza do nas wiewiórka, sarna albo dzik).

Dzisiaj doceniłem sport i zdrowie tak, jak się docenia coś, co się straciło. Biegając 2-3 razy w tygodniu, w pewnym momencie radocha wynikająca z tej aktywności maleje i przestajemy doceniać to, że możemy się swobodnie poruszać, że zdrowie i czas nam na to pozwala, a endorfiny nagradzają ten niepotrzebny przecież wysiłek. Tak jest z wszystkim, do czego przywykamy i co zaczynamy uznawać za normalne, gwarantowane. Wystarczy jednak, że na chwilę coś zabierze nam tą pewność, a zaczynamy inaczej na nią patrzeć. Chcemy walczyć jak o coś, co utraciliśmy.

Dlatego dzisiaj chciałbym, żebyś powrócił do jednego z moich wpisów sprzed kilku lat: „Doceniaj, zanim stracisz„. To niesamowicie ponadczasowy tekst, pod którym dzisiaj również podpisuję się obiema rękami. Na chwilę utracone zdrowie i hobby sprawiło, że moja radość z przeżywania kolejnych dni spadła do poziomu podłogi. Oboje z Wolną byliśmy zmęczeni, chorzy, nie mieliśmy w sobie radości życia i wielokrotnie zastanawialiśmy się „po co nam to kolejne mieszkanie, po co te wszystkie trudy i ta kasa, skoro znaleźliśmy się gdzieś, gdzie – zamiast satysfakcji z każdego dnia i życia w zgodzie ze sobą – mamy harówkę i odłożenie na bok tego, co kochamy”. A to nie tylko sport, ale przede wszystkim dzieci, które zdecydowanie mniej widziały rodziców przez ostatnie tygodnie.

Teraz wylizujemy się z ran, a do tego wracamy do sportu. Wolniątka znowu mają nas dla siebie zdecydowanie więcej, niż wcześniej. Wiemy, że będzie dobrze i pracujemy nad tym, żeby znowu znaleźć tą równowagę, którą chwilowo utraciliśmy. To niesamowicie ważne, żeby żyć w zgodzie ze sobą i na każdym etapie swojego życia starać się zachować balans pomiędzy tym, co konieczne, a tym, co daje radość (ideałem jest praca, którą się kocha, ale ilu z nas może się takową pochwalić?).

Ponieważ po kolejnych treningach moja satysfakcja z biegania zmaleje, wykorzystam dzisiejszą euforię do serdecznego zachęcenia Cię do tego sportu! Początki kosztują niesamowicie mało, a wiosna już do nas zawitała, więc nie ma co czekać na lepszy moment. Lepszy moment jest właśnie teraz :). Bieganie to najprostszy, a jednocześnie jeden z najbardziej efektywnych sportów jakie znam. Przy okazji, nie znam niczego, co tak skutecznie podaruje Ci chwilę odcięcia od absolutnie wszystkiego: problemów, zmartwień, dylematów, pracy, rodziny, nawet myśli. To czas tylko i wyłącznie dla Ciebie, podczas którego nikt nie ma prawa Ci przeszkodzić, a Ty możesz niesamowicie szybko naładować swoje akumulatory.

Co jeszcze przemawia „za”? Nie potrzebujesz żadnych karnetów, nie musisz marnować czasu na dojazdy, nie musisz „uczyć” się tego sportu. Wystarczy, że wyjdziesz z domu i zaczniesz biec. Na początku ostrożnie, rozsądnie, bez forsowania się. Z czasem zobaczysz, że nagroda w postaci zastrzyku endorfin po skończonym treningu sprawi, że absolutnie nigdy nie pożałujesz, że wyszedłeś się przebiec! Nawet, jeśli na początku musiałeś walczyć ze swoim umysłem i jego wymówkami – jeśli tylko je pokonasz, będziesz szedł (biegł!) w stronę lepszego siebie. I tego serdecznie Ci życzę!

PS Dla wszystkich amatorów sportu, mam praktyczną radę. Jeśli potrzebuję czegokolwiek do mniej lub bardziej amatorskiego uprawniania różnych dyscyplin, Decathlon to absolutnie pierwsze miejsce, gdzie zaglądam. Nie ukrywam, że to jedna z moich ulubionych marek – a wierz mi, nie mam ich wiele (w końcu należę do pokolenia niewiernych klientów)! Decathlon oferuje bardzo dobry stosunek cena/jakość (kupując w promocjach po sezonie, nawet wyśmienity!), wybór spośród olbrzymiej ilości dyscyplin, a także produkty na różnym poziomie zaawansowania. Dlatego niemal każdy znajdzie tu coś dla siebie, a jeśli się nie spodoba – bezproblemowo odda. Ta sieć ma chyba jeszcze lepszą politykę zwrotów niż markety budowlane typu Castorama czy Leroy Merlin, a przy tym większość oferty to ich własna produkcja, więc ceny artykułów są zwykle bardzo rozsądne. Inwestycja w sport to inwestycja w siebie, a osobiście nie znam lepszego miejsca na lokowanie własnego kapitału i czasu. Poniżej link partnerski – będzie mi bardzo miło, jeśli dokonasz zakupów za jego pośrednictwem.

PS2 Przy okazji, tej zimy wymyśliłem i wypróbowałem przepis na bieganie przy -10 stopniach i niżej. Może komuś się przyda?

  1. Wszelkie obawy i wątpliwości odsuwamy na bok.
  2. Ubieramy się na cebulkę, koniecznie zakrywając twarz na całość treningu. Komin będzie tu idealny.
  3. Wychodzimy, biegniemy wolniejszym tempem niż zwykle, nie zatrzymujemy się.
  4. Chłoniemy chłodne powietrze, promienie słońca i radość z przezwyciężenia wcześniejszych oporów 🙂

Mało skomplikowane, prawda? A działa i ładuje endorfinami jeszcze lepiej, niż bieganie w idealnych warunkach!

Ze sportowym pozdrowieniem 🙂

Wolny

11 KOMENTARZE

  1. Jako że na co dzień pracuję w domu, więc taką moją ucieczką poza dom, poza biuro jest właśnie las który mam w zasadzie na wyciągnięcie ręki. 300 metrów i jestem w lesie, w którym mogę uwolnić myśli i ciało. Biegam rzadko, ale uwielbiam szybki spacer nawet 7-8 kilometrowy. Gdy robi się nieco cieplej, a więc tak jak teraz z początkiem wiosny, wtedy te spacery zamieniam na rower i wtedy pokonuje jeszcze większe dystanse, już na dwóch kołach.

    • 300 metrów od lasu, coś pięknego 🙂 Ja muszę podbiec 2,5 kilometra, ale wtedy mam LAS a nie tylko las. I owszem, jazda na rowerze po lesie to też super sprawa, chociaż w bieganiu jest coś magicznego, co bardziej pozwala się odciąć od wszystkiego. Może chodzi o ten dodatkowy wysiłek i zmęczenie?

    • U mnie też od pewnego czasu szybki marsz (Power Walking) w lesie wygrywa z bieganiem – zwłaszcza ze względu na zdecydowanie mniejsze obciążenie stawów kolanowych. Zainspirował mnie do tego Henryk z bloga „Droga minimalisty” i nie miałem pojęcia, że chodzenie może sprawiać tyle radości. Po takim co najmniej 30-minutowym spacerze czuję przypływ energii i siłę do działania na wiele kolejnych godzin. I co ważne, po takim szybkim marszu nie mam takiej zadyszki jak po bieganiu 🙂

      • Henryk ostatnio specjalizuje się w tego typu tematach, sam przeczytałem kilka jego wpisów odnośnie różnych aktywności. Ja mimo wszystko lubię pójść krok dalej i jeśli już czegoś się podejmuję, to staram się dać z siebie jak najwięcej, więc nawet marszobieg u mnie odpada. Jeśli idę na spacer z rodziną to idziemy w tempie najwolniejszego, ale jak jestem sam, to nie ma siły, muszę biec 😉 A jeśli całość jest odpowiednio rozegrana (w skrócie: mierz siły na zamiary), to i zadyszka będzie zbawienna dla zdrowia. Chwilowe podbicie tętna i zmuszenie serca do bardziej intensywnej pracy to przecież bodziec, na który organizm powinien zareagować pozytywnie.

  2. Hejka Wolny i reszta,

    Piękny wpis. Ja też już nie mogę się doczekać, aż zacznę bardziej się ruszać. Na razie każdy większy ruch to zadyszka i zmęczenie a to dlatego, że jestem w 7 miesiącu ciąży i czekam już na termin (oby tylko znowu nie cesarka).

    Pamiętajcie, aby biegać po gruncie, po czymś co jest miękkie. Tak jak Wolny. A nie po twardym asfalcie. Ja po pierwszej ciąży – 5 miesięcy po cc – zaczęłam powoli wracać do biegania. I jeśli w wieku 20 lat masz jeszcze kolana i resztę stawów w miarę młodą to po 30-stce i po ciąży zrobienie kilku podbiegów po chodniku skończyło się dla mnie pęknięciem łąkotki w kolanie. Musiałam przestać biegać. Na szczęście nie musiałam mieć operacji. Ale ból nawet kilka miesięcy po tym przez jakiś czas był nie do zniesienia a co dopiero bieganie czy narty itd. Teraz w kwietniu mija dokładnie rok od tego zdarzenia. Jak urodzę drugie dziecko to odczekam i zacznę naprawdę powoli. Albo na bieżni w siłowni albo muszę wymyślić jakaś trasę po mieście (niestety nie mam fajnych ścieżek do biegania).

    Na razie w ściągniełam sobie krokomierz na telefon i walczę, aby codziennie zrobić te 10tys kroków – co daje ok 6-8km. Powiem, że fajnie motywuje do chodzenia. Niektóre aplikacje nie potrzebują dostępu do sieci. Naprawdę warto przetestować przez miesiąc zanim zacznie się np biegać.

    Pozdrowienia,
    Beata

    • Super komentarz. Ja ze swojej strony dodam tylko, że gdybym miał w jednym zdaniu opowiedzieć, kiedy mogę nazwać dzień naprawdę dobrym, to stwierdzam: wtedy, kiedy widzę ponad 20000 na liczniku kroków 🙂 Bo wtedy oznacza to, że był dobry trening na świeżym powietrzu (bieganie na bieżni traktuję jako ostateczność, niemal karę ;)) lub bardzo aktywny dzień z przygodami, zamiast siedzenia na czterech literach przed monitorem. Im będzie cieplej, tym takich dni będzie więcej!

  3. „Jeśli potrzebuję czegokolwiek do mniej lub bardziej amatorskiego uprawniania różnych dyscyplin, . Nie ukrywam, że to jedna z moich ulubionych marek ”

    Yyy co? 😀

  4. Hm dawno tu nie zaglądałam a tu takie piękne tematy , skoro bieganie daje tyle korzyści to może by tak pomyśleć o maratonie i kilka postów o tym napisać.Ja biegam regularnie od trzech lat i na swoje 40 urodziny jesienią chciałabym zrobić sobie prezent i przebiec maraton,chętnie poczytałabym jak inni się przygotowują:) Pozdrawiam

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj swoje imię